sobota, 29 grudnia 2012

Ludzie są dziwni...


...czyli podsumowanie pierwszego w mojej historii spotkania z innymi blogerkami. Oswoiłam się już z mailami i skajpem, przyszła pora na "prawdziwe" poznanie się! Zaszczytu ujrzenia mojej twarzy na żywo dostąpiły Katherine i Kaa. Było bardzo przyjemnie, jako osoba nawijająca szybko i od rzeczy zwróciłam uwagę na fakt, że przy dziewczynach czułam się dość swobodnie. Widziałyśmy się po raz pierwszy, nie wiedziałyśmy za bardzo, jak tak naprawdę wygląda każda z nas (zdjęcia profilowe czy nawet rozmowa na skajpie nie do końca wyjaśniają te kwestie), a jednak, szybko znalazłyśmy tematy i nasza rozmowa nie odbiegała od standardowych dialogów ze znajomymi. Jasne, były momenty, w których żadna z nas się nie odzywała, a moje zamulone spojrzenie przylepiało się do ekranu w galerii handlowej, by po raz siódmy zauważyć, że w sekcji "język angielski - słówko dnia" wyświetla się coś po hiszpańsku. Szybko jednak znajdowałyśmy punkt zaczepienia: opowieść o niewdzięcznej babci, historię największego kataru świata, wlanie pepsi z dozownika wszędzie, tylko nie do kubka, czy też standardowe pytania na temat naszych pseudonimów. Analizowałyśmy rzeczywistość, często dochodząc do błyskotliwej konkluzji "ludzie są dziwni". Wszyscy. Od agresywnych starych bab, przez lubieżnych Turasów obdarzających Kamilę równie lubieżnym spojrzeniem, aż po fenomen piosenki zespołu Weekend. Proste i dobitne "ludzie są dziwni" idealnie podsumowywało nasze tematy. Spotkanie uważam za jak najbardziej udane, chcę więcej! Mamy nawet pamiątkową foteczkę!


Dzieki uprzejmosci Kami, hihi. Takie tam w Zlotych Tarasach. Katherine, Kaa. i Bina! ze swoim usmiechem kierowcy kombajnu.

Mimo, że debiutowałam blogspotowo, to wcale nie był to pierwszy raz, gdy poznałam kogoś przez internet. Wspominałam niejednokrotnie o Couchsurfingu, dzięki któremu ponałam mnóstwo wspaniałych ludzi zarówno w Warszawie, jak i przede wszystkim w Paryżu. Tam jednak tematem domyślnym jest podróżowanie - poznajesz kooś nowego, nie wiesz, o czym gadać, wypytujesz więc o doświadczenie, zwiedzone miejsca, ulubioną kuchnię, lęk wysokości i szybko pula tematów rozrasta się. Uwielbiam "culture shock", rozmawianie o stereotypach i rożnicach pomiędzy państwami i ich mieszkańcami dostarcza mi sporo rozrywki. Spotkanie z blogerkami miało jednak inny charakter. Dzięki temu, że czytamy swoje przemyślenia, odkrywamy się. Widząc się, słysząc swoje głosy i obserwując swoją mimikę po raz pieerwszy uzupełniamy obraz, który kreuje się w naszych głowach podczas czytania bloga.

I właśnie, wyobrażacie sobie kogoś, a wychodzi taka kanciasta Bina w czarno-złotej bluzie od dresu xD niestety.


Kami, mam nadzieję, że trafiliście, nie zamarzliście i że świetnie się bawiliście! Kiedyś jeszcze zgramy się podczas naszych podróży. :)

Kasia, zorganizujemy jeszcze niejeden meeting!

