czwartek, 28 lutego 2013

Zapiski wędrowcy z Onetu vol. II


Powracam z moimi onetowymi wywodami, tutaj znajduje się część pierwsza. Zachęcam do uzupełniania tych zapisków własnymi propozycjami i wspomnieniami.

Zdołałam ustalić, że wśród współczesnych blogerów mieszkających na Blogspocie jest znaczna rzesza przybyszów z Onetu... Zaczynaliśmy kilka lat temu pisząc różnorodne głupoty, często jakościowo gorsze niż to, co tworzymy tu i teraz (a przynajmniej tak nam się wydaje). W moim przypadku był to pamiętnik Sabb, datowany na lata 2005-2009. Miło wspominam erę onetowych blogów, postanowiłam więc we współpracy z Bobikiem zapisać parę wspomnień dotyczących blogów z tamtej epoki.
________________________________

Ciekawą sprawą było Tu Look. Tak, tu, nie to. Ktoś kiedyś tak napisał i wszyscy bezmyślnie skopiowali... Niektórzy sprytnie pisali Too Look, nie mam pojęcia skąd to się wzięło. Czym było słynne Tu Look? Rubryczką na blogu, najczęściej bardzo schowaną, reklamującą innego bloga. To tam właśnie wklejało się cudze avatary (zgadliście, nikt nie reklamował blogów, które lubił i uważał za warte wyróżnienia, za trafienie do Tu Look płaciło się komentarzami).


Kolejną plagą były emotikony. Onet miał specjalne emotikony, które zalewały blogi. Ja (oh God, why) byłam ich wielką fanką, moje posty tonęły w uśmiechniętych, smutnych i zdenerwowanych buźkach. Wyglądały one tak:
 

Do dziwnych onetowych wynalazków należała Księga gości. Każdy ją miał na blogu, ale nikt nie wiedział, po co. Księga miała dwie opcje: wpisz się (niestety, było to odnotowywane w statystykach jako zwyczajny komentarz) i przeglądaj (czy ktokolwiek kiedykolwiek się na to zdecydował?).
99% blogów było pisane czcionką Verdana 8. Sama dalej używam Verdany, zostało mi to przyzwyczajenie.
Irytujący był fakt, że w komentarzach nie można było pisać przekleństw - próba opublikowania czegokolwiek wulgarnego kończyła się zniknięciem komentarza.



Rzadkim, ale najcenniejszym chyba wyróżnieniem była żółta gwiazdka od Onetu. Oznaczało to, że twój blog naprawdę został polecony na stronie głównej portalu blog.onet.pl! Splendor. Niektórzy doznawali tego zaszczytu często, inni nigdy. Niewątpliwie były to same korzyści: ładna żółta gwiazdka na górze bloga, skok statystyk (+50 komentarzy!), nowa rzesza czytelników, możliwość pojawienia się w rankingu najczęściej czytanych blogów w swojej kategorii... Nieskromnie pochwalę się, że zdarzyło mi się dostać gwiazdkę (brawo! dziękuję). Pisałam w gimnazjum bloga o.. szkole. Dosłownie. Nie o swojej, ogólnie. Typowe sytuacje, charakterystyka przedmiotów, pomieszczeń, podejścia uczniów... Wersja testowa moich wywodów, w małostkowym wydaniu szkolnym. Uwaga, zamierzam przytoczyć post, który otrzymał gwiazdkę! Ciekawa jestem Waszej opinii.


Szatnia

Sympatyczna pani Halinka, która z uśmiechem wyda nam kurtkę w zamian za szkolny numerek na breloczku i przymknie oko na niezmienione obuwie? A może Helga, którą łatwiej przeskoczyć, niż obejść, a czepia się wszystkiego? No właśnie. Dużo zależy od Pań Szatniarek, które na przerwach pilnują, aby uczniowie nie roznieśli szatni na kawałki i podają im kurtki, a na lekcjach patrolują korytarz z kamerą ukrytą w mopie, aby potem móc ochrzanić uczniów za byle co. Następnie wracają do bazy – kanciapki – aby od nowa rozpocząć proces. Oczywiście ważne jest, jaka szatnia jest w naszej szkole – postmodernistyczna, gdzie aby odebrać ubrania musisz nastać się jak baran przez co najmniej 15 minut, ba, musisz dostarczy niezniszczony numerek na metalowym kółeczku – inaczej nie odbierzesz kurtki albo bulisz 5 zł kaucji. A może szatnia a’ la wielka metalowa klatka, w której jest kilkadziesiąt haczyków, a zostawionym tam kurtkom grozi tajemnicze zniknięcia bądź zadeptanie. Sami oceńcie, która szatnia jest gorsza.

Takie właśnie spostrzeżenia miała 14-letnia Bina. Dziwnie mi się to teraz czyta. Odbieram sobie gwiazdkę.
________________________________


Woah, ale wysmarowałam długi post, nawet dwa. Chciałam się podzielić jednak wszystkimi onetowymi wspomnieniami, wiem, że nie jestem jedynym przybyszem z tamtego kraju!

