piątek, 3 listopada 2017

Trip raport XXV - Kambodza cz. 4 + BIG NEWS




Battambang to miasto, ktore bardzo przypadlo nam do gustu z jednego wzgledu - nie ma tam nic szczegolnie interesujacego, a co za tym idzie, nie ma tlumow szalonych turystow. Warto wypozyczyc rower lub skuter i przejechac sie po okolicy. Znajdziemy wzgorza, jaskinie, stare swiatynie i zobaczymy codzienne zycie w Kambodzy. My w tym spokojnym miasteczku spedzilismy az 11 dni, czego absolutnie bysmy sie nie spodziewali - nasz najdluzszy dotychczasowy przystanek to bylo 5 dni w St Petersburgu. Pobyt w Battambang byl jednak tlem dla ekscytujacych wydarzen - organizowania najblizszych szesciu miesiecy. Zupelnie niespodziewanie zdecydowalismy sie na duzy krok.

5 listopada lecimy z powrotem do Wietnamu. Bedziemy tam uczyc dzieci angielskiego przez pol roku.




Wyjezdzalismy z Polski w czerwcu z zamiarem dotarcia zima do Australii i Nowej Zelandii. Chcielismy cieszyc sie latem na antypodach. Plan (o ile moge w ogole uzyc tego slowa) okazal sie jednak daleki od idealu. Chiny opuscilismy juz w polowie wrzesnia. Chcielismy nacieszyc sie Azja poludniowo-wschodnia. Zamierzalismy zwiedzic Wietnam, Kambodze, Laos, Tajlandie, Malezje, Indonezje, moze Birme i Filipiny... Musielibysmy jednak bardzo sie spieszyc, by w styczniu byc w Australii, a przeciez nie o to chodzi, by byc caly czas w biegu i omijac wiele pieknych miejsc. Podstawowym problemem byly jednak pieniadze. Azja wbrew pozorom pozera kase jak szalona, zwlaszcza, gdy w porze deszczowej musisz sobie odpuscic namiot (a Couchsurfing dziala bardzo rzadko), rezygnujesz z marnowania calych dni lapania stopa na rzecz nocnych pociagow i lubisz odwiedzac rozmaite atrakcje oraz relaksowac sie na rajskich wyspach. Wydluzenie podrozy w celu spokojnego odwiedzenia wszystkich wymarzonych miejsc oznaczaloby zbyt szybkie bankructwo. Zaczelismy sobie mgliscie zdawac z tego sprawe, gdy pewnego dnia, scrollujac facebooka trafilam na niesamowita okazje. Ania i Andrzej to autostopowicze, ktorzy po paru miesiacach podrozowania znalezli prace w Wietnamie, odlozyli sporo pieniedzy, zdecydowali sie na powrot do Polski i szukali innej pary, ktora by ich zastapila. Po krotkim wahaniu napisalismy do nich... i pare tygodni pozniej odebralismy zaproszenie wizowe od dyrektorki wietnamskiego centrum jezykowego i ustalalismy szczegoly naszego przyjazdu. Bedziemy mieszkac na polnocy kraju, miedzy Hanoi a zatoka Ha Long. Bedziemy miec oplacone zakwaterowanie oraz pensje w wysokosci 1000$ miesiecznie. Maksymalna ilosc godzin to sto w miesiacu. Koszty zycia w Wietnamie sa bardzo niskie, wiec liczymy, ze uda nam sie zaoszczedzic tyle, ze przez kilka kolejnych miesiecy nie bedziemy musieli sie martwic pieniedzmi. Czeka nas duzo wolnego czasu, odpoczynek od ciaglego przemieszczania sie i codziennego podejmowania decyzji, mozliwosc regeneracji... Bedzie czas na porzadne blogowanie i pisanie po angielsku. Odlozymy kase, naladujemy baterie, pomieszkamy w pieknym Wietnamie, zdobedziemy nowe, fantastyczne doswiadczenia. Nazremy sie krewetek, saltki z zielonej papai, zupy pho i soczystych owocow. No i bedziemy pracowac z dziecmi. Jak wiadomo boje sie dzieci, wiec ten aspekt nieco mnie przeraza, ale musze otworzyc sie na to doswiadczenie i nie zaslynac jako nauczycielka wyrzucajaca swoich podopiecznych przez okno. Trzymam za siebie kciuki. Powinno sie udac.




