niedziela, 30 września 2012

IKEA

Kocham Ikeę! Co z tego, że kochać można tylko istoty żywe i rozumne, ja tam kocham Ikeę. To miejsce jest przepełnione magią. W każdej Ikei w dowolnym miejscu na świecie jest dokładnie tak samo... I czujesz się jak w domu. Takie samo stoisko z hot-dogami, taka sama restauracja, takie samo rozplanowanie sklepu, taki sam magazyn na końcu... Wszystko zawsze identyczne. Nawałnica stolików LACK za 19,99 zł. Strzałki na ziemi wskazujące kierunek zwiedzania. Maskotki szczury. Köttbullar. Ja ja, Köttbullar! Bardzo mnie to bawi, odkąd przypadkiem na fejsie odkryłam stronę owych Köttbullarów, z jakimś bardzo strasznym chłopcem pochłaniającym całą miskę owego przysmaku. Chodzi mi oczywiście o te śmieszne klopsiki mięsne, które wszyscy zamawiają za 7 zł przy okazji swoich życiowych zakupów w Ikei.
Mój pokój mógłby być reklamą tego sklepu. Wzorowe pomieszczenie z katalogu. Nie ten w Bagietolandii, tu niestety wkradły się jakieś Conforamowe wpływy, ale ten, w którym mieszkałam w Polsce. Wszystko, od łóżka, przez biurko, komodę, kanapę, krzesło, lampkę, instalację do zasłon, dywanik, a nawet magnesy pochodziło z Ikei. Najtańsze? Najtańsze. No, prawie. Zawsze znajdą się jakieś meble kosztujące jeszcze mniej, ale nie mamy wtedy tego namacalnego klimatu Ikei. I tej niepowtarzalnej jakości zagwarantowanej przez spoconych, brodatych szwedzkich drwali. Jarałam się tym zawsze: może i nie jest to najsolidniejsze wyposażenie, łatwo je obdrapać lub po prostu rozwalić (szczególnie powszechne w przypadku komód i innych mebli, które często trzeba ruszać), ale ogólnie trzymają się naprawdę nieźle. Mam szklany blat do biurka, który jest bardzo ładny, ma czarne wzory i nawet nie wygląda jak typowy zakup stamtąd... Wyróżnia go również to, że nie trzeba go było samodzielnie skręcać... Ach, montaż mebli z Ikei! Kolejna kariera rozważana przez kilkunastoletnią Binę. To jest cudowne. Zawsze uwielbiałam bawić się tymi śrubeczkami, kluczykami i wszystkimi pierdółkami, przerzucać jakieś olbrzymie kawały sklejki i obracać wszystko 3725852 razy przed znalezieniem odpowiedniego ułożenia części względem siebie. Smuciłam się, gdy na początku instrukcji sugerowana była pomoc drugiej osoby, zawsze wolałam skręcać to samodzielnie. Najlepiej robiąc wyścig z siostrą, jak standardowo miałyśmy taki sam mebel w swoim pokoju, tyle, że w innym kolorze. Ikea dostarcza tyle zabawy!
Sama do Ikei wybieram się dość rzadko, bo w sumie nie jest to jakaś wielka przygoda... Ostatnio zawitałam tam z przyjaciółką. Przejechałyśmy pół miasta po to, aby zrobić rundkę z tacką, otrzymać porcję pyszniutkich klopsików i rozsiąść się na wysokich krzesłach, koło wielkich okien z widokiem... na parking. To było coś. Nie wiem dlaczego, ale te obiady z Ikei jakoś dobrze mi się kojarzą i 100x chętniej wybierałabym się na szybkie żarcie do Ikei niż do Burger Kinga. Taniej, smaczniej, prawdopodobnie zdrowiej. No i bardziej stylowo rzecz jasna. Szkoda tylko, że McDonald's, KFC i spółka są wszędzie, a Ikea zawsze na jakimś totalnym zadupiu na obrzeżach miasta. Ma jednak moc przyciągania. Jest jednym z tych niezwykłych miejsc, w których jedzenie smakuje od zawsze i na zawsze tak samo, niezależnie od tego, gdzie się znajdujesz. Ta cecha charakteryzuje oczywiście również fast foody. W Ikei jest jednak element przejazdu z tacą, zbierania potrzebnego ekwipunku i deserów (to biorę zawsze, ale o sztućcach nigdy nie pamiętam). Dat atmosphere.
Wyobrażacie sobie wielką grę w chowanego/podchody w Ikei? Ja bym się zapisała od razu.

