niedziela, 28 października 2012

Info od Boga

Przyjaciółka odwiedza mnie w Paryżu. Chcę jej poświęcić każdą wolną chwilę, więc robię sobie krótką przerwę od bloga. Wracam z przytupem za około tydzień, oczekujcie!

czwartek, 25 października 2012

Przyjaźń po związku?


Nie! To moja ostateczna decyzja. Dlaczego? BO NIE i kropka. Większość dziewczyn ma tendencję do zostawania w kontakcie z facetem, z którym dopiero co zerwały... Paradoks.
Oczywiście ja też kiedyś tak robiłam, ale teraz szczerze mogę stwierdzić, że to najgorsze, co można zrobić po związku.
Dlaczego chcemy pozostać przyjaciółmi? Straszna strata, jeśli "ten ktoś" był dla nas jeszcze niedawno numerem 1, a teraz nagle mamy o nim zapomnieć. Bo jak wymazać z pamięci kogoś, z kim spędzało się mnóstwo czasu, dzieliło się wszystkim, przeżywało miłosne uniesienia? Niektórzy mówią, że nie chcą palić za sobą mostów, ponieważ "szkoda im 2 lat związku". Szkoda? Nie rozumiem. Przez te 2 lata wydarzyło się mnóstwo, dlaczego teraz ma być tego "szkoda"? To, co dzieje się później, nie ma znaczenia. 2 lata pewnych doświadczeń, smutków, radości, rozwijania się pod różnymi względami... Jeśli związek się skończy, to przecież wspomnienia nie znikną. Trzeba zamknąć ten etap, podsumować go, zachować w pamięci dobre strony i iść dalej. Po co zatruwać życie sobie i swojemu "ex"? Nic dobrego z tego nie wyniknie. Czas leczy rany, więc prędzej czy później (polecam wypracowanie szybkiej zdolności regeneracji, np. poprzez znajdowanie sobie ciekawych zajęć) zapomnimy, pogodzimy się z sytuacją i będziemy gotowi na normalne życie, może nowe znajomości...
Będąc "przyjaciółmi" (dafuq?!) przebywamy ciągle w pobliżu tej osoby, więc na odcięcie się od przeszłości nie ma szans. Nie chcecie się odcinać, ale czy jest coś lepszego do zrobienia? Przecież wiadomo, że ta "przyjaźń" i tak nie zadziała. Jak można pozostać w bliższych relacjach z byłym/byłą? Mówię oczywiście o pozostałościach po poważnych związkach. Czy w ogóle da się być szczęśliwym ciągnąć coś takiego? Obserwować, jak tamta osoba najpierw jest przybita po rozstaniu, potem rozkwita, a w końcu rozpoczyna nową miłość? Czy można żyć z czymś takim? To jest masochizm. Jakaś taka babska cecha, bo chyba nie słyszałam nigdy, żeby to facet proponował "pozostanie przyjaciółmi".
Proszę, nie róbcie tego, dla własnego dobra.

BOŻE JAK KRÓTKO, aż się sama siebie nie poznaję.