środa, 26 grudnia 2012

Być sobą. II

Kiedyś już pisałam o byciu sobą, tegoroczna wigilia zainspirowała mnie jednak do kontynuowania tego tematu. Wcześniej mój wywód dotyczył naturalnego zachowania oraz udawania. Pisałam "Każdy, KAŻDY ma kilka twarzy i nie udawajmy, że tak nie jest. Zgadzam się - laski odgrywające kumpli przy kumplach, lafiryndy przy lafiryndach, kochane córeczki przy mamusiach i znawczynie gier komputerowych przy gamerach to przegięcie, kiepski kostium i należy to tępić". Starałam się wysnuć konkretny wniosek dotyczący mnie: "(...) przebywając z przyjaciółkami jestem Biną, dużo się śmieję, przeprowadzam obserwacje, gadam non stop, staram się nie wyglądać jak królowa pasztetów, a oprócz tego cieszę się ze wspólnego robienia zdjęć oraz umierania ze śmiechu z naszych ekspresji, a także z przyjemnością witam dwugodzinną debatę o bieliźnie. Gdy jestem z chłopakami, również jestem Biną, dużo się śmieję, przeprowadzam obserwacje, gadam non stop i staram się nie wyglądać jak królowa pasztetów, ale nie wspomnę przecież nawet o aparacie fotograficznym czy stanikach, za to chętnie wypiję piwo i pogadam na parę kontrowersyjnych (lub po prostu niesmacznych) tematów, na co moje dziewczyny krzywo patrzą". Stanęło na tym, że jestem sobą, zachowuję się naturalnie niezależnie od sytuacji, ale po prostu nie przy wszystkich mogę się do końca "odkryć"... Wiadomo przecież, że przy nowo poznanych ludziach nie czuję się po prostu tak swobodnie jak przy siostrze i nie odważę się wygłosić rasistowskiego żartu w obecności kogoś, kto mógłby to wziąć do siebie. Zakładam jednak, że każdy tak ma. Jak wspomniałam, wigilia jednak wzbudziła we mnie pewne wątpliwości.

Pisałam też kiedyś o świętach (jej, ile wspomnień!) i ogłosiłam, że ich nie lubię. Świąteczna atmosfera jest wymuszona, ozdoby kiczowate, a prezenty dawane na siłę. Jasne, nie wszędzie i nie u wszystkich, ale w mojej rodzinie niestety tak. Nie mówię o najbliższym, 4-osobowym gronie, ale o tych 10 personach zasiadającym co roku 24 grudnia razem przy stole. Nigdy nie wiem, jak się wtedy zachowywać. Koliduje to z moją filozofią "bycia sobą" - przecież mogę zachowywać się normalnie i w ogóle nie martwić się takimi kwestiami. Rzadko widywani krewni onieśmielają mnie jednak. Nie tylko mnie - niby sami swoi, ale widzę wyraźnie po innych,  że nie zachowują się swobodnie. Mało rozmawiamy, prośby "o sól" są jakieś sztywne, a jak ktoś powie żart, to nikt się nie zaśmieje. Nie będę toczyć beki z żartów mojej cioci, bo są beznadziejne, ona z kolei skrzywi się, gdy ja powiem coś w mojej opinii zabawnego. Zauważyłam u siebie dziwną tendencję do rozluźniania towarzystwa. Ilekroć zapadła "niezręczna cisza", starałam się powiedzieć coś niezobowiązującego. Może ktoś pociągnie temat i przestaniemy siedzieć jak ludzie. którzy dopiero co się poznali i na dodatek nie przypadli sobie nawzajem do gustu. Za każdym razem, jak puszczałam jakiś taki lotny tekścik, moja siostrzyczka zakładała ręce i z rozmarzono-ironicznym uśmieszkiem cedziła "kontynuuj". Jako najlepiej znająca mnie osoba, od razu orientowała się, że zaczęłam zachowywać się co najmniej nienaturalnie. Od kiedy ja się przejmuję atmosferą przy stole?! Jej reakcja działała na mnie jak kubeł zimnej wody. Zastanawia mnie jednak, co sprawiło, że mimo to czułam potrzebę rozruszenia ich wszystkich (nie muszę chyba wspominać. że moje kwaśne próby przynosiły efekt odwrotny do zamierzonego).

Ok, jestem i BĘDĘ sobą, żadnych starań nie wiadomo po co!

Nie piszę tego, bo nie mam innych problemów, po prostu skłoniło mnie to do refleksji.

Może minęłam się z przeznaczeniem? Bina psycholog?

niedziela, 23 grudnia 2012

Offtop!

Dziś bez wywodu, alternatywnie. Odpowiem na świąteczny tag oraz pokażę kilka swoich ulubionych akcesoriów, dzięki którym czynię swoje outfity oryginalnymi (dziwnymi?).

Taki lajcik na święta.
Zaczynam od dodatków!

1. Pasek z dolarami. Uwielbiam. Zawsze wzbudzam nim emocje. Ludzie pytają, czy jest z prawdziwych pieniędzy... Co za pytanie. Chyba raczej, nie inaczej! Kto bogatemu zabroni.



nie uwierzyliście, prawda?

2. Pierścionek ze Space Invaderem. Kupiony 2,5 roku temu. Jak się okazało, o czym wspominałam, w Paryżu [i innych miastach Francji i Europy, nawet w Warszawie (ale tam są tylko 2)] nie brakuje mozaik z postaciami ze starych gier komputerowych. Jestem mistrzem w ich wypatrywaniu. Pewnie dlatego, że mój "Space Case" mi pomaga.


JAK JA DZIŚ BREDZĘ.