________________________________


PS Zostałam przez Kudels wyróżniona jako kreatywna blogerka. Dziękuję! Jest mi bardzo miło 


oto warunki:

1. Wyróżnij 5 blogów (nie można wyróżnić osoby, od której dostało się wyróżnienie)
2. Poinformuj osoby wyróżnione o wyróżnieniu o ile nie zapomnę
3. Umieść wyróżnienie na bocznym pasku done
4. Podziękuj za wyróżnienie już podziękowałam :*
5. Opisz siebie w 3 słowach wyobraźnia ironia hamburger


do następnego!

poniedziałek, 25 lutego 2013

Socially Awkward Sabina

Znów cisnę z angielskim, ale nie bardzo wiem, co mogę wpisać zamiast socially awkward. Niezręczna?... Ale czy o człowieku można tak powiedzieć? Niezręczna może być sytuacja, a człowiek może być ofiarą. Zastanawiam się, czy tylko ja tak mam

/wcale się nie zastanawiam, każdy czasem przejawia tendencje do dziwnych, aspołecznych zachowań, ale nie każdy pisze o tym na blogu/,

że zdarza mi się źle odczytać intencje innych i doprowadzić do niezręcznej sytuacji. Myślisz, że ktoś będzie chciał się z tobą przywitać/pożegnać buziaczkiem w policzek, a on podaje rękę. Twoja twarz jest już jednak w trakcie zbliżania się do jego twarzy, musisz więc nagle udać, że wychylasz się, by lepiej przyjrzeć się czemuś za plecami kolegi. Takie właśnie udawanie, że wcale nie zrobiło się czegoś głupiego jest najgorsze, ale ciężko się tego pozbyć. Twoja niezręczność nie pozwala ci obrócić sytuacji w żart, musisz więc spróbować jakoś ukryć przyczyny swojego dziwnego, niezaakceptowanego zachowania. Ktoś coś do ciebie mówi, a ty nie słyszysz? Dopytasz się, znowu nie zrozumiesz... Nie chcesz wyjść na głuchego debila, uśmiechasz się więc porozumiewawczo i liczysz, że to nie było pytanie.

Sytuacje "nie mogę dać po sobie poznać, że robię coś głupiego" przydarzają się na co dzień. Czekasz na kogoś samotnie i wyglądasz smutno i samotnie? Wyciągnij telefon i udaj, że jesteś popularną osobą ociekającą znajomymi i piszesz smsa. Zorientowałeś się, że idziesz w złą stronę? Poklep się po kieszeniach, puknij się w czoło i dopiero zawróć. Cały ten cyrk, by przekonać szarą masę ludzi, których i tak nie znasz, że jesteś fajny i nieomylny.


Czasem zachowuję się, jakby pierwszy raz wyłączono mi komputer, wypuszczono z domu i kazano zachowywać się normalnie. Spektakularnie się potykam, włażę na znaki drogowe (które czasem otrzymują za to należne przeprosiny) i uśmiecham się jak idiotka, bo zaczęłam kreować w głowie jakieś niestworzone szczęśliwe scenariusze. Czasem wyobrażam sobie lub przypominam różne konwersacje, wtedy oczywiście zdarza mi się zmarszczyć brwi, machnąć głową, a nawet parsknąć śmiechem lub coś powiedzieć. Nagle dociera do mnie, że jestem w metrze i owszem, zwracam na siebie uwagę. Chowam się, czerwienię niczym Ana i/lub wysiadam. Najkwaśniejsza z sytuacji w metrze, to ta, kiedy postanowiłam komuś zrobić fotkę z ukrycia. Jechał ze mną taki oryginał, ze po prostu nie mogłam sobie odmówić. Niczym reporter Animal Planet niezauważalnie ustawiłam kadr (telefon tylko częściowo wysunęłam z torebki, pełen profesjonalizm) i przycisnęłam spust... Guess what? Nie wyłączyłam lampy. Z prędkością światła schowałam telefon, zaczęłam patrzeć z zamyśleniem w sufit i udawać, że to nie ja wygenerowałam błysk, który oślepił wszystkich pasażerów. Pewnie zdradziła mnie twarz w kolorze buraczkowym, ale nie ośmieliłam się już spojrzeć na kogokolwiek. Mój obiekt wysiadł na następnej stacji. Mam nadzieję, że nie przeze mnie. A zdjęcie oczywiście nie wyszło.

Co jeszcze? Idziesz spokojnie pustą ulicą, aż nagle z drugiej strony nadciąga druga osoba, tak samo nieogarnięta jak ty. Zamiast przyjąć normalnie ruch prawostronny, kołyszecie się na lewo i prawo, oczywiście kserując ruchy przeciwnika. W końcu niemal zderzacie się, z głupkowatym uśmiechem przepraszacie się... i dalej nie możecie się minąć. Gdy w końcu wam się uda, wracasz do domu, przytrzymujesz komuś drzwi do bloku. Miło z twojej strony, szkoda tylko, że ten ktoś był 50 metrów stąd i z grzeczności zaczyna biec, byś nie musiał stać jak kołek przez 30 sekund. Oczywiście go za to przepraszasz. Często też dziękujesz. Na przykład biorąc od kogoś ulotkę.

A to? "Rozmawiasz" z ludźmi, tak naprawdę przysłuchujesz się ich konwersacji. Przychodzi ci do głowy błyskotliwa myśl, chcesz coś wtrącić, ale nie możesz znaleźć odpowiedniego momentu, by się włączyć... Nagle temat się zmienia. Za późno. Nie poznają twojej arcyciekawej opinii.