poniedziałek, 22 października 2012

Polaczkowy lifestyle

Jestem w Paryżu już od ponad roku. Nie zmienia to faktu, że mam "polskie" przyzwyczajenia, od których nie mogę się odciąć. Muszę, po prostu muszę czasem zachowywać się "po polsku", albo chociaż mieć takie myśli. Mój organizm nie chce się przestawić na jakieś zachodnioeuropejskie myślenie, jakkolwiek prozaicznie by to nie zabrzmiało.
Podstawowa kwestia: godziny posiłków. Nie wiem jeszcze, o której godzinie ten post pojawi się na blogu, bo zawsze piszę je wcześniej, a potem publikuję automatycznie, ale w każdym razie jest teraz godzina 15.54 a ja umieram z głodu. Pora na obiad! 16/17 to dla mnie oczywista pora na jedzenie. Moi domownicy na szczęście się zgadzają, więc na obiadek zawsze mogę liczyć po południu - tak, jak wtedy, gdy mieszkałam w Polsce. Jesz wczesne śniadania, w szkole przegryzasz kanapkę i dopełniasz jakimś zapychaczem, wracasz po 15 do domu i jesz obiad. Normalka. Tutaj jest to nie do pomyślenia. Jesz śniadanie (ach, ten rogalik, kawa i sok pomarańczowy), ok 12 udajesz się na lunch (wszędzie, w każdej szkole i biurze jest godzinna przerwa ok. 12, żeby porządnie zjeść), pracujesz do wieczora i jesz "obiadokolację" (haha, uważam to słowo za wyjątkowo obleśne, ale nie mogę znaleźć lepszego polskiego odpowiednika) ok. 19. 16 to nie jest pora na jedzenie. Do tego stopnia, że od ok. 13.30 do 18 wszystkie restauracje i bary są zamknięte. Gdy zagubiony Polak idzie we Francji (lub w dowolnym innym kraju południowej/zachodniej Europy) do knajpy ok. godziny 17 i próbuje zamówić jedzenie, zostaje obrzucony pogardliwym spojrzeniem. W takich godzinach można zamówić jedynie kawę lub piwo, na jedzenie trzeba czekać do wieczora. Jesteś z Polski i głodujesz? Won do Maca albo do Turasa na kebsa!
Straszne, nie? Co jeszcze gorsze, w niedziele od 13 wszystkie sklepy są zamknięte. Budy z kebabem też. Nie pójdziesz na shopping, to jasne, ale jedzenia też nie kupisz... Francuzi się szanują i robią sobie wolne w niedziele. Wszyscy Francuzi. Supermarkety mają zgaszone światła i spuszczone kraty. Na szczęście zawsze znajdzie się jakiś Good Guy Pakistańczyk, który chętnie ugości się w swoim obskórnym sklepiku i sprzeda jakieś okropne produkty po zawyżonych cenach. Ja oczywiście NIGDY nie pamiętam, że jest niedziela i z uśmiechem na ustach lecę do marketu (tu na szczęście jest ich mnóstwo, są pod nosem w każdej dzielnicy miasta) i całuję klamkę. Zawsze.
Francuzik z wąsami, bluzką w paseczki, dwiema bagietkami, butelką wina, kieliszkami i korkociągiem, siedzący na kocyku pod wieżą Eiffela ze swoim wyrafinowanym towarzystwem i urządzający jakiś hipsterski piknik? Ja jednak poczekam, aż moi przyjaciele z WWA odwiedzą mnie tu ponownie i będziemy mogli pójść w rozciągniętych spodniach nad rzekę z butelką jakiegoś krajowego specjału (oczywiście nikt nie pomyśli o szklankach) i pogadać na chillu, bez potrzeby robienia dobrego wrażenia na kimkolwiek. Atmosfera panująca w Paryżu bardzo mi odpowiada, lubię ten subtelny klimacik... Nie jestem jednak w stanie w pełni się na niego przestawić. Czasem mam potrzebę zasiąść z piwem samotnie w domu i puścić Letni Chamski Podryw. Taka terapia szokowa. Oczyszczająca. Szybko jednak ten nastrój mi mija (na szczęście) i jestem w stanie dalej cieszyć się tą otaczającą mnie francuską burżuazją... 
Powiew polskości odczułam podczas Euro 2012. Na placu Trocadero był olbrzymi telebim, na którym transmitowana była większość meczów. Wybrałam się na mecze Polaków z Grekami i Rosjanami. Frekwencja rodaków mnie zszokowała - tłum był biało-czerwony, ciężko było się doszukać choć jednego Francuza, że o Grekach nie wspomnę. Była garstka Rosjan, jednak nasz tłum ich wchłonął. Francuska organizacja powaliła, nie było możliwości ani wniesienia, ani kupienia alkoholu na miejscu. Rodaków oczywiście to rozjuszyło. Nie mam pojęcia jak, ale kilkorgu udało się przemycić browary. Kontrola była dokładniejsza niż na lotnisku. Prawdopodobnie mieli ziomali, którzy przerzucili im piwo nad ogrodzeniem z tyłu "trybuny"... Cóż za sposoby. Polak potrafi. Nie obeszło się oczywiście bez nieprzyjemnych akcji, trzech umięśnionych, półnagich, agresywnych rodaków kontra ośmiu wielkich i groźnych, ale wyraźnie spłoszonych czarnoskórych policjantów. Jeden z "naszych" miał nawet pelerynę z flagi polskiej... Poszło pewnie o ich stan - nie da się ukryć, widać było, że nie poprzestali na jednym piwku przed meczem. Ostrzeżenia Francuzów, oczywiście błędnie interpretowane jako groźby szybko wywołały atak Polaków. Wyniesienie ich poza teren zajęło dużo dłużej, niż mogłam się spodziewać - biedna francuska policja, nie przyzwyczajona do takich zdarzeń. Mówię Wam, czułam się jak w domu...
Na dodatek prawie zawsze umiem rozpoznać Polaka w Paryżu. Oni mają coś w sobie. Zazwyczaj siedzą pod murkiem z jakąś podejrzaną flaszką i obserwują przechodniów spojrzeniem zbitego psa. Naprawdę, smutno mi i nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Pewnie ja też kiedyś tak skończę.
Ach.

piątek, 19 października 2012

Moje blogowe sekreciki, haha


Czasem lubię się pobawić w tagi, więc jako, że umalowana wytypowała mnie do zabawy, postanowiłam odpowiedzieć na pytania na temat bloga.

Zasady:
1. Zamieść baner w poście odpowiadającym na tag. 
2. Napisz, kto Cię otagował i zamieść zasady zabawy. 
3. Odpowiedz na wszystkie pytania. 
4. Zaproś do zabawy 5 innych blogerek.


Ogień, zaczynam!

