czwartek, 29 listopada 2012

Introwertyk czy ekstrawertyk?

Dziś troszkę psychologicznie. Często zastanawiamy się nad klasyfikacją samych siebie: skryci, czy otwarci? nieśmiali, czy przebojowi? Introwertycy, czy ekstrawertycy?

Dalej nie wiem, który typ reprezentuję.

W pierwszej chwili mam ochotę powiedzieć, że jestem ekstrawertykiem. Lubię przebywać wśród ludzi, nie mam problemów z nawiązywaniem nowych znajomości, nie jestem jakoś nadmiernie nieśmiała... Posiłkuję się Wikipedią (ach, te wiarygodne źródła!). Dowiaduję się, że ekstrawertycy m.in.:

*mówią szybko (taktowłaśnieja!);
*wolą nonsensowny dowcip (taaaak);
*mają wiele zainteresowań (zdecydowanie);
*NAJPIERW COŚ ROBIĄ LUB MÓWIĄ, A POTEM MYŚLĄ (20 lat takiego życia za mną);
*utrzymują większy kontakt wzrokowy z rozmówcą podczas mówienia, niż podczas słuchania (faktycznie tak mam!);
*czerpią energię z przebywania z ludźmi i podejmowanych przedsięwzięć (nie jestem pewna, jak to rozumieć, ale załóżmy, że tak mam).

Ekstrawertyk jest ciekawy życia, zmotywowany, lubi słuchać pochwał, opowiadać o sobie... Widzę tu dużo cech Biny Egoistki. Takie nastawienie ma jednak pewne konsekwencje, ekstrawertycy podobno czują się niekomfortowo podczas długiego odpoczynku i mogą długotrwale nie odczuwać głodu. HAHA. Zaniepokoiło mnie to, bo jak pisałam około tydzień temu, jestem wiecznie głodna. Kieruję się więc do artykułu o introwertykach. Cechy:

*są dobrymi słuchaczami (zapamiętuję, co mówią do mnie ludzie, zaskakując tym ich samych);
*tylko głębokie relacje z innymi nazywają "przyjaźnią" (zdecydowanie!);
*korzystają z pamięci długotrwałej, przez co często mają uczucie "pustki w głowie" i mogą mieć problemy ze znalezieniem odpowiedniego słowa podczas rozmowy (czekajcie, taki stan miał jakąś nazwę... hmmm...);
*na studiach osiągają lepsze wyniki niż ekstrawertycy (to chyba zależy, na jakim kierunku);
*MOGĄ MIEĆ TRUDNOŚCI Z ZAPAMIĘTYWANIEM TWARZY I NAZWISK (cała ja);
*zyskują energię ze świata wewnętrznego, uczuć, idei, wrażeń (oczywiście, przebywanie z ludźmi działa na mnie pozytywnie, ale czasem muszę się wyciszyć i mam dni, kiedy w samotności jest mi o wiele lepiej).


Sprzeczności? Oczywiście, pominęłam cechy introwertyka, które kłócą się z wcześniejszą charakterystyką ekstrawertyka, ale nie zmienia to faktu, że łączę cechy obu typów osobowości. Przeczytałam ponadto, że introwertycy miewają problemy ze zmobilizowaniem się do działania (nazwałabym to po prostu lenistwem, którym oczywiście się charakteryzuję) i, uwaga, pod wpływem stresu reagują powoli. Troszkę mnie to rozśmieszyło, ale zauważyłam u siebie tę cechę. Żal.
Wciąż nie wiem, kim jestem - chyba jestem po prostu specjalna.

A Wy? Intro czy ekstra?

poniedziałek, 26 listopada 2012

Inspiracje

Tytuł sugeruje post z obrazkami z internetu, jednak mam przykrą niespodziankę: zamiast nich mój kolejny wywód.