Jedną z zawstydzających sytuacji nad którymi nie mogę zapanować (choć bardzo bym chciała) jest gadanie przez sen. Do pewnego momentu mój mózg we śnie obsługiwał tylko język polski, bardzo rzadko angielski, ale ostatnio świetnie czuje się we francuskim, czym doprowadzi mnie do zguby. Wcześniej z mojego bełkotu Samiec Alfa łowił tylko "nie!", teraz rozumie niestety wszystkie wypowiedzi. O czym Go poinformowałam pewnej nocy? Podobają mi się lustra na suficie. Zostały nam trzy godziny. Nawijałam też coś o Arabachpomarańczach i syropie klonowym. Błagam, czy ktoś zna sposób, aby nie gadać takich głupot przez sen? Boję się, że kiedyś palnę coś, co wpędzi mnie w kłopoty.

Miał być króciutki post, ale okazało się, że jestem tak bardzo
socially awkward,
że wyjechałam z poematem na 5 stron...
I tak wiem, że nie jestem sama.

Ha! Gratuluję Christophowi Waltzowi i Quentinowi Tarantino, 2 Oscary dla Djangooo!
A już za 3 dni zapraszam na kolejne onetowe wspomnienia...

piątek, 22 lutego 2013

Zapiski wędrowcy z Onetu

Zdołałam ustalić, że wśród współczesnych blogerów mieszkających na Blogspocie jest znaczna rzesza przybyszów z Onetu... Zaczynaliśmy kilka lat temu pisząc różnorodne głupoty, często jakościowo gorsze niż to, co tworzymy tu i teraz (a przynajmniej tak nam się wydaje). W moim przypadku był to pamiętnik Sabb, datowany na lata 2005-2009. Miło wspominam erę onetowych blogów, postanowiłam więc we współpracy z Bobikiem zapisać parę wspomnień dotyczących blogów z tamtej epoki.
______________________________

Komentarze były powszechnym i ogólnodostępnym środkiem płatności. Głównym powodem była niezwykle istotna rubryka Statystyka, w której oprócz liczby wyświetleń widniała liczba komentarzy. Nie istniał taki wynalazek jak obserwowanie, więc popularność mierzona była w komentarzach. Blogi na Onecie (przynajmniej te, po których ja się poruszałam) należały w większości do moich rówieśników, którzy (a raczej: które! 100% dziewczyn) byli na komcie bardzo łasi. W dobrym stylu było informowanie na innych blogach o swoim nowym wpisie (u mnie new notka;)))), jeżeli nasz internetowy znajomy nie zdążył napisać nic nowego w międzyczasie. Zastanawiałam się ostatnio, czy zmieniły się czasy czy pula blogów, które odwiedzam, bo kiedyś wszystkim zależało na statystykach, pisało się krótko i nudno i spamowało ile wlezie. Spam był wszechobecny, co więcej był doceniany (+1 do komci w statystyce!). Teraz prawie nie ma takich blogów. Oczywiście, nie brakuje ludzi proszących o obserwowanie bez czytania posta, ale ten problem wydaje mi się o wiele mniejszy w porównaniu do starych dobrych czasów na Onecie. Od 2005 podniosła się jakość blogosfery, to pewne! Miałam przerwę od 2009, powróciłam w 2012 na innej platformie i od początku byłam pozytywnie zaskoczona.

Powrócę do komentarzy. Wpisanie w pole komentarza jednego znaku (konkretnie cyfry) i podwójne kliknięcie "publikuj" zajmowało ułamek sekundy, a zapewniało dwa komentarze za jednym zamachem! Żeby opublikować ich więcej trzeba było sobie samemu odpowiadać. Podwójny komentarz był ceniony nawet przy zwykłej opinii dotyczącej posta notki. A dlaczego akurat cyfry? Komentarze z cyframi oznaczały nagrodę bądź zapłatę = profit! Mogły być z wymianki, powszechnego zjawiska polegającego na dosłownym wymienianiu się komentarzami po wcześniejszym ustaleniu ich liczby. Kiedy były nagrodą? Oczywiście po wygraniu konkursu! Najlepiej konkursu na naj bloga. Naj. Nie wiadomo co naj. Po prostu naj. Mam olbrzymi sentyment do takich eventów. Zgłaszasz się do konkursu, głosujesz (na siebie! niestety, nie możesz liczyć na rzeszę fanów, wszystko w twoich rękach), przechodzisz do kolejnego etapu, powtarzasz proces, wygrywasz... i odbierasz słodką zapłatę w postaci 100 komentarzy. Profit dla organizatora i dla ciebie. Sama kiedyś na jednym ze swoich blogów zorganizowałam taki oto konkurs. Walczyłam wtedy z bezsensownym nabijaniem statystyk, jako nagrodę przewidziałam więc 100 sensownych komentarzy na temat bloga. To był brzemienny w skutkach błąd. Arrgh.