1. Ile czasu prowadzisz bloga i jak często publikujesz posty?

Blogowałam w latach 2006-2009 (nie chcecie wiedzieć), a tego bloga prowadzę od ostatniego dnia lipca br., piszę co 2-3 dni.

2. Ile razy dziennie zaglądasz na bloga i czy robisz to w pierwszej kolejności?

Z tysiąc razy dziennie. W pierwszej chwili wchodzę na pocztę, a tam mam powiadomienia o komentarzach, więc 10 sekund później ląduję na blogu.

3. Czy Twoja rodzina i znajomi wiedzą o tym, że prowadzisz bloga?

Wie Ado [pozdro, ziom!] i moja siostra. Pewnie powiem niedługo kolejnym osobom, ale do niedawna o blogu wiedzieli tylko inni blogerzy.

4. Posty jakiego typu interesują Cię najbardziej u innych blogerek?

U blogerów również. Lubię czytać rzeczy podobne do tego, co sama piszę - opinie na różne tematy, spostrzeżenia z życia codziennego. Uwielbiam dyskutować. Ciekawią mnie też wszystkie inne blogi, np. modowe i kosmetyczne, jak pisałam niedawno.

5. Czy zazdrościsz czasem blogerkom?

Zazdroszczę czasem dziewczynom, które mają naprawdę fajne blogi o modzie. Ja się kompletnie do tego nie nadaję i nie mam kasy na częste zakupy, więc sobie wzdycham do monitora.

6. Czy zdarzyło Ci się kupić kosmetyk tylko po to, by móc go zrecenzować na swoim blogu?

Lol nie.

7. Czy pod wpływem blogów urodowych kupujesz więcej kosmetyków, a co z tym idzie, wydajesz więcej pieniędzy?

Nie. Chętnie czytam recenzje, ale zazwyczaj i tak nie wpływa to na moje zakupy.

8. Co blogowanie zmieniło w Twoim życiu?

Zyskałam szerszą perspektywę - zaglądam do Was wszystkich i widzę, w jak różne sposoby można postrzegać świat. Czasem na kilku blogach czytam o podobnym zdarzeniu/sytuacji, ale autor jest kompletnie inaczej ustosunkowany. To jest świetne! Nie sądzę jednak, by zmieniało to moje życie.

9. Skąd czerpiesz pomysły na nowe posty?

Z życia codziennego. Czasem drobna sytuacja, jedno słowo lub małe wspomnienie są w stanie wywołać u mnie lawinę myśli i zainspirować do wylania z siebie potoku słów na jakiś temat.

10. Czy miałaś kiedyś kryzys w prowadzeniu bloga tak, że chciałaś go usunąć?

Nie, nigdy nie usuwam blogów, lubię się z nich potem śmiać.

Pozdrawiam i do następnego!

środa, 17 października 2012

Egoizm

Jestem straszną egoistką... Zawsze byłam. Stawiałam siebie na pierwszym miejscu i dobrze na tym wychodziłam, a przynajmniej miałam takie wrażenie. Rodzice zawsze się wkurzali, bo jako mała dziewczynka miałam tendencję do przywłaszczania sobie wszystkiego, załatwiania swoich spraw bez oglądania się na innych i nie dostrzegania niczyich problemów, oczywiście oprócz własnych (bardzo wyolbrzymionych). Często odbijało się to na mojej młodszej siostrze, która była kompletnym przeciwieństwem. Tata powtarzał, że ona, w odróżnieniu ode mnie, nie ma samolubnego podejścia. Oczywiście średnio mnie to interesowało. Zdałam sobie z tego sprawę dopiero, gdy jak kiedyś płakałam (twarda jestem, ale wtedy byłam jeszcze mała) to przyniosła mi pluszaka. Tak po prostu. Dała mi go, popatrzyła przez chwilę i poszła. Zastanawiałam się nad tym przez jakiś czas - jako kilkuletnie wówczas dziecko w życiu bym nic takiego nie zrobiła. Dotarło do mnie, że rzeczywiście jestem swoim własnym oczkiem w głowie, ale jako, że nie prowadzę żadnego umoralniającego wywodu, to przyznam, że zupełnie mi to odpowiadało. I odpowiada do dziś. Ewoluowało: dla siostry jestem w stanie naprawdę się poświęcić, chyba, że jest w złym humorze. To skutecznie mnie odstrasza. Jest jeszcze jedna osoba, której odstąpiłabym ostatnią kostkę czekolady i jeszcze z uśmiechem patrzyła, jak je. Potem oczywiście strzeliłabym wykładzik o grubasach, które żrą za dużo i turlają się po ulicach, turli turli, ale ja po prostu muszę zawsze dodać jakąś uwagę tego typu. Nie umiem być łatwa w obejściu.
Czy dobrze wychodzę na stawianiu swoich potrzeb na pierwszym miejscu? Oczywiście! To naprawdę wiele ułatwia. Wrócę przy okazji do tematu miłości: po co być w związku? Bo sprawia to przyjemność. Jasne, jeśli druga osoba nie jest szczęśliwa, to my też nie wyjdziemy na tym dobrze. W miłości nie można postępować (zbyt) samolubnie. Para zadowolonych ludzi to magia! Zastanawia mnie Wasza opinia na ten temat, ale z mojego punktu widzenia wiązanie się z kimś jest etapem na drodze do poszukiwania szczęścia. Hedonistka Bina. W dobrym związku cieszy nas wszystko: obserwowanie jego uśmiechu, oglądanie z nim filmików na YouTube o małpie strzelającej z karabinu maszynowego, gadki o maszynkach do golenia, opowiadanie obleśnych historii, zanurzanie palców w jego kłębiastych włosach... Że o najbardziej oczywistej i stosunkowo przyziemnej sferze miłości nie wspomnę. Póki cieszy nas wspólne robienie wszystkiego, jest świetnie. Bo jesteśmy szczęśliwi. Pasuje nam to. Nic więcej. Kochamy drugą osobę, więc jej potrzeby staramy się postawić tak wysoko jak własne... A co z tych starań wynika, to różnie bywa. Istotą miłości jest w mojej opinii szczęście. Gdy wszyscy są happy - lepiej być nie mogło! Gdy entuzjazm znika u jednej ze stron - znika również u drugiej, nie da się związku ciągnąć samotnie. Staje się to niewygodnie, więc prawdopodobnie trzeba to zakończyć. Po co się męczyć? Szczęście gdzieś na nas czeka, lepiej pójść go poszukać.
Ojej, kontrowersje.
Przy okazji, jeśli lubicie moje "wywody", to z najwyższą przyjemnością zapraszam do Szarozielonego, który również lubi przetwarzać swoje wrażenia z życia codziennego i zapisywać różnorodne obserwacje na blogu. Prawdopodobnie w bardziej inteligentny sposób niż ja. Polecam, Bina.