Macie autorytety? Na pewno macie, każdy ma, nawet nie do końca zdając sobie z tego sprawę. Autorytety spełniają w naszej codzienności (żeby nie użyć oklepanego "w naszym życiu") olbrzymią rolę. Inspirują, motywują, uczą... Nie zamierzam bredzić o niezwykle poważnych rzeczach i faktycznym podążaniu określoną ścieżką "w życiu", ale o różnych drobnostkach. Autorytetem niekoniecznie musi być wielka persona o olbrzymim sercu i nieskończonej liście zasług, ale chociażby kumpel, czy wręcz młodsze rodzeństwo. Motywują nas do działania i sugerują pewne rozwiązania najróżniejszych kwestii, pozornie błahych. Niektórzy ludzie niezależnie od wieku i doświadczeń życiowych po prostu potrafią przemawiać, wpływać na innych i zaznaczać swoje zdanie. Pomagają nam kształtować opinie - to nie powinno zajść za daleko, nie chcemy przecież stać się "człowiekiem-chorągiewką" bez własnej opinii, sugerującym się tym, co mówią inni. Ludzie dający inspiracje są jednak bardzo ważni, niekoniecznie chodzi mi o wielkie zmiany, ale o drobne ulepszenia w naszym życiu naszej codzienności. Po sugestii kogoś autorytatywnego możemy zdobyć się na od dawna odkładaną rozmowę, odważyć się wyrazić własne zdanie, zmotywować do prezentacji swoich rysunków/wierszy od dawna chowanych do szuflady. Oczywiście, każde z tych działań może zakończyć się zarówno sukcesem jak i kompromitującą porażką, ale bez ryzyka nie ma zabawy. Życie na krawędzi. Autorytet poza tym chętnie pokaże nam, jak postąpić po spotkaniu się z karygodnym failem - sam na pewno przez to przechodził.
Wielu ludzie mnie inspiruje. Tata, siostra, przyjaciele, a także Wy! Nie mówię tu o notkach z inspiracjami (choć one zazwyczaj bardzo pozytywnie na mnie wpływają, uwielbiam to przeglądać), ale o postach, po których muszę przez chwilę się zastanowić... Potem zaczynam obmyślać jakieś idealne rozwiązanie nieistniejącego jeszcze problemu i jestem ubezpieczona na przyszłość.

Nie wiem, o czym napisałam, ale napisałam. WENA.
Kto i w jaki sposób Was inspiruje?

Pozdrawiam!

PS Danke!


piątek, 23 listopada 2012

Roomtour!

UWAGA

z powodu chwilowego braku weny do pisania grubych wywodów, dziś będzie lajtowo! Zapraszam.


Kamil przysłał mi kubek, bardzo miły upominek! Część z Was również może się nim pochwalić. Rozpakowywałam go z 10 minut, bo był zawinięty w 10 tysięcy warstw folii, również bąbelkowej, piankpodobnego czegoś i miliona innych rzeczy. Nie wiem więc, jak zdolni muszą być pracownicy francuskiej poczty, ale najwidoczniej bardzo, bo i tak udało im się go zbić! Imponujący skill. Kubek dotarł w formie puzzli. Pobawiłam się chwilę i go połatałam. Nie jestem fanką gorących napojów, za to mam mnóstwo ołówków, cienkopisów i markerów do mazania po ścianach, więc sklejony kubek sprawdza się teraz jako pojemniczek na to wszystko. Nie ma tego złego!



Dziękuję, Kamil! Oczywiście wszystkich zapraszam na stronę Kamson.pl - obserwacje, lifestyle, poglądy, trochę mody - dla każdego coś się znajdzie, a Kamil zawsze doskonale wie o czym pisze. Wpadajcie!

Nowy gadżet zainspirował mnie do pokazania Wam paru innych rzeczy z mojego pokoju. Nie pokażę całego, bo nie za bardzo jest na co patrzeć, ale skupię się na swoich ulubionych elementach.



Tak, to moje boskie lustro! Hmm, lustro jak lustro, ale oświetlenie sprawia, że mogę poczuć się odrobinę jak "gwiazda" (ha.ha.ha), nawet, gdy włosy kompletnie nie chcą współpracować.
Haha, nie umiem robić foteczek w lustrze.



Ścianę już pokazywałam - cały czas przybywa na niej cytatów, może dacie mi jakieś inspiracje?



Moja miłość, Space Invaders. Na ulicach Paryża roi się od malutkich kafelkowych mozaik przedstawiających stworki ze starych gier komputerowych. Zakochałam się, stworzyłam własne Binowe wersje.
Moje ulubione memy wszystkie razem!
Padłam, mój aparat przybliżył automatycznie na twarz Nicolasa Cage'a, gdy robiłam zdjęcie...


I hajs. Ach, Bina materialistka.