czwartek, 27 września 2012

Manipulacja

Myjąc zęby przyszło mi do głowy pewne zagadnienie. Tak, chciałam też oryginalnie zacząć posta. Manipulacja! Wszędzie. Zaczynając od szkoły, przez telewizję, na relacjach z bliskimi kończąc. Manipulujemy innymi równie często jak oni nami manipulują... Choć to zależy. Niektórzy są po prostu stworzeni do tego, aby założyć im na głowę hełm odcinający zdolność samodzielnego myślenia, inni z kolei swoim sprytem i zdolnością perswazji mogą wpłynąć na innych z dziecinną łatwością. Twórcy reklam? Robiłam maturalną prezentację o funkcji impresywnej języka w reklamie, więc się w to zagłębiłam. Mechanizmy nie są skomplikowane, ale bardzo skuteczne. Reklamy celują w nasze potrzeby, to, czego rzekomo tak bardzo nam brakuje. Produkty reklamowane są przedstawiane jako lepsze od produktów konkurencyjnych. Reklama stara się ułatwić nasze życie: "nie musisz dłużej szukać"... A szukałam? No właśnie.
Nie będę się jednak rozpisywać o reklamach, wszyscy wiedzą, jak to działa. Chciałam poruszyć temat manipulacji w o wiele ciaśniejszym otoczeniu - bezpośrednio wśród ludzi, z którymi przebywamy na co dzień... Kto jest mistrzem? Haha. Od czasu uzyskania pewnego rodzaju świadomości i wykształcenia zdolności uciszania sumienia zaczęłam unikać odpowiedzialności za pewne rzeczy, wkręcając w to innych. Idealnym przykładem jest praca zespołowa: w CV wpisałam oczywiście, że umiem i lubię pracować w grupie. Jestem w tym świetna! Nie dość, że delikatnie mówiąc, nie przemęczam się, to jeszcze nikt tego nie zauważa... Za każdym razem umiem wylać z siebie taki potok starannie dobranych słów, że wszyscy wierzą, że jestem szczerze zaangażowana w projekt (apogeum było podczas pierwszego -jedynego- roku studiowania elektrotechniki), potem grzecznie proszę kogoś o napisanie mojej części wniosków, gdyż moja sytuacja w tym tygodniu mi na to nie pozwoli. W przyszłym, jeszcze kolejnym i tym za rok też nie. Dzięki przyjęciu odpowiedniej strategii nie robię nic (no, chyba że w trakcie zajęć - nie wiąże się to ze stratą czasu wolnego, więc w klasie pracuję z uśmiechem), a towarzysze nie mają mi tego za złe... Och, wcielenie zła i nieuczciwości. Nie postępuje tak jednak wobec ludzi zajmujących topowe pozycje w moim sercu, również dlatego, że ci, których obdarzam jakimikolwiek głębszymi uczuciami są zazwyczaj inteligentni i bystrzy.
Rozważałam (obok 4623890462 innych ścieżek kariery) (o nie, znowu wracam do nadmiernej ilości nawiasów) pracę właśnie w agencji reklamowej. Wymyślanie sloganów prawdopodobnie nie byłoby moją mocną stroną ("Komputery mocniejsze niż mózg Hawkinga"?), ale bez problemu mogłabym układać tekst pani czytającej reklamę ubezpieczeń lub wciskać ludziom jakiś szmelc odpowiadający ich wymyślonym wymaganiom. Może akwizytor? Nie, boję się dzikich ludzi, których mogę spotkać. Wolę nie wchodzić z nimi w bezpośredni kontakt... Lepiej pisać. Miałam kiedyś strasznie kiepskie narty, jakiś totalnie nietrafiony zakup. Pewnie z jakiejś promocji. Miękkie, nadające się do ślizgu 3 km/h po oślej łączce. Na dodatek miały strasznie wiejski dizajn. Jakbym miała 45 lat i właśnie zaczynała przygodę z nartami, pewnie bym się zainteresowała. I oczywiście kto opchnął na Allegro najgorsze narty ever? Sprzęt idealny dla początkujących, niewymagający wielkich umiejętności narciarskich, w kobiecym wariancie kolorystycznym z motywem kwiatowym. $$$.
Uuu, dobrze, że nie mam klona, którego mogłabym kiedyś spotkać.

poniedziałek, 24 września 2012

Liceum


Jak ja za tym tęsknię! Od matury minęły już ponad 2 lata, ale okres liceum wciąż pamiętam perfekcyjnie, jedna mała myśl przywołuje wiele pozytywnych wspomnień. Był to na pewno bardzo miły i zabawny okres. Dużo wtedy skorzystałam, po gimnazjum, które delikatnie mówiąc, nie było najlepszym czasem w moim życiu. Zamknięta w małym światku podwarszawskiej szkoły, nie zdająca sobie sprawy z istnienia świata i ludzi, poza tą 20-kilkuosobową grupką w mojej klasie. Jednolita, szara masa, jeśli zbyt się wyróżniasz, you're gonna have a bad time. Tak sobie więc przesiedziałam gimnazjum, bilans? Nic ciekawego się nie działo, nigdzie nie byłam, nikogo nie poznałam, żyłam tylko szkołą. Taki ciasny świat. Liceum mnie z tego wyrwało, przestałam się wstydzić swoich poglądów i zainteresowań, za które byłam szykanowana w gimbazie i zaczęłam bardziej cieszyć się życiem. Ok, koniec smutów.
Liceum, jak wspomniałam, było bardzo wesołym okresem. Poznałam mnóstwo ludzi, którzy szkołę postrzegali bardziej jako plac zabaw lub scenę niż placówkę edukacyjną... Ach, te ich niezapomniane żarty: wybieganie z kibla ze świeżo umytymi rękami, chlapanie na kogoś i oznajmianie z niegrzecznym uśmieszkiem "to nie woda"... Rzucanie doniczkami z jakimiś zeschłymi, starymi paprotkami i darcie się "Bulbasaur! Dzikie pnącze, ostry liść!"... Fascynacja połączeniem dezodorantu i zapalniczki. Przedstawienie standardowe: chłopaki wzięli kosz na śmieci, oczywiście opróżniony (bezpieczeństwo przede wszystkim), wypełnili go połową opakowania spreju, wyrwali z zeszytu kawałek kartki, podpalili go i z emocjami na najwyższym poziomie wrzucili do kosza. Słup ognia powstał na zaledwie ułamek sekundy, jednak był na tyle gorący, jasny, głośny i WIEEEELKI, że do dziś myśl o twarzach facetów po tej atrakcji przyprawia mnie o śmiech... Byli w szoku. Obserwowali się nawzajem przez chwilę rozdziawiając gęby i wybałuszając oczy, gdy obudzili się z transu zaczęli się drzeć "ŁOOOO, jeszcze raz!". Te eksperymenty piromanów stały się po jakimś czasie nudne, nie obeszło się oczywiście bez paru spalonych włosów i zaalarmowanych nauczycielek, akurat wchodzących do akcji w momencie kulminacyjnym. Tak, liceum... Dorośli ludzie. Właśnie dlatego, jak wspominałam ostatnio, nie do końca wiem, jak zdefiniować dorosłość.


Z liceum wyniosłam kilka znajomości długoterminowych, w zasadzie jedynie z przedstawicielami płci przeciwnej - mat-fiz to mat-fiz. Ponure widmo politechniki nad nami wisiało. W liceum nauczyłam się dobrze angielskiego, matmy i fizyki, czyli tego, na czym mi zależało. Pośmiałam się trochę, powymieniałam opiniami na różne tematy (Bina, na początku myślałem, że ty jesteś jakaś strasznie nudna i zamulona, z nikim nie gadałaś) i zaczęłam manifestować swój styl, bo w gimnazjum miałam odwagę nosić jedynie jeansy i szare sweterki, czyli to, co wszyscy. Dobry okres.

