wtorek, 29 stycznia 2013

Babom ciężko dogodzić.

Jako przedstawicielka płci "pięknej" pragnę poruszyć temat relacji damsko-męskich przez pryzmat babskiego mózgu. Niejednokrotnie bywam dumna ze swojej zdolności nieobrażania się o byle co, logicznego myślenia i niedoszukiwania się podtekstów w każdym słowie spływającym z ust Mężczyzny, ale o tym już było, dawno temu. Zawsze obserwując moje koleżanki nie mogę się nadziwić, że zamiast po prostu się cieszyć z obecnego stanu rzeczy, one narzekają na (swoich) facetów i wyimaginowane sytuacje. Wyolbrzymiają smutki i są strasznie podejrzliwe. Negatywnie się nastawiają. I co? Odkryłam, że ostatnio zdarza mi się postępować podobnie. Nie, nie doszukuję się zdrady czy obrazy w każdym słowie, ale zdałam sobie sprawę, że czasem niepotrzebnie z powodu jakiejś bzdury zaczynam się nad sobą użalać lub konkurować z wymyślonymi konkurentkami do serca Mężczyzny. Absurd. Kiedy zostało mi uświadomione "jej, masz problemy jak baba. nigdy się tak nie zachowywałaś", zgłupiałam. I... przyznałam rację. I postanowiłam to zmienić w trybie nagłym.
Jaką głupią, babską cechę przejawiam? Powierzchownie gruboskórna, jednak w rzeczywistości pragnąca nie skrzywdzić... adoratorów. Czy to ma sens? Rozprawiałam na ten temat z przyjaciółmi, faceci nie zrozumieli, dziewczyny tak. Jest to więc typowo babskie zachowanie: ktoś nas podrywa, my sobie tego nie życzymy (i tak "nic z tego nie będzie"), ale zamiast spławić natręta, cieszymy się, że ktoś docenił nasze uroki i pozwalamy mu kontynuować gierkę. Gorzej, staramy się ją przekuć w znajomość. Naiwnie liczymy, że ten przemiły dżentelmen będzie świetnym kumplem, oczywiście mówimy o znajomości bez najmniejszego podtekstu seksualnego. Facet jest miły, więc chcemy nawiązać z nim nić przyjaźni. Tępo nie zauważamy, że jedyna jego interakcja z nami to "ładna jesteś, chodź, tam jest łóżko", gdy tymczasem nasza pijana koleżanka wpadła w jego sidła.
Lubimy być podrywane, każda dziewczyna cieszy się, jak ktoś zwróci na nią uwagę. Niestety, nawet jeśli jest to najbardziej obleśny gbur. Obrzydzone uciekamy, ale jednak w głębi serca mówimy "yes! podobam się". Słuchamy wieśniaka z knajpy, a słowa wartościowych ludzi cedzimy przez sito, bo na pewno komplementują nas tylko z powodu szczerych uczuć, które do nas żywią... Jesteśmy głupie.

DZIEWCZYNY, MYŚLMY LOGICZNIE!


PS jestem szalona! 4 dni kompletnie bez bloga, ufff. biorę się za nadrabianie wszystkich zaległości!

piątek, 25 stycznia 2013

Żarty żarciki

Mimo, że sama w sypaniu błyskotliwymi dowcipami jestem więcej niż beznadziejna, to innym nie trzeba wiele, by mnie rozbawić. Skręcam się z różnorodnych żartów (byle nie za suchych), filmików na YouTube, głupich min moich znajomych, własnych debilnych min zarejestrowanych przez moją zdradziecką siostrę, a nawet Waszych komentarzy. Wolę się otwarcie cieszyć niż zamulać. Bawią mnie zarówno matematyczne, polibudowe żarty, humor słowny, koleś skaczący do zamarzniętego basenu, jak i... rasistowskie dowcipy.