Ok, kończę.
Sorry za głupi post. xD

wtorek, 20 listopada 2012

Overly Attached Girlfriend


Założyłam Facebookowy profil bloga, rozkręcam go powoli, baaardzo powoli, proszę o wsparcie! :)

Tego posta kieruję głównie do przedstawicielek płci "pięknej", ale jestem również bardzo ciekawa męskiej ekspertyzy w tej kwestii.

Kojarzycie laskę?



Nie będę się rozpisywać o niej i jej historii w internecie, w każdym razie jest bohaterką serii memów. Dziewczyna, która jest baaardzo przywiązana do swojego faceta. Jest mnóstwo tekstów w stylu "hej kochanie, zmień na fejsie status na 'wolny', chcę zobaczyć, kto to polubi", "czemu nie odpisujesz?! coś się stało?!" 10 minut po wysłaniu smsa, czy też "kim jest ta suka?!" w momencie, gdy facet dostanie smsa od jakiejkolwiek dziewczyny. Lubię to przeglądać, bawi mnie to, nie ogarniam laski tłamszącej swojego kolesia. I tu czas na refleksję: uwielbiam się przechwalać swoim "męskim mózgiem" i zdolnością do kontrolowania fochów, nieobrażania się o głupoty i ufaniu w rozsądnym zakresie ludziom, którzy na to zasługują, ale jednak nie potrafię się wyzbyć niektórych typowo babskich, durnych toków myślenia. Zdarza mi się domniemywać katastrofę, gdy przez jakiś czas nie dostaję odpowiedzi na smsa, a gdy jest mi przedstawiana "przyjaciółka" mojego ukochanego, jestem na zewnątrz cała rozpromieniona, ale w środku wiem, że już jej nie lubię, a potem będzie jeszcze gorzej /Marta, jeśli to czytasz, przybij mi internetową piątkę!/. Tak, jak najprawdziwsza baba! Pracuję nad tym, ale chyba na zawsze będzie to moją niedoskonałością. Nie zmienia to faktu, że mem OAG mnie śmieszy i wiem, że naprawdę istnieją laski zdolne do wykasowania wszystkich dziewczyn z listy kontaktów swojego chłopaka, włącznie z jego siostrą. Zazdrość to zdrowy objaw, w końcu będąc w związku należy wyrażać wątpliwości dotyczące Jego podejrzanych koleżanek, ale tylko w momencie, gdy tamte kręcą przy nim dupcią, chichoczą jak debilki i zdecydowanie za często pozwalają sobie na kontakt swoich brudnych łapsk z jego klatą /żebyście tylko zobaczyli moją twarz jak to piszę! aż się sama siebie boję. Marta, kolejna piątka!/. Kontrolowanie jednak każdej dziewczyny, o której on kiedykolwiek wspomniał, jest karygodną przesadą. Koleżanki pojawiające się w jego opowieściach mogą drażnić, ale proszę Was, przecież to nic nie oznacza! Odwróćcie sytuację: opisujecie jakieś śmieszne zdarzenie z dzisiejszych wykładów, gdzie pewien chłopak, załóżmy Maciek, którego ledwo znacie z imienia, strasznie się zbłaźnił. Opowiadacie całe uchachane tę historię swojemu facetowi, a on ze spojrzeniem psychopaty pyta: "o, a kim jest MACIEK?". Reagujecie prychaniem i obruszaniem się, że to jakiś ułom, z którym nigdy nawet nie gadałyście, a facet drąży: "taaak? to skąd znasz jego imię? blablablablabla". Żal, nie? Ok, to była sytuacja z ekstremum. Z prawdziwego życia: sama mam wielu kumpli i uważam znajomości damsko-męskie za bezcenne, ale nigdy nie zacznę się do nich /szukam eleganckiego słowa, ale mi nie idzie/ podpieprzać i im również na to nie pozwolę. Tego samego oczekuję od koleżaneczek ukochanego.
Dobra, nie rozpisuję się, ciekawa jestem Waszych opinii!

sobota, 17 listopada 2012

Normalność = większość?

"Jesteś nienormalna", jak często to słyszymy? Niekoniecznie względem siebie, ale ogólnie - niegroźne wyzwisko, czasem obraźliwe, czasem po prostu zabawne. Nie oznacza nic strasznego, nie jest wulgarne, może być wręcz komplementem. Lecz co to w ogóle oznacza? Nienormalny, odbiegający od normy. Jakiej normy? Aż poprosiłam ciocię Wikipedię o radę.