Oprócz komci istniała ówczesna wersja blogrolla, niezbyt finezyjnie nazywana linki. Znalezienie się na czyjejś liście linków było niemałym wyróżnieniem. I tu dziwna sprawa: ktoś coś powiedział, inny powtórzył i się rozeszło... Linki funkcjonowały jako rodzaj niemęskoosobowy, liczba mnoga słowa linka. Dafuq?! Na Onecie ludzie dodawali do linek, nie do linków. Bolało mnie to w oczy, ale niestety nie zdołałam samotnie przekonać wszystkich do swoich racji.

Blogi ogólnie dzieliły się na pamiętniki i blogi z instrukcjami, obrazkami, tekstami piosenek, wymiankami, konkursami, zamówieniami... Ocenialnie (tak, to był fenomen! i stres), blogi-gazetki (ploteczki, wywiady ze sprzedajnymi blogerami... Bobik nawet kiedyś jednego redagowała) i blogi muzyczne (oraz wszystkie inne) stanowiły mniejszość. Żeby zaistnieć trzeba było mieć naprawdę dobrego bloga z zamówieniami. O co chodziło? Blogerki proszą o wykonanie szablonu na ich bloga, płacąc oczywiście komentarzami (my precious!). Nagłówek, avatar [bo bez avatara, który może być udostępniany przez inne blogi (tak, jasne, marzenia) nie istniejesz], o mnie (oczywiście zdjęcie w 'o mnie' było po prostu fragmentem nagłówka, podobnie jak pozostałe elementy szablonu)... Przy zamówieniu całego zestawu obowiązywały zniżki. Nigdy nie doszłam do wysokiego poziomu wprawy nagłówkowej, zaprezentuję jednak kilka swoich fotoszopowych zamówień z czasów onetowego blogowania. Enjoy (możecie się śmiać. ja się śmieję. bardzo).




[hahahahahahahahha kasia-siurcia. czego ci ludzie nie wymyślą.]



Bardziej utalentowani graficy i właściciele popularnych blogów musieli zmagać się z plagiatem. Instrukcja "jak dodać status gg na bloga" czy "jak podpisywać się bez tyldy (~)" były na każdym blogu z instrukcjami, słowo w słowo takie same. Nie brakowało też postów z... modelkami do nagłówków i free layami! Zdjęcia modelek, z których można potem robić szablony były cenne w środowisku obdarzonym brakiem umiejętności wyszukiwania obrazów w Google Grafika. Free laye były obrazem dobroduszności blogera-grafika. Obdarzone oczywiście podpisem - adresem bloga. Popularne było korzystanie z takich stron, jak xx.pl, tworzenie nowych adresów, by na swoich pracach móc pisać na przykład nag-mon.xx.pl zamiast naglowki-monisi.blog.onet.pl.
______________________________


Rozpisałam się, a to dopiero początek! Spodziewajcie się drugiej części wspomnień onetowego wędrowcy. Wiem, że mam z kim się nimi dzielić!

wtorek, 19 lutego 2013

Spotted.


Dlaczego nam się to przytrafiło? Spottersi. BUW. Facebook. Oh God, why?


Spottersi, jak powszechnie wiadomo, wyszukują
w różnych miejscach, najchętniej w autobusach
i Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego
ludzi, zazwyczaj ładne dziewczyny
i piszą o tym na specjalnych stronach
na fejsie.

Dziewczyno w różowym sweterku... Chłopaku w czarnych butach... Mężczyzno z czerwoną torebką (...) pozdrawiam/odezwij się.

Co?

Nie rozumiem kompletnie tej idei. Skoro podoba ci się ktoś, kto jest z tobą w bibliotece, to nie możesz po prostu zagadać? Pierwsze akcje tego typu pamiętam z darmowej gazety Metro. Na końcu zawsze były wpisy Piękna blondynko, która o 13:37 jechała autobusem 175, uśmiechnęłaś się do mnie, a ja nieśmiało opuściłem wzrok... Odezwij się proszę... miękka.fujara@dżimejl.kom. Ten fenomen zawsze mnie bawił i nagle okazuje się, że świat (Polskę?) zalała fala nieśmiałków, którzy z jakiegoś powodu uważają za stosowne zespottowanie ofiary i poinformowanie facebookowego odbiorcy. Spottersi są teraz wszędzie, w każdym polskim liceum, w każdej dzielnicy, w każdej instytucji, nawet w Lidlu i Biedronce. Facebook pęka w szwach. Oczywiście nie potrzeba było dużo czasu, aby pojawili się frywolni żartownisie bezdusznie wykpiwający ideę spottingu. Chłopaku w zielonych okularach, zanim zdejmiesz buty, upewnij się, że nie masz na sobie dziurawych skarpetek. Zaglądam na stronę biedronkowego spotted i czytam o perypetiach dwóch sióstr podrywających krótko ostrzyżonego kasjera w Zadupiu Mniejszym. Nie jestem w stanie jednak pojąć ludzi, którzy robią to na poważnie... Czy to jest ich hobby, czy rzeczywiście zależy im na odnalezieniu tych osób? Jeśli tak, to czy nie mogli się do nich odezwać, gdy mieli na to okazję? Nie chodzę do BUWu z obawy przed spottersami. Całej Warszawie polecam Bibliotekę Publiczną na Koszykowej. Free, hipster free, spotter free, free wi-fi.