Stereotyp dwumetrowego czarnoskórego gościa przemierzającego paryskie podziemia w okularach przeciwsłonecznych i z wielkim złotym wisiorem w kształcie Afryki obijającym się o klatę przyprawia mnie o uśmiech. Są takie przypadki. Żarty o czarnych są zabawne. I co, jestem rasistką? Otóż seksistowskie żarty oraz dowcipy mierzące w Polaków (lub ten specjalny gatunek celujący w Warszawiaków) uważam za naprawdę udane. Dowcip to tylko dowcip, powód do śmiechu... Nie wiem, dlaczego ludzie tak bardzo biorą je do serca. Sporo jasnowłosych dziewczyn obraża się, gdy ktoś zacznie "po czym poznać, że blondynka"... Naprawdę nie widzę sensu walki. Jasne, rasistowskie żarty w pewnym stopniu obrażają czarnych, tak samo jak polaczkowe żarty obrażają nasz naród. I co, mam teraz uzbrojona w kałasza, butelkę wódki i słoik ogórków ruszyć wymierzyć sprawiedliwość tym frywolnym żartownisiom? Ludzie, wyluzujcie. Jak ktoś śmieje się z tego, że miejsce kobiety jest w kuchni, nie oznacza, że naprawdę tak uważa... Zwłaszcza, że tym śmiejącym się może być właśnie kobieta wspinająca się po drabinie kariery, albo lepiej, kobieta smażąca bekon i chłodząca w lodówce piwko dla swojego faceta.

Trochę dystansu do siebie i innych. Śmiech to zdrowie.
A teraz wybaczcie, idę komuś opchnąć kiść bananów i naklejki z małpami.

wtorek, 22 stycznia 2013

High

Uwielbiam to uczucie. Niektórzy stresują się, zwłaszcza przed pierwszym wzbiciem na wyżynę. Mnie to od początku ekscytowało, chciałam spróbować... Nie rozumiałam ludzi, którzy myśleli, że coś nam może grozić. Przecież wiadomo, że będzie fajnie. Uspokajałam koleżanki, dla których to również było pierwsze starcie. Dajcie spokój, nic się nie stanie. Uwierzcie mi, będzie super. Dalej marudzicie? Ok, mnie nie zniechęcicie. Chociaż, tak naprawdę, skąd mogłam wiedzieć?

Pojawiłyśmy się w ściśle sprecyzowanym miejscu o określonej godzinie. Mnóstwo ludzi... a dla nas to pierwszy kontakt. Ale trzeba odkrywać! Wszystko jest dla ludzi. Jedna z dziewczyn odmawiała modlitwy i kupiła miniaturową buteleczkę wódki, żeby się odstresować. Jeeej... Tego się nie łączy. Nie chciałam jednak jej tego mówić, była ewidentnie zestresowana. Inne laski również były poruszone, podekscytowane. Nie codziennie robi się takie rzeczy. Było nas 6: dwie już nie były nowicjuszkami, dwie kolejne się denerwowały, a ja i B. jarałyśmy się na maxa. Nie mogłyśmy się doczekać.

Nie do końca pamiętam, co się działo. Gdy zobaczyłam to wreszcie na oczy, wiedziałam, że chcę spróbować. Przygoda się rozpoczęła... Magia. Nie mam pojęcia, co niektórzy ludzie widzą w tym złego. Mi to uczucie spodobało się od razu. Takie jakby... przyspieszenie. Dostajesz kopa, czujesz, że możesz wszystko, a nawet więcej. Wiesz, że zaraz będzie jeszcze lepiej... wystarczy tylko trochę poczekać. Zaraz zacznie się prawdziwy odlot. W zasadzie już nie masz kontaktu z ziemią, ze światem... I po paru sekundach czujesz taki dziwny ucisk. Ludziom zdarza się skrzywić, jęknąć... Ja nabieram powietrza i czuję, że żyję. Jeszcze chwila i zostawię wszystko za sobą. Napawam się coraz bardziej, ekscytacja rośnie. Czas się porządnie zatracić, pokonać warstwę problemów i wylecieć wysoooko... Nagle otwierasz oczy i zdajesz sobie sprawę, że naprawdę odpływasz. Jesteś... hm... ponad chmurami. Ziemski świat jest na dole. Ty na górze, odcięty od rzeczywistości, mogący kontemplować tą chwilę do woli... Albo chociaż przez najbliższe dwie godziny.