niedziela, 14 października 2012

A ja dalej o podrywie!

Ostatnio trochę zaczęłam reflektować nie na temat, jak zwykle zresztą. Tym razem spróbuję napisać o podrywie ogólnie, z punktu widzenia dziewczyny. Jak lubimy być podrywane? Nie mam pojęcia, prawdopodobnie im bardziej oryginalnie, tym lepiej. Jak typowa Polka (zazwyczaj się od tego odcinam, ale tym razem chyba wykazuję cechę charakterystyczną dla rodaczek) uciekam od facetów, którzy bez ogródek zaczynają nawijać jakieś kwaśne teksty o ładnych oczach, włosach, czy, o zgrozo, nogach... Nie mam pojęcia, dlaczego oni mówią takie rzeczy na pierwszym spotkaniu, albo lepiej - w pierwszych sekundach znajomości. A może to po prostu działa, a ja jestem dziwna.
Uaktywnia się mój męski mózg - mimo, że uważam zdobywanie facetów za dno dna, to nie umiem odgrywać roli księżniczki. Zapytanie faceta słodkim głosikiem "hihi, mógłbyś mi z tym pomóc?" wykracza poza moje kompetencje. Podobno mężczyźni lubią czuć się potrzebni, ja wolę być samowystarczalna. Co więcej, paradoksalnie jara mnie brak zainteresowania ze strony płci przeciwnej. Nie mówię oczywiście o sytuacji ustatkowania, ale o takich choćby głupotach: kiedy jadąc autobusem wypatrzyłam jakiegoś przyjemnego dla oka mężczyznę, zaczynałam go delikatnie obserwować. Nasze spojrzenia w końcu się spotykały. Gdy dojrzałam w jego oku iskrę i zaczynał mnie obczajać, przerażało mnie to, odwracałam się i zwiewałam.
Gdy z kolei obdarzył mnie przelotnym spojrzeniem i bez żadnych emocji odwracał wzrok w stronę okna, strasznie mnie to kręciło. Nie wyczyniałam cudów, żeby zwrócić na siebie uwagę, bo to kompletnie nie w moim stylu, nie powinno się tak robić, a poza tym, tak jak wspominałam ostatnio, raczej wykluczam znajomości "z ulicy". Fakt ignorancji mimo wszystko na mnie działał. Dziwne.
Osobiście gloryfikuję trwałe związki, które są zbudowane na mocnych fundamentach, więc siłą rzeczy nie zaczynają się od klepnięcia w tyłek na ulicy, ociekającego seksem spojrzenia na imprezie, czy najlepiej,  wspólnej nocy po pijaku. Pisałam o tym tu. Dziewczyny, które łapią się na słodkie teksty, lądują w łóżku z nieznajomym, a potem dziwią się, że nie dzwoni, nie mieszczą się w moim zakresie tolerancji.
Gadałam z pewnym francuskim ekspertem, powiedział, że jest mnóstwo technik na podrywanie dziewczyn w klubie. Zaciekawiona posłuchałam: ponoć taniec nie działa nigdy. Jeśli zaczniesz tańczyć przed dziewczyną, nic z tego nie będzie. Musisz zacząć od gadki, gdy ona zmęczona pójdzie sobie przysiąść. Postawienie drinka daje ci oczywiście 472396 punktów na starcie. Inna metoda: intensywnie obserwujesz laskę. Właśnie to, co mnie przeraża, ale podobno w przypadku ogólnym sprawdza się. Dziewczyna na początku boi się, zastanawia, o co chodzi... Chowa się, ale jednak sprawdza, czy koleś dalej się na nią gapi. Gapi się. Ofiara rozpoczyna pojedynek wzrokowy, który przegrywa. Zainteresowanie faceta skupia jednak jej uwagę i w końcu zaczyna iskrzyć... Hmmm.
Dziewczyny przyklejające się do kolesi, chichoczące jak kretynki, na parkiecie wymachujące tyłkami w okolicach krocza potencjalnej "zdobyczy", pokazujące cycki po spożyciu tajemniczej ilości alkoholu, szukające towarzysza "dla rozrywki"? Poniżej krytyki.
Rzucam pogardę na te wszystkie podrywy! Co o tym myślicie?

