niedziela, 24 września 2017

Trip raport XV - Chiny cz. 3


15-godzinnej podrozy z Urumqi do Jiayuguan nie wspominam z zachwytem, ale z pewnoscia byla o wiele lepsza od przejazdzki ujgurskim autokarem. Pociag byl napchany pod korek ludzmi, ktorzy caly czas sie wiercili, zdejmowali buty i ladowali smierdzace giry na moje siedzenie, przyrzadzali vifona za vifonem (zupki chinskie w Chinach okazuja sie byc bardzo tanie i bardzo smaczne, do wyboru jest mnostwo smakow, a w srodku sa faktycznie kawalki miesa i warzyw) i chrupali slonecznikiem. Poznalismy sympatycznego Zhao, ktory zagadal nas po angielsku, ale na tym jego angielski sie skonczyl. Rozmawialismy przez translator o podrozach, Polsce, Chinach i konstelacjach.

Translator w telefonie to must have w Chinach. Ja korzystalam z google translate offline, ktory dziala na zasadzie "Kali jesc, Kali spac", ale pozwala dogadac sie w knajpie, w aptece czy z przypadkowym nowym znajomym. Pisalam cos po angielsku, tlumaczylam to na chinski, potem wlaczalam chinska klawiature i dawalam telefon rozmowcy. Swoja droga niesamowite, jak rysuja byle jaki szlaczek, a telefon od razu wie, o ktory symbol im chodzilo. Chinskich znaczkow nie zapisuje sie w dowolny sposob, kazda kreseczka pisana jest w okreslona strone i w okreslonej kolejnosci. Symbole to zazwyczaj sylaby, dzieki autostopowym przygodom nauczylismy sie zapisywac niektore z nich (wystepujace w nazwach miast) i potem umielismy je rozpoznac. Oczywiscie do niczego nas to nie przyblizalo, ale samo uczucie bylo fajne. Po paru dniach w Chinach nauczylam sie znaczkow/slow takich, jak "ogien", "kobieta", "wejscie".

Back on track, Zhao zaproponowal, ze zawiezie nas na Wielki Mur - Jiayuguan to jego miasto i chcialby nam cos w nim pokazac. Przystalismy na propozycje z radoscia. Po niezbyt komfortowej, aczkolwiek przespanej nocy dotarlismy rano na miejsce. Nowy znajomy zgarnal samochod i zone z domu i pojechalismy zobaczyc legandarny Wielki Mur Chinski.



Spacer po murze to niezwykle doswiadczenie - od dziecka kazdy zdaje sobie sprawe z istnienia tej konstrukcji, oglada ja w telewizji i na fotografiach w internecie... A teraz pojawila sie okazja, by samemu sobie tam robic zdjecia. Punkt obowiazkowy podczas pobytu w Chinach! W okolicy muru mielismy tez okazje zobaczyc pierwsze na naszej trasie swiatynie buddyjskie. Feria barw i zlote postaci robia niezwykle wrazenie.










Po wycieczce Zhao z malzonka zaprosili nas na obiad. Sprobowalismy roznych pysznosci - chinskie zarcie jest nieziemskie. Nastepnie pozegnalismy sie z tymi przemilymi ludzmi i wybralismy sie na spotkanie z nasza Couchsurferka. Szukalam noclegu w Jiayuguan, ale Yoffy, do ktorej wyslalam wiadomosc, napisala, ze w tygodniu mieszka i pracuje w malej, starej wiosce kilkadziesiat kilometrow od miasta. Zaprosila nas wlasnie tam. Ucieszylismy sie - chinska prowincja? Jasne, chetnie! Yoffy wyslala nam namiary, pokazalismy wiadomosc od niej na dworcu autobusowym, ludzie pomogli nam kupic bilety do miejscowosci Yumen i pojechalismy.

Miejscowosc zdecydowanie nie wygladala jak "mala wioska". Znalezlismy sie w kolejnym duzym miescie bez charakteru. Dziwne... Szybka weryfikacja. Okazalo sie, ze Chiny znow nas pokonaly i ze jestesmy nie w tym Yumenie - bo to przeciez normalne, ze da dwie miejscowosci o tej samej nazwie w promieniu 30 kilometrow... Odechcialo nam sie czegokolwiek, ale w koncu trafilismy do wlasciwego autobusu. Skrecil z autostrady i zaczal jechac przez wioski. Swoja droga nie wiem, jak Chinczykom udalo sie wyczarowac pola uprawne na tej pustyni. Podobal nam sie ten klimat, a do celu bylo jeszcze 20 kilometrow. W tym momencie w uszach zadzwieczal mi slowa "Bedac w Chinach, jesli myslisz, ze wszystko jest w porzadku, to na pewno nie zdajesz sobie z czegos sprawy" (Dee, pozdrawiam). Faktycznie. Busik wyjechal na dluga prosta, na koncu ktorej widnialo jakies koszmarne miasto pelne kominow i rafinerii. Tylko, ze tym razem to faktycznie bylo miejsce, w ktorym mielismy sie znalezc.