Ostatnio spełniły się moje obawy. Sama jestem spottowana, a może nawet stalkowana, gdyż odbywa się to w nieco odmienny sposób od opisanego. Przy okazji mojego 9-dniowego pobytu w stolicy Polski przemierzałam podziemia w centrum z kanapką kupioną w Oskarze (nie polecam). Usłyszałam nagle przeciągłe, gburowate "Sabina!"... Obróciłam się, nikogo nie było. Miałam wrażenie, że to dwóch kolesi mijających mnie. Jeśli tak, to nie odwrócili się, nie zaczekali... Szybko stwierdziłam, że na pewno mi się zdawało, w końcu nie jednemu psu Burek i mimo, że nie mam na imię Ania lub Magda (przepraszam Anie i Magdy), to zdarza się, że ktoś nazywa się tak samo jak ja, a ja od razu reaguję paranoicznie. Uspokojona dotrwałam do następnego dnia, by przypomnieć sobie tę sytuację czekając na swoją kanapkę w Subwayu w Złotych (moje życie jest kanapką i fast foodem, właśnie to zauważyłam). Stałam spokojnie i znów usłyszałam głośne, zalotne (?) i nieco agresywne "Sabina!". Zaczęłam się szybko rozglądać, nie znalazłam jednak źródła głosu. Nie mam pojęcia, czy to jest jakiś dziwny zbieg okoliczności, czy mnie naprawdę ktoś śledzi. Przecież mnie nie powinien znać nikt obdarzony tak odstraszającym głosem. Na szczęście całą niedzielę spędziłam w schronie u Babci i nikt mnie nie wołał.

Serdecznie pozdrawiam Katherine, z którą wypiłam bardzo miłe dwa piwa w sobotni wieczór! Love.

sobota, 16 lutego 2013

Wzniosłe treści obcych pieśni

Zainspirował mnie dość znany na polskiej scenie jutubowej CeZik. Nagrał krótką parodię znanych z radia hitów, autorstwa artystów takich, jak David Guetta, Michel Telo, FloRida, 50 Cent... Nie wszyscy lubią, ale wszyscy znają. Na początku nie miałam ochoty tego oglądać, ale jak już się przekonałam do naciśnięcia play, to wysłuchałam (i obejrzałam!) z przyjemnością do samego końca. Zachęcam.


CeZik jest niezwykle utalentowany muzycznie, ale nie o tym. Nagranie dosłownie przetłumaczonych na język polski hitów było błyskotliwym pomysłem. Dobrze mówię po angielsku, teksty piosenek atakujących mnie dzień w dzień z radia wgryzają mi się w mózg, czynią zniszczenia i zostają na zawsze. Chwytliwe, zapamiętane, niezinterpretowane. Z góry wiadomo, że treści przekazywane chociażby ostatnimi czasy przez zespół the Black Eyed Peas (kiedyś byłam wielką fanką) nie są ekstremalnie ambitne, ale póki są po angielsku, nie boli to w uszy. Gdy zostaje nam brutalnie uświadomione, że oni naprawdę nawijają o takich pierdołach, to aż robi się przykro. Oryginalny tekst, mimo wszystko, brzmi całkiem przyjemnie.

/off: w ramach przypominania sobie muzy z gimnazjum puściłam
sobie właśnie Run It Chrisa Browna. lubiłam, lubię nadal. i nucę
sobie: is ya man on da flo? if he ain't, let mi know! i co, po
angielsku piosenka jak piosenka. wiesz, o co chodzi, ale nie
dopuszczasz tego do siebie... no proszę Was: czy twój facet
jest na parkiecie? jak nie, to daj mi znać! wiesz co, Chris?!/

Z tego właśnie powodu podpisuję się pod moją koleżanką, która jakiś czas temu powiedziała, że nie chciałaby być native speakerem, bo codzienna dawka radiowej sieczki zrobiłaby jej wodę z mózgu. Wydaje mi się, że jedynie w swoim ojczystym języku jesteś w stanie doszukać się tych wszystkich głupot i okropieństw.

/w głośnikach bóg mój Snoop i she might be with him, but
she's thinking 'bout me. boże, oni wszyscy o jednym/

Tak interpretowana muzyka rozczarowuje. Wiem, że piszę o hitach niezbyt wysokiej klasy, ale czym w takim razie jest dobra, ambitna muzyka? Czy filozoficzne teksty, w których roi się od zbyt wyszukanych słów nierozumianych przez 90% społeczeństwa charakteryzują dobrą muzykę? Ja, prawdę mówiąc, mam niewielkie wymagania. Mogę bawić się nawet do Letniego Chamskiego Podrywu (piłka jest krótka, jak krótki kabanos!), pod warunkiem, że nikt nie puści mi kolejnego hitu o dupeczkach, klubach, wódzie

/zgadnijcie, co wylosował odtwarzacz? tak, Sexy and i know it.
chłopaki podchodzą do tematu na luzie, kto normalny
nagrywałby hicior o trzęsieniu genitaliami? mają na siebie
pomysł, nie da się ukryć... powiem szczerze, że wolę to od
twórczości większości współczesnych radiowych artystów.../

A czego słucham normalnie? Rapu o dziwkach i furach. Ambitnie? Nie. Grzebię dalej w rapie i rozkoszuję się ironicznymi i wbrew pozorom głębokimi tekstami takich artystów jak Łona czy F.I.S.Z. Ambitnie? No właśnie, czym jest ambitna muzyka? Słucham Guns 'n' Roses, Pink Floyd. Muzyka powszechnie ceniona i uważana za arcydzieło. Ale czy ambitna? Nie mam pojęcia, nie umiem tego zdefiniować. Muzyka w moim odtwarzaczu nie musi być ambitna, nie udawajmy, że wszyscy podchodzimy do tematu w taki wniosły sposób.