3. Szelki. Sztuk wiele. Zarówno jako podtrzymywacze do spodni, jak i wiszący, kompletnie do niczego służący element.


^tych panterkowych już nie mam. [*] Rozwaliłam na ostatnim melanżu.

4. Kolczyki babeczki! Są super. Wszystkim zainteresowanym polecam Lemon Lovely, laska robi rewelacyjne rzeczy, które sprzedaje całkiem niedrogo!


Last but not least, korona z Burger Kinga.



przepraszam.


Teraz świąteczny tag. Wytypowała mnie Joeced. Ja nie puszczę go dalej, bo już święta...


 1. Kiedy zaczynasz przygotowania do Bożego Narodzenia? 
24 grudnia.

  2. Posiadasz kalendarz adwentowy?
Nie.

3. Jakie są Twoje ulubione filmy świąteczne?
"Christmas Vacation" mistrz.

4. Czy masz jakieś wesołe wspomnienia świąteczne?
Nie.

 5. Jak wygląda Boże Narodzenie w Twoim domu?
W wigilię siedzimy i jemy w 10-osobowym gronie, w święta spotykamy się z przyjaciółmi. I też jemy.

6. Co najbardziej lubisz w Świętach Bożego Narodzenia?
Prezenty! Dawać, dostawać, kupować samej sobie...

7. Czy masz jakieś tradycje świąteczne?
Jeść. Dużo.

 8. Jakie są Twoje ulubione piosenki świąteczne?
Ogólnie mnie drażnią, ale lubię "All I want for Christmas is you", "Merry Christmas everyone" i oczywiście... tak, "Last Christmas"!

 9. Jaką będziesz mieć choinkę w tym roku?
Żadną.

 10. Jaki jest twój ulubiony zapach świąteczny?
Na wszystkie pytania odpowiedziałam płynnie, a teraz siedzę i się zastanawiam. Może zapach tego całego żarcia? Wiem, monotematyczna jestem.

 11. Jaki kolor lampeczek choinkowych lubisz najbardziej?
Takie żółtawe, neutralne.

 12. Odliczasz dni do świąt?
Nie.

 13. Ulubiony zimowy lakier do paznokci?
Żywe, letnie kolory: żółty, pomarańczowy, niebieski...

 14. Ulubiony zimowy napój?
Coca-Cola!

 15. Jak wygląda twój pokój podczas okresu świątecznego? 
Nie wiem, nie byłam w domu od tygodnia.

ponownie przepraszam.

Wesołych!

czwartek, 20 grudnia 2012

Mili ludzie...

...jeszcze istnieją! Ten post dedykuję Lavenie.

Mój kilkudniowy pobyt w Warszawie dobiegał końca. Samolot z portu lotniczego Modlin odlatywał w poniedziałek, wczesnym popołudniem. Komunikacja miejska zdecydowanie nie wykazała się współpracą - opóźnienia autobusów spowodowały, że nie zdążyłam na pociąg jadący na lotnisko... Zabrakło dosłownie minuty! Damn. Kolejny odjeżdżał za jakieś 1000 lat, co z pewnością nie pozwoliłoby mi zdążyć na mój lot. Nagle, z całą mocą, zdałam sobie sprawę, że spóźniam się na samolot. Bina, myśl! To nie jest wykład, który możesz sobie odpuścić, tylko lot do domu! Jak się spóźnisz, to gratulacje. Zwalisz na autobusy? Znajomi cię wyśmieją, a rodzice oczywiście zaczną gadaninę, że trzeba było jechać z zapasem. Co zrobisz? Nie zastanawiałam się długo.