***

09.06.2010, Warszawa - Londyn
pierwszy lot samolotem



co, myśleliście, że sobie jaram? xD

sobota, 19 stycznia 2013

Geograf kartograf

Różne rozkminy z dzisiejszego poranka skłoniły mnie do refleksji. Uwielbiam przechwalać się, że znam wszystkie (no, prawie) stolice świata. Nieskromnie, ostatnio pokonałam nawet geografa. Jest tylko jeden osobnik, który jest lepszy ode mnie, ale niedługo go wyzwę! Ogarniam państwa świata, a zwłaszcza Europy. Nie stanowi to dla mnie żadnego problemu... Pojawiła się myśl: czy na pewno? Leżąc sobie z wzrokiem utkwionym w sufit postanowiłam się zabrać za narysowanie mapy politycznej Europy z uwzględnieniem stolic. Oto efekt:

Europa według Biny!
[powiększcie sobie]

Wszystko na czysto, żadnego podglądania ani weryfikacji. Wrzucam efekt pracy ze swoją pamięcią i... wyobraźnią, nie zdając sobie jeszcze sprawy, ile kryje się tu nieścisłości. Nie wiem, czy jestem zadowolona. Lokalizacja większości stolic jest dla mnie zagadką, a granic państw bałkańskich za nic nie dałam rady wyznaczyć. To pierwsze spostrzeżenia.

Uwaga, otwieram mapę polityczną i po raz pierwszy sprawdzam, jak bardzo źle mi poszło!

O, mamo.



Wnioski:

1. Biedna Islandia. Trochę ją odesłałam w kosmos.
2. Pomyliłam Luksemburg z Liechtensteinem. :genius:
3. To miło z mojej strony, że z Polski uczyniłam taki wielki kraj (o intrygującym kształcie).
4. Pofantazjowałam z kształtem Rosji, państw bałtyckich i skandynawskich i odcięłam Finlandię od Norwegii...
5. Sardynia. Lol.
6. Fajne ścięłam Francję. Zastanawiałam się, jak ona w ogóle wygląda i stwierdziłam, że nie wiem. Na pewno nie tak.
7. Belgowie powinni być wdzięczni, dwukrotnie powiększyłam ich kraj.
8. Lokalizacja Obwodu Kaliningradzkiego - mistrz.
9. Ooo, Morze Czarne. Zapomniałam.
10. SPORA Malta...
11. Elegancko zmniejszyłam UK.

Dobra, nie jest tak źle. Z granicami poszło w miarę dobrze, 100lice na 100 pro. Najciekawiej jest na Bałkanach... Hmm. Czy Wam też się zdaje, że ta część kontynentu... nie istnieje? Jest okryta oparami tajemnicy. Mołdawia? Macedonia? Albania? Nie ogarniam. Nie mam pojęcia, jak brzmią języki, które tam obowiązują, jak wyglądają ludzie, architektura... Cokolwiek. A może tych państw naprawdę nie ma? Jest taka zabawna anegdotka o Albanii: znasz kogokolwiek z Albanii? znasz kogokolwiek, kto zna kogokolwiek z Albanii? byłeś kiedyś w Albanii? słyszałeś kiedyś jakieś wiadomości z Albanii? znasz film? piosenkę? sławną osobę? i ta lista ciągnęła się w nieskończoność. Niestety łamię pierwszy punkt, poznałam kiedyś niejakiego Alberta z Albanii, ale prawda jest taka, że ten kraj w mojej głowie się jakoś zatarł... Jedyne, co mi się z nim kojarzy to to, że Voldemort się tam ukrywał po tym, jak tarcza z miłości osłoniła jednoroczne dziecko przed jego mocą.

Interesujecie się geografią pod takim kątem?

środa, 16 stycznia 2013

50 shades of Grey

Gwałtownie i niespodziewanie dołączyłam do grona czytelniczek "50 twarzy Greya". Książka niemalże wpadła mi w ręce, a że wykład był nudny, zabrałam się do lektury. Setki koleżanek polecały mi ją, a ja jakoś nie mogłam zacząć... I jak zaczęłam, to poszło bardzo szybko. Nie do końca wiedziałam, czego mam się spodziewać po książce, której egzemplarz sprzedaje się rzekomo co minutę. Coś musiało wywołać tę burzę... Myślałam, że to albo ciekawa powieść o rozbudowanym wątku erotycznym, albo (co byłoby ciekawsze) hardkorowy pornol w książce.

Nie okazała się być ani tym, ani tamtym.