piątek, 21 września 2012

Dorosłość


Uwaga, biorę się za wałkowanie kolejnego wielkiego tematu. Czym jest dorosłość? Kiedy się zaczyna? W dniu 18 urodzin? W to chyba już nikt nie wierzy. Rzeczywiście, od tego dnia możemy legalnie napić się piwa i zapalić papierosa, zrobić prawo jazdy (no, 3 miesiące wcześniej, dla uściślenia) i oglądać filmiki na RedTube. Legalnie. Jednak powiedzmy sobie szczerze - ci, którzy chcieli, robili to wszystko już od dawna, a ci, których to nie interesuje, nie wezmą się za to w momencie przekroczenia magicznej granicy osiemnastki. Poza tym w wielu krajach, chociażby w Niemczech, alkohol można spożywać od 16 roku życia, a w Stanach od 21. Czy to więc świadczy o dorosłości? Nie sądzę.
W dniu swojej osiemnastki, nieco ponad 2 lata temu, spodziewałam się jakiegoś oświecenia. Przebudzenia z poczuciem, że doświadczyłam już wiele. Że jestem... stara. Że moje kości spróchnieją, a ja nie będę mogła się zwlec z łóżka, bo tu mnie strzyka, tam mnie boli... O dziwo, nic takiego się nie stało. Nie stało się też w 20 urodziny (koniec z teenagerem!), nie stało się do dziś. Jak to wyjaśnić? Wiek nie świadczy o naszej dorosłości. Zmusza nas do chodzenia do coraz poważniejszych szkół, ponoszenia odpowiedzialności (również prawnej) za swoje czyny i zezwala na coraz bardziej różnorodne rozrywki. To wszystko.

Prawie każde dziecko mówi, że chce dorosnąć. Ja chyba wyłamywałam się z tego schematu, dorosłe życie zawsze było dla mnie jakąś mroczną zagadką, której nie chciałam zgłębiać. Tak jest do teraz. Część moich znajomych zaczyna jakieś narzekanie na poziomie smut10000: "oo, tego nam już chyba nie wypada robić w naszym wieku"... W naszym wieku? 20 lat? Wszystko nam wypada! Zarówno odstawiać dziecinadę jak i udawać dojrzałych ludzi. Na narzekanie na temat wieku jeszcze będzie czas...

ja taka dorosła
 
Dorosłość definiuję zazwyczaj jako zdolność do podejmowania samodzielnych decyzji, odpowiedzialność... Wyprowadzenie się od rodziców, studia, pracę, konto w banku i tego typu poważne zagadnienia. Dzieje się to za sprawą najzwyklejszego na świecie, powolnego starzenia - po prostu trzeba się przestawić ze szkoły na kolejne tory. Nie ma to jednak wpływu na nasze faktyczne zachowanie, to, co nas bawi (przecież często śmiejemy się z głupich, dziecinnych rzeczy), to, jakie kawały wycinamy znajomym. Mój kumpel jednak opisał zjawisko "dorosłości/dojrzałości" nieco inaczej - nie ma znaczenia to, co faktycznie robimy, ale to, jakie mamy odczucia na temat dzieci. Jeśli przestają nas jarać kreskówki, nie widzimy zabawy w poszukiwaniu skarbu ukrytego na podwórku i patrząc na grupkę dzieci myślimy "ach, jakie one naiwne i beztroskie" oznacza, że dopadła nas dorosłość i nic nam już nie pomoże. Jestem optymistyczna - tego lata pokaleczyłam sobie ramiona szukając "pieniędzy" (ktoś wspomniał, że jakiś Pakistańczyk ukrył w krzakach skarb i trzeba go znaleźć) w żywopłocie i biegałam po drabinkach i huśtawkach ze znajomymi. Nie obawiam się dorosłości - moje życie tak czy siak staje się coraz poważniejsze, ale chcę zachować ten wesoły, "naiwny" sposób postrzegania świata.

wtorek, 18 września 2012

Slender...


Gram na kompie, to jasne. Zazwyczaj gram jednak w jakieś stare RPG, stare samochodówki, starego Mario i inne stare starocie, ostatnio jednak skusiłam się na coś zupełnie nowego. Historie o grze Slender opanowały internet, wszędzie można przeczytać coś zabawnego (strasznego) na jej temat, podobno nawet gracze obeznani w grach typu horror rzeczywiście boją się SlenderMana. Hmmm... to nie dla mnie. Nie jestem fanką strachu, na horrorach drę się jak down, a sama myśl, że to ja mogłabym sterować bohaterem i to z mojej winy wpadłby on w jakieś sidła zła, przyprawiała mnie o palpitacje serca.

Postanowiłam jednak udać się do czerpni wiedzy na każdy temat: YouTube. Pomogło? Jasne, znalazłam mnóstwo filmików, gdzie przerażeni gamerzy podążają przez upiorny ciemny las uzbrojeni jedynie w latareczkę, próbując znaleźć te debilne 8 rysunków. Oglądałam z najwyższym poziomem stresu; coś typowego dla mnie. Odsunęłam się w swoim fotelu jak najdalej, wytrzeszczając oczy, jednocześnie szykując się na szybkie ich zamknięcie i wczułam się w klimat gry. Gracze chodzili sobie po tym lesie, ubarwiając rozgrywkę niebanalnym komentarzem i szukając tych głupich karteczek. Oglądam, nie jest źle, aż nagle, bez żadnego ostrzeżenia, za rogiem pojawia się SlenderMan... i jest strasznie. Dorośli faceci krzyczący ze strachu i uciekający jak najdalej... Stwierdziłam, że najgorszy jest moment zaskoczenia - sam SlenderMan nie jest zabójczo przerażający. Facet jak facet, ubrany w garnitur, no, może ma trochę przydługie ramiona i nie posiada twarzy, ale bez przesady. To, co wywołuje strach, to fakt, że pojawia się znienacka w środku lasu + muzyka i efekty dźwiękowe działające na wyobraźnię. Po obejrzeniu kilku filmików (również takiego, w którym gracz odnosi sukces, kolekcjonuje wszystkie 8 stron i czeka na nagrodę, ale jedyne, co otrzymuje, to SlenderMan, który tak czy siak za nim podąża i w końcu go osacza... jedyną różnicą jest fakt pojawienia się napisów na koniec gry po jej "ukończeniu", jea) opracowałam mniej więcej drogę do sukcesu. Nie można się obracać; wszyscy wiercili się jak opętani, potęgując strach. A co, jeśli jest za tobą? Uff, nie ma. Ale potem boisz się znów obrócić w kierunku ruchu. I tak w kółko. Poza tym przegrywasz dopiero, gdy SlenderMan jest bardzo blisko ciebie, a ty na niego patrzysz - rozsądne więc wydaje się podążanie naprzód i nie patrzenie w tył. Nie patrz w tył. Nie patrz w tył. Powtarzając tę mantrę postanowiłam spróbować szczęścia.

