wtorek, 28 sierpnia 2018

Wolny elektron


Od  ponad dwóch miesięcy goszczę znów na Malcie. To mój drugi pobyt tutaj w celach zarobkowo-relaksacyjnych. Jestem szczęśliwa. Jestem po prostu spełniona.

Po raz pierwszy w życiu zdecydowałam się przeprowadzić się gdzieś na własną rękę, bez towarzystwa. Co prawda mój mokry sen o mieszkaniu samotnie nie ma szans się spełnić ze względu na ceny, ale i tak trafiłam znakomicie. Przyleciałam na Maltę bez wielkiego planowania, wiedziałam, że wszystko uda mi się szybko zorganizować. Kilka pierwszych nocy spędziłam u znajomych na kanapie, od razu potem znalazłam mieszkanie i zaczęłam pracę. Odpaliłam jak torpeda.

Na początku absolutnie nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Nie ma w tym nic negatywnego, nie byłam smutna ani zdesperowana, po prostu nieco zagubiona. Opuściłam Azję w maju. W Wietnamie został facet, z którym spędziłam ponad trzy lata, do czasu, gdy po prostu nie byliśmy w stanie znieść się nawzajem. W Wietnamie zostały też moje marzenia o podróży z Polski do Nowej Zelandii. Potrzebowałam powrotu do Europy bardziej, niż czegokolwiek innego. Musiałam zresetować licznik i nabrać energii i ochoty, by... wrócić do Azji. Jak się szybko okazało, potrzebowałam też pieniędzy na wznowienie podróży. A gdzie mi się tak cudownie żyło, zarabiało, odkładało? Na skalistej wyspie, gdzie słońce zdobi bezchmurne niebo przez trzysta dni w roku. Skoro dałam radę przed poprzednią podróżą, dam radę i teraz. Szybko zdecydowałam o powrocie na Maltę. Solo.


Początek był dziwny. Nie jestem przyzwyczajona to bycia gdzieś sama. Nikt nie przypominał mi o posiłkach albo wczesnym chodzeniu spać, za to znienacka pojawiło się dużo głosów namawiających do kolejnego ginu z tonikiem. Zamieszkałam z dwoma fantastycznymi ziomeczkami, których przypadkowo i spontanicznie poznałam zaraz po przylocie dzięki wspólnej znajomej. Tworzymy znakomitą ekipę, jest ciepło i rodzinnie. Doskonale się dobraliśmy - spędzamy razem czas, gdy mamy na to ochotę, czilujemy osobno, gdy tego potrzebujemy. Utrzymujemy zdrowy poziom artystycznego nieładu. Pomagamy sobie, żartujemy, gadamy o kosmosie. Czuję się jak w domu, mimo, że chłopaków poznałam dopiero dwa miesiące temu. Moim drugim domem jest praca. Brzmi to dość strasznie, ale ja tak naprawdę bardzo lubię swoją pracę. W whisky barze przepracowałam dziesięć miesięcy, wyruszyłam zdobyć Azję i po roku wróciłam. Duża część ekipy się zmieniła, ale ci, którzy mnie pamiętają, powitali mnie z otwartymi ramionami. Szybko zaprzyjaźniłam się z nowymi ludźmi - to miejsce ma to do siebie, że znakomita większość ludzi, którzy tam pracują to fantastyczne mordeczki, ludzie, z którymi można się pośmiać i na których można liczyć. Gdy zaczyna pracować u nas ktoś nowy, szybko okazuje się, że jest ciekawą, godną zaufania osobą. Jeśli okazuje się inaczej, nowy szybko odchodzi, bo nie wytrzymuje presji naszego kółka wzajemnej adoracji. Ekipa trzyma się razem. A ja się bardzo cieszę, że jestem jej częścią.

Czasem czuję się, jakbym nigdy stąd nie wyjechała. Spacery po Valletcie smakują tak samo, playlista w cafe jest identyczna, niektórzy klienci tak samo chamscy, jak zawsze. Większość czasu spędzam w pracy, nie mam praktycznie czasu na rozwijanie swoich pasji. Za rysowanie zabieram się raz w tygodniu w dzień wolny, na blogu pojawia się jeden wpis w miesiącu, książki leżą odłogiem. W wolnym czasie najczęściej siedzę i myślę niczym Beata Kozidrak, napawam się maltańskimi plażami albo spotykam się z innymi wolnymi elektronami. Wszystko jest tak, jak powinno być. W nowym roku planuję polecieć do Tajlandii, czyli do ostatniego miejsca, które odwiedziliśmy w poprzedniej podróży. Stamtąd chcę pojechać do państw ościennych, zwiedzić Malezję, Indonezję i dotrzeć wreszcie do upragnionej Australii i Nowej Zelandii. Solo. Chyba.

Słoneczne pozdrowienia, nieustająco zapraszam na Maltę.
Blog Widget by LinkWithin