Rozczarowała mnie od początku (co oczywiście nie zmienia faktu, że nie mogłam się oderwać, bo czekałam aż w końcu zacznie się coś dziać). Fabuła jest strasznie kiczowata... Rozmowa z przyjaciółką, podróż i wywiad zajmują 5 stron... W normalnej powieści zajęłyby z 30 (a u Tolkiena cały tom, jak stwierdził Ado), a w 50 shades of Grey istnieje taka sobie historyjka, wymyślone wątki okrojone do minimum. Ani to ciekawe, ani budujące napięcie... To tak, jakby w pornolu ta część o naprawianiu samochodu/odbieraniu pizzy ciągnęła się przez 15 minut. Bez sensu.

Nieważne, czytam dalej, wątek erotyczny musi okazać się powalający, skoro książka tak szokuje i podnieca. W końcu na stronie 139 dochodzi do zbliżenia. I co? I nic. Głupi opis. Bez polotu. Wyolbrzymiony obraz doznań i orgazm za każdym razem, licząc od pierwszego. Nuuuda. Nawet od momentu (odkładanego przez 348659394 lat) zgody Any na warunki Greya i rozpoczęcia zabaw w Czerwonym Pokoju Bólu nie dzieje się nic specjalnego. To wcale nie jest takie hardkorowe, nie wiem, o co tyle szumu. Znów miałam przerost oczekiwań. Skoro podobno książka jest tak niesamowita, to spodziewałam się, że będę to czytać z oczami jak pięciozłotówki i z jakimiś niezwykłymi obrazami tworzącymi się w mojej głowie, a czytałam z taką miną, że dziewczyny na wykładzie stwierdziły, że muszę być w jakimś kwaśnym momencie. Byłam. Zresztą przez większość czasu.

Nie wiem, czy to dziwne fantazje autorki, czy niekonsekwencja tłumacza (taaa, baba tłumaczy babę), ale nie brakuje takich kwiatków jak "o święty Barnabo", "rany Julek", "jasny gwint", czy, uwaga, "wewnętrzna bogini wykonująca salta i machająca pomponami". Nie pytajcie. Nie wiem. Nie chcę wiedzieć.

Nie tyrania czy seks w książce były dla mnie szokujące, ale to, że Christian kupił Anie stanik, który pasował idealnie, a on widział ją wcześniej ze 2 razy na oczy i to nie nago. Ma talent chłopak. Zjawił się też w środku akcji dokładnie wtedy, gdy był potrzebny, by oswobodzić Anę z rąk napalonego Jose. Łał.

A co mi się podobało? Zaczerpnęłam paru mądrości życiowych! "Nie ufaj mężczyźnie, który umie tańczyć". So true! "Zawsze zaczynaj od Wikipedii". Dzięki, wiem, korzystam. Trafny był też opis myśli pijanej Any, chyba dobrze, że książkę pisała baba, bo wzorowo opisała to, co myśli dziewczyna po 5 drinkach. I ten rzyg na chodnik. Spektakularny.

Po przeczytaniu popadłam w żałobne odrętwienie, niczym Ana. Cieszę się, że przeczytałam, bo mam teraz własną opinię na temat tej książki, ale nie zamierzam kontynuować przygody z trylogią... Chyba, że Iwonka przyniesie kolejną część za kilka dni, a ja znów będę się nudzić na wykładzie.

niedziela, 13 stycznia 2013

Gdybym była...