Gra to darmowy projekt zajmujący zaledwie kilkadziesiąt mega, pobrałam ją więc szybko i zaczęłam przemierzać las. Pominę kilka żałosnych prób, w których tak się bałam, że wyłączałam grę chwilę po znalezieniu pierwszej kartki... Klawisz Escape nie pauzuje gry, tylko ją wyłącza, wiec trzeba się zdecydować raz, a dobrze. Przygotowałam się na dawkę strachu i postanowiłam zrobić co w mojej mocy, aby przejść grę. Co to za gra, której ukończenie zajmuje 5-8 minut, a polega na znalezieniu kilku rysunków w jakimś lasku? Pfff. Włączyłam. Jeżeli graliście, zrozumiecie moje typowo babskie posunięcie: w pierwszej kolejności odwiedziłam kible, aby to tam znaleźć pierwszy rysunek. Potem, z ryzykiem spotkania SlenderMana za bardzo bałabym się w ogóle do nich zbliżyć... On może czaić się za każdym rogiem, moje serce by tego nie wytrzymało. Tak, jestem noobem. Wolałam grać w terenie. Niestety, w kiblach nic nie było (damn), udałam się więc dalej. Po znalezieniu pierwszej karteczki pojawiła się nieco niepokojąca muzyka... SlenderMan mnie śledził. Postanowiłam jednak się nie oglądać, jak to założyłam wcześniej. Dobrze mi szło - maszerując (zdolność naszej kilkuletniej bohaterki do biegania jest bardzo ograniczona, po 50-metrowym truchcie zaczyna dyszeć i musi odpocząć, a to nie wpływa najlepiej na samopoczucie gracza) znalazłam 5 stron. Jeszcze tylko 3! Wiedziałam mniej więcej, gdzie ich szukać, w lesie, oprócz drzew jest 10 obiektów, w których znajdują się rysunki. Kible wykluczone, zostały 4 miejsca, czyli w tym momencie odwiedzając cokolwiek miałam 75 % na znalezienie karteczki (och, Bina, bogini matmy). Optymistycznie podążałam przez najszerszą alejkę w lesie, kierując się do samochodów. Nastawienie pozytywne i bezstresowe, mimo, że po zebraniu 5 rysunku muzyka znacznie przybrała na sile, a atmosfera się zagęściła. Dzięki nie szukaniu SlenderMana w krzakach nie miałam jednak jeszcze żadnych oznak, że może on się znajdować blisko mnie, więc z uśmiechem pląsałam dalej. I nagle... zawał. Tak totalnie nagle. Idę sobie, idę, mała dziewczynka w ciemnym lesie, lalala... Totalnie znienacka dźwięk gongu, a kamera samoczynnie obróciła się o 180 stopni ukazując tego leśnego zboczeńca dosłownie pół metra za mną. Tak, zaczęłam się drzeć, wykonałam jakiś niekontrolowany ruch myszką, przegrałam. Ekran zaciemnił się, zaszumiało, przez kilka sekund widziałam "twarz" mojego oprawcy i gra wyłączyła się. Naprawdę żałuję, że nie nagrywałam filmu webcamem, musiałam wyglądać pięknie. Prawie popłakałam się na myśl, że moja rewelacyjna metoda nie sprawdziła się... Nie odwracając się, SlenderMan najzwyczajniej w świecie mnie dogonił. Jestem rozczarowana. Od tamtej pory próbowałam raz, ale przypominając sobie niepowodzenie i czując serce podchodzące do gardła, wyłączyłam po 5 kartce. Rozważam kolejne próby.
Hmmmm.
Ok, nie piszę dalej, idę grać.

sobota, 15 września 2012

Od pierwszego wejrzenia.

Bina bierze się za kolejny uniwersalny temat, miłość! Tę "od pierwszego wejrzenia". Czy to w ogóle istnieje? Z moim przyziemnym realizmem ciężko mi w to uwierzyć. Miłość to nie byle co, nie może powstać ot tak... Ostatnio rzuciło mi się w oczy, że takie "pierwsze wejrzenie" trwa zazwyczaj 30-40 minut. Zgadzam się, że tyle czasu wystarcza, by kimś się zainteresować, ale żeby mówić o miłości? Miłość buduje się co najmniej miesiącami... Od "zauroczenia" do pełnego zaufania i bezpośredniości, które przynajmniej w mojej definicji cechują miłość mija duuużo czasu. Musimy się po prostu do kogoś przyzwyczaić, oswoić, upewnić, że możemy powierzyć mu swoje uczucia. Wszystko trwa. Rzadko ktoś staje się naszym "potencjalnym narzeczonym" podczas pierwszego spotkania. W moim przypadku to prawie nigdy się nie zdarzało, potrzebowałam co najmniej kilku tygodni (?), żeby w ogóle poczuć jakiekolwiek zainteresowanie... Bo co możemy ocenić po 30-40 minutach? Fizys, budowę ciała... No, nawet dużo wcześniej, raczej po 30 sekundach. Stwierdzamy więc, czy dana osoba podoba nam się fizycznie, czy nie. Potem przez te nieszczęsne 30 minut wymieniamy jakieś durne gadki, wiadomo przecież, że z nieznajomymi nie rozmawia się szczerze. Naciągasz jakieś fakty, żeby rozmowa się kleiła, ubarwiasz jakąś opowieść, żeby komuś zaimponować, nie używasz charakterystycznych dla siebie zwrotów i nie wyrażasz na głos opinii, bo nie wiesz, jak zostaną odebrane. Nie chcesz urazić nowo poznanej osoby. Zazwyczaj nie chcesz. Wniosek? 30 minut nie daje, przynajmniej mi, nic. No, może poza selekcją generalną, zawsze znajdą się osoby, które odrzucę na 100%, bo już po kilku minutach widzę, że nie mamy kompletnie nic wspólnego, a to do niczego dobrego nie doprowadzi. Żeby jednak dojść do wniosku, że jestem kimś zainteresowana, muszę go poznać. Zobaczyć, jak się porusza, jaką ma mimikę twarzy, z czego się śmieje, czego nie znosi, jak reaguje na różne sytuacje, co myśli na istotne dla mnie tematy, czy słucha 2Paca, drwi z grubych ludzi i jest ambitny. Och, Bina. Gdy już mój "kandydat" pomyślnie przechodzi przez te wszystkie moje fanaberie, spontanicznie obdarzam go niekontrolowanym uczuciem, co mnie irytuje, bo nie lubię sama nad sobą nie panować. Zazwyczaj w takich sytuacjach próbuję sobie przypomnieć, jakie było moje pierwsze wrażenie na temat tego osobnika... To nie takie proste przez pryzmat wszystkich odczuć! Gdy jednak poszperam w pamięci, zawsze dochodzę do wniosku, że nie podobał mi się za specjalnie. Miał potencjał, ale delikatnie mówiąc, nie zwalił mnie z nóg ani wyglądem, ani pierwszą rozmową, ani zachowaniem w towarzystwie... Hmmm. Co myślicie? Na wszystko trzeba czasu, prawda?