/na tapecie imprezowa lista z czasów gimnazjum, damn,
she's so sexy bitch! wsłuchuję się w monotonny rytm.
i co? hicior! poziom tragiczny, ale jednak coś sprawiło,
że stał się niezwykle popularny. a spróbujcie sobie to
wyobrazić po polsku. drugi z komentarzy na YouTube:
do ruchania i na balet akurat.
właśnie. czego oczekujemy od muzyki?/

No i co?

środa, 13 lutego 2013

DJANGO

SPOILER ALERT
(ok, może nie aż tak wielki, ale na wszelki wypadek uprzedzam, że minimalnie zdradzam fabułę)


Stało się, obejrzałam dwa filmy w dwa dni! Niesamowite. Skupię się na tym drugim... Django! Byłam w kinie z Ado (oczywiście zapraszam serdecznie do niego). Film spełnił wszystkie oczekiwania, mimo, że nie widziałam trailera (może to dobrze?).

Dokładnie na coś takiego czekałam.

Od dawna cieszyłam się, że zobaczę w akcji Christopha Waltza, którego kojarzę z fenomenalnej roli w "Bękartach wojny". Po raz kolejny mnie powalił. Świetnie oddał charakter postaci. Podobnie jak wtedy, gdy wcielał się w Hansa Landę, był przebiegłym, inteligentnym poliglotą. Uwielbiam jego sposób wypowiadania się (taki... sophisticated) i mimikę. W jednym momencie, gdy rozłożył ramiona i uśmiechnął się, wyglądał zupełnie tak, jak w momencie schwytania porucznika Aldo Raine'a w Bękartach, podczas oglądania Django kilka drobnostek przypominało mi o pozostałych filmach Tarantino. Kolejną było zbieranie nadmiaru piany z piwa, ujęcie było identyczne jak podczas nakładania Shosannie bitej śmietany (tak, mam lekką obsesję na punkcie Bękartów).

W pierwszej chwili (pierwszych kilku chwilach) nie poznałam Samuela L. Jacksona. Ok, może nie był wybitnie zakamuflowany, ale postarzony o kilkanaście lat był dla mnie zagadką do momentu, gdy powiedział "you know this nigga, don't you?" dokładnie tak, jak "you know your business partner Marsellus Wallace, Brett, don't you?"... Wtedy do mnie dotarło.
Za Leo nie przepadam, rozbawiło mnie, że grana przez niego postać była niezbyt bystrym frankofilem. Phi.

Niesamowicie jarałam się akcentami, wymową (BEZ SZACUNKU dla Francuzów i dubbingu, niech żyją napisy, nauka obcych języków i umiejętność czytania). Teksas, Murzyni, Niemiec. Samuel L. Jackson. Big Daddy. Szeryf. I ten redneck obecny przy rozrywaniu D'Artagnana na strzępy! Uwielbiam tego słuchać.

Specyficzny humor reżysera był wszechobecny - od zębowej skrytki, przez Django w stroju lokaja (fancy pants nigga!), zbulwersowanego Stephena aż do klasycznej epizodycznej roli samego reżysera, oczywiście zakończonej wysadzeniem się w powietrze. Kilka kadrów było niesamowitych (chociażby te krajobrazy), a Django oglądający eksplozję w okularach przeciwsłonecznych i odwracający się z tym asymetrycznym uśmiechem wbił mnie w fotel, mimo, że widziałam już tego gifa setki razy.

Ach, jak zwykle u Quentina ginie mój ulubiony bohater.

I oczywiście... muzyka! Jest niesamowita. Uwielbiam większość soundtracków do filmów Tarantino, a ten przerósł oczekiwania. Moje playlisty "rock 'n' roll dreams" i "rapsy" się niedługo wzbogacą. 2Pac podczas wymierzania sprawiedliwości! Czad.

Polecam wszystkim fanom absurdu i przygody (?) nie bojących się wyeksponowanych flaków.

(zgadnijcie, jaką mam nową tapetę na kompie)

Jej, ale mi się podobało.

niedziela, 10 lutego 2013

A dziś się pokażę!

Uwaga, egzaminy niestety ograniczyły chwilowo moje możliwości do pisania wywodów, wrzucam więc zdjęcia, bo tego (prawie) jeszcze nie było!








Jakiś czas temu została mi zaproponowana sesja zdjęciowa w ramach projektu dotyczącego obcokrajowców w Paryżu. Po upewnieniu się, że nie wyląduję z jakimś podejrzanym typem w małym zamkniętym pomieszczeniu, pomyślałam, że spróbuję. Nigdy nie stałam przed profesjonalnym aparatem, więc czułam się dziwnie, ale... "jakoś poszło". Miałam zachowywać się i wyglądać jak ja, czyli nieprofesjonalnie, potarganie i w zwyczajnych ciuchach. Nie zabrakło oczywiście najeczek (starych). Zdjęcia są robione na Placu Concorde. 