W mgnieniu oka wyobraziłam sobie wizję siebie zatrzymującej losowy samochód i pytającą kierowcę,  czy może jedzie do Modlina... Perspektywa odrobinę szalona, może troszkę niebezpieczna, z pewnością desperacka... Mimo wszystko wizja pozostania w Warszawie dlatego, że nie zrobiło się wszystkiego, by zwalczyć przeciwności losu błyskawicznie mnie zmotywowała. Przedarłam się przez jakieś gigantyczne zaspy i klika minut później maszerowałam już wzdłuż drogi z wyciągniętą ręką (tak, chwilę się zastanawiałam, w którą stronę muszę iść, standard). Skuteczność mnie zaskoczyła - w przeciągu dwóch minut zatrzymało się dwoje kierowców, jednak nie pasował im mój cel. Nie poddawałam się i chwilkę później siedziałam już w samochodzie z przemiłą starszą panią, która zabrała mnie kawałek. Wysiadłam przy wielkiej ulicy, której nazwa, Modlińska, dobrze rokowała. Jest to wylotówka z Warszawy, spełniła się więc jedna z moich obaw - co chwila obracałam się, by ocenić sytuację, i z lekkim przerażeniem zauważyłam zatrzymującego się TIRa... Na szczęście tuż przed nim zjechała jakaś dziewczyna, która mnie zabrała. Nie dowiozła mnie do celu, ale dzięki niej zdecydowanie się do niego przybliżyłam. Z zadowoleniem (i ulgą!) stwierdziłam, że metoda sprawdza się perfekcyjnie. Patrzyłam na zegarek - nie było tragedii, nie mogłam już jednak pozwolić sobie na zwlekanie. Po 10 minutach bezowocnego marszu trafiłam na ziomka, który zdecydował się zabrać mnie aż na lotnisko. Było mu trochę nie po drodze, ale zrobił to, co było bardzo miłe z jego strony. Dziękowałam mu chyba z 17 razy. Tak, to nie w moim stylu. Dzięki zwykłej ludzkiej uprzejmości nie spóźniłam się na lot! Każdy z kierowców, który mnie podwiózł, był naprawdę miłym człowiekiem. Wszystkim po kolei chciałam wcisnąć na koniec dychę - buntowali się, wręcz oburzali. To zdarzenie natchnęło mnie wiarą w siebie i chęcią kolejnych przygód. Poczułam, że mogę wszystko!


Happy end? Odwołali samolot z powodu mgły i wróciłam do Warszawy. xD

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Autobusowe uprzejmości


Ostatnio miałam do czynienia z nietypową autobusową sytuacją - ciekawa jestem, jak Wy podchodzicie do takich spraw.
Tak, miała miejsce w Warszawie.

Miałam przy sobie wieeelki plecak, torbę, tekturową makietę domu (dużą, nieporęczną i delikatną) oraz metrową tubę papieru. Czując się jak zwierzę juczne wtoczyłam się do autobusu i zważywszy na niewielką ilość snu, którą przyswoiłam poprzedniej nocy, postanowiłam zachować się w sposób ogólnie potępiany - rozłożyć się na dwóch siedzeniach. Czekała mnie dość długa podróż, majdan wysypywał mi się z rąk, chciałam usiąść... A rzeczy miałam tyle, że nie dałabym rady trzymać ich wszystkich na kolanach. Pozwoliłam im więc spocząć na siedzeniu obok mnie - objętościowo zajęły więcej niż ja sama. Naprzeciwko mnie siedział jakiś koleś, któremu mój mózg z jakiegoś powodu automatycznie nadał pseudonim Cygan. Cygan wlepiał we mnie swe lubieżne spojrzenie, co normalnie odstręczało i przerażałoby mnie, ale byłam tak zmęczona, że rozpoczęłam przysypianie i kompletnie pogrążyłam się w dźwiękach płynących z moich słuchawek.

Autobus zapełniał się. Wsiadła starsza pani. Zaczęłam powoli zgarniać moje graty - w sumie wypadałoby ustąpić. Pani jednak zauważyła, że jestem niesamowicie obładowana, uśmiechnęła się i powiedziała, żebym nie zabierała rzeczy. Z wdzięcznością odetchnęłam i podziękowałam. Zapadłam w jakiś dziwny letarg, z którego niespodziewanie wybudziła mnie awanturka. W autobusie znikąd pojawiła się jakaś baba, która wymachując rękami i krzycząc (przez słuchawki nie docierało do mnie nic, dlatego prawdopodobnie zareagowałam ze sporym opóźnieniem). Leniwie podniosłam na nią swoje spojrzenie. Logicznym wydawało mi się, że może awanturować się o fakt, że śmiałam zająć wolne miejsce swoimi rzeczami, ale baba darła się na wszystkich dookoła, ale nie na mnie. Nie specjalnie zainteresowałam się, o co chodzi, aż jakaś dziewczyna zaczęła podnosić się ze swojego miejsca. Baba zamachała rękami i najprawdopodobniej kazała jej usiąść (nadal preferowałam swoją muzę niż dźwięki autobusowej kłótni), po czym z wściekłością wskazała na moje rzeczy, ile granic to przekracza i jaki to skandal. Zdecydowałam się w końcu ściągnąć słuchawki, ale od razu przyszła mi do głowy taka myśl: czy ona po prostu nie mogła zwrócić się do mnie? Grzecznie poprosić, lub chociaż warknąć, bym zabrała rzeczy? Nie. Musiała zacząć awanturę i wciągnąć pasażerów, którzy uśmiechali się do mnie porozumiewawczo. Baba miała na oko z 58 lat, poruszała się i kłóciła bardzo żwawo, a po jej reakcji nie zamierzałam ustępować jej miejsca...


