czwartek, 30 sierpnia 2012

Klepnięta

Kiedyś bardzo często brałam udział w różnych blogowych zabawach, odpowiadałam na pytania, pisałam żenujące fakty o sobie i robiłam inne pasjonujące rzeczy. Wtedy to się nazywało "klepanka", jakkolwiek głupio by to nie brzmiało. Teraz powróciło w nowej wersji - zostałam otagowana. Zdecydowałam się odpowiedzieć na pytania, które zadała mi , aby (być może) rozjaśnić Wam trochę moją sylwetkę. Raczej mi się nie udało, ale i tak przednio się bawiłam. Zabawa polegała na odpowiedzeniu na pytania a następnie wymyśleniu nowych 11 pytań dla kolejnych 11 osób... Niestety ominęłam tę część, może jedynie zapytam Szarozielonego, jak ma na imię. Oto moje odpowiedzi, enjoy:

Co masz aktualnie na paznokciach?
Żółty lakier Wibo, dałam za niego jakieś grosze, a trzyma się już 4 dzień, WIN.

Co uważasz za swój największy sukces?

Dotrwanie w całkiej niezłej kondycj psychicznej i fizycznej aż do chwili obecnej, z uśmiechem na twarzy, garstką ciekawych ludzi dookoła mnie i znajomością frencza, którego zaczęłam się uczyć dopiero rok temu.

Gdzie chciałabyś mieszkać w przyszłości?
Chciałabym jeździć, zwiedzać... Moja baza może być tu, w Bagietolandii, ale chciałabym przeżyć kilka miesięcy w LA (co powszechnie wiadomo) i w wieeelu innych pięknych miejscach świata.

Twoje postanowienie na rok szkolny 2012/2013?
Zaliczyć drugi rok projektowania wnętrz i naprawdę z tego skorzystać. Ach, no i nie stracić zainteresownia kierunkiem.


Od kiedy blogujesz?

Zaczęłam w 2006, prowadzilam kilka blogów na onecie, skupiając się głównie na pamiętniku. Tuż przed rozpoczęciem pisania bloga, którego właśnie czytasz, przeczytałam swoje kwieciste zapiski sprzed kilku lat. Od deski do deski. To mnie właśnie zainspirowało, żeby zacząć od nowa.


Czy znajomi z klasy wiedzą, ze blogujesz? Jak się o tym dowiedzieli?

Nie wiedzą i się nie dowiedzą, jestem tu anonimowa i to mi odpowiada.
A, zaraz. Ja nie mam klasy. Unieważniam.


Jak powiedziałaś rodzicom o blogu? Jak oni na to zareagowali?

Nawet nie wyobrażam sobie powodu, dla którego miałabym wtajemniczać rodziców.


Masz osobę, której mówisz wszystko?

Oczywiście,  że NIE.


Uważasz, że na blogu piszesz ciekawie?

Jasne, jestem usatysfakcjonowana. :)


Skąd była twoja pierwsza pocztówka, którą dostałaś od czytelniczki/ czytelnika? 

???


Jaki masz talent?

Plastyczny. I do wyszukiwania tępych ludzi w moim otoczeniu.

Skończyłam. Dawno się w coś takiego nie bawiłam, fajnie było.


wtorek, 28 sierpnia 2012

Zwyczajność


Pewnie powieje jakąś dziwną nostalgią albo nawet nie wiem czym, ale patrząc przez okno postanowiłam poruszyć taki temat (nie, nic poważnego, nie obawiajcie się): dlaczego kobiety po małżeństwie stają się takie.. zwyczajne? Hahaha przepraszam, napisałam to, przystanęłam na chwilę, przeczytałam ten błyskotliwy temat i stwierdziłam, że post będzie prawdopodobnie bardzo ułomny. Kontynuuję. Zalewa nas fala zwykłych bab. Jak to się dzieje? Większość dziewczyn i młodych kobiet, delikatnie mówiąc, dba o siebie. Zawsze słysząc to irytujące pytanie "uuu, dla kogo się tak stroisz?" odpowiadamy stanowczo "dla siebie". A to przecież nieprawda.

Też mi się kiedyś wydawało, że chcę ładnie wyglądać dla samej siebie, ale przecież jak siedzę w domu sama ze sobą, to nie dbam o swój wygląd, tylko o to, by nie zabrakło mi Coli, czekolady i internetu. Wychodząc z mojej pieczary automatycznie zakładam ubrania których się nie wstydzę, czasem robię makijaż, patrzę 56839520356 razy w lustro... Dla siebie? Niby tak. Zastanawiam się nad tym... Nie chcę, żeby ludzie patrzyli na mnie na kosmitkę. Wolę wtopić się w tłum, a czasem w delikatnym stopniu zabłysnąć. Więc jednak nie dla siebie? To świadomość przebywania wśród ludzi popycha nas do poczucia pewnej odpowiedzialności za swój wygląd. Przy znajomych chcemy wyglądać fajnie (chyba, że siedzimy z przyjaciółkami w rozciągniętych piżamach i debatujemy o pierdołach, ale to się nie liczy), ale oczywiście najważniejsza jest płeć przeciwna. Po prostu lubimy przychylne spojrzenia, lubimy się podobać... Wyjście z domu w naszym ulubionym, spranym dresie XXL nie byłoby najlepszym pomysłem.