czwartek, 13 września 2012

Gotowanie

Dziś poruszę (kobiecy?) temat gotowania.
Nie umiem tego robić.
Wcale.
Znaczna większość moich znajomych, również płci męskiej, umie gotować... Moja rodzina jest bardzo utalentowana na tym polu. Nic nie przebije pizzy mojego taty, a mama ma rękę w zasadzie do wszystkiego. Nigdy nie mam powodu do narzekania na domową kuchnię, przeciwnie - wiem, ilu moich znajomych chciałoby być na moim miejscu. Pyszne, zróżnicowane dania, kuchnia francuska, włoska, meksykańska, tajska, japońska, indyjska... Prawie codziennie coś ekstra - przystawka, czasem deser. Nawet moja siostra, odkąd skończyła 11 lat lubi eksperymentować w kuchni. Zaczynała od deserów składających się z jogurtu, M&Msów, truskawek i kawałków czekolady. Dziś, w wieku 15 lat, robi normalne, świetne ciasta czekoladowe. I nie tylko. Gdzie w tym schemacie Bina? Na krześle. Ewentualnie nakrywająca do stołu. Taki pasożyt. Lubię dobrze zjeść i tego nie ukrywam. Pomijając występującą około raz na miesiąc niemożliwą do zwalczenia chęć zapchania się kebsem albo whopperem zdecydowanie wybieram jedzenie dobrej jakości. Mam podobno zadatki na krytyka kulinarnego - znam wiele smaków i przypraw, jako że tym raczono mnie na co dzień w domu. Umiem łączyć smaki (w głowie, bo w misce czy na patelni jest disaster), sugerować, czego brakuje danej potrawie, mam też oczywiście swój artystyczny/estetyczny zmysł pozwalający mi układać jedzenie na talerzu w niebanalny sposób. Wszystko oprócz właściwej umiejętności gotowania!

Po pierwsze, niespecjalnie mnie to kręci. Część (większość?) ludzi po prostu lubi przebywać kuchni i sobie pichcić. Ja trzymam się od tego z daleka. Zaprzyjaźniona jestem z lodówką i mikrofalówką. I tosterem. Z patelnią złapałam pewien kontakt, ale bardzo słaby. A gdy przyjdzie mi ochota na stworzenie czegoś pysznego, kończy się to tragicznie. Jestem w stanie zmienić naleśniki w jajecznicę a muffiny w kamienie. Podążam za przepisem... Idzie dobrze, mieszam, wsypuję, robię co trzeba... I nagle dupa. Nawet ja się boję tego spróbować.

Gdy jestem skazana na samotne życie a w pobliżu nie ma nikogo życzliwego, kto zechciałby utrzymać mnie przy życiu przyrządzając mi jakieś żarełko, jadę na gotowcach. Warzywa z patelni z mrożonki, mmm. Dania na wynos. Tosty (tak! tego skilla opanowałam do perfekcji, zapraszam kiedyś na pyszne tosty do Biny). I ucieczki do przyjaciół, może akurat wpadnę na obiad... Jestem straszna. I nieprzygotowana na samotne życie.
Wszyscy znajomi gotują, ale zawsze znajdzie się jakiś wyjątek - i tego oto Wyjątka gościłam u siebie 10 dni w "wolnej chacie" w Bagietolandii. Już nigdy nie spojrzę na ravioli z supermarketu (1,65€ za paczkę dla 2 osób, bo oczywiście bogactwem nie grzeszyliśmy), które królowały na naszym stole przez większość czasu.
Póki będę miała coś dobrego do jedzenia, będę szczęśliwa. Oby jak najdłużej.

wtorek, 11 września 2012

Materialistycznie

Pieniądze nas kręcą i są nam potrzebne... Zamartwianie się swoimi problemami zawsze będzie przyjemniejsze w wielkiej willi z basenem niż w ciasnym mieszkanku. Temat - rzeka, o pieniądzach można rozmawiać w nieskończoność... Podobno szczęścia nie dają, ale ja nie podzielam tej opinii. Zgadzam się, że nie kupimy za nie wszystkiego, czego potrzebujemy, bo ludzie i uczucia nie są na sprzedaż. Mając jednak pieniądze nie ma się problemu z np. płatnymi studiami, dalekimi podróżami (jestem zwolenniczką tanich wakacji i wiem, że da się podróżować za grosze, jednak bilet lotniczy za ocean to tak czy siak duuuże pieniądze), kupowaniem dóbr, które akurat nam się spodobają i po prostu, dostatnim życiem. Czy to nie daje szczęścia? Jeżeli umiemy gospodarować pieniędzmi, możemy sobie w prosty sposób umilić życie. Rozumiem jednak punkt osób utrzymujących, że nie jest to "prawdziwe" szczęście - bogactwo możemy stracić... Ale przyjaciół też. Cóż, niestety. Ludzie czasem po prostu się odwracają. Gdy jednemu zaczyna się powodzić, drugi jakoś oddala się. Zazdrość? Być może. Pojawia się z kolei mnóstwo nowych znajomych, pieniądze przyciągają ludzi, jednak jest to oczywiście znajomość warunkowa i interesowna. Myślę jednak, że rozsądnie zarządzając swoim majątkiem (och, żebym go miała najpierw) i uważając na ludzi przebywających blisko nas można ustrzec się zawodów... Strata przyjaciół? Przecież to zdarza się nie tylko wtedy, gdy nagle nasze życie zaczyna się układać, rozwija się przed nami czerwony dywan a na głowę spływa blask reflektorów. Mieszkając w Warszawie miałam sporo ludzi, których nazywałam przyjaciółmi albo chociaż bliskimi znajomymi. Wyprowadziłam się do Bagietolandii. Próba czasu pokazała, kto nie rzucał słów o przyjaźni na wiatr. Część osób pisała do mnie coraz rzadziej, na moje wiadomości odpowiadała coraz krócej, a gdy odwiedzałam miasto, nie zawsze miała dla mnie czas. Albo miała, wyrażała nieskończoną tęsknotę, zadawała żelazną serię pytań: 1. Jak tam w Paryżu? 2. Jak w szkole? 3. Jak z francuskim? 4. Jak sobie radzi Twoja siostra? i kilka innych z tej serii, zezwalała mi na udzielenie odpowiedzi w stylu "ok, dobrze, dzięki, jest spoko" po czym przechodziła do tematów, które niezbyt się kleiły... Jakby dzieliły nas lata świetlne. Zachowałam jednak garstkę przyjaciół, którzy będą zawsze. Myślę, że tacy przyjaciele zostaną niezależnie od tego, co się stanie, więc to eliminuję jako czynnik sprawiający, że pieniądze miałyby nie dawać szczęścia.