W końcu ustąpienie komuś miejsca to akt grzeczności, a nie mój obowiązek! Jeśli baba będzie się zachowywała w ten sposób, to niech nie liczy na moją uprzejmość. Myślałam już, że to koniec, ale przedstawicielka Najgorszego Typu Ludzi darła się w dalszym ciągu. Wtedy niespodziewanie do akcji wkroczył Cygan. To był najdziwniejszy moment tego wszystkiego. Kompletnie mnie zaskakując, rzekł do baby: "ale to jest mój plecak", po czym zabrał go, posadził sobie na kolanach i jeszcze zakleszczył paluchy. Z lekką konsternacją i rosnącym stresem obserwowałam mojego drogiego towarzysza podróży spędzającego resztę drogi na kolanach Cygana. Zabrałam więc torbę, makietę i tubę (ledwo unikając zgniecenia dupskiem baby) i obserwowałam rozwój sytuacji. Nie mogłam złapać spojrzenia Cygana, dotychczas uporczywie we mnie wlepionego. Baba szybko utwierdziła mnie w przekonaniu, że rzeczywiście należy do Typu Najgorszego, bo przystanek dalej autobus opustoszał, a ona się przesiadła, by na jeszcze kolejnym wysiąść. Jak zwykle, cebulacka awantura o nic. Pokrzyczeć, by pokrzyczeć. Na szczęście odebrałam plecak od Cygana bez większych problemów (puścił mi obleśne oczko) i wysiadłam na swoim przystanku.

Nie mam pomysłu na zakończenie.

piątek, 14 grudnia 2012

Jedynacy muszą mieć nudno.


Mam młodszą siostrę, z która od czasu, gdy skończyłam mniej więcej 16 lat (a ona 12) dogaduję się świetnie. Przeprowadzka do Paryża jescze nas zbliżyła - na początku kompletnie bez znajomych "skazane" byłyśmy na siebie nawzajem. Możemy bez problemu gadać o wszystkim (prawie), przy niej zdecydowanie czuję się swobodniej niż przy kimkolwiek innym. Jasne, będzie się ze mnie śmiała i krytykowała moje poczynania, ale na luzie i bez spiny. Nie zawsze tak było, chyba każdy "posiadacz" młodszej siostry musiał przechodzić prez dramatyczny okres skarżenia na siebie nawzajem, płaczu i czegoś, co szczególnie mnie drażniło: papugowania. Młodsza siostra zawsze będzie wszystko od starszej ściagała i oczywiście nigdy nie przyzna, ze starsza siostra jej imponuje. Zacznie po prostu kserować jej sposób ubierania się, zachowania i wszystkie poczynania. Dobrze, że moja już dawno z tego wyrosła, uff!

Starszej siostry (na szczęście!) nie mam. Pewnie ciągle byłaby między nami jakaś niezdrowa konkurencja. Nie wiem sama. Cieszę się. że to ja jestem starsza, ale z drugiej strony, starsza siostra przetarłaby szlaki - mama łagodniej traktowałaby noclegi u koleżanek i inne hardkorowe akcje, byłaby już przyzwyczajona. Ja musiałam czekać aż do matury, aby móc zrobić sobie tragusa (piercing), siostra będzie na pewo miała łatwiej z tego typu sprawami. Poza tym, starsza siostra jest inspracją - możemy czerpać nauki z jej sukcesów i porażek, pytac o facetów i wszystkie pierdoły, o których baby zawsze gadają. Fascynujące.

Jak pewnie większość dziewczyn będących najstarszą siostrą zawsze zastanawiałam się, jak to jest mieć starszego brata. Nie znam nikogo, kogo mogłabym choć troche traktować w ten sposób. Nie mam kuzynów, a żaden z moich kumpli nie nadawałby się do pełnienia takiej roli. Chciałabym poczuć, jak to jest - starszy brat się swoją siostrzyczką zaopiekuje, zadba, by nie poderwał jej pierwszy lepszy debil, przypomni jakąś śmieszną (żenującą) historię z dzieciństwa... I zainspiruje w poszukiwaniach kandydata na narzeczonego! Ok, troszkę przesadzam. W każdym razie tak sobie wyobrażam mojego brata. Oczywiście byłby przystojny jak tatuś, traktowałby mnie trochę protekcjonalnie, co oczywiście by mnie irytowało, ale ogólnie świetnie dogadywalibyśmy się w kwestii amerykańskiego rapu, filmów Quentina Tarantino i obleśnych żartów. Dobra, a gdybym naprawdę miała tego brata, to pewnie ciągle bym narzekała, ze się mądrzy i sprowadza jakieś lafiryndy do domu. Hmmm, ciekawe.

