czwartek, 21 września 2017

Trip raport XIV - Chiny cz. 2


Niektorzy blogerzy opisuja swoje podroze tak, jakby kazdy dzien byl pasmem sukcesow i zrodlem fenomenalnych wspomnien. Wszystko jest idealne i uslane rozami. Ich przygody zawsze sa niesamowite, nie ma zadnych fuck-upow, a jesli cos pozornie pojdzie nie po ich mysli, to tylko po to, zeby zaraz sytuacja mogla sie magicznie obrocic na ich korzysc.

Bullshit.

Czasem jest slabo. Czasem nikt cie nie chce zabrac i musisz rozbijac namiot w czarnej dupie. Czasem sie poklocicie. Czasem wydasz kase na cos, co wcale nie bylo tego warte. Czasem wolalbys po prostu spokojnie siedziec w domu. Czasem cie ktos oszuka i okradnie, a przynajmniej sprobuje. A czasem masz sraczke przez dwa tygodnie i odechciewa ci sie zyc.

To nie wyglada zbyt elegancko na blogu, ale tak wyglada zycie i tak wygladaja podroze. Zazwyczaj jest fantastycznie, ale niestety nie zawsze. Zreszta poczytajcie.

(klatwa sultana dopadla nas juz w Kirgistanie)


Z Kaszgaru chcielismy dojechac... jak najdalej. Polnocno-zachodnie Chiny to jedna wielka pustynia, na ktorej nie upatrzylismy sobie zadnych atrakcji. Najblizszym miejscem, ktore faktycznie chcielismy zobaczyc, byl Mur Chinski w miescie Jiayuguan oddalonym o prawie 2500 km od Kaszgaru. Nie mielismy planu, chcielismy po prostu pokonywac dystans. I poleglismy.

Sympatyczni panowie podrzucili nas do miasta Artux, czyli o 40 km. Tam na autostradzie zatrzymalismy autokar. Czemu nie? Kiedys w Niemczech zlapalam autobus i faktycznie pojechalam za darmo, zreszta czytalam historie autostopowiczow podrozujacych po Chinach autokarami zlapanymi na stopa. Trzeba sie jednak bylo upewnic. Wystartowalam z naszym chinskim autostopowym listem, w ktorym wszystko jest elegancko wyjasnione. Kierowca i wszyscy pasazerowie byli Ujgurami... List przeszedl z rak do rak, az trafil na kogos potrafiacego rozszyfrowac nasze krzaczki. Mezczyzna przetlumaczyl kierowcy tresc wiadomosci. Padlo jakies pytanie - domyslilam sie, ze zapytano mnie o cel podrozy. Odwaznie powiedzialam "Urumqi", choc od tego molocha dzielilo nas 1300 km. Kierowca pokrecil glowa i wymienil inna nazwe. Udalo mi sie ustalic, ze to gdzies w nasza strone. Spytalam, czy mozemy jechac. Tak, jasne. Super, byle dalej! Usiedlismy sobie wygodnie w autobusie i przejechalismy az (tylko?) 250 km. Cel okazal sie byc zaginionym miasteczkiem na srodku pustyni. Wysiedlismy i juz mielismy ustalac, jak dostac sie z powrotem na autostrade, gdy dopadl nas kierowca z raczej niesympatyczna mina. Zaczal sie domagac pieniedzy. Odmowilismy... przeciez nie tak sie umawialismy. Facet podniosl raban, zlecialo sie paru gapiow oraz ochroniarze z dworca autobusowego. Probowalismy na migi wyjasnic, ze kierowca zgodzil sie nas zabrac bezplatnie (no bo po co bysmy mieli za kase przyjezdzac na takie zadupie hehe), wyciagnelismy nasz list, ale i tak nikt tam nie mowil po chinsku. Autobusowy tlumacz gdzies przepadl. Kierowca zaczal drzec ryj i machac banknotem 100 juanow. Sytuacja zrobila sie naprawde nieprzyjemna. Przestalam dostrzegac opcje odejscia stamtad bez placenia. Wiedzialam, ze w portfelu mam malo pieniedzy i postanowilam to wykorzystac. Wyciagnelam cala jego zawartosc, czyli niecale 70 juanow (jakies 35 zl) i niestety dalam to tej nieuczciwej zmii. Typ wzial to z pogarda, splunal i poszedl, my tez czym predzej sie zmylismy. Jeszcze podczas tej podrozy nie czulam sie tak rozgoryczona... Ale coz, raz na wozie, raz pod wozem. Cwaniaki, oszusci i naciagacze tez sie zdarzaja. Sytuacja ta zostawila taki niesmak, ze postanowilismy jak najszybciej wydostac sie z terytorium Ujgurow, jesli tak to ma wygladac. Bylismy w koncu na dworcu  autobusowym. Kupilismy bilety do Urumqi (nigdzie dalej sie stamtad nie dalo dojechac).