Dżiz, zamuliłam.

niedziela, 9 września 2012

Komfort psychiczny

Tak mam, że lubię odczuwać "komfort psychiczny", nawet fałszywy. Nie znoszę się martwić i mieć wyrzutów sumienia, nawet wtedy, kiedy powinnam, więc automatycznie odkładam swoje zmartwienia na potem. Chociażby teraz - piszę sobie posta, słucham wielkiej mieszaniny muzyki z kompa, jednocześnie eksplorując swoją skrzynkę mailową i przeglądając komiksy w internecie. Czy nie mam nic innego do roboty? Mam, poczeka... Nie lubię tego w sobie. Chwila zastanowienia - nie, jednak mi to nie przeszkadza. Gdyby rzeczywiście źle wpływało to na moją psychikę, chciałabym to zmienić, a jednak - tkwię sobie chwilowo w internecie i jak najbardziej mi to odpowiada. Mój poprzedni rok akademicki skończył się baaardzo dawno temu, następny zaczyna się już zaraz. I, o dziwo, myśl o uczelni, obowiązkach z nią związanych, projektach napawa mnie optymizmem. To chyba świadomość, że będę MUSIAŁA coś robić... Chcę być w tym dobra, bo wiem, że mogę. Każdy to wie, każdy tak mówi - a potem znów odkłada obowiązki na potem, i tak w kółko... Kiedyś myślałam, że to typowo szkolna przypadłość, następnie, że studencka, a teraz myślę, że po studiach to się nie skończy. To już zostanie. Podobno ludzie inteligentni są leniwi. Jestem inteligentna, jestem leniwa. Na razie pasuje. Stać mnie na więcej, niż robię - w wakacje robiłam dużo rzeczy - trochę pojeździłam po Francji i po Polsce, ugościłam znajomych w Bagietolandii przez miesiąc, zdobyłam pracę, porysowałam, poczytałam po angielsku... Ale gdybym się przyłożyła, mogłabym zarobić duuużo, przygotować się do kolejnego rok na uczelni (jakiś kurs AutoCADa online miałam robić, o ile dobrze pamiętam...) i oprócz przyjemnych zaliczyć wakacje do pożytecznych. Kilka miesięcy spłynęło na zasadzie: mogłabym przygotować CV po francusku... ale mogę to zrobić za miesiąc, jeszcze nie potrzebuję pieniędzy, a to spotkanie z ludźmi z CouchSurfingu brzmi bardzo zachęcająco! Hmm, chyba powinnam załatwić bilety lotnicze, jeśli chcę zobaczyć znajomych w Warszawie... O, jakie śmieszne zdjęcia kotów w internecie. Wszystko robiłam dosłownie na ostatnią chwilę - kiedy potrzeba była paląca. Podsumowując wakacje - jestem spłukana, teraz zarabiam, ale i tak, przydałyby mi się pieniądze, nawet nie na przyjemności, tylko jest kilka wydatków, które muszę uregulować... I znów uciekam się do pożyczek od rodziców. Never ending story. Co najgorsze - jak zwykle dobrze na tym wyszłam, wszystkie rzeczy, które były do zrobienia zostały zrobione, sprawy załatwione, mimo chwilowych wątpliwości i momentów "o nie, teraz to jestem w dupie" cały czas doprowadzałam się do stanu spokoju, komfortu psychicznego, teraz wszystko jest ok. Skoro jest po wszystkim i jest ok, nie widzę potrzeby nic zmieniać... I tak w nieskończoność. Skoro jednak jestem szczęśliwa, nie muszę chyba nic poprawiać?

piątek, 7 września 2012

Bagietolandia

Oczywiście, od dawna zabieram się do napisania czegoś konkretnego o Paryżanach, parisanna ostatnio grzecznie poprosiła, abym w końcu to zrobiła, więc voilà!
Paryżanie. O rany.
Specyficzni ludzie. Jak wspominałam ostatnio, nie należy mylić pojęć "Francuz" i "Paryżanin". Skupię się więc na tych drugich. Zacznę od tego, że wcale nie jest ich tak dużo... Większość ludzi mieszkających tu pochodzi, jeśli nie z innych państw, to przynajmniej z innych regionów Francji. Głęboko zakorzenionych Paryżan tkwiących tu od pokoleń ciężko znaleźć, ale niewątpliwie część przyjezdnych szybko pada ofiarą paryskich manier i mody. Idąc po ulicy widzę mnóstwo mężczyzn ewidentnie podążających za trendami, co w Warszawie jest niezauważalne w powodzi hipsterów, dresów i skejtów. Tej wiosny w Bagietolandii królowały czerwone spodnie - były wszędzie. WSZĘDZIE. Latem podwinięte nogawki - żaden słodki Francuzik nie oparł się temu trendowi. Ciekawe, co szykuje się na jesień. Standardowy look paryski: 1.65/1.70 wzrostu (kult Napoleona, ajj), szczupły, nawet chudy, choć zdarzają się oczywiście pokaźniejsi. Od góry: włosy w artystycznym nieładzie, okulary przeciwsłoneczne nie byle jakiej marki, włochata klata (stylowa koszula z rozpiętymi kilkoma guzikami), klejnoty ściśnięte w rureczkach, których ja bym się nie powstydziła, zazwyczaj jeansowe, czasem zaszaleją z jakimś kolorkiem. Następnie: yes, podwinięte nogawki obnażające patykowatą nózię w jakimś mokasynoczymś, nie wiem, bo z butów ogarniam tylko AirForce'y. Homoseksualistów wyróżnia torba, choć od tej reguły jest wiele wyjątków w obie strony. I tacy Paryżanie przemierzają stolicę w stylu "I'm fabulous".