Ok, dotarłam do ok. połowy notki, a nie zaczęłam jeszcze gadać na temat. Zmierzam do tego: strojąc się, dbając o wygląd skupiamy uwagę płci przeciwnej (i nikt mi nie powie, że wygląd nie jest pierwszą cechą, na którą zwracamy uwagę). Będąc w związku nie da się utrzymać tych 'pięknych pozorów' przez cały czas, wiadomo, że każdy miewa gorszy czas, widujemy się, gdy nie jesteśmy w formie i kochamy się oczywiście nie za wygląd, tylko za mnóstwo cech charakteru, których szukamy, które nas urzekają. I tu zaczyna się problem (tak, ponad 20 linijek w polu edycji i Bina dopiero zaczyna swój wywód): niektóre kobiety w tym momencie przestają dbać o swój wygląd... bo "i tak widział mnie bez makijażu, widział, jak płaczę, widział mnie w kapciach króliczkach, widział, jak siedzę na kiblu, widział, że raz zapomniałam ogolić nogi, ale nic nie powiedział, WIĘC mogę kontynuować, niech tak zostanie".


Jak to?! Nie można tak! Trzeba je powstrzymać! Stają się zwykłe (żeby nie powiedzieć 'nieatrakcyjne'), tracą coś, czym przykuły jego uwagę po raz pierwszy... Czy 'zdobycie' faceta oznacza, że możemy się poddać, bo on już jest ''nasz''? Naprawdę jest? Jego dziewczyna nie przestała mu się podobać, ale on doskonale pamięta, w kim się zakochał... W kobiecie, której ewidentnie zależało, żeby jego koledzy byli zazdrośni. Która cieszyła się, jak on uśmiechał się widząc ją w pięknej sukience i butach na obcasie. Która lubiła się podobać! A teraz jest jej wszystko jedno... Jak często widzimy takie kobiety, najczęściej jeszcze z wózkiem? Czy małżeństwo/dziecko jest powodem do zaprzestania manifestowania swojej kobiecości? Nie wiem, ale mam nadzieję, że nie. Potem to postępuję: w wieku emerytalnym kobiety stają się wręcz.. męskie. Nie, nie to mam na myśli, preferuję zupełnie inną definicję męskości. Chodzi mi o to, że czasem z daleka (albo, o zgrozo, nawet z bliska) nie widzimy czy z naprzeciwka nadciąga starsza pani czy starszy pan. A takich zgrzytów wolimy unikać.

Oj, pojechałam.

Proszę, żebym nigdy nie była 'zwykłą babą'!

niedziela, 26 sierpnia 2012

Nie skłamałam, po prostu nie powiedziałam całej prawdy.


Chyba już we wszystkich mediach były zabawne newsy na temat tego, że kłamią WSZYSCY, i to kilka razy dziennie. To jest po prostu nieuniknione! Jeśli rzeczywiście ściemniamy, zmieniamy istotne elementy opowieści lub się wykręcamy, to mamy wyrzuty sumienia. Nie powinniśmy kłamać, zdajemy sobie z tego sprawę... Jednak kompletnie nie zauważamy swoich codziennych kłamstw: "jestem już w drodze!" zakładając buty, "uśmiałam się" z kamienną twarzą, i moje ulubione "wszystko ok" z miną McKayli Maroney zdobywającej srebrny medal. Podobno takie ściemy zdarzają się każdemu około 5 razy na dzień. Na dodatek nie klasyfikujemy tego jako kłamstw. Lubię rozmawiać o prawdomówności... Tyle ludzi zarzeka się, że brzydzą się kłamstwem, że nie mogliby mieć przyjaciół/partnerów, którzy mijają się z prawdą, że wolą usłyszeć najgorszą prawdę niż sprytne kłamstewko... Serio? Prawda boli. Nie chcę krzywdzić bliskich.