czwartek, 11 października 2012

Podryw

Żyjemy w drugiej dekadzie XXI wieku (jakby ktoś nie wiedział) i temat "podrywu" od dawna nie jest już tabu. Funkcjonują coraz odważniejsze stroje, coraz mniej wyszukane teksty i coraz bardziej zwierzęce zachowania. Co działa na kobiety? Hmm, głupie pytanie. Było aktualne chyba jeszcze kilka lat temu, ale teraz dzięki równouprawnieniu i innym feministycznym fanaberiom powoli zapominamy, która płeć powinna zdobywać, a która być zdobywana. Nie, nie wyznaję rycersko-księżniczkowych poglądów, po prostu uważam, że dziewczyny po prostu nie powinny za bardzo walczyć o facetów - ani to fajne, ani efektywne.
Temat podrywu jest bardzo szeroki - od jakiegoś niewinnego flirtu w warunkach szkolno-uczelnianych, przez zagadywanie ludzi na ulicy, po dzikie tańce w klubie. Ta pierwsza dziedzina jest najbardziej niewinna, skupię się więc na kolejnych. Kiedy mieszkałam w Polsce sytuacje zagadywania przez przypadkowych kolesi na ulicy zdarzały się bardzo rzadko - wszystkie znajomości lub romanse rozpoczynały się albo na terenie placówki edukacyjnej albo przez znajomych znajomych. Nie lubię generalizować w ten sposób, ale jednak - Polacy są dość nieśmiali. Albo zamknięci w sobie. Rozmawianie z przypadkowymi przechodniami nie jest wpisane w kanon normalności w naszym kraju. Oczywiście, od każdej reguły są wyjątki, ale ogólnie nasi rodacy nie znajdują w sobie motywacji (odwagi?) do zagadywania obcych dziewczyn. Nie mówię o sytuacjach, w których zabawa jest podkręcona dzięki alkoholowi, ale o zwykłym codziennym spacerku. Nigdy jakoś mi to nie przeszkadzało, sama wychodziłam z założenia, że znajomości prawie zawsze biorą się ze szkoły, od znajomych (którzy poznali się na wcześniejszym etapie edukacji), ewentualnie znajomi są dziećmi znajomych rodziców (którzy również poznali się w szkole). Zawsze tak jest! I było ok. Wylądowałam w Paryżu, rozpoczął się ostrzał. Odpowiadało mi to na początku - typowo turystyczna cecha. Ciekawili mnie Francuzi, którzy zwyczajnie zaczepiali mnie na ulicy, z uśmiechem, zabawną gadką, ewidentnym zainteresowaniem. Podobnie było podczas dowolnego wieczornego wyjścia... Pub lub klub, siedzę z dziewczynami, podchodzą faceci i bez wahania zaczynają z nami rozmawiać. Nie powinno mnie to jakoś strasznie dziwić, ale jednak - rzadko kiedy wdawałam się w jakiekolwiek znajomości z ludźmi przypadkowo poznanymi podczas imprezy. Kolesie byli mili, a ja oczywiście ucieszona... Miło jest wzbudzić czyjeś zainteresowanie. Kilka tygodni doświadczenia nauczyło mnie jednak, że nic dobrego nie może z tego wyniknąć. Może i powinnam była wychodzić z tego założenia od samego początku, ale swego rodzaju "popularność" po prostu mnie kręciła, jak zresztą większość dziewczyn z wschodniej Europy, zwyczajnie nie przyzwyczajonych do zawierania spontanicznych znajomości. Jasne, niektórzy sprawiali wrażenie facetów, "którym chodzi tylko o jedno", ale pozostali byli naprawdę fajni... Aha. Podobno wszyscy faceci są tacy sami. W tym przypadku mniej więcej się zgodzę: jeśli facet (przynajmniej tu) do ciebie zagada, to chociaż wydawałoby ci się, że to dlatego, że dostrzegł twoje wewnętrzne piękno i czarującą osobowość, to w gruncie rzeczy chodzi tylko i wyłącznie o to, by prędzej czy później wpisać cię na listę swoich zdobyczy i skasować twój numer. Zaznaczę, że nie wpadłam ani razu w taką pułapkę, gdy jakakolwiek znajomość przestawała mi pasować, to zgodnie ze swoją ulubioną metodą po prostu zapadałam się pod ziemię. Gdy zaczyna zagadywać do mnie wypiękniony Francuzik z przyklejonym uśmiechem, po prostu się ewakuuję. Zarządzam odwrót, przekręcam się o 180 stopni i najzwyczajniej odmaszerowuję... Imprezowe znajomości w Paryżu są bardzo złe.