Spotkalismy sie z nasza Couchsurferka. W krotkim czasie wydarzylo sie duzo rzeczy, ktorych kompletnie nie ogarnelismy - dziewczyna proponuje, zebysmy spali w klasie, w ktorej uczy dzieci angielskiego, bo ona mieszka w dormitorium, gdzie nie moze nas przekimac. Okej. Wbijamy do klasy. Klasa jest w hostelu. Zarzad hostelu nie zgadza sie, bo nie maja zgody na goszczenie obcokrajowcow. Wtedy wydalo nam sie to skrajnie dziwne, ale pozniej okazalo sie, ze w Chinach wcale nie jest tak latwo znalezc nocleg, nawet jesli chce sie za niego zaplacic... Yoffy zastanawia sie, co z nami zrobic, a my mamy ochote wystrzelic sie w kosmos. Przy okazji probujemy zagaic "ej, czy Ty czasem nie mowilas, ze mieszkasz w malej, starej wiosce?". Na co nasza beztroska kolezanka odpowiada "no tak! tu mieszka tylko 20 tysiecy ludzi! to bardzo stare miasto, zalozone w 1939 roku, pierwsza chinska rafineria! kiedys mieszkalo tu duzo wiecej ludzi, ale oleju ubywa, nie ma pracy, wiec sie wynosza". Chinczycy i ich pojecie o malych wioskach i starych osadach. Po tym tekscie myslalam, ze jestesmy w ukrytej kamerze. Za namowa osoby poznanej przez CS trafilismy do jakiegos tragicznego miasta z dala od drogi, w ktorym na dodatek nasz host jednak nie moze nas przenocowac. Snujemy plan jak najszybszego wydostania sie z Chin do Wietnamu, bo najwidoczniej po prostu nie radzimy sobie z tym, co nas w tym kraju spotyka. Yoffy obiecuje, ze znajdzie nam miejsce do spania i zacheca, zebysmy przespacerowali sie po miescie.



Yumen Old City ma malenkie centrum, w ktorym sa knajpy, ludzie, jest bazar i skwer tanca. Okazalo sie, ze w zasadzie w kazdym miescie w Chinach jest park lub plac, gdzie po poludniu i wieczorami zbieraja sie ludzie (glownie panie po czterdziestce), zeby sobie poszurac nozka. Leci muzyka i wszyscy tancza jakis uklad, ktory kazdy zna, bo przychodzi tu codziennie pobaunsowac. Dziwnie sie na to patrzy, ale w sumie fajnie, ze maja jakies zajecie. Wiekszosc ludzi ma na sobie jednolite czerwone lub niebieskie kombinezony. Sa to robotnicy China Petrol, ktorzy pracuja przy wydobyciu ropy. Miasto zostalo zalozone wlasnie dlatego, ze odkryto rope, teraz ropa sie konczy i ludzie sie wyprowadzaja. Zaraz za "centrum" zaczyna sie sceneria jak z horroru - cale osiedla stoja puste. Jest mnostwo opuszczonych szkol, restauracji, bibliotek i innych budynkow. Nie ma tam zywej duszy. Jak w Europie wejdzie sie do jakiegos pustego budynku to zawsze sa tam slady imprezujacych meneli, a na scianach sa tagi i graffiti. Tutaj nie. Weszlismy do opuszczonego przedszkola. W ramkach dalej wisialy rysunki dzieci, kolo wejscia bylo mnostwo bucikow, w klasach stare farbki i pedzelki... Robi wrazenie. Poszlismy dalej. Doszlismy na skraj miasta, gdzie wydobywa sie rope. Rozkopane gory, jaskinie, w ktorych kiedys mieszkali robotnicy, smrod roly naftowej i setki halasujacych maszyn. Wydawane przez nie dzwieki odbijaly sie echem wsrod opuszczonych budynkow. Cos strasznego.






Trafilismy rowniez na swiatynie, ktora ukryta byla wsrod drzew, tuz kolo miejsca wydobycia ropy... Psychodeliczne klimaty sprawily, ze zrobilo sie jeszcze dziwniej.





Odezwala sie do nas Yoffy. Okazalo sie, ze bedziemy spac w klasie, gdzie angielskiego uczy jej kolezanka - tym razem nie w hostelu, ale w opuszczonym budynku, a jak. Mielismy dla siebie cale dwa pietra dawnej szkoly. Budynek zostal chyba porzucony dosc niedawno, byla woda i swiatlo (z czujnikiem dzwieku, wystarczylo klasnac, zeby sie wlaczylo, opuszczona szkola w Chinach niczym najnowoczesniejszy inteligentny dom). Z dziwnych Yumenowych atrakcji przyszlo nam jeszcze zbierac i jesc gruszko-jablka, owoce powstale ze skrzyzowania tych dwoch gatunkow. To chyba byly najdziwniejsze dni tego tripa.




Z Yumenu wybieralismy sie do Zhangye - miasta znajdujacego sie w poblizu kolorowych gor. Przyszla pora ponownie probowac z lapaniem stopa w tej wolnej od Ujgurow prowincji.
Blog Widget by LinkWithin