piątek, 26 maja 2017

Podsumowanie maltańskiej przygody


13 miesięcy na Malcie dobiegło końca. Przylatując tu nie wiedziałam, że faktycznie tyle tu zostanę. Plan był prosty. Znaleźć mieszkanie, zaczepić się w pracy np. w knajpie na plaży, zarobić i oszczędzić miliony monet i w kolejnym roku wyruszyć w podróż do Nowej Zelandii. To chyba nie jest jednak takie łatwe i oczywiste.

Na szczęście wszystko się udało.

Przylecieliśmy tu w połowie kwietnia 2016, niespełna miesiąc po tym, jak zaczęliśmy na poważnie rozważać wyjazd do pracy za granicę. Malta wydawała się dość losowym pomysłem. Wiedziałam o niej tyle, że jest wyspą na środku morza, że jest tu ciepło i słonecznie, że mówi się po angielsku, że dzieciaki przyjeżdżają tu na najebkę pod przykrywką obozu językowego a emeryci wygrzewają tu latem kości. Postanowiliśmy jednak spróbować szczęścia. Przecież nie będę jechała do syfiasto-deszczowej Anglii. Malta, here we come.

Nie mieliśmy planu, niczego nie zorganizowaliśmy przed przyjazdem. Ciężko robi się takie rzeczy na odległość nie znając wyspy. Znaleźliśmy miejscówkę na Couchsurfingu na 3 pierwsze noce i chcieliśmy wykorzystać ten czas na szukanie mieszkania. Za radą gospodarza zaczęliśmy się rozglądać na grupach na Facebooku. Wypatrzyliśmy interesującą opcję w Valletcie, co prawda z współlokatorem. Pojechaliśmy obejrzeć... i kilka minut później uiściliśmy kaucję. Zamieszkaliśmy w stolicy Malty.


Szukanie pracy w knajpie wygląda na Malcie nieco inaczej, niż u nas. Wysyłanie CV przez internet nie ma tu wielkiego sensu. Najlepszą opcją jest spacer po lokalach, pytanie, czy potrzebują ludzi, prośba o zamienienie kilku słów z managerem i pokazywanie się z jak najlepszej strony - nienaganna prezentacja, znajomość języków i niewiarygodny kelnerski skill. Po paru podejściach ktoś cię w końcu zaprosi na dzień próbny. Szóstego dnia pobytu rozpoczęłam pracę w sporej turystycznej restauracji, gdzie cała obsługa porozumiewała się między sobą po serbsku, serwowano w zasadzie każdy rodzaj jedzenia a "półlitrowe" piwo nalewano do szklanki 0,4l. Uciekłam stamtąd w lipcu, by dołączyć do Siwego pracującego w knajpie z burgerami.

Życie na Malcie od początku było w pewnym sensie bajkowe. Upał i słońce w zasadzie bez przerwy, plażowanie, zewsząd widok na morze. W moim życiu nie było wcześniej takich luksusów na co dzień. Przyzwyczajanie się do śródziemnomorskiego życia nie zajęło mi wiele czasu. Temperatury latem sięgały czasem 40 stopni i nie dało się wytrzymać na słońcu, ale ja lubię taki klimat. Praca bywała męcząca, ale po skończonej zmianie nie musiałam o niej więcej myśleć. Codziennością stało się opalanie, czytanie książki w parku z widokiem na zatokę, wycieczki w różne zakątki wyspy i picie browarów nad morzem. Szybko okazało się, że zarobki i napiwki są dużo wyższe niż koszty życia, więc plan oszczędnościowy wyglądał wyjątkowo optymistycznie. Pojawiło się pytanie: Skoro życie na Malcie jest takie łatwe, proste i przyjemne, dlaczego więcej ludzi tu nie przyjeżdża? Poznaliśmy tu oczywiście Polaków, ale jest nas tu o wiele mniej niż w Wielkiej Brytanii czy Irlandii. Nie brakuje z kolei Serbów i Macedończyków. W każdym razie nie czekajcie na plot twist w historii, raczej jeśli tęsknicie za słońcem i szukacie pracy w szeroko pojętym biznesie turystyczno-gastronomicznym, to zapraszam na Maltę.