niezbyt mi wyszło na temat.
c.d.n.

wtorek, 9 października 2012

Godność osobista

Kumpel zwrócił mi ostatnio uwagę na ten temat... Kiedy możemy stracić szacunek do siebie? To oczywiście zależy od naszych wewnętrznych granic i przekonań. Niektórzy nie wybaczą sobie najdrobniejszych przewinień i nieuczciwości, będą gryźć się z myślami postępując niezgodnie ze swoją etykietą moralną. Inni wypracowali cudowną zdolność uciszania sumienia i pozwalania życiu układania się łatwiej (damn, jak słucham muzyki i piszę posta to mam straszne problemy ze składnią). Oczywiście poczucie winy daje się łatwo zagłaskać, przecież to nie my jesteśmy źli, to było tylko cudze niedopatrzenie...
Taka oto sytuacja: kupujecie kawę w centrum handlowym, przy takim "stoisku". Zamawia się przy mikro barze, gdzie kłębi się mnóstwo strudzonych zakupoholików, a spożywa w "ogródku" w środku galerii, pomiędzy sklepami. Grycan zazwyczaj tak wygląda. Nieważne. Wybieracie swoją kawę, chcecie zamówić. Tłum rozochoconych bab zagradza wam drogę, więc lekko poirytowani zaczynacie machać ręką do pana, który tam pracuje - bo zanim te baby się namyślą to minie wieczność. Barista ma w zwyczaju przyjąć zamówienie, odebrać zapłatę, wydać paragon, poprosić o 5 minut cierpliwości, a następnie zawołać nieszczęsnego klienta, aby odebrał swój napój. W końcu udaje wam się dopchać do lady, zabiegany barman was zauważa i przyjmuje zamówienie. O dziwo jednak nie bierze od was tej dychy, którą rzekomo wart jest zamówiony napój - krzyczy "Kryśka, duże latte!", Kryśka zabiera się do roboty, a nasz rozkojarzony barista zwraca się do kolejnych klientów, od których oczywiście bierze należną zapłatę. Stoicie zakłopotani... Prawdopodobnie po chwili weźmie od was hajs. Barman jednak biega jak opętany obsługując różnych ludzi. Czekacie chwilę, aż wasza kawcia się pojawi, koleś podaje ją szybkim ślizgiem po ladzie, nawet na was nie patrząc i ponownie rzuca się w wir pracy... Co robicie? Mówicie "yyy przepraszam, ale ja nie zapłaciłam..." i dajecie należność roztrzepanemu facetowi, czy korzystając z okazji, z pokerową twarzą, wsuwacie wasze monety z powrotem do kieszeni, zaciskacie dłoń na kubeczku, powoli się odwracacie i maszerujecie z powrotem do stolika (oczywiście gdyby barman ogarnął i was zawołał, ochoczo zawracacie łapiąc się za głowę, ojej, rzeczywiście nie zapłaciłam, jak to możliwe, gapa za mnie, oto należność... przepraszam)? Barman jednak nie zauważa tego faktu i prawdopodobnie nie zda sobie z tego sprawy już nigdy. No więc, co wy byście zrobili? Od razu odpowiedzcie sobie na pytanie, co zrobiła Bina [haha, a Kamson twierdzi, że pisanie o sobie w trzeciej osobie to przejaw braku akceptacji dla siebie]. Przeprowadziłam ankietę wśród znajomych/rodziny: wyniki były dość ciekawe. Wszyscy mężczyźni, od kumpli aż po mojego tatę, uśmiali się, i stwierdzili, że skoro pan barman jest gapą, to jego strata, a moje szczęście. Znaczna większość przedstawicielek "płci pięknej" pokręciła głową i powiedziała, że sumienie nie pozwoliłoby im czegoś takiego zrobić. Że to nieuczciwe i hmmm, gorszące? Cóż, odpiera Bina, trzeba jakoś przetrwać w tym materialistycznym świecie. Każda zaoszczędzona dycha (lub darmowa kawa, jeśli wolicie ten punkt widzenia) to krok naprzód w naszym krwiożerczym otoczeniu. Czy wykorzystanie roztargnienia barmana było poniżej pewnych norm? Godności osobistej? Gdzie jest ta granica? Ja swoją wyznaczam w zupełnie innym miejscu. "Self-respect" jest jak dla mnie silnie związany z relacjami kobieta-mężczyzna. Zbyt skąpe ubrania, nachalne podrywanie facetów, upijanie się, whore attention-seeking, foty z cycami na wierzchu i zaliczanie facetów są dla mnie upadkiem moralności i utratą szacunku do samej siebie na zawsze. Przynajmniej z punktu widzenia dziewczyny - tak, mimo wszystko jestem laską. O dziwo, istnieje jednak mnóstwo panienek, które albo to akceptują, albo po prostu nie odczuwają potrzeby szanowania siebie. Rzucam na nie pogardę... Na drobne "wykroczenia", takie jak sytuacja w kawiarni, przymykam jednak oko - cóż, tak już mam. Czy istnieje ktokolwiek, kto nie wykroczył poza prawo choć raz w swoim życiu? Przypominam, że przechodzenie na czerwonym również jest niezgodne z kodeksem prawnym.
Czy zatrzymanie dużej sumy pieniędzy (bez precyzji, po prostu to, co uważacie za dużo kasy) znalezionej na chodniku, zamiast odniesienia na komisariat, jest w porządku? Nie, ja tak nie przyfarciłam, po prostu jestem ciekawa, co o tym myślicie.