Młodszy brat? Nie, dziękuję! Doświadczenia z młodszymi braćmi moich koleżanek skutecznie mnie zraziły. Denerwują. szntażują, biją, drapią i blokują kompa. A ja bardzo nie lubię konkurencji.



Ciekawe, jak to jest mieć siostrę bliźniaczkę. Obserwować samą siebie z trzeciej osoby. Nabrać krytyki i dystansu. Znać kogoś niemalże na wylot... I najważniejsze: wkręcać ludzi na wszelkie sposoby! To musi być fun.

Wasza kolej na wypowiedź!

wtorek, 11 grudnia 2012

SPAM

*Info*

Sprawdźcie dział "spam" u siebie w komentarzach, blogspot ma ostatnio tendencję od odsysania moich komentarzy i niepublikowania ich tam, gdzie bym sobie życzyła. Zobaczcie, czy nie macie moich krótkich komentarzowych wywodów u siebie w spamie. Vojtek ostatnio często musi wygrzebywać mnie ze śmietnika. Możecie znaleźć tam sporo nigdy nie widzianych komentarzy, wcale nie będących spamem. No dobra, będących spamem, ale ode mnie, więc takim specjalnym. Ja sama znalazłam tam sporo Waszych zupełnie normalnych komentarzy, więc nie wiem, na jakiej zasadzie one są filtrowane. Zajrzyjcie po prostu.
~

Zainspirowało mnie to do ogólnego poruszenia tematu spamu, a szczególnie spamerów. Nie do końca widzę sens pisania błyskotliwych komentarzy "cześć, świetny blog, może do mnie wpadniesz?", "obserwujemy?:*", czy, co najlepsze "cześć, to wcale nie jest spam, założyłam bloga o kosmetykach i jest tam mnóstwo ciekawych porad i informacji dla dziewczyn takich jak ty! blablablabla"... Jak wiecie, moderowanie komentarzy mam wyłączone, uznaję kompletną wolność słowa, czytam wszystko (komentarze spod starszych postów też, czytam sobie na mailu), ale gdy widzę oczywisty spam, najlepiej będący też na połowie blogów, które odwiedzam, to po prostu się krzywię. Jak mam lepszy humor (czyli przez 90% czasu) to nawet zaglądam na te blogi - jestem ciekawa. Chcę sprawdzić, co autorzy (autorki) mają do zaoferowania. Oo, wróciłam do nadmiaru nawiasów. Nieważne. Tematyka na tych blogach jest różnorodna (najczęściej szkolna), posty krótkie, ale często publikowane, lista obserwatorów długa, nie brakuje zdjęć, linków, pierdół i uwaga, komentarzy. Jakich? "Ładne zdjęcie", "ooo, nutella", "fajnie wyszłaś", ":):*" itp. Nikt nie przeczytał tych krótkich wypocin w poście, każdy komentuje tylko dodatek, taki jak np. obrazek, bo tak jest szybciej. Dostali spamerski komentarz, wchodzą więc tylko na 5 sekund, szybko odpowiadają i spadają. Krótka piłka. Moje pytanie: gdzie tu sens? Najwidoczniej niektórym zależy na nabijaniu statsów, kilkadziesiąt bezsensownych komentarzy odbierają jako komplement, a setki obserwatorów (którzy de facto zapędzili się na tego bloga zaledwie raz) jako rzeszę fanów. Za czasów onetowych w 2005 roku (bobik, piona!) tacy blogerzy mi imponowali - popularność, WOW. Ale teraz cieszą mnie jedynie ludzie, którzy rzeczywiście przykładają się do treści publikowanych u siebie, dbają o "swój kawałek internetu" i poświęcają uwagę innym blogerom. Na szczęście Was tu nie brakuje. I super, piąteczka dla wszystkich czytających.
:)



Jak pod tą notką będzie spam, to stracę wiarę w ludzi.

sobota, 8 grudnia 2012

Doba komputerów

Jeśli sądzisz, że w dobie komputerów sztuka czytania zanikła,
zwłaszcza wśród dzieci, to niezawodny znak,
że jesteś mugolem.