Kłamię? Hmm, rzeczywiście, ja również nie lubię tego słowa, mam dla niego wspaniałego zastępcę: "nie mówię całej prawdy". "Przygotowałaś to, o co cię prosiłam?" pyta losowy obywatel. Śmiało odpowiadam: "wzięłam się za to, spędziłam nad tym chwilę, ale potrzebuję jeszcze troszkę czasu, żeby skończyć". Prawda? Oczywiście! Co z tego, że 'wzięcie się' oznaczało zaledwie bliższe przyjrzenie się problemowi, 'chwila' wynosiła 15 sekund, a 'troszkę czasu' to w zasadzie tyle, ile potrzebowałam od początku, przed przystąpieniem do zadania? Hej, może ja się nadaję na polityka, mówcę, MANIPULANTA. Cudownie, kolejna kariera do rozważenia.  Kłamstwa są nam w jakiś sposób potrzebne... tak naprawdę nie chcemy słyszeć prawdy. Chcemy usłyszeć to, co nas uszczęśliwi, a jeśli będzie oznaczone etykietką "prawda", tym lepiej. Po co faceci prawią komplementy? No właśnie. "Jesteś najpiękniejszą kobietą jaką kiedykolwiek widziałem". Na oko masz 25-letnie doświadczenie w ocenianiu walorów kobiet, a dookoła jest mnóstwo ślicznych dziewczyn, więc proszę przestań. Co gorsza, tego typu teksty działają. Kobiety po prostu lubią słuchać tego typu pierdół. Ooo, a już najlepiej, jak się je porówna do ich koleżanek, to już je kompletnie zmiękczy. Każda chce wiedzieć, że lśni na tle przyjaciółek. Znowu gadam o gatunku dziewczyn tak, jakbym do niego nie należała.

nie umiem zakończyć posta.

Haha, chyba będę się nienawidzić jak za kilka lat przeczytam tego bloga. Albo przeciwnie, będę mieć do siebie szacunek. Bina i jej serce przesiąknięte złem.

Update: Właśnie zostałam zmuszona do złożenia przysięgi "nie będę opowiadać kłamstw". Jak Harry! I to na dodatek po tym, jak mówiłam 100 % prawdy, jednak ktoś mi tu nie wierzy. Muszę być jeszcze bardziej ostrożna.

piątek, 24 sierpnia 2012

USA

Kręcą mnie Stany Zjednoczone. Jak wszystkich? Być może. Chcę, naprawdę chcę podróżować i zawsze gdy spotykam kogoś o podobnej pasji, wymienia mi on Argentynę, Australię, Indie, RPA... Ale nigdy Stany. USA zawsze były idyllą dla ludzi szukających bogactwa na zasadzie 'grass is always greener', ewentualnie gwiazdą nastoletnich marzeń o kupnie starego Cadillaca i przemierzeniu kraju wzdłuż i wszerz. A ja naprawdę chcę tam pojechać! Już od dawna, i jeszcze trochę mi to pewnie zajmie.

Zacznijmy od tego, że muszę mieć 21 lat, aby wozić się na legalu, hehe. Oh, Bina, you're so hilarious. Przepraszam za te wstawki po angielsku, nie mogę się powstrzymać. Od czego to się w ogóle zaczęło? Chyba od rapu. 2Pac, Snoop Dogg, Dr Dre a ostatnio Kendrick Lamar nawijający o Cali i LA w taki sposób, że widzę się tam od razu, uśmiechniętą, podziwiającą wszystko dookoła, jedzącą wieeelkie burgery i oglądającą się za gigantycznymi Murzynami w koszulkach Lakersów. Po prostu mnie to ciągnie, zaczynając od pogody, poprzez język, kulturę i muzykę, na obleśnym amerykańskim żarciu kończąc. Mogłabym po prostu usiąść w knajpie, zamówić coś bardzo ciężkostrawnego (właśnie, samo zamawianie w dinerze to już wydarzenie) i obserwować niezwykle różnorodnych ludzi. To wszystko, o czym słucham, co widzę w filmach, internecie... Bina Obserwator weryfikująca informacje. Na LA oczywiście się nie kończy. Wschodnie wybrzeże, od Nowego Jorku do Miami, południe, Route 66, wszystko! Chciałabym zobaczyć różnice między poszczególnymi stanami.
Uderzamy się ręką w czoło, że Amerykanie, jeśli już zdają sobie sprawę z istnienia Europy, to wyróżnią Paryż i Francję, Hiszpanię, może Włochy i Skandynawię. I blok komunistyczny. Sami jednak generalizujemy "Stany" jako jednolity kraj debili siedzących non stop w McDonald's lub przed telewizorem, a ja chcę sprawdzić, ile z tego to prawda. Poza tym sam fakt bycia otoczoną przez olbrzymie samochody i ludzi władających angielskim będzie super, taaak. Muszę tego w końcu doświadczyć!