Mam na koncie jeden niezły fail w tej dziedzinie. Rok temu, jak tylko tu przyjechałam, stylówa Francuzików nieco mnie przytłoczyła... Zaraz po tym przyszła pora na moje pierwsze CouchSurfingowe spotkanie w Bagietolandii. Max był przesłodki. Do bólu. Świetnie mi się z nim rozmawiało, był bardzo otwarty i miał mnóstwo ciekawych rzeczy do powiedzenia i dzielił się nimi ze mną, jakbyśmy znali się kilka lat, a nie pół godziny. Bardzo mi odpowiadała jego bezpośredniość. Szybko temat rozmowy zszedł na Warszawę (tak! to właśnie on pytał, gdzie leży Polska). Po krótkiej reklamie naszej wspaniałej WWY wyjechałam z jednym, ze swoich błyskotliwych spostrzeżeń: "gdybyś tak ubrany przeszedł się ulicami Warszawy, wszyscy pomyśleliby, że jesteś gejem". "Bo jestem!" odpowiedział dumnie Max i się roześmiał. RANYYY. Oczywiście, jak zwykle, zamurował mnie mój własny brak wyczucia. Zatkało mnie, a mój towarzysz rozmów głośno się roześmiał, rzekłabym, uderzył w bekę. Co gorsza, do dziś nie wiem, czy roześmiał się ze swojego super żartu i na widok mojej miny, czy naprawdę jest gejem i chciał rozluźnić sytuację. Widujemy się do dziś, a ja dalej nie wiem.
Wracając do tematu Paryżan, zanim się tu przeprowadziłam, wyobrażałam sobie Franuza w pasiastym czarno-białym longsleevie, w berecie i z podwiniętymi wąsami. Ach, trzymającego bagietkę lub dwie. Z bagietkami rzeczywiście jest szał: wszyscy uwielbiają przepyszne, świeże pieczywo, chodzą do piekarni i noszą bagiety przez miasto. Co do wąsaczy w pasiastych koszulkach, widziałam może dwóch lub trzech, ten look ewidentnie jest przerysowany.
O kobietach nie będę się rozpisywać - zadbane, szczupłe, uśmiechnięte.
Paryżanie oczarowują.

środa, 5 września 2012

Stereotypy

Uwielbiam rozmawiać o stereotypach! O wszystkim uwielbiam rozmawiać, ale o tym szczególnie. Przybrało to na sile odkąd poznałam wielu ludzi z różnych krajów. Zawsze pytam, co słyszeli o Polsce, czy potrafią sobie wyobrazić "typowego" Polaka, a potem opowiadam, co zazwyczaj my sądzimy o obywatelach innych państw. Tu, w Paryżu, Francuzi obrażają się, gdy ze śmiechem mówię, że w wielu krajach panuje przekonanie, że zdecydowanie przesadzają z perfumami, nie mówią po angielsku i noszą berety. Po części jednak przyznają mi rację - twierdzą, że dotyczy to Paryżan, ale nie wszystkich Francuzów. Co oni myślą o Polakach? Jakich Polakach? Istnieje Europa Wschodnia, wielka, nieprzejrzysta dziura w mapie, związana ściśle z komunizmem i wódką. Tyle. Spotkałam Paryżan, którzy pytali, gdzie w ogóle leży to państwo. Mogłabym powiedzieć, że na Bałkanach, uwierzyliby. Bardziej rozgarnięci zdają sobie sprawę z istnienia naszego kraju, nawet czasem tam byli, zwłaszcza w Krakowie. A więc znów, co sądzą o Polakach? Dewotki i dresiarze, lafiryndy i księża, ziemniaki, placki i schabowe, obiad o 16 (co dla Francuzów jedzących o 20 jest niewytłumaczalną tragedią), piękne kobiety, alkoholizm (ale i bardzo mocne głowy, bo Francuzi po 2 piwach są pijani), kradzieże, niebezpieczeństwo, chamstwo. Niezbyt pozytywnie. Mimo, że we Francji nie zawsze jest lepiej i bezpieczniej niż w Polsce, stereotyp o Polaku Przestępcy się utarł. Co jeszcze? Chcesz znaleźć w Parisie kościół wypełniony ludźmi? Idź do polskiego kościoła!
Z innymi też chętnie wymieniam stereotypy... Mój pierwszy kumpel z CouchSurfingu, Jake z Long Beach, pękał ze śmiechu, gdy powiedziałam, że powszechnie uważa się, że Amerykanie nie potrafią prowadzić samochodu z manualną skrzynią biegów. Trochę zażartowałam, ale przecież wszystkim znane są sondy uliczne z NY: 'wymień kraj na U". "Eee JUROP?!"... Jake potwierdził, że ludzi niezwykle tępych nie brakuje, oni po prostu nie zdają sobie sprawy z istnienia świata, bo w Stanach mają wszystko, czego im potrzeba. Charakteryzuje to jednak na szczęście niewielki odsetek Amerykanów.
Potwierdzacie czy łamiecie stereotypy o Polakach?

poniedziałek, 3 września 2012

Hejt


Bartek rzucił mi wyzwanie. Polega na wymienieniu 5 rzeczy, które hejtuję, ludzi, sytuacji, zachowań... Z chęcią się tego podejmę, hejtowanie wszystkim dobrze wychodzi, a ja na dodatek lubię to robić. Zaczynam.

Hejtuję:

$ Remixy starych rockowych kawałków. Słyszysz znajomy riff, cieszysz się, a po chwili wjeżdża e - e - e - e-e-e-eeee BUM BUM BUM Benny Benassi zabrał się za Hendrixa i Purple Haze!