Ach, te sentymenty. Ale jak to jest z tą "dobą komputerów"? Nie da się ukryć, że technologia zastępuje wszystko. Zamiast tradycyjnej korespondencji wysyłamy maile i smsy, które oczywiście są krótsze i przekazują zaledwie 1% uczucia, które zawieramy pisząc do kogoś prawdziwy, piękny list. W smsie nie możemy zobaczyć charakteru pisma, poczuć miękkości i zapachu papieru, no i oczywiście trzeba się zawrzeć w 160 znakach, żeby nie dopłacać 20 gr do kolejnej wiadomości (chyba, że mamy darmowe tak jak Bina! i możemy spamować ludzi wkurzającymi smsami zawierającymi 1 znak). Przecież można usunąć ze środka kilka epitetów, spacji, albo wręcz liter ze środka wyrazów - odbiorca i tak powinien zrozumieć, o co nam chodziło.
W szkole pojawiły się elektroniczne dzienniki, nad którym oczywiście nauczyciele nie potrafią zapanować. Dziwne? Śmieszne? Smutne? Nie wiem. Pojawiłam się na świecie chyba w odpowiednim momencie - uniknęłam zarówno ery listów jak i e-dzienników. Pierwszy telefon komórkowy miałam w gimnazjum, czyli dużo później, niż "współczesne" dzieci. Nie żałuję jednak, uważam, że jako '90s kid idealnie wstrzeliłam się w kalendarz. Korzystałam zarówno z podwórkowych atrakcji, jak i unikałam problemów z epoki naszych rodziców - w celu spotkania kogoś trzeba było do niego zapierdzielać na koniec miasta i liczyć, że się go spotka w domu. Jeżeli coś ci wypadło i musiałeś/-aś odwołać spotkanie, to nie było to możliwe, bo wynalazek zwany sms miał się pojawić dopiero kilkanaście lat później. Muszę przyznać, że jestem naprawdę szczęśliwa z rozwoju techniki. Nie biorą mnie sentymenty typu "teraz ludzie nie przekazują sobie żadnych emocji, a jedyna forma aprobaty dla drugiego człowieka to lajk na fejsie", po prostu się z tym nie zgadzam. Uczucie umiem przekazać i tak, a telefon i komputer ułatwiają 834659346-krotnie umawianie się z ludźmi. Nigdy (na szczęście!) nie żyłam w czasach, gdy telefon mógłby być mi potrzebny, ale jednak nie został wynaleziony... Proste, rodzicom też nie był potrzebny, szukanie znajomych na podwórku było naturalne. Dla mnie też, kiedy miałam 10 lat. Nie tęsknimy za czymś, z czego istnienia nie zdajemy sobie sprawy. Teraz jednak, gdy mieszkam we Francji, uważam internet i jego dzieci: facebooka, maila i skype'a za bezcenne łącza ze światem. Bez tego po prostu przepadłabym bez śladu w obcym kraju, wysłałabym parę pocztówek, otrzymała kilka listów, ale kontakt z Warszawą szybko by się rozluźnił... Hmmm, muszę przyznać, że lubię czasy, gdy podanie adresu e-mail jest oczywistością i koniecznością podczas podpisywania jakiejkolwiek umowy, a bez facebooka tak bardzo nie żyjesz. Oczywiście nie możemy niczego doprowadzać do przesady, ale ja akurat nie mam z tym problemu.

Zastanawia mnie jednak fakt, że nadal są ludzie, którzy z technologią zdecydowanie się nie zaprzyjaźnili. Nie mówię oczywiście o starszych ludziach, bo wiadomo, że w pewnym wieku ciężko się po prostu przestawić na nowe tory /btw ukłony dla mojej babci, śledzącej moje statusy na facebooku i wysyłającej mi prezentacje w power poincie, respekt!/. Chodzi mi o ludzi w moim wieku. Tak, haha, o dziewczyny. Jest takich przypadków bardzo mało, ale jednak są!


Wiadomo, że to zawsze chłopaków bardziej ciągnęło do komputerów, ale jak to możliwe, żeby mając około 20 lat i styczność z komputerem, nie umieć zmienić czcionki w Wordzie i otworzyć nowej karty w przeglądarce? Czy to ja jestem królową nerdów bez życia (tak, już to słyszałam), czy to naprawdę jest dziwne?

Pozdrawiam, Technologiczne Zaawansowana Bina.

środa, 5 grudnia 2012

Mikołajki

Jutro! Albo dziś. Albo wczoraj. Zależy, kiedy czytacie tego posta. A tak naprawdę są pojutrze, bo piszę 4 grudnia.
Ok, sorry.

Zawsze lubiłam Mikołajki, jak chyba większość społeczeństwa. Jest to z reguły przyjemny i niezobowiązujący dzień. Najbardziej cieszyła w czasach szkolnych, wliczając liceum - jak wspominałam, w LO klasę miałam dość szczególną, bardzo lubiliśmy bawić się w losowanie i kupowanie sobie nawzajem prezentów. Oczywiście zachowując w sekrecie wylosowane nazwisko i, tym bardziej, nie wymieniając się między sobą. Nie powiem, żebym kiedykolwiek dostała upominek, który zwalił mnie z nóg, ale nie o to tutaj chodzi. Zabawa jest świetna, ludzie imponowali mi swoimi pomysłami, np. piszczącym hamburgerem.