sobota, 6 października 2012

O blogach!

Muszę przyznać, blogowanie bardzo przypadło mi do gustu. Pierwszy post na tym blogu to: Witam. Mam na imię Sabina i nienawidzę blogów. Tytuł, jakże uroczy, "Dzień dobry". W wyniku jakichś zaburzeń postanowiłam ponownie, po kilku latach, zająć się wywnętrzaniem w internecie. Założenie proste: piszę to, co mi chodzi po głowie, nie piszę do szuflady, bo to już "nie te czasy"... Teraz prowadzenie bloga jest na swój sposób lepsze od standardowego, papierowego dziennika lub pamiętnika: mogę sobie dowolnie dostosować layout, zrobić nagłówek zawierający mieszaninę pierdół z mojej głowy, łatwo edytować tekst i ozdobić go jakimś błyskotliwym memem oraz, co ważne, rozczytać się - przy standardowym pamiętniku i moim piśmie ręcznym nie jest to takie proste. Główną różnicą jest oczywiście grono czytelników. Pamiętniki zazwyczaj są totalnie prywatne, bloga też możemy tak ustawić, ale chyba jednak nie o to tutaj chodzi. Skoro decydujemy się tworzyć w internecie, pragniemy zostać dostrzeżeni. Nie mówię o wielkiej sławie, ale o kilku(-nastu? -dziesięciu?) osobach, które ustosunkują się do naszego punktu widzenia. Prawda?

Tak, rozpoczynając zakładałam, że średnio mnie interesują inne blogi. Przejrzałam ich jednak kilka i szybko zmieniłam zdanie. Zajrzałam w końcu na mnóstwo stron, prowadzonych przez osoby w różnym wieku, różnych płci, o kompletnie innym punkcie widzenia i pomyśle na prowadzenie bloga. Bardzo lubię zaglądać na blogi modowe (czerwone podkreślenie! to takie słowo nie istnieje?!). Czasem mnie inspirują, czasem bawią, zawsze jednak dostarczają wrażeń estetycznych. Ja sama zazwyczaj noszę najeczki, rurki bądź wzorzyste legginsy, do tego tank topy i marynarki... Niby nic specjalnego, ale lubię to dobierać. Czasem pójdę w gangstera i założę swojego fullcapa, baggy jeansy i wielkie bluzy, ale nie zamierzam tego bynajmniej prezentować w internecie. Blogi kosmetyczne też mnie ciekawią, lubię patrzeć na oryginalne makijaże i nowe kolory lakierów. Oczywiście najbardziej gustuję w przemyśleniach i spostrzeżeniach, uwielbiam konfrontować poglądy innych z własną opinią na różne tematy. Każdy blog jest niepowtarzalny, podobnie jak autor. Niektórzy obdarzają nas solidną porcją zdjęć każdego dnia a w swoim profilu umieszczają dane, inni pozostają kompletnie anonimowi. Jedni prowadzą blogi "dla ludzi", zawierające porady i recenzje, inni pamiętnikują w pełnym tego nieistniejącego słowa znaczeniu, inni wjeżdżają na system i robią co chcą w zaciszu swojego blogowego kącika. Obserwuję bardzo wiele blogów, lubię mieć świeże informacje zarówno ze świata mody, jedzenia, zdrowia, kosmetyków, muzyki, jak i po prostu poczytać, co ludzie robią, czym się interesują, obejrzeć kilka zdjęć, posłuchać paru piosenek... Złapać inspirację!
Polubiłam blogi dzięki ich niepowtarzalności i zróżnicowaniu. Cieszę się też, że mój własny internetowy zakątek cieszy się popularnością, dziękuję za to! Komentarze biorę do serca, opinie "fajnie piszesz" motywują do działania. Chyba się tu rozgościłam na dobre.