Norma w psychologii, pedagogice specjalnej i psychiatrii to konstrukt naukowy wyznaczający granice normalnych zachowań człowieka.
Nie jest jednoznaczna i nie określa jasno, jakie zachowania są patologiczne.


No właśnie, nie określa! To musimy zrobić sami. Zaczynamy wcześnie i kontynuujemy przez całe życie. Rodzice uczą nas, co jest normalne, co wypada robić i myśleć, a co nie. W wieku kilku lat ruszamy do szkoły, gdzie powolutku zaczynamy kształtować własne poglądy i opinie na przeróżne tematy. Gdy nagle w klasie pojawia się Bina, która ominąwszy przedszkole i zerówkę poszła od razu do pierwszej klasy w wieku 6 lat, to na wstępie zostaje jasno sklasyfikowana jako nienormalna. Sabina, co to w ogóle jest za imię? Da się z nią gadać, da się żyć, ale jednak jest inna. Po paru dniach znajomości okazuje się, że mała Sabinka jest kompletnie nienormalna. Nie chodzi na religię, nie umie się modlić. Ty jesteś muzułmanką? Żydówką? Wierzysz w Boga? Masz ciemną karnację, rodzice mi mówili, że takie dzieci wierzą w Allaha. JESTEŚ NIECHRZCZONA? Umrzyj, szatanie. LOL. Witamy w Polsce, krainie ciasnych umysłów. Nie miałam w podstawówce i gimbazie zbyt wielu znajomych, bo wszystkie wyżej wymienione cechy dawały mi -50 do zaufania na starcie, a ja zamiast starać się to równoważyć wtapiając się w tłum, tylko sama pogarszałam sytuację. Ubierając się kolorowo, zamiast w niebieskie jeansy i szare sweterki, nie kładąc na twarz kilograma tapety w wieku 12 lat, przyznając się do słuchania Eminema zamiast disco polo. Nienormalne, nie? Nie będę się teraz rozpisywać o moich problemach z akceptacją samej siebie w czasach gimnazjum, bo to już dawno za mną, lekcji jest kilka, jedna z nich brzmi:

Ludzie nie będę tolerować tych, którzy się wyróżniają. Nawet, jeśli w jakimś stopniu im to imponuje, będą szykanować "innego", żeby samemu nie stać się pośmiewiskiem i nie stracić szacunku w grupie. "Inny" albo wyizoluje się z nieprzyjaznej społeczności, albo wpadnie w kompleksy i upodobni się do szarej masy, która szybko go wchłonie i zneutralizuje.

Na co dzień staram się unikać słów normalny i nienormalny. Normalność oznacza sposób myślenia większości, ogółu. Dla Polaków normalne jest jedzenie o 16, Francuz nie jest w stanie w to uwierzyć. O 16 się pracuje, posiłek jest o 19. I to jest normalne. Dlatego, że tak robi większość Francuzów. Większość. I to jest właśnie ta norma. "To nienormalne!" - używam w żartach. Opisując rzeczywistość na poważnie nigdy tak nie powiem - to po prostu nie jest racjonalne.

środa, 14 listopada 2012

WIECZNIE GŁOOODNA.

Uwielbiam jeść! O moim totalnym antyskillu w kwestii gotowania już pisałam i nie będę do tego wracać. Do wpisu o wiecznym głodzie zainspirowała mnie Kaa., wrzucając pewien obrazek na swojego bloga. Do jedzenia nie mam żadnego urazu, bo na szczęście wychowałam się w domu, gdzie obiad był przywilejem, a nie obowiązkiem. Żadnego zmuszania. Słodycze z kolei były ograniczone: w niedzielę mogłyśmy się z siostrą nawpieprzać batoników, cukierków, żelków i innych śmieci, aż wychodziło nam uszami, by potem przez cały tydzień nie mieć do nich żadnego dostępu. Wyniosłam dzięki temu dobre przyzwyczajenia żywieniowe z dzieciństwa, ale mam wielki pociąg do wszelkich słodkości, tak sumiennie wydzielanych jeszcze kilka lat temu. Żelkom nigdy nie powiem nie, a zestaw Nutella + łyżka to świetny antydepresant.