Lubicie sobie "pogdybać"? Sądzę, że tak. Chyba każdy to robi. Przypuszczamy różne scenariusze (zazwyczaj bardzo mało realistyczne) i próbujemy umiejscowić siebie wśród wyimaginowanych ludzi, miejsc, sytuacji. Nie mówię tu o próbie przewidzenia jakiejś sytuacji i rozczarowaniu wynikającym z wygórowanych oczekiwań, ale o najzwyczajniejszym... marzeniu. Gdybym była bogata... Gdybym mogła podróżować tyle, ile bym chciała... Gdybym była bardziej niezawodna...
Marzymy o różnych sytuacjach, wyolbrzymiając je na maxa. Bo jak już marzę o byciu bogaczem, to nie wyobrażam sobie jedynie mieszkania w sporym domku jednorodzinnym i odżywiania się produktami niezakupionymi w Biedronce, tylko raczej o willi na obrzeżach Los Angeles, czterech furach (codziennej, sportowej, oldschoolowej i takiej do lansu na dzielni), basenie, milioncalowym telewizorze i codziennych zakupach bez żadnych ograniczeń. Tak, i całym innym szicie, który pokazywano nam na MTV. Jak marzyć, to marzyć... 
Weź mnie nie pouczaj, jak się robi hip hop, ja wolę kręcić hustling na tip top! Ciekawe, jak to jest być Snoop Doggiem. Gdybym chciała być sławna, to w moich wyobrażeniach byłaby Bina, która jest ultrafamous, a nie tylko rozpoznawana w swoim kraju, czy też pfff, w mieście. Byłabym znana w całym wszechświecie. Ale o sławie jakoś nie śnię. Już bardziej o spaniu na hajsie, kiedyś delikatnie otarłam się o ten temat. Podchodzę jednak do tego (w miarę) racjonalnie... Przynajmniej staram się. Wiem, że najprawdopodobniej nigdy nie będę tak opływać forsą, by utrzymywać tabun ludzi skłonnych spełniać moje zachcianki, ale wiem też, że samymi marzeniami niczego nie osiągnę. Nie zamierzam (może i zamierzam, ale patrząc prawdzie w oczy, nie jest lekko) zbić wielkiego majątku, ale myśli o bogatych ludziach motywują mnie do działania. Siedząc i grając na kompie nie przybliżę się ani trochę do niczego, oprócz wzbogacenia mojego słownictwa o nazwy średniowiecznych broni białych. Mobilizuję się myśląc, że biorąc się za siebie mogę kiedyś doprowadzić może nie do wielkiego splendoru, ale do możliwości życia na niezłym poziomie. Wierzę, że moje zdolności mi na to pozwolą. Nie, nie chodzi mi o czary z Baldura. Ostatnio coraz bardziej wierzę w swoje możliwości.

Hmm, bogaci ludzie wynoszą się do Monako (a na pewno, jak wiadomo, uciekają z Francji). Wcale się nie dziwię. Luksusy, piękne widoki, morze, upały... Brak podatku dochodowego i paparazzich, bezpieczeństwo (1 policjant przypada na 16 obywateli). I tylko pokazywanie, kto lepszy, kto bogatszy... Róbcie mi miejsce!

PS jejku, jaki fail! nie uchwyciłam.

czwartek, 10 stycznia 2013

Artystka od siedmiu boleści.

Uważam się za osobę dość uzdolnioną artystycznie. Gdy patrzę na budynek lub ulicę, widzę linie perspektywy. Umiem wyobrazić sobie różne widoki (chociażby jakieś czadowe graffiti na nudnej ścianie budynku stojącego smutno za moim oknem). Zdarza mi się narysować coś więcej, niż kutasa w zeszycie kolegi. Biorę marker i smaruję na ścianie, którą kilkakrotnie pokazywałam. Chwytam za ołówki i portretuję ludzi. Wygrzebuję z szuflady farby i maluję martwą naturę. Wszystko to wydaje mi się jednak mega nijakie, gdy patrzę na dzieła pewnych twórców.



Udałam się ostatnio na wystawę dotyczącą street artu. Sztuka ta zawsze mnie kręciła, uważam, że po dość dziwacznym okresie sztuki nowoczesnej, uliczni artyści kreują rewelacyjny obraz współczesnej sztuki. Przedstawiają świat, ironizują, nawiązują do gier komputerowych i filmów... Jak ja. Uwielbiam szukać dzieł na ulicach Paryża.



Niestety nie miałam nigdy przyjemności dzierżenia puszki sprayu w dłoni. Nie wiem, czy umiałabym zrobić z niej użytek. Technika to jedno, ale trzeba wiedzieć, co i jak chce się przedstawić. Mazanie na ścianie w pokoju to sprawa osobista, ale mazanie na ścianie publicznej to przedsięwzięcie. Nielegalne, a jak. Imponują mi artyści, tacy jak Banksy, potrafiący pokazać gorycz i... niesprawiedliwość (?) za pomocą pozornie niewinnych obrazów.




Ten Jezus powyżej, podobnie jak Space Invaders, jest wykonany z kostek Rubika. Szacunek. To jest właśnie ta sztuka, o której kiedyś tam pisałam - mozaiki na ulicach Paryża. Wszędzie. Na rogach ulic, na budynkach. Tamte nie są zrobione z kostek Rubika, ale są równie czadowe.