wtorek, 21 sierpnia 2012

Proszę, żadnej monotonii

Jestem nieuporządkowana. Moje dni, miesiące, całe moje życie nie ma żadnej rutyny. Żadnego schematu. Po prostu nie cierpię monotonii. Nie wytrzymałabym (nudnego?) życia, które prowadzą miliony ludzi: pobudka codziennie o tej samej porze, praca za biurkiem, lunch, znów tyranie przed kompem i kombinowanie, jaki żart zrobić współpracownikom, powrót do domu (rodziny?!), oglądanie wiadomości a następnie filmu proponowanego przez jedynkę (lub, w moim przypadku, jej francuski odpowiednik), kładzenie się do łóżka, żeby po około ośmiu godzinach rozpocząć rytuał od nowa. Po paru dniach przychodzi weekend, niby się cieszymy, w gruncie rzeczy wiemy jednak, że i tak nie ma nic do roboty, co najwyżej możemy iść z kimś (rodziną?) do parku i na lody, cały czas myśląc o telefonach z pracy i nadciągającym poniedziałku. Ten oczywiście nieuchronnie nadchodzi, pętla się zamyka. 365 dni w roku. No, czasem jakieś święta (z krewnymi, których mamy dość nawet widując ich dwa razy rocznie) lub wakacje, również przepełnione myślami o codzienności... Prawdopodobnie w dni wolne budzimy się nawet o tej samej porze co na co dzień, bo nasz 'zegar biologiczny' się przyzwyczaił.


Proszę, obym nigdy nie wpadła w taką rutynę. Jak na razie nieźle mi idzie, co roku moje życie wygląda kompletnie inaczej. No, od trzech lat. Licząc trzecią liceum (gdzie miałam rewelacyjną klasę, a pięciomiesięczne wakacje po maturze były przepełnione super 'przygodami'), rok na polibudzie (gdzie wbrew pozorom sporo się nauczyłam, obserwowałam ludzi, rozwijałam pasje i cieszyłam się życiem, gdy tylko nie byłam uwięziona w murach wydziału elektrycznego) i teraz rok w Bagietolandii (tu oczywiście wszystko wywróciło się do góry nogami). Każdy dzień wygląda inaczej, co bardzo mi odpowiada. Teraz, w wakacje, jest to jeszcze silniejsze - czekam na zlecenia z pracy (tak nieregularne, jak tylko się da - idealne do mojego kalendarza), poza tym dbam, by kąt w którym stacjonuję nie wyglądał jak królestwo syfu. To chyba jedyne moje obowiązki, mam więc czas na łażenie, jedzenie, spanie... Więc robię to oczywiście w kompletnie przypadkowej kolejności, każda czynność zajmuje mi od 5 minut do 5 godzin, zapewne bardzo sobie szkodzę jedząc o różnych godzinach, ale właśnie to mnie cieszy... Zapisuję cytaty, rysuję, bawię się w krytyka kulinarnego, przewodnika, nerduję, bawię się ciuchami. Mam po prostu potrzebę różnorodności. W każdej kwestii. Dla przykładu, fragment mojej aktualnej playlisty:

- The Cure "Lovesong"
- 2Pac "Hit 'Em Up"
- Pink Floyd "Wish You Were Here"
- Tede, Chada "Warszawa GnieCie"
- Tenacious D "Tribute"
- Kendrink Lamar "Swimming Pools (Drank)"
- The Darkness "I Believe In A Thing Called Love"
- The Lonely Island "I'm On A Boat"
- Beach Boys "Surfin' USA"
- Eminem "When I'm Gone"
- Eric Clapton "Tears In Heaven"
- Nelly "Grillz"
- Simon&Garfunkel "Sound Of Silence"

...Bina profanuje?
Proszę, żadnej nudy!

piątek, 17 sierpnia 2012

Być sobą.