Do jedzenia nigdy nie trzeba mnie namawiać. Na co dzień jem dużo i zdrowo, a przynajmniej się staram. Śniadanie musi być (nooo, powiedzmy), nie dam rady przejechać całego dnia na 1-2 obfitych posiłkach. Nawet, gdy jestem usatysfakcjonowana jedzeniem, które przyswoiłam 15 minut wcześniej, na pytanie "masz ochotę na...?" zawsze odpowiadam twierdząco. Ludzie mają tendencję do odmawiania, gdy ktoś im coś proponuje. Ja z kolei jestem bardzo otwarta, jeśli ktoś chce mi wcisnąć połowę swojego batonika, kilka garści czipsów czy wafelki, które podgryza na wykładzie. Zawsze znajdzie się miejsce. To tak, jak z deserem. To jedna wielka pułapka - węglowodany spalają się najszybciej, więc pół godzimy po zapchaniu się słodyczami znów odczuwa się głód. Dlatego właśnie jestem tak wielką fanką mięsa - wielki, krwisty stek wystarcza na długie godziny. Moment, w którym baterie mi się wyczerpują jest bardzo łatwy do wykrycia: zwalniam. Dosłownie. Wlokę się 100 m za znajomymi ze zbolałą twarzą wypatrującą chociażby McDonalda. Przydałaby mi się umiejętność podobna do wielbłądziej - one magazynują wodę, ja bym chciała umieć to robić z energią.
Lodówka mnie wzywa. Muszę iść.
Smacznego!
Bina.

PS nie, nie ważę 289 kg.

niedziela, 11 listopada 2012

Może czegoś się o mnie dowiecie!

Odpowiadam na kilka tagów. Wiem, że nikomu nie będzie się chciało tego czytać, ale możecie to po prostu potraktować jako świetną okazję, by się czegoś o mnie dowiedzieć - podobno jestem tajemnicza i nigdy o sobie nie piszę. No dobra, zaczynam!

Zostałam mianowana przez Sin do 2 tagów: 5 Największych Odpałów i Liebster Blog. Zacznę od odpałów, szalona.




ZASADY:
1. Opisz 5 swoich największych odpałów (tzn. twoje dziwne przyzwyczajenia
i odskoki życiowe). 
2. Otaguj 5 bloggerów.
3. Wstaw baner, zasady i określ, kto cię otagował. 
4. Do każdego punktu dodaj zdjęcie określające twój odpał!


#1 Jak wspominałam kiedyś, uwielbiam mazać po ścianie: cytaty, rysuneczki, inne bzdety... Bobik chciała zobaczyć, proszę bardzo!



#2 Do swojego języka (na pewno jeszcze nikt nie zauważył) wtrącam mnóstwo kolokwializmów i zapożyczeń z angielskiego, a także memów, różnych tekstów z internetu i gier. Bitch, please!, set +5 do walki z noobami, dyskoteki, chłopaki i ogólnie takie takie.



#3 Nie rozstaję się z moimi Nike Air Force 1 - to idealne buty na każdą okazję i porę roku, do każdego stroju dają +365 do stylu!



#4 Nie wiem, czy to "odpał", bo chyba dużo ludzi tak robi, ale mam tendencję do obniżania wymagań w miarę postępu pracy. Na początek zakładam, że zrobię to, to i tamto, po wypełnieniu pierwszego zadania stwierdzam, że i tak dużo zrobiłam, a 5 minut później rezygnuję z reszty rzeczy do zrobienia na rzecz przyjemności... Byle tylko się nie narobić.



#5 Nie wiem co napisać, więc wrzucam zdjęcie Biny przebranej za Francuza.




Teraz Liebster Blog, do którego oprócz Sin wytypowały mnie Gina i Panna-kk.



Wyróżnienie Liebster blog otrzymane jest od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Osoba z wyróżnionego bloga odpowiada na 11 pytań zadanych przez osobę, która blog wyróżniła. Następnie również wyróżnia 11 osób, informując je o nominacji i zadaje 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, od którego otrzymało się wyróżnienie.


Sin pyta:


1. Czego aktualnie słuchasz?
Pink Floyd "High Hopes".

2. Najlepsza przyjaciółka/przyjaciel?
>1.

3. Masz jakieś zwierzę?
A nie mam.

4. Ulubiona potrawa?
Oo, kaczka po pekińsku!

5. Przyjaźń czy miłość?
Oba, to da się bardzo latwo pogodzić.

6. Co najbardziej lubisz w blogowaniu?
Fakt, że ktoś czyta to, co tu produkuję.

7. Województwo?
Île-de-France.

8. Anglia czy Ameryka?
Anglię zwiedziłam, więc czas na Amerykę!

9. Ulubiony kolor oczu?
Jak najciemniejsze.

10. O której przeważnie chodzisz spać?
Koło północy, ale bywa z tym bardzo różnie.

11. Pepsi czy Cola?
Cola oczywiscie!



Gina pyta:

1. Czego się boisz?
Buki.

2. Jaką firmę kosmetyków lubisz najbardziej?
Chyba Sephora.

3. Ulubiony film (uzasadnij dlaczego).
Pulp Fiction i Bękarty Wojny, uwielbiam filmy Tarantino, jarają mnie jego zwroty akcji i zaburzona chronologia.