Zapraszam do Cyrila, który realizuje projekt.

Pozdrawiam serdecznie, niedługo coś napiszę.

czwartek, 7 lutego 2013

Buty


Nie znam osobiście żadnej dziewczyny, która miałaby takie podejście do butów jak ja... Nazwałabym je typowo męskim. Posiadam 2 pary butów na cały rok: nowe najeczki i stare najeczki. Nowe najeczki obchodzą niedługo swoje drugie urodziny, nie są więc ekstremalnie nowe. Nie policzyłam jednej pary rozklapcianych, czarnych balerinek, których i tak prawie nie noszę, szpilek, które są moj wigiliowo-galową nemezis i klapek. I kapci. 
Gdy potrzebuję butów, które współgrałyby z nieco innym strojem, niż ten, który noszę na co dzień, pożyczam od siostry. Najeczki noszę do wszystkiego, z sukienką jednak trochę się gryzą, ale jakoś nie mogę się przekonać do zakupu innych butów. Pożyczanie jest prostsze, a siostra ma dobry gust i "urodziła się na obcasach", więc nie ma z tym problemu.
Lato? Najeczki. Wygoda przede wszystkim. Sandały są obleśne, w basenowych klapkach nie będę paradować po mieście, a letnie obuwie noszone przez większość dziewczyn wygląda po prostu śmiesznie przy moich ciuchach. I nie obcierają mi się ani nie odciskają stopy, idealnie.
Zima? Najeczki. Nie przepuszczają mrozów (na szczęście tu. gdzie mieszkam, temperatura rzadko spada poniżej -8, a jeśli już, to nie trwa to długo. śniegów też nie ma), nie przemakają, nie ślizgają się. Czy to nie są buty idealne?
Od kiedy zaczęłam identyfikować się z kulturą hiphopową, częściowo manifestować to swoim strojem i właśnie nosić Air Force'y [na szczęście sporo przed nadejściem całej tej mody na $WAG (no nie, teraz wyjdę na hipstera)], stwierdziłam, że nie potrzebuję innych butów, bo te są idealne. Po co komplikować sobie życie? Wydawać pieniądze, które lepiej przeznaczyć na spełnianie marzeń, cheeseburgery i piwo? Jedyny problem polega na tym, że buty niestety się niszczą. Tak więc po dwóch latach prawie codziennego noszenia w gumowych podeszwach nowych najeczek zieją wielkie dziury, na które nic nie da się poradzić. Gdy okazało się, że moje dziury rzeczywiście odpowiadają definicji słowa 'dziura', tzn. są na wylot i przepuszczają wilgoć aż do materiałowej wkładki, byłam zmuszona przesiąść się z powrotem do starych najeczek. Apel: nie zamęczajcie swoich ulubionych butów.
Pewnie macie po tyyysiąc par butów w szafie.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Eastern European way of thinking


Tytuł po angielsku nie dlatego, że jestem cool, groovy i jazzy, tylko po prostu tymi słowami określam swoje dziwne zwyczaje podczas rozmów z obcokrajowcami. Polakom nie muszę przecież tego tłumaczyć.

Odkąd mieszkam we Francji zauważyłam parę opcji, które nie mogłyby funkcjonować w naszym kraju. Przykład? Słaba ochrona towarów wystawionych na sprzedaż. Mnóstwo straganów, których znudzony właściciel stoi trzy stoiska dalej gadając z kolegą po fachu. Pierwsza myśl? Zawinięcie magnesika czy pocztówki... Pestka! Zero ryzyka. Tak, właśnie tak pomyślałam. Nie oznacza to oczywiście,że kiedykolwiek coś ukradłam ani nawet, że rozważałam to na poważnie, ale po prostu widzę oczami wyobraźni grupę łysych dresiarzy z podwarszawskich osiedli, którwy nie zawahaliby się ani przez chwilę.

Supermarkety? W tych mniejszych nie ma bramek. Bezpieczeństwo polega na zaufaniu, ewentualnie kasjer poprosi o pokazanie zawartości torby przy kasie. Wiele razy jednak wchodziłam do marketu, nie decydowałam się na żaden zakup i z miną winowajcy wychodziłam (moja paranoja i social awkwardness każą mi "nie dać nic po sobie poznać", nawet w sytuacjach. gdy jestem w 100% niewinna). Pierwsza myśl? Ajj, mogłam coś wynieść i uszłoby mi to na sucho. Ponownie, nie rozważam tego przecież na poważnie, ale jednak właśnie takie myśli rodem z wschodniej Europy przelatywały prze moją głowę.