Bycie sobą? Chyba każdy stara się to robić. A przynajmniej powinien. Osobiście uważam, że nie jest to wcale proste. Każdy, KAŻDY ma kilka twarzy i nie udawajmy, że tak nie jest. Zgadzam się - laski odgrywające kumpli przy kumplach, lafiryndy przy lafiryndach, kochane córeczki przy mamusiach i znawczynie gier komputerowych przy gamerach to przegięcie, kiepski kostium i należy to tępić. Przy obserwowaniu tego typu zachowań mamy tendencję do mówienia: "Całe szczęście, że ja jestem sobą, nikogo nie udaję i zawsze zachowuję się naturalnie". Serio? Nie da się ukryć, ja również staram się być sobą niezależnie od okoliczności. Co więc oznacza prawdziwe "bycie sobą"? Sposób, w jaki zachowujemy się będąc samemu w domu? Momenty brutalnej, "przyjacielskiej" szczerości wobec bliskich? A może inaczej, obraz, który kreujemy za pomocą fejsbuka? Btw, ostatnio stwierdziłam, że nie powinnam sama siebie zawodzić i ponownie zredukowałam liczbę znajomych do 99, tak jak sobie obiecałam. Dostałam nawet jakiegoś rage maila od jednej laski, "dlaczego nie jesteśmy już znajomymi?". Nie mam pojęcia, jak to odkryła, CREEPY, ale nie wiem też, po co się bulwersuje... Nie widziałyśmy się dwa lata, po co utrwymywać jakikolwiek kontakt? Nieważne. Wracając do tematu. W każdej z wymienionych sytuacji zachowujemy się inaczej i KAŻDY TAK MA. Jestem o tym przekonana. Przepraszam, że znów odwołam się do fejsa, ale przecież zawsze na zdjęciach dodawanych przez siebie wyglądamy co najmniej dobrze. Bo chcemy tak wyglądać! Lubimy, gdy osoby odwiedzające nasz profil nie mają nagłej potrzeby pobiegnięcia do kibla. Potem pojawiają się zdjęcia "oznaczone" - jacyś randomowi znajomi wstawiają fotki ze wspólnej imprezy, wyjścia na spacer, wakacji - i okazuje się, że Bina, o nienagannym zdjeciu profilowym, nagle swoim kolorytem i fryzurką przypomina bakłażana. Albo że kiecka jej się podwinęła. Albo że uśmiechnęła się jak traktor. I w której sytuacji jestem sobą? Niechętnnie przyznam, że prawdopodobnie w tej "oznaczonej". Ok, przykład mniej w stylu no-life: przebywając z przyjaciółkami jestem Biną, dużo się śmieję, przeprowadzam obserwacje, gadam non stop, staram się nie wyglądać jak królowa pasztetów, a oprócz tego cieszę się ze zspólnego robienia zdjęć oraz umierania ze śmiechu z naszych ekspresji, a także z przyjemnością witam dwugodzinną debatę o bieliźnie. Gdy jestem z chłopakami, również jestem Biną, dużo się śmieję, przeprowadzam obserwacje, gadam non stop i staram się nie wygl ądać jak królowa pasztetów, ale nie wspomnę przecież nawet o aparcie fotograficznym czy stanikach, za to chętnie wypiję piwo i pogadam na parę kontrowersyjnych (lub po prostu niesmacznych) tematów, na co moje dziewczyny krzywo patrzą. Wiadomo też z góry, że przy mężczyźnie, na którym mi zależy, będę się zachowywać naturalnie, jednak z aktywnym "kontrolniakiem" - nie wygłoszę wulgarnego komentarza lub sarkastycznej opinii dopóki nie upewnię się, że zostaną odebrane pozytywnie. Będę też starała nie poruszać się jak poczwara i nie robić innych obleśnych rzeczy, na które nawet nie zwracam uwagi będc wśród najbliższych przyjaciół. Mam więc, chcąc niechcąc, kilka twarzy... Póki nie tracę nad nimi kontroli, jestem z siebie całkiem zadowolona.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Męski mózg.

Swoją zaskakującą (jak na przedstawicielkę płci żeńskiej) zdolność do racjonalnego myślenia określiłam męskim mózgiem. Fakt jej posiadania cieszy. Zawsze owocowało to lepszą nicią porozumienia z facetami niż dziewczynami, zaczynając od specyficznego poczucia humoru, przez zainteresowanie grami komputerowymi i naukami ścisłymi aż po zamiłowanie do rapu. Dziewczyny z którymi przebywałam nigdy nie rozumiały żadnej z tych rzeczy i mimo, że unikałam zbyt kobiecych (dziewczęcych?) wypudrowanych panienek, wśród lasek miałam problemy ze znalezieniem odpowiedniej towarzyszki do rozmów na poziomie. Oczywiście dzięki temu zawsze miałam wielu kumpli, ale sama byłam dla nich.. kolegą. W sumie nie dziwię im się, w liceum nosiłam baggy jeansy, wielkie t-shirty i full cap. Teraz ograniczyłam tą manifestację ubiorem, zachowałam "hiphopowe" dodatki, ale nie ubieram się od stóp do głów w rap. Jednak założenie obcasów kończy się dla mnie przemarszem w stylu robokopa, głupkowatym spojrzeniem na moją zażenowaną 15-letnią siostrę i przesiadką w najeczki. Jeśli mam ochotę na sukienkę (tak! zdarza się), to zakładam moje rozklapciane baleriny, kupione 2 lata temu w Primarku za jakieś grosze. Są taaakie wielkie. Nie były, ale w jakiś magiczny (i obleśny) sposób się rozciągnęły. Zdarzyło mi się je gubić idąc przez miasto. Z wrodzonym wdziękiem trącałam leżącego na ziemi buta nogą aż nie przyjął dogodnej pozycji, po czym wsuwałam jakoś w niego stopę (bo komu chciałoby się schylać) i maszerowałam dalej, zbierając spojrzenia lekko zszokowanych Francuzików. Jak na posiadaczkę męskiego mózgu przystało, mam jakieś 5 par butów na wszystkie pory roku. Każda z moich koleżanek ma więcej par butów na koturnie niż ja mam wszystkich rodzajów (na koturnie nie mam oczywiście ani jednych).
Do wyjścia również szykuję się chwilkę. Jeżeli nie mam dramatycznego problemu z doborem garderoby (a zazwyczaj nie mam, bo niestety mam strasznie mało ciuchów), przygotowania trwają ułamek sekundy. Raz zaniepokojona ilością zmian stroju (przekroczyła 3, to do mnie niepodobne) zaalarmowałam kumpla, że szykuję się jakbym była jakaś dziewczyną. Zaśmiał się, przyznał mi rację, po czym popatrzył uważnie i rzekł "ej, ale Ty jesteś dziewczyną!". A więc jednak! Nie zmienia to faktu, że nie rozumiałam, nie rozumiem i nie zacznę rozumieć problemów sercowych innych dziewczyn, obrażania się nikt-nie-wie-za-co, bezpodstawnych FOCHÓW, analizowania spojrzeń facetów, doszukiwania się siedemnastego dna w słowach chłopaka i oczywiście aluzji. Nigdy.Nie.Czaję.Aluzji. Jak faceci. Im trzeba czarno na białym, jakieś delikatnie przemycane sugestie nigdy nie osiągną celu. Mimo wszystko jestem dumna z posiadania "męskiego mózgu", brak odczuwania potrzeby obrażania się na mężczyzn za nieumiejętność czytania w myślach jest komfortowy.