środa, 3 października 2012

O ideałach

Wałkuję kolejny temat od ogółów do szczegółów. O ideałach zawsze rozmawiamy dużo, zazwyczaj kończąc wnioskiem, że nie istnieją. I że to dobrze, bo idealni ludzie byliby nudni. Z pierwszą częścią chyba się zgodzę. Jak pomyślę, ile cech musiałby mieć ów ideał, z których część oczywiście się wyklucza (ludzie zawsze mają zawyżone i udziwnione wymagania), to chyba rzeczywiście nie mógłby być prawdziwy. Inną sprawą są jednak ogólnie przyjęte "ideały", a inną nasze personalne odczucia na temat "idealnego chłopaka", "idealnego przyjaciela" etc. Takie społeczne ideały to porażka, nie da się zadowolić wszystkich za jednym zamachem. Każdy jednak ma zawsze wyobrażenia na temat drugiej osoby, bardziej lub mniej sprecyzowane, bardziej lub mniej realne. Poznajemy przyjaciół, kochanków (?!) (haha, uwielbiam to słowo) i nasze wyobrażenia spłaszczają się, dopasowują do ludzi, którzy faktycznie istnieją. Myślisz o opiekuńczym, postawnym kolesiu z sercem na dłoni, a zakochujesz się bez pamięci w chuderlawym draniu z niedopiętymi spodniami. Na dodatek odpowiada ci to - w tym momencie on jest numerem jeden i okazuje się, że wbrew pozorom, wcale nie tak daleko mu do tego ideału... Ma wręcz nad nim kluczową przewagę: istnieje.
Nie do końca umiem sprecyzować swój ideał. Tak, faceta, bo o kim ja mogę pisać. Oczywiście zawsze zaczyna się od wielkich słów, jak szczery, odpowiedzialny, troskliwy, kochający, inteligentny... Ok, inteligencję bardzo cenię, ale czy naprawdę chodzi tu o wymienianie wszystkich tych cech standardowo "wymaganych" w związku? Moim zdaniem, jeśli ktoś decyduje się na poważny związek (w którym partnerzy szanują się i wiadomo, że nie rozpadnie się to po miesiącu) to automatycznie MUSI być szczery z drugą osobą i otaczać ją troską. Chodzi po prostu o respekt i poczucie życia z kimś, a nie samotnie. Jestem największą egoistką w okolicy, a mimo to dla obiektu swoich uczuć jestem w stanie odjąć sobie od ust ostatniego naleśnika (czy nie w ten sposób okazujemy sobie szczere uczucie?). Uważam, choć być może to tylko moja filozofia, że rozpoczynając poważną relację z kimś decydujemy się na zatwierdzenie niepisanego kodeksu: nie kłamiemy, interesujemy się sobą nawzajem, pomagamy sobie, szanujemy się (od wierności po akceptację poglądów i opinii drugiej osoby). Tak postawione założenia w mojej głowie osiągnęły obecny kształt niedawno i ciągle ewoluują, więc jak to przeczytam za parę lat, to pewnie będę się śmiać ze swojego... idealizmu? Nawet nie wiem, jak to określić.
Ideał wolę kreować przez pryzmat cech pozornie mniej poważnych, a jakże istotnych. Kwestia wyglądu to sprawa osobista, zawsze jedni będą nam się podobać bardziej od innych i to jest czynnik grający znaczną rolę w pierwszym wrażeniu. Później jednak z łatwością neutralizowany jest przez kolejne obserwacje. Szukając ideału zwracamy uwagę na zachowanie w prozaicznych sytuacjach, różnice w postępowaniu w obecności różnych ludzi, gust muzyczny, sposób poruszania się i mimikę, cechy, które nas interesują/drażnią: bałaganiarstwo, PUNKTUALNOŚĆ, dbanie o higienę, rozrzutność, wszystko. Można wymieniać w nieskończoność. Gdybym potencjalnie miała mieszkać z kimś, kto szanuje moją osobę i ogólnie spełnia wszystkie podstawowe założenia, ale za to zostawia syfne naczynia wiecznie na wierzchu, słucha disco, jest wegetarianinem i pierze moje koronkowe bluzeczki ze swoimi farbującymi gaciami, dostałabym szału. A przecież to "wychodzi" dopiero po jakimś czasie, nie obnażamy się ze swoich zwyczajów przed nowo poznanymi ludźmi.
Ideał rzeczywiście byłby zbyt nudny... Umiem mniej więcej stworzyć jego obraz przed oczami (dwa ostatnie akapity mi to jakoś ułatwiły), ale życie nie miałoby smaczku, gdyby prawdziwi, nieidealni ludzie nie spóźniali się pół godziny, nie nosili dziwnych 5-letnich swetrów i nie obrażali się o głupoty. Ale podobno kocha się pomimo czegoś, a nie za coś.
Joł, ale poemacik.
Blog Widget by LinkWithin