Szkolne Mikołajki zawsze wiązały się też z drobną uroczystością łączoną z wigilią klasową. Parę dni temu znalazłam w szufladzie (nie mam pojęcia, jakim cudem to przetrwało 3 przeprowadzki) listę, co kto miał przynieść na takie właśnie spotkanie w 3 klasie liceum. I od razu wspomnienie pożaru wywołanego przez dupsko mojej koleżanki - postanowiła usiąść na stole, zamiast na krześle jak biały człowiek i niczym spychacz przesunęła serwetki, które zbliżyły się do świeczki na drastyczną odległość. Po paru sekundach miała za sobą pióropusz ognia. Dla 18-letnich licealistów pożar taki był wielką atrakcją, a ugasił go nasz dzielny klasowy gospodarz szaman.

Taaak, milo to wspominam. Odkąd mieszkam we Francji Mikołajki straciły na wartości, bo jak się okazało, tu się ich nie obchodzi. Skandal. To. Jest. Straszne. Cierpię. Rok temu ledwo zorientowałam się, że nadeszły i razem z tatą i siostrą uczciliśmy ten dzień... schabowym. Jea. Typową polaczkową potrawą, która na moim stole nie pojawia się nigdy. Zawitała jednak właśnie 6 grudnia. Aż się refleksyjnie zrobiło. Strasznie mi było smutno, że Francuzi nie celebrują mikołajkowego zwyczaju.


W tym roku zmieniłam nastawienie - nie muszę przynajmniej nikogo tu obdarowywać, hahaha!

Życzę Wam ładnych prezentów i sporo uśmiechu, bo czego wielkiego życzyć na Mikołajki?

oczekuję życzeń, hihi

niedziela, 2 grudnia 2012

O gustach się nie dyskutuje.


Say whaaat? Oczywiście, że się dyskutuje! I na dodatek dostarcza to świetnej rozrywki.

Często używamy sformułowań "to jest przepiękne!, "pyszne!", "ale to jest brzydkie!" czy "o fuu, ale obleśne!". Nie do końca uważam to za stosowne. Nie ma nic złego w wyrażaniu zachwytów - każdemu podoba się coś innego, ale niektóre widoki, takie jak słońce zachodzące nad morzem czy świeżutkie grzaneczki wyskakujące z tostera są bezsprzecznie piękne. Nikogo też nie urazimy zachwycając się czymś (chyba, że publicznie pokazujemy swoje nietypowe fetysze). Gorzej z wyrażaniem negatywnych opinii. Jasne, włochaty golf w nieapetycznym kolorze ozdobiony jakimś babcinym haftem jest zdecydowanie obleśny, ale wyrażając taką opinię nie zyskamy sympatii otoczenia. W końcu będąc gwiazdą najnowszej kolekcji popularnej sieciówki, musi mieć w sobie "to coś" - z jakiegoś powodu ludzie chcą go mieć i nie podzielają naszej subiektywnej opinii. Często głośno wyrażamy takie drobne poglądy na temat wszystkiego, starajmy się jednak robić to tylko w grupie zaufanych ludzi i nie robić sobie wrogów. Dlaczego, bo o gustach się nie dyskutuje? Nie! Po prostu trzeba robić to w umiejętny sposób. Zamiast otwarcie krytykować cekinowy trend który zalał wszystkie sklepy z ciuchami, lepiej powiedzieć "nie podoba mi się to". Mi. Mnie. Ja. W ten sposób wyrażacie to, co leży Wam na sercu, a nie obrażacie koleżanki, której oczy świecą się do połyskującej bluzki. Kolejny tekst: "kto by to nosił?!" - wierzcie mi, każda potwora znajdzie swojego amatora. Trochę wyczucia.
______________
^ tak mądrze napisałam, a sama się do tego w ogóle nie stosuję. hehehlol.


Rozmawianie o gustach jest olbrzymią przyjemnością - wymienianie, co lubimy, a czego nie, i słuchanie, dlaczego znajomi waloryzują określoną muzykę i formy spędzania czasu, których my nie trawimy. Nie mam pojęcia, kto i kiedy powiedział, że "o gustach się nie dyskutuje". Pewnie wymyślił to, żeby ułatwić sobie życie i nie kłócić się z innymi. Kto powiedział, że takie rozmowy muszą być od razu zarzewiem jakiejś nieprzyjemnej dyskusji? Ja tam bardzo lubię się z innymi podroczyć. Tak delikatnie.

Pozdrawiam, Niedyskretna Bina.
Blog Widget by LinkWithin