Dziki i nieuporządkowany umysł, ciągle muszę dodawać jakieś wtrącenia w nawiasach (choć może powinnam przestać bo to głupio wygląda).

piątek, 10 sierpnia 2012

Internet wie o mnie wszystko.

On... po prostu wie! Zawsze jestem mile (?) zaskoczona mogąc odnaleźć typowe dla siebie zachowania wśród internetowych komiksów i memów. Magia - od największego koszmaru, czyli nadepnięcia bosą stopą na Lego, przez poczucie silnej więzi z internautami, którzy podobnie jak ja nie mają jeszcze Timeline'a na fejsbuku, aż po ekspresję "If You Know What I Mean" w wykonaniu Jasia Fasoli. No, cała Sabina. Czytam sobie o zjawisku zwanym "friendzone" i oczywiście się śmieję, po czym zaczynam się zastanawiać, czy sama tak nie robię. Robię? Hmm, to jest okrutne, robiąc szybki rachunek sumienia przeglądając w głowie moich kumpli wychodzi mi jasny rachunek: to ja kilkakrotnie byłam friendzone'owana przez facetów, zostawmy to. Co dalej? Oczywiście GENIUS! Rozwala mnie, idealnie obrazuje moje życie. Jak zdarzy mi się (niestety, nawet mnie to się zdarza) nie sczaić jakiegoś żartu lub schrzanić jakieś niezwykle banalne zadanie, teoretycznie nie wymagające angażu mózgu, wyobrażam sobie tego mema... Teksty "you don't say?", "oh stop it, you!" czy "I lied." weszły już dawno do potocznego użycia w moim środowisku, a ja zdaję sobie sprawę że memy i wszystkie inne internetowe historyjki idealnie obrazują prozaiczne sytuacje życia codziennego. Internet włada naszym umysłem (first world's problems). O, właśnie.

Czy chociażby Facebook... Osobiście używam go do kontaktowania się ze znajomymi z Polski i czytania newsów od raperów. Każdy zna jednak tysiące ludzi wrzucających gigabajty fot, eksponujących swoje życje jak na dłoni i ogólnie spamujących jakimiś głupotami. Dzięki FB dowiadujemy się, że jakaś lafirynda z naszej podstawówki, z któą nie mamy kontaktu od x lat pofarbowała włosy, dostała pracę w Burger Kingu, ma chłopaka, ma dziecko, wyprowadziła się czy poszła dziś zrobić sobie manicure hybrydowy. Rany, po co mnie o tym informujesz? Właśnie żeby uniknąć zaśmiecania mojej świadomości odpadkami tego typu, średnio raz w miesiącu skracam moją listę znajomych... Poznaję nowych ludzi, wyrównuję więc. Moją ambicją było nieprzekraczanie setki, jednak mam teraz 108 i nie za bardzo coś da się z tym zrobić. Mimo, że nie mam oczywiście jako takiego kontaktu z połową z tych ludzi, usunięcie ich z listy (i uwolnienie się od ich fotek w Starbucksie) zawsze wiązałoby się z jakąś "awkward situation" bo jednak chcąc nie chcąc siłą rzeczy widuję się z tymi ludźmi od czasu do czasu. Ach, te problemy prosto z fejsa.

Ale co tam, kocham internet bardzo bardzo. <3

wtorek, 7 sierpnia 2012

Tak sobie planuję.