Świeżaczek z dziś (właściwie z wczoraj, bo jak zwykle piszę post z wyprzedzeniem). Spacerując z nowopoznanym kumplem z CouchSurfingu [pochodzącym z kraju, którego mieszkańcy są podobno naszymi bratankami, i do szabli, i do szklanki (no nie, znów nawiasuję)] wypatrzyłam na ziemi (i to nie byle gdzie, na środku ociekających złotem Pól Elizejskich) bilet komunikacji miejskiej. Bez skrupułów podniosłam go, z uśmechem odkryłam, że jest nieskasowany i schowałam go do kieszeni. Mój towarzysz był lekko zdegustowany. Zawsze podnoszę z ziemi monety, nie sprawdzam parkometrów, tak jak jedna z moich koleżanek, ale raz przypadkiem znalazłam w automacie 3 paczki słodyczy, za które musiał zapłacić jakiś mocno pijany melanżownik, po czym zapomniał ich zabrać. I się cieszyłam.

Mam kumpla z Rumunii, z którym lubię poruszać temat naszych zachowań i myśli na poziomie zacierającego ręce kieszonkowca. Ktoś ci coś kupił, miałeś mu oddać, ale oboje zapomnieliście? Profit! Cóż, my to po prostu mamy zakodowane w głowie, nawet, jeśli naprawdę tak nie myślimy. Tak zostaliśmy wychowani. Sprytni, ale ostrożni i przewidujący. Nigdy nie zostałam w Paryżu okradziona (nigdy wcześniej też nie, ale w Paryżu są naprawdę wprawni kieszonkowcy żerujący głównie na turystach), a moje kanadyjskie i amerykańskie koleżanki wielokrotnie. Nie lubię generalizować, ale ludzie z Europy wschodniej wyczuwają takie rzeczy, bo nieraz na oczy widzieli zaprawionych w bojach rabusiów ze swojej ojczyzny i państw ościennych. Francuzi często są uprzedzeni, muszę przyznać, że kompletnie się nie dziwię.


Dziękuję za tyle pozytywnych komentarzy pod moim kulinarnym
postem. Wiem, że przepis był dość trudny, ale trzeba poszerzać
swoje horyzonty w kuchni. Sprawdziłam się z tej domenie, może
pomyślę o kolejnej potrawie, a może jakaś recenzja, OOTD?
Ciekawe, jak będę sobie radziła w Waszych specjalizacjach.

Pis Joł

piątek, 1 lutego 2013

Gotuj z Biną!

Zainspirowana powszechnymi na blogach lajfstajlowych tematami kulinarnymi, postanowiłam podzielić się pewnym przepisem. Jest to moje danie popisowe, proszę więc o docenienie. Potrawa ta sprawdza się zawsze, na śniadanie, lunch, obiad, podwieczorek, kolację, night snack... Nie jest bardzo trudna w przygotowaniu, ale uważajcie - mi wolno to powiedzieć, bo mam wprawę, ale Wy lepiej uważnie zagłębcie się w przepis. Na kolorowo zaznaczyłam cenne porady i ważne uwagi.

Dobrze, nie trzymam Was dłużej w niepewności, oto przepis!

Céréales au lait

Potrzebne składniki:
$ mleko (najlepiej półtłuste);
$ płatki (najlepiej jakieś dobre).



Zaczynamy od nalania mleka do miski. Ja wybrałam niewielką turkusową miseczkę, która idealnie mieści mój posiłek, a prawie nie trzeba jej przechylać na boki, gdy mleko się kończy.
Nie przelejcie.


Teraz jeden z najtrudniejszych kroków, dostosowanie temperatury mleka. Korzystam z najbardziej zaprzyjaźnionego mi (oprócz lodówki) urządzenia kuchennego, mikrofalówki. 40 sekund, pełna moc sprawdza się idealnie do naszej potrawy. Ma wtedy przyjemną temperaturę pokojową. Wszystko jednak zależy od upodobań, według mnie zimne mleko jest złe, a za gorące jeszcze gorsze.

Podzielę się trickiem dotyczącymi otwierania opakowania płatków. Foliowe opakowanie rozcinamy nożyczkami, dzięki temu się nie rozwali. Też się zawsze zastanawialiście, jak to jest, że w amerykańskich kreskówkach i serialach płatki wysypywane są bezpośrednio z kartonu? Ucieszyłam się, jak we Francji nabyłam super ekstra płatki w kartonie, ale w rzeczywistości one i tak są w folii. Gdyby jej nie było, okruszki pewnie wysypywałyby się przez nieszczelne pudełko. Ciekawe, czy w Stanach tak sprzedają, czy przesypują na potrzeby telewizji.


Ok, koniec bredzenia, zajmujemy się przecież gotowaniem na poziomie restauracji w 5-gwiazdkowym hotelu. Gdy już uporaliśmy się z opakowaniem płatków, nadchodzi czas na wielką fuzję, połączenie płatków i mleka. No więc, sypu sypu. Nie rozumiem ludzi, którzy wsypują płatki, zalewają je mlekiem i jedzą taką rozmiękłą breję. Najlepszy sposób to wsypywanie niewielkiej ilości płatków, jedzenie ich, gdy są w idealnej chrupiącej kondycji, a potem dosypywanie.


Trudność: 6/10
Czas przygotowania: gotowanie: 40 sekund | inne: 80 sekund

Nie jest to przepis dla początkujących, ale gdy jesteście (tak jak ja) na średniozaawansowanym poziomie w kuchni, powinniście dać radę. Pamiętajcie o odpowiedniej kolejności, nie pokaleczcie się i nie rozlejcie mleka.

Smacznego!
Blog Widget by LinkWithin