4. Twój znak zodiaku.
Bardzo lanserski, baran.

5. Gdybyś mogła w sobie coś zmienić to co by to było?
Chęć do zmieniania siebie.

6. Możesz zabrać 3 rzeczy na bezludną wyspę - co?
Może aparat fotograficzny, kanapkę i hmmm, helikopter?

7. Czego najbardziej nie lubisz w innych?
Syfnych butów.

8. Słowo, które najbardziej opisuje twoją osobowość.
INTERNET

9. Opisz swój ideał mężczyzny.
O tym kiedyś pisałam, tutaj!

10. Jakie miejsca na ziemi chciałabyś zwiedzić?
Wszystkie, zaczynając od Los Angeles!

11. Domówka czy impreza w klubie?
Domówka, pod warunkiem, że w gronie najlepszych przyjaciół.



Panna kk pyta:


1.Jeśli miałabyś/miałbyś wybrać jedną z nadprzyrodzonych mocy, którą byś wybrała/wybrał: latanie, czytanie w myślach, sterowanie czasem?
Sterowanie czasem, bo można najwięcej namieszać.

2. Jaki gatunek muzyki najchętniej słuchasz?
Rap.

3. Opisz swoje życie w 3 słowach.
Bit bije jednostajnie!

4. Co byś zrobił/a gdyby został Ci jeden dzień życia?
Prawdopodobnie wdałabym się w konflikt z prawem.

5. Jaki jest twój ulubiony film?
Ponownie Pulp Fiction i Inglourous Basterds.

6. Jaka jest twoja ulubiona sieciówka? (czyli sklep ;))
H&M.

7. Twoje hobby?
Lajkowanie zdjęć Snoop Dogga na Facebooku.

8. Wymarzony prezent?
Coś z serca, najlepiej ręcznie robionego!

9. Co i kogo zabrałabyś na bezludną wyspę?:)
Już odpowiadałam na coś podobnego parę pytań wyżej ^

10. Jaką piosenkę masz ustawioną na dzwonek?
2Pac - Hit Em Up.

11. Ile masz par butów?
Za mało!



Mi tam się oczywiście nie chce wymyślać pytań ani nikogo typować, ale jakby ktoś miał olbrzymią potrzebę wzięcia udziału w tagu o odpałach, to napiszcie, że ja Was wybrałam, elo.

Och, teraz moja postać na pewno nie jest już taka tajemnicza.

piątek, 9 listopada 2012

Nie cierpię Sylwestra!


Kolejne wydarzenie w grudniowym ciągu, które nie budzi we mnie entuzjazmu. Sylwestra planujemy (ok, przypadek moich rodziców) nawet we wrześniu, żeby potem delikatnie zastanawiać się nad strojem i innymi zagadnieniami, potem pozwolić się przygnieść bożonarodzeniową atmosferą by dopiero gdy ona minie, około 27-28 grudnia, zacząć w pełni martwić się imprezą. Kobiety planują schudnąć, rezerwują rekordowo drogie wizyty u fryzjerów "na czesanie", szukają w outletach wspaniałych kreacji... Chcą czuć się pięknie, wyjątkowo. Najważniejsza noc w roku? No nie wiem. Dla mnie chociażby urodziny (czy moje, czy kogokolwiek znajomego) są o wiele ciekawsze i bardziej pociągające. Jakieś... luźniejsze.