Po paru miesiącach sielanki zaczęła się zima. Co prawda ciężko ją faktycznie nazwać zimą, gdyż oczywiście nie występuje tu śnieg lub temperatury ujemne. Styczeń i luty bywają jednak trudne ze względu na brak centralnego ogrzewania. Latem nie mieliśmy klimatyzacji, ale dało się to znieść dzięki grubym murom budynku i kamiennej podłodze. Zimą to wszystko działało przeciwko nam. Standardem były dwie bluzki, bluza, gruby sweter, spodnie, dwie pary skarpet i zmrożone dłonie. Konieczność rozebrania się, by pójść pod prysznic była męczarnią, podobnie jak wstawanie z łóżka, gdzie w końcu, dzięki ciuchom, kołdrze i kocowi udało się nagromadzić trochę ciepła. Nieraz zimą na dworze było przyjemniej, niż w domu. Wracając ze spaceru nie miałam ochoty zdejmować kurtki. Zamieniałam ją na inne, równie ciepłe warstwy. Zima na Malcie jest depresyjna, jak w każdym innym kraju. Robi się ciemno o 17, często wieje i pada, zdarza się grad. Opady i wichury zdarzają się ogólnie o wiele częściej od listopada do marca niż w drugiej połowie roku. Od połowy marca do końca października jest w zasadzie lato... A od lipca do września jest tak gorące, że trzeba na siebie uważać.

Zimą mój entuzjazm nieco osłabł. Nie chodzisz na plażę, je jesz lodów, uciekasz przed oberwaniem chmury i włączasz żyrandol o 16. To wszystko byłoby jeszcze normalne, gdyby nie fakt, że w domu zamarzasz. Zimą na Malcie robi się niezwykle nudno. Nie ma zbyt wielu turystów (poza Niemcami, którzy żadnej pogody się nie boją i Brytyjczykami, którzy w deszczowe dni piją browar pod parasolem słonecznym i cieszą się wakacjami). Knajpy się zamykają, właściciele robią sobie miesięczne wakacje, bo biznes i tak się nie kręci. Wyspa znosi kolejne hardkorowe wichury, a ty próbujesz sobie przypomnieć, jak to jest mieć czucie w dłoniach i stopach.

W połowie lutego nagle się okazuje, że jest coraz więcej dni, że można wyjść na dwór w t-shircie, a słońce znów regularnie mruga do ciebie zza okna. W połowie marca tego roku zaczął się sezon. Bum, niemalże z dnia na dzień zapełniły się ulice i restauracje, a ty po paru cichych miesiącach przyjmujesz zamówienie na cheeseburgera bez sera od zestresowanej wakacjami babki, której ramiona w kolorze wiśniowym zwiastują nadchodzące cierpienia. Lato. I wszystko jest tak, jak być powinno.

Nie rozpisuję się o kuriozach kelnerskiego fachu ani o sympatycznych mieszkańcach Malty. To już było... I na razie nie będzie więcej. Wszystkie przemyślenia zgromadziłam tutaj. Rok na tej wyspie był świetnym doświadczeniem dla takiej ciepłolubnej jaszczurki jak ja. Polecam wszystkim, którzy lubią słońce, relaks i tzw. pracę z ludźmi. Na Malcie z łatwością zaczepisz się w barze, restauracji, hotelu. Zarobisz, zaoszczędzisz, zrobisz, co chcesz. Da się! Polecam.

Maltańska przygoda niezwykle ułatwiła mi gromadzenie funduszy na podróż do Nowej Zelandii, która zaczyna się już za 3 tygodnie. Dziś opuściłam wyspę. Składam wizytę we Francji Elegancji, a niedługo przemieszczam się do Warszawy, gdzie zacznie się trip.

PS Tak, mam teraz Instagram. Podróżniczy. Zapraszam.
Blog Widget by LinkWithin