Może kiedyś na ulicach największych stolic pojawi się twórczość sygnowana "Bina!"...

[wszystkie zdjęcia pochodzą z wystawy, na której przedstawione były reprodukcje street artowych dzieł z ulic Nowego Jorku, Londynu i Paryża. various artists | musee de la Poste, Paris. expo do końca marca, jakby ktoś był zainteresowany.]

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Filmowa ciota.


Na wstępie pragnę wszystkich zaprosić do Ado: na horyzoncie nowy dobry blog muzyczny! Nie tylko dla fanów rapu, którego tam znajdziecie pod dostatkiem: linki do rewelacyjnej muzy oraz twórczość Ado Rolzo. Polecam całym swoim zimnym sercem. Wbijać!


***

Do dzisiejszych wywodów inspirujecie mnie Wy, szczególnie Bobik i Paweł. Oboje nadają ciągle o filmach, a ja zawsze byłam, jestem i pozostanę filmową parówą. Przeciętny dziesięciolatek obejrzał więcej filmów ode mnie. Moi znajomi już się przyzwyczaili, że na pytanie: "oglądałaś...?" odpowiem zawsze "nie". Nie lubię rozmawiać o filmach, bo czuję się głupio, że naprawdę nie widziałam tylu klasyków, nowości, nie nowości, komedii, tragedii, thrillerów, musicali, horrorów, seriali... Od tych ostatnich się odcinam, nienawidzę takich pochłaniaczy cennego czasu (jasne, i wcale nie gram w Baldura). Gdy moi kumple nawijają o filmach, stoję z boku, słucham i czekam na ten magiczny moment, gdy w końcu wymienią tytuł, który widziałam. Wyskakuję wtedy z triumfalnym "yes, oglądałam!", nie robi to jednak szczególnego wrażenia na rozmówcach, dla których jest to oczywistością. Jeden z moich ziomków nie mógł uwierzyć, że nie dość, że nie oglądałam "Władcy Pierścieni", to nie widziałam jeszcze "Gwiezdnych Wojen" ani "Matrixa". Stwierdził, że nie obejrzenie żadnego tytułu z każdej z tych serii to zbrodnia. Wydaje mi się, że widziałam kiedyś którąś część Matrixa, ale nic z niej nie pamiętam, więc pewnie tylko sobie ubzdurałam. Jakoś nie jest mi głupio. Władcę Pierścieni nawet bym obejrzała, ale wychodzę z założenia, że nie ogląda się ekranizacji przed przeczytaniem powieści. Odkładam więc to na razie. O, właśnie słucham sobie "I don't wanna miss a thing", "Armageddonu" też nie widziałam. Cały czas poszerzam listę filmów, które powinnam obejrzeć. Za każdym razem jednak, jak zamierzam coś włączyć, to kończę z filmem, który oglądałam już 374863839 razy. Od dzieł Quentina Tarantino, przez "Zieloną Milę", "Amelię", aż po debilne komedie z Jimem Carreyem w roli głównej, które znam dosłownie na pamięć [mock... yeah! ing... yeah! bird... yeah! Mockingbird everybody, have you heard?]. Nie ma dla mnie lekarstwa. Zaraz, co to ja miałam... "Mechaniczna Pomarańcza", "Scarface", "12 Gniewnych Ludzi", "Donnie Darko"... Tak, to tylko jakiś 1% moich zaległości. Ha, przynajmniej "Fight Club" widziałam!



Jesteście wielkimi fanami kina, filmów, nie? Czekam na hejty.

piątek, 4 stycznia 2013

Bujna wyobraźnia powodem rozczarowań.