Podstawowy problem Sylwestra polega na tym, że wszyscy go obchodzą. Każdy ma jakieś plany. Jeśli zdecydujesz się wyprawić imprezę, musisz liczyć się z tym, że nikt na nią nie przyjdzie (oprócz Twojej zaufanej garstki BFF), bo każdy gdzieś się wybiera. Robiąc imprezę bez globalnej okazji zazwyczaj możemy liczyć na dobrą zabawę - każdy zaproszony, nie mający alternatywnych planów chętnie przyjdzie. Na Sylwestra nie - czasem aż do 31 grudnia o godzinie 18 (mój standardowy przypadek) nie wiemy, dokąd idziemy, po czym wybieramy najgorszą możliwą opcję. Yeah! Zawsze (nie, tym razem nie o rodzicach, którzy zazwyczaj ogarniają jakiś bal w hotelu) mam do rozważenia domówkę u jednej z koleżanek (na której nikogo nie będzie, bo każdy coś już zaplanował), jakiś podejrzany studencko-akademicki melanż, na którym spotkam hordę wieśniaków z jakiegoś dziwnego wydziału, którego się boję, lub opcję 3: siedzenie pod kocem ze słodyczami i telewizyjną Dwójką. Nie, nie jestem tak przykra, żeby kiedykolwiek wybrać ten wariant. Normalnie kończy się na imprezie u kogoś w domu. Ma to ciekawą cechę - wszyscy zastanawiają się do ostatniej chwili, dokąd pójść i podejmują spontaniczne decyzje, więc na tych domówkach nie ma nigdy połowy oczekiwanych gości, a wpraszają się nagle tłumy znajomych znajomych, którym ktoś odwołał posiadówę.

Na Sylwestra wszyscy się stroją, zamiast wrzucić na luz. Nawet, gdy siedzimy w domu z grupką 10 osób, zakładamy sukienki, obcasy, błyszczące dodatki. Nie ogarniam. Sylwester wymusza takie zachowania. Jakbym przyszła w jeansach, to byłoby dziwnie. Podczas Sylwestra MASZ się dobrze bawić, wszyscy znajomi mają się dobrze bawić, cały kraj jest zobowiązany do przeżycia rewelacyjnej imprezy. Jak zwykle się wyłamię ze stwierdzeniem, że wolę spontan. 31 grudnia jest przytłaczający. Dla niektórych nawet tak bardzo, że nie są w stanie dotrwać do głównej atrakcji: północy.
Jestem dziwna?

wtorek, 6 listopada 2012

Nie cierpię świąt!


Świat zaczyna częstować nas bożonarodzeniową atmosferą na całego. W tym roku, podobnie jak w poprzednim, zaczęło się to już przed tą niewidzialną granicą 1 listopada. Dotychczas nietłukące bombki, kiczowate prezenty i czekoladopodobne Mikołaje niezbyt dobrze komponowały się z ciężkim klimatem dnia Wszystkich Świętych, ostatnio jednak biznes zwycięża i nikt o to nie dba. Nie dziwię się jednak - ludzie chcą kupować wcześniej i wcześniej, trzeba dać im więc taką możliwość. Wszechobecne dekoracje sprawiają, że chcemy jak najszybciej zrealizować listę świątecznych zakupów, ubrać choinkę i przemyśleć, w co się ubrać na wigilię, a zaraz później na Sylwestra (o, aż chyba o tym napiszę).

I tu plus mieszkania we Francji: brak tej tandety! Francuzi, jako ateiści, nie celebrują świąt nawet w 1/3 tak ochoczo jak Polacy. Jasne, w grudniu ulice są ładnie przybrane a w supermarketach jest szał zabawkowy, ale wszystko ma swój umiar. Otoczenie nie przygniata nas choinkami, prezentami, ozdobami, mikołajami, żarciem... brrr. I całe szczęście. Święta w Paryżu przechodzą prawie niezauważone. Znaczna większość moich znajomych (Polaków) uwielbia ten świąteczny klimacik, kupowanie prezentów, podziwianie miasta, którego każda ulica przybrana jest na inny i coraz bardziej wymyślny (kiczowaty?) sposób, dekorowanie drzewka świątecznego i w końcu przebywanie z kilkunastoosobową rodziną przy jednym stole. Czas ten kojarzy im się z magią, szczęściem i nie wiem nawet z czym jeszcze, bo nie umiem sobie tego wyobrazić. Nie należę do wiecznie zamkniętych w swoim pokoju no-life'ów, ale podczas Bożego Narodzenia chętnie bym się właśnie w ten sposób zachowała. Cała ta radość wydaje mi się sztuczna, przerysowana... Skoro rzeczywiście tak kochacie swoje rodzeństwo cioteczne, kuzynów, prababcię i stryjka, to dlaczego widujecie ich tylko 2 razy do roku? Z siostrą, rodzicami i dziadkami mam naturalnie bardzo dobre kontakty, jednak ludzie z którymi jestem odrobinę dalej spokrewniona są w jakimś stopniu obcy. Nie wiem, o czym z nimi rozmawiać, co u nich słychać, czym się interesują... Istnieje mnóstwo osób, które poznałam w o wiele lepszym stopniu niż np. siostrę mojego taty, mimo, że ich znam dużo krócej niż ją. Pojęcie "rodzina" jest dla mnie dość abstrakcyjne i zazwyczaj zamykam je na małym, czteroosobowym kręgu. Świąteczne spotkania z dalszymi krewnymi wprawiają mnie zawsze w pewien dyskomfort.