Myslielismy, ze zdecydowanie sie na normalna miedzymiastowa podroz autokarem to wygodne rozwiazanie. Bylo to jednak pasmo porazek. Autobus mial odjezdzac ok. godziny 21, ale sie nie pojawil. Nie wiedzielismy, co sie dzieje, ale pracownik dworca zagonil nas i innych nieszczesnych pasazerow do taksowki, ktora zabrala nas na... wjazd na autostrade. Po godzinie beznadziejnego czekania przyjechal autobus z innego miasta, ktory mial nas wszystkich zabrac do Urumqi. Guess what, nie bylo w nim wolnych lozek, dostalismy wiec eleganckie poslania na schodkach w korytarzu miedzy pryczami. Ekstra. Ostateczne ponizenie nadeszlo w momencie, gdy rezudujacy na gornych lozkach oblesni Ujgurzy zaczeli nam zrzucac na glowe lupinki slonecznika, okruchy, puste plastikowe butelki i inny syf. Bo to przeciez normalne, ze smieci wyrzuca sie na ziemie, a jak na ziemi akurat ktos lezy, to juz jego problem. Fantastyczny rajd w tych cudownych warunkach trwal 27 bolesnych godzin. W autobusie byl elegancki dywanik i trzeba bylo zdejmowac buty. Na poczatku mialo to nawet sens, ale drugiego dnia bylo tam juz tak brudno, ze wolalabym chodzic na bosaka po dworze niz po tym paskudnym autokarze i mialam wrazenie, ze skarpety brudza mi sie od tej podlogi bardziej, niz bylabym ja w stanie ubrudzic butami. Nie polecam.


Do Urumqi dojechalismy o 1 w nocy. Po ponad dobowym letargu w autobusie nie bylismy nawet specjalnie zmeczeni. Postanowilismy nie bawic sie w szukanie hostelu o tej porze, wytrwac na miescie do rana i wtedy znalezc nocleg na kolejny dzien. O dziwo zycie w Urumqi o 2 w nocy kwitnie, na ulicach jest sporo ludzi, nie brakuje otwartych sklepow, fryzjerow (jakas pani akurat sobie farbowala po nocy wlosy) czy straganow z zarciem. Kupilismy sobie grillowanego kurczaka i jajka sadzone, przespacerowalismy sie, a potem zaopatrzylismy sie w browar i usiedlismy gdzies na lawce. Krecilo sie duzo ludzi, mimo, ze byl srodek nocy. Okolo 200 m od nas byl posterunek (jak na kazdym rogu zreszta) swiecacy na czerwono i niebiesko jak radiowoz na bombach, wiec czulismy sie bezpiecznie mimo nietypowej pory i absolutnie nieznanego nam miasta. W pewnym momencie zauwazyl nas jakis facet idacy do sklepu. W drodze powrotnej podszedl do nas i wreczyl nam dwa RedBulle. Chwile potem minal nas ktos inny. W sklepie zaopatrzyl sie w cala siate browarow i obdarowal nas dwoma. Podziekowalismy, powiedzielismy, ze jeszcze mamy, ale ziomek zostawil nam piwa i z usmiechem zyczyl udanej nocy. Chinczycy sa bardzo troskliwi.





O 7 rano sprawilismy sobie nalesniko-hotdogi od jakiejs pani, ktora na biezaco je przyrzadzala. Popatrzylismy chwile na gimnastykujacych sie o poranku Chinczykow i poszlismy szukac hostelu. Znalezlismy schronienie w miejscu, gdzie nie bylo mieszanych dormitoriow, musielismy spac oddzielnie. Zdrzemnelismy sie troche i postanowilismy kontynuowac misje wydostawania sie z prowincji Xinjiang. Kupilismy tanie bilety na pociag jadacy kolejne pustynne 1100 km dalej, az do Wielkiego Muru. Przespacerowalismy sie troszke po nudnym i brzydkim Urumqi, w ktorym najciekawsze bylo chyba "nocne zycie". Wyspalismy sie porzadnie w hostelu, wiedzac, ze czeka nas kolejna noc w kiepskich warunkach (kupilismy sobie miejsca siedzace, a nie lezace, bo przeciez mamy weza w kieszeni) i kolejnego dnia po poludniu ruszylismy do Jiayuguan.
Blog Widget by LinkWithin