Dobrze mi się pisze. Może mijam się z przeznaczeniem.. a może jeszcze nie. Całe życie przede mną, hę? Jak się właśnie przekonuję, rzeczywiście lubię dzielić się mętlikiem który mam w głowie. Wcześniej głównie za pomocą "sztuki" - mam nad łóżkiem wielki kawał papieru całkowicie pokryty moimi rysunkami i inspirującymi mnie cytatami. Oprócz Goethego i Wilde'a mam tam oczywiście Tedasa (melanże, a jakże, nie może być za poważnie), Snoop Dogga i 2Paca, gangsterskie podejście przede wszystkim. I ta myśl, że kiedyś będę w LA. Jak skończę 21 lat to będę miała poczucie że mogę realizować ten cel, bo będzie miał sens. A teraz? Studiuję projektowanie wnętrz. Jak odkryłam na swoim zakurzonym blogu sprzed 6 lat, już wtedy się tym interesowałam! To do mnie niepodobne, tyle czasu się czymś interesować (nie licząc rapu, od zawsze i na zawsze, ha!). Ze zdziwieniem przeczytałam, że w gimnazjum rozważałam studiowanie tego przedmiotu.. A myślałam, że to jakaś pobudka zaledwie sprzed roku. W czym to ja się jeszcze miałam realizować? Taaak, dziennikarstwo, tłumaczenia przysięgłe, psychologia, malarstwo (do tego ostatniego mam chociaż predyspozycje) i najważniejsze: ELEKTROTECHNIKA. Say whaaat? Otóż wybierając studia po raz pierwszy, 2 lata temu, miałam przeświadczenie, że kariera inżyniera czeka na mnie z otwartymi ramionami. Zainspirowana programem "Mythbusters" (jakże ja się łatwo sugeruję) postanowiłam podbijać świat jako robotyk. I robić takie eeeekstra rzeczy którymi się potem jarają grube dzieci wżerając pizzę przed telewizorem. Ale matura poszła odrobinkę gorzej niż bym chciała i dostałam się na kierunek kolejnego wyboru, elektrotechnikę! Cóż za rok, umiem policzyć całkę przez części, ale generalnie to dziękuję bardzo. Chwilowo: interior design. Co dalej? Będę hedonistką. Aa, już jestem.

sobota, 4 sierpnia 2012

Urban

Żyję w mieście. Od zawsze i oby na zawsze. Podróże po bezdrożach? Bardzo chętnie, ale mieszkać jestem w stanie tylko wśród ludzi i wielkich budynków. 19 lat w Warszawie, to było coś. Obecnie od roku przebywam w Bagietolandii, która mi bardzo odpowiada. Jest dużym i pięknym miastem, mimo, że nie ma wielkich szklanych wieżowców... Może to i lepiej, mimo 4 mln mieszkańców jest tu ładnie, klimat.. francuski, jakby inaczej. Cierpimy na nadmiar turystów, w końcu to niestety najczęściej odwiedzana stolica świata, lans.


Do niedawna sama czułam się jak turystka, ale odkąd dobrze orientuję się w okolicy i posługuję się językiem urzędowym, uzurpuję sobie prawo do narzekania na tych irytujących, NAIWNYCH turystów. Zewsząd, z USA, Wielkiej Brytanii, Egiptu, Ameryki Południowej i różnych zakątków Europy... Tak, z Polski! Jak ich rozpoznać? A może jak ich nie rozpoznać? Oni po prostu są specjalni. "Poznasz Polaka na końcu świata, bo typowy Polak wygląda typowo!". Jesteśmy wyjątkowi. Wygląd + słownictwo. O dziwo większość Francuzów nie zna naszego ulubionego, narodowego słowa. Zdziwiło mnie to, bo w Londonie prowadziłam wiele razy sztampowy dialog: "Hi, what's your name?" "Sabina." "Where are you from?" "Poland." "Oo, ku**a mać!". I my się dziwimy że obcokrajowcy mają "takie zdanie" o Polakach. We Francji jest trochę inaczej, oni z zasady nienawidzą wszystkich, Polaczków nie wyróżniają. Wręcz przeciwnie, razem z Ukrainą, Litwą, Słowacją, Rumunią i wszystkimi państwami ościennymi jesteśmy zaliczani do komunistycznego bloku wschodniej Europy. "Narrow minded", serio ciężko ich przekonać że nie jesteśmy (przynajmniej nie wszyscy) komunistami. Jak to się pięknie mówi "wbijam w to" (adekwatne, nie?), i tak nie kontynuuję tradycji noszenia klasycznych polskich ubiorów wakacyjnych za granicą (no dobra, nigdy nawet nie zaczęłam jej kultywować), więc nie jestem od razu demaskowana.

Przechadzam się ulicami Bagietolandii poirytowana wszechobecnym językiem francuskim i swoją urban opalenizną. Urban! Zazwyczaj /zawsze/ opalam się na plaży. Jednak w tym roku moje wakacje prawie w 100 % toczą się w Bagietolandii, opcja plażowa jest więc odsunięta. Uwaga: mamy tu, w centrum lądu plażę, nad obleśną Sekwaną do której nie można wchodzić, ale można choć legalnie wbić się w kostiumik w centrum miasta. Znacznie częściej jednak przemierzam miasto w ciuchach, moje przedramiona i kolana osiągnęły więc level Mulat, stopy wiecznie skryte w najeczkach są śnieżnobiałe, podobnie jak brzuch. Dekolt, barki i uda są brązowawe dzięki opcji ekspozycji w ciuchach letnich, widzę też jakiś ślad po kostiumie. Taki niby-niby. Ale to mnie satysfakcjonuje, bo jest tak... miejsko. Miasto! Nie chcę się stąd ruszać.