Inspiracją był ostatni melanż, choć wywód klasycznie będzie ogólny Chodzi o oczekiwanie, planowanie, rozczarowania... Tegoroczny sylwester był rewelacyjną imprezą, choć jak być może wiecie, hejtuję ten dzień. Nie myślałam, że będę się dobrze bawić, ani tym bardziej, że będę się bawić mega zajebiście. Gdy  z kolei oczekuję imprezy życia, wychodzi klapa.... Ale ok, koniec o imprezach.
Też tak macie, że nastawiając się na coś ekstraordynaryjnego (haha sorry, to słowo ostatnio odegrało pewien epizod w moim życiu), szykując się i wyobrażając sobie "nie wiadomo co", zazwyczaj się rozczarowujecie? Wiemy o pewnym wydarzeniu (spotkaniu z dawnym znajomym, premierze filmu, koncercie, wyjeździe, czy choćby o tej nieszczęsnej imprezie - możliwości jest nieskończoność) ze sporym wyprzedzeniem, wyobrażamy sobie dokładnie każdy szczegół, miejsce, twarz, reakcje, przygotowujemy się... Nadchodzi wielki dzień, a my jesteśmy zawiedzeni. Bo nie tak. Bo chcieliśmy inaczej. Miało być dużo ludzi. Miało być słonecznie. Miała założyć czerwone spodnie. Miał na mój widok powiedzieć "siema stary, tyyyle się nie widzieliśmy!". Miał być lukier, a nie cukier puder na pączkach [czyżbym poszła za daleko? niee, chyba nie]. Oczywiście, o tym co miało być wiem tylko ja, ale jestem święcie przekonana, że ta wersja jest idealna i oczekuję jej realizacji. Jasne, za każdym razem jest disappointment. Impreza do dupy, film do dupy, spotkanie do dupy. Wyjazd fajny, ale wszystko nie tak, jak się spodziewałam... Hmm.
Gdy jednak nie oczekuję niczego specjalnego i wybieram się gdzieś z kompletnie neutralnym nastawieniem, zdarza się, że wydarzy się coś zapewniającego wspaniałe wspomnienia. Jest tak prawie tylko wtedy, gdy najmniej się spodziewamy! Negatywne lub pozytywne oczekiwania do niczego nie doprowadzają. Nawet nie myślisz, że możesz spędzić wspaniały dzień, nagle ożywić jakąś zamierającą znajomość, wybawić się za wszystkie czasy, zainspirować się, poznać faceta swojego życia... A to właśnie się dzieje.
04.01.2012, 21:07
back to Paris. enfin.

PS uwaga, konkurs! u Nath Madeline.

wtorek, 1 stycznia 2013

Z półobrotu w Nowy Rok

Nie będę pisać długich podsumowań i postanowień, ale chciałam rzec, iż w minionym roku sporo zyskałam. Nie wydarzyło się może nic tak spektakularnego, jak nagła przeprowadzka do innego kraju, która miała miejsce w 2011, ale takie wrażenia raczej nie zdarzają się co roku. W 2012 dokonałam jednak wielu rzeczy, które przekonały mnie, że rzeczywiście nasze życie zależy od nas samych i że mamy możliwość nim kierować.

W minionym roku między innymi zaczęłam posługiwać się nowym językiem - w kwietniu tego roku zmusiłam się do praktycznego ćwiczenia mojego francuskiego i teraz mówię. Utwierdziłam się w przekonaniu, że projektowanie wnętrz to kierunek, który chcę studiować. Zarobiłam trochę pieniędzy. Umocniłam więzi z najbliższymi. Wreszcie założyłam bloga. Nie pierwszego w swoim życiu. ale najlepszego. Zapisuję swoje skłębione myśli, a na dodatek ktoś to czyta... Poznałam Was, z czego jestem bardzo zadowolona!

Podbudowałam wiarę we własne możliwości. Od dawna jestem osobą pewną siebie, mam jednak czasem momenty załamania i zagubienia. Widzę jednak, że tylko działaniem mogę wyjść na prostą - chociażby łapiąc stopa, w momencie, gdy nie było jak inaczej dostać się na lotnisko.

2012 był dla mnie dobry, oby 2013 był jeszcze lepszy. Jak nie będzie chciał, to mu pomogę.

Tak samo złośliwa i rozgadana, ale pewniejsza siebie i świadoma swoich możliwości wkraczam w 2013.


duży kac?


PS info. Blog Nath Madeline zostal zawieszony na okres 29 dni lub dopoki sama Nath nie udowodni, ze ma 16 lat - a nie ma, wiec nie bedzie mogla go "odwiesic". Ja jestem na tyle wiekowa, ze nie musze sie martwic takimi kwestiami, ale czy serio regulamin blogspotu przewiduje mozliwosc prowadzenia bloga dopiero po ukonczeniu 16 roku zycia? Jak tak, to czesc z Was powinna uwazac, gimbusy. Zapraszam na nowa strone Nath.

Blog Widget by LinkWithin