Wietnamska przygoda zbliza sie wielkimi krokami, a ja jestem bardzo podekscytowana. Podjecie decyzji o osiedleniu sie na kilka miesiecy sprawila, ze postanowilismy spokojnie cieszyc sie ostatnimi tygodniami wakacji - bez cisnienia. W Battambang juz pierwszego wieczoru poszlismy na browar do knajpy, do ktorej, jak sie pozniej okazalo, przychodza wszystkie lokalne bialasy. Poznalismy amerykanskich i brytyjskich weteranow, nauczycieli angielskiego, organizatorow wycieczek rowerowych oraz francuskiego wlasciciela baru, ktory uraczyl nas lokalnym rumem. Gadalismy z nimi godzinami, dostalismy mnostwo porad dotyczacych zwiedzania okolicy, sluchalismy opowiesci o wojnie oraz o Stanach, Afryce i oczywiscie Azji. Wiekszosc naszych nowych znajomych byla po piecdziesiatce, do Azji przyjechali wiele lat temu i juz tam zostali. Powiedzieli, ze ten kontynent tak wlasnie dziala - przyjezdzasz... i zostajesz na dluzej. Brzmi znajomo. Zwiedzalismy Battambang, a wieczorami chodzilismy napic sie piwa z ekipa. Zawsze wiedzielismy, gdzie ich znalezc... Bylo tak, jak w dawnych czasach na osiedlu. Wiadomo, ze koledzy beda na podworku.





Niedaleko miasta znajduje sie swiatynia Phnom Banan, ktora nie jest wcale mlodsza od kompleksu Angkor. Swiatynia zbudowana jest na wzgorzu, trzeba sie do niej wdrapac po stromych schodach. Widok jest piekny, sielski... W Kambodzy nie ma wielu gor, a z okazjonalnych pagorkow rozciaga sie widok na uprawy trzciny cukrowej i ryzu, palmy kokosowe i bananowe.




Widzielismy rowniez miejsce kultu kontrastujace z Phnom Banan. Byla to otwarta zaledwie dwa miesiace wczesniej swiatynia Baha'i - religii, ktora narodzila sie w Iranie, a dzis ma kilka milionow wyznawcow na calym swiecie. Kazdy jest mile widziany w swiatyni, niezaleznie od wyznania.



Najwieksza atrakcja w prowincji Battambang jest niezwykle wzgorze Phnom Sampou, skrywajace mnostwo swiatyn i jaskin. Jest tam miedzy innymi Killing Cave, miejsce, w ktorym Czerwoni Khmerzy tracili wrogow komunizmu pod koniec lat '70. Znajduje sie tam rowniez dosc upiorny pomnik przestawiajacy rozne makabryczne tortury oraz walczace kurczaki.




W dzungli rosnacej na gorze mieszka mnostwo malp, ktore absolutnie nie przejmuja sie obecnoscia ludzi, siedzac na schodkach kapliczek i traktujac przechodniow jak atrakcje turystyczna.




U podnoza gory znajduje sie Bat Cave, jaskinia nietoperzy. Nie da sie do niej zajrzec, ale slychac ja z daleka. Zyja w niej miliony nietoperzy, ktore w dzien glosna piszcza, a o zachodzie slonca wylatuja zerowac. Jest ich tak niesamowicie duzo, ze proces opuszczania jaskini przez gigantyczne stado tych zwierzatek trwa ponad godzine.




Wycieczka rowerowa po okolicy Battambang to swietna okazja, by zobaczyc, jak wyglada zycie w wioskach nad rzeka, patrzenie na cudowna roslinnosc oraz odkrycie wielu ogromnych posagow Buddy. Nigdzie wczesniej nie widzielismy takiej ilosci kilkunastometrowych figur obrazujacych Budde. W Battambang liczy sie rozmiar.




Czas spedzony w tym miescie byl pelen relaksu, spokojnego zwiedzania oraz ustalania detali dotyczacych nadchodzacej polrocznej kariery w Wietnamie. Przed nami dwa tygodnie w Tajlandii. Odwiedzimy wyspe Ko Chang oraz Bangkok, nie spinamy sie, bo do tego kraju wrocimy na dluzej po zakonczeniu wietnamskiego epizodu. Czas cieszyc sie wakacjami przed powrotem do zarabiania i oszczedzania pieniedzy.



Blog Widget by LinkWithin