sobota, 30 marca 2013

It's only a picture tag

Nikt mnie nie tagował, więc wbijam w zasady, po prostu wrzucam zdjęcia bo mam ochotę!
Może być odrobinkę monotematycznie.


1. Codziennie widzisz...


najeczki

2. Ubranie, w którym mieszkasz...

najeczki

3. Ulubiona pora dnia.

noc

4. Coś nowego?


najeczki

5. Właśnie tęsknisz za...

[*]

6. Piosenka, która za Tobą chodzi.


7. Nagłówek Twojego tygodnia.

laser game!

8. Najlepszy moment tygodnia...

nie wiem. jest ich sporo. lubię jeść.

9. Kim chciałaś być jako dziecko?

dżokejem

10. Nigdy nie rozstajesz się z...

najeczkami

11. Co można znaleźć na Twojej liście marzeń...

słuchawki

12. Twoja miłość od pierwszego wejrzenia.

najeczki

13. Coś co robię cały czas.

jestem tutaj

14. Zdjęcie tygodnia.

mmmmmmmmm

15. Ulubione słowo/ wyrażenie...

iykwim

16. Najlepszy moment roku.

wakacje

17. Ktoś, kto zawsze potrafi Cię uszczęśliwić.

siostrzyczka

Cieszcie się, to prawdopodobnie ostatni picture tag jaki widzieliście, wszyscy mają to już za sobą.

środa, 27 marca 2013

Laser game

Pif pif pif! Pifpifpifpifpifpif! Pif! Pif! WELL DONE. Pif pif! HIT. DON'T GIVE UP. KEEP GOING...

...czyli kolejny urywek mojego fascynującego gamerskiego życia, tym razem przeniesionego z komputera do reala.
Laser game. Nie spodziewałam się, jaki poziom rozrywki ze sobą niesie, dopóki nie miałam okazji spróbować. Z góry wiedziałam, że mi się spodoba: bieganie za ludźmi i strzelanie do nich, dokładnie jak multiplayer chociażby w Quake'u (jej, to były czasy! siedzenie ramię w ramię w sali informatycznej, wbijanie na serwer i fragowanie ile wlezie... najpiękniejsze wspomnienia z liceum. pozdrawiam Ado). Biegasz, strzelasz, obrywasz. Tylko do biegania nie używasz WASD, ale własnych nóg, do strzelania nie narysowanego w grze shotguna, lecz "prawdziwej" (hoho) laserowej broni, a gdy obrywasz nie umierasz (na szczęście), tylko jesteś wyłączony z gry na 5 sekund. Masz na sobie kamizelkę ze świecącym celem z przodu, tyłu i na ramionach. 20-minutowa partia zlatuje niesamowicie szybko, po zakończeniu można wreszcie poczuć... zmęczenie. Koleś w GTA może biec przez maksymalnie 10 sekund, lecz co z biednym, grubym Mario, który zasuwa godzinami?
Postacie z gier nie mają łatwo, przekonałam się o tym na własnej skórze. Trzeba