Kupowanie prezentów? Zdecydowanie wolę te robione ręcznie, więc o ile mam dobre pomysły na upominki dla bliskich, to staram się w ogóle nie zapuszczać do tego sklepowego młyna pełnego opętanych bab. Same prezenty uważam za jaśniejszy punkt świąt - lubię robić różne śmieszne gifty dla przyjaciół i oczywiście otrzymywać to, co przygotowali dla mnie. Tak, nie jestem ani religijna, ani przywiązana do tradycji.

Grudniowa wycieczka do jakiegokolwiek sklepu, gdzie zewsząd zalewają mnie ozdoby namalowane sztucznym śniegiem i mnóstwo innych dekoracji nie przyprawia mnie o uśmiech. Nie potrafię zrozumieć wszystkich moich przyjaciółek, które na widok tych wszystkich "słodziutkich ozdóbek" rozpływają się i zaczynają opowiadać czym udekorowały swój pokój. Zapachowa świeca? Po co? Żebym była jeszcze bardziej osaczona przez Boże Narodzenie? Uciekam!
Jestem dziwna?

sobota, 3 listopada 2012

LIKE | DISLIKE


Wpis spontaniczny. Z totalnego bałaganu w mojej głowie spróbuję wysupłać kompletnie randomowe rzeczy, które uwielbiam i te, których nie znoszę.

lubię:
Dobre głośniki z porządnym basem, Dre nie lubi, jak się go puszcza z jakiegoś kiepskiego sprzętu.

nie lubię:
Podróbek Nutelli. Skandal.

lubię:
Jak ktoś mnie ciągnie za włosy.

nie lubię:
Zdjęć do dowodu. Czemu one muszą być takie obrzydliwe?

lubię:
Rysować markerem po wieeelkim kawałku papieru na mojej ścianie: losowe scenki, portreciki, cytaty, bazgroły...

nie lubię:
Jak na melanżu ktoś puszcza jakiś dobry kawałek, by po 5 sekundach przełączyć na jakiś techno szajs.

lubię:
Wyobrażać sobie, że jestem bogaczem.

nie lubię:
Pisać smsów po francusku, bo często nie znam pisowni wyrazów (i tak nie wypowiada się połowy zapisanych liter)...

lubię:
Pić piwo samotnie w domu. Ale tylko czasem. Czy to zakrawa o alkoholizm?

nie lubię:
Tłumaczyć memów! Jak mnie to wkurza! A niech ktoś teraz spróbuje zapytać, co to jest mem!

lubię:
Sobie pośpiewać, pod warunkiem, że nikt nie słyszy. NIKT.

nie lubię:
Płakać i okazywać słabości.

lubię:
Milky Way Magic Stars, czemu nie ma ich ani w Polsce, ani we Francji?!

nie lubię:
Faktu, że pod moim oknem chodzą tylko jacyś czarnoskórzy dresiarze, podejrzane typy, stare baby i rodzice z dziećmi.

lubię:
Szelki.

nie lubię:
Nicki Minaj.

lubię:
Mieszać wszystkie gatunki muzyki na mojej playliście, choć czasem to naprawdę zgrzyta.

nie lubię:
Kolczyków w nosie i w pępku.

lubię:
Czuć, że muszę coś zrobić - kiedy mam motywację, wszystko lepiej mi idzie.

nie lubię:
Prasować, więc ciągle chodzę w pogniecionych ciuchach.

lubię:
Spać do 14 wtedy, gdy wszyscy muszą wcześnie wstać.

nie lubię:
JAK MI KTOŚ PRZERYWA!


Hmmm, nie pomogło uporządkować moich myśli.
Blog Widget by LinkWithin