$ Nieprzyprawione jedzenie. To ma być przyjemność, a nie obowiązek... Żyję aby jeść, a nie jem, aby żyć! To, czego próbujemy, musi mieć smak. Pora, aby stołówkowe kucharki przeprosiły się przynajmniej z pieprzem, oregano i bazylią.

$ Powolny internet. Wejście na fejsa, sprawdzenie poczty, napisanie posta i odwiedzenie kilku blogów nie powinno zajmować 3 godzin.

$ Dzieci. Nie uważam, żeby były słodkie, urocze i śliczne. Krzyczą, ryczą, uprzykrzają życie. Zarówno niemowlęta, jak i dzieci w wieku ok. 10 lat. Prawdopodobnie minie dużo czasu zanim dojrzeję do innego sposobu myślenia na ten temat.

$ Ludzi z zamkniętym umysłem, do których nijak nie da się przemówić. Nie dopuszczą do siebie żadnych argumentów i będą szli w zaparte... Klapki na oczach, zero chęci współpracy ze światem.

Och, Bina, jakie mądrości!

#bonus: hejtuję blogi z muzyką. oh God, why?

sobota, 1 września 2012

Dla podróżników

Znacie CouchSurfing? Jest to strona, która w pewien sposób zmieniła moje życie. Od razu mówię, że gorąco ją polecam, zarówno tym z Was, którzy mają okazję do podróżowania, jak i tym, którzy po prostu lubią poznawać nowych ludzi, zwłaszcza obcokrajowców. Jak dla mnie super opcja!
O CouchSurfingu dowiedziałam się nieco ponad rok temu od przyjaciółki. Miałyśmy jechać do Szwecji, wyjazd nie wypalił, ale chęci zaowocowały założeniem profilu na CS. Portal dla podróżników, którzy zamiast nudzić się w hotelu wolą przeżywać ciekawe przygody z nowo poznanymi ludźmi... Wybierasz się gdzieś? Przejrzyj profile CouchSurferów mieszkających w danym miejscu, wyślij kilka wiadomości, na pewno znajdzie się ktoś, kto z chęcią ugości Ciebie i Twoich towarzyszy podróży. Mieszkasz w ogromnym domu? Napisz na swoim profilu, że chętnie przyjmiesz podróżujących. Wiąże się to z ciekawymi doświadczeniami, tzw. 'culture shockiem' i międzynarodowymi znajomościami. Niebezpieczeństwo? Nigdy nie wiadomo, ale na swoim profilu budujesz listę przyjaciół, którzy piszą swoje opinie na Twój temat, więc inni mogą zobaczyć, czy spędzanie czasu z Tobą zapowiada się przyjemnie (i bezpiecznie). Nikt nie każe Ci spotykać się z kimś, kto nie ma na swoje stronie żadnych informacji ani zdjęć. Zawsze można znaleźć kogoś, z kim zabawa będzie świetna!

Sama niestety nie miałam nigdy okazji do "surfowania" ani "hostowania", ale bardzo często korzystam z CouchSurfingu. Mieszkając w WWA nie miałam warunków, aby zapraszać do siebie ludzi, wybrałam jednak (niestety już  nieistniejącą) opcję 'coffee or a drink' - gdy ktoś przyjedzie, bardzo chętnie się z nim spotkam, pooprowadzam trochę po moim mieście, wypiję piwo i powymieniam się doświadczeniami na temat podróży... Nie spodziewałam się jednak, że dostanę jakąkolwiek odpowiedź (kto w ogóle przyjeżdża do Warszawy? i na dodatek chce nawiązać kontakt z miejscowymi?!), jednak już następnego dnia odezwał się do mnie pewien Amerykanin z Long Beach (miasto Snoopa, nie mogłabym odmówić!), który był przejazdem w stolicy Polski. Pochodziliśmy zarówno po Starówce jak i po starej Pradze, zjedliśmy naleśniki, napiliśmy się czegoś i rozmawialiśmy o stereotypach w naszych krajach. Rewelacyjne doświadczenie! Później kilkakrotnie miałam okazję do zaprezentowania Warszawy przyjezdnym, ale prawdziwie doceniłam CouchSurfing dopiero, gdy wyniosłam się do Bagietolandii... Nie znałam miasta, języka, nikogo. Wysłałam więc parę wiadomości po angielsku "cześć, jestem tu nowa, moglibyście pokazać mi miasto?". Zaskakująco szybko, oprócz pozytywnych odpowiedzi od wybranych przeze mnie ludzi, otrzymałam też propozycje wspólnych spacerów od kolejnych użytkowników. Poznałam mnóstwo ludzi - głównie studentów nie pochodzących z Paryża, pragnących stworzyć sieć znajomych i mieć z kim spędzać czas. Z częścią z nich spotkałam się raz/dwa razy i znajomość jakoś się rozwiązała, ale zachowałam kilka świetnych przyjaźni... Dzięki tym ludziom odnalazłam się w nowym miejscu, nie byłam samotna. Nawet teraz, po skończeniu pierwszego roku studiów, większość moich znajomych to ludzie poznani przez internet, a nie na wykładzie.

Złe doświadczenia? Bywa. Pomijając ludzi, z którymi po prostu kiepsko się dogadywałam i żadne z nas nie miało zbyt wielkiej ochoty na kontynuowanie tej znajomości, raz byłam w potencjalnie niebezpiecznej sytuacji... Znalazłam się sam na sam z 35-letnim mężczyzną, który, delikatnie mówiąc, nie wzbudzał mojego zaufania... Na szczęście trwało to krótko i wyszłam z tego bez szwanku.

Jestem w Bagietolandii już rok, więc teraz to ja mogę oprowadzać podróżników i turystów. Poznałam w ten sposób Włochów, Hiszpanów, Szwedkę, Egipcjanina, Australijczyka... Wczoraj przyjechała para naszych rodaków, z którymi niedługo się spotykam. Zawsze miło pogadać z kimś po polsku, używając swojego nieskończonego zasobu słów, zamiast lekko kaleczyć angielski (że o francuskim nie wspomnę).

Podsumowując: przy zachowaniu minimum ostrożności możemy poznać wspaniałych ludzi i ciekawie spędzić czas, nawet, jeśli faktycznie sami nie podróżujemy za dużo. Gorąco polecam!
Blog Widget by LinkWithin