środa, 1 sierpnia 2012

Cel życia

Nie chcę zaczynać bloga od jakichś śmiertelnie poważnych tematów, ale akurat to mi się nasunęło na myśl. Spoko, nie zamierzam zagłębiać się z jakieś ponure kwestie - prowadzę typowe naiwne obserwacje i właśnie to będę tu publikować... Nie cierpię blogów! Ostatnio przypomniało mi się, że jako zagubione 14-letnie dziecko prowadziłam taki oto internetowy pamiętnik. Nie bez trudu odnalazłam na niego namiar i zaczęłam czytać swe mądrości. Urzekło mnie! Jednym z niewielu zagadnień w moim życiu była szkoła (cel życia, ha?). Innym treningi jiu jitsu. Na tym się w zasadzie kończyło. Ach, sorry, jeszcze "mój chłopak:):*".

Czytanie mojej jakże szerokiej perspektywy przyprawiło mnie o łysienie, jednak bloga prowadziłam przez prawie 3 lata (hoho), więc zauważyłam niemały progres. Mając 15 lat uciekłam z zakiszonego środowiska gimnazjum, poznałam nowych ludzi, przestałam obawiać się opinii innych na temat mojego stylu, muzyki której słucham i zainteresowań.. Rozkwitłam, czy to to słowo? Ok, dość smutów. Po prostu czytając to poczułam nieodpartą chęć ponownego pisania w internecie. Jak zwykle super anonimowo, wątpię żebym zamierzała to kiedykolwiek pokazać znajomym. Tak jak poprzednio, blog jest dla mnie... Oj, dobrze mi się pisze. Jak zwykle 'na temat'! Cel życia... Szczęście? Szczęście. Egoizm, który wszyscy od zawsze mi wypominają a ja wreszcie przyznaję im rację. Chcę być po prostu szczęśliwa! Podróżując, będąc wśród ludzi, próbując nowych rzeczy... Przygody! Nie zniosę siedzenia w jednym miejscu.

Od roku, po 19 latach spędzonych w WWA, jestem w Bagietolandii. Opanowałam kolejny język, zdobyłam przyjaciół i nowe zainteresowania... Poznałam kilka aspektów życia, pobawiłam się. I jest wspaniale. Ale siedzieć tu zawsze? To nie ja. Mam nadzieję że plan szczęśliwego podróżnika (lub innego szczęśliwego człowieka) uda się zrealizować. Bo czym innym jest życiowy cel? Pieniądze? Oczywiście. Chcę żyć dostatnio i móc zafundować sobie wszystko o czym zawsze marzyłam. Jednak jako bogacz na pewno stwierdzę, że pieniądze stały się jedyną wartością którą posiadam, blabla i będę nieszczęśliwa. A więc co? Przyjaźń? Miłość? Przychodzą, odchodzą... Obecnie jestem bardziej niż zadowolona, ale wszystkie przyjaźnie które obecnie pielęgnuję zawarłam w ciągu ostatnich max. 5 lat.. Jak to robią ci, którzy mają przyjaciół przez całe życie? Któregoś razu się zawiodą. Czy celem życia jest założenie rodziny, osiedlenie się, znalezienie odpowiednio płatnej pracy, odchowanie dzieci i przejście na spokojną emeryturę? Bitch, please! Są ludzie, którzy do tego dążą, bo... tak trzeba (?). Bo tak robili rodzice. Dziadkowie. Wujkowie. Znajomi rodziny. Przyjaciele. WSZYSCY. Ale czy to daje szczęście? Ja będę starała się żyć tak (uwielbiam sformułowanie "całe życie przede mną"), abym mogła opowiadać /szukam określenia/ kosmiczne historie wszystkim. Co przytrafiło mi się w Los Angeles, że jeździłam TIRem, byłam na koncertach największych żyjących (i nie tylko! może wpadnę na hologramowego 2paca!) raperów, zrobiłam kurs nawetniewiemczego... Jest tyle do zrobienia. Będę do tego hedonistycznie dążyć.
____________
Czytając bzdury sprzed 5 lat miałam mieszane uczucia. Ale 15-letniej Binie postawiłam diagnozę 'retarded'. Napisałam wtedy, że nie jestem dziecinna! Tak się czułam? W każdym poście wspominałam o tym, że widzę się "chłopakiem:):*". Jedynymi zmartwieniami były 'laski za brak ćwiczeń'. Niee, nie jest dziecinnie. Ha, mam nadzieję, że za kolejne pięć lat będę podobnie zażenowana czytając powyższy tekst! Pozdrawiam 25-letnią Binę.. ugh.

Hahahaah przepraszam, zbyt poważnie jest.
Blog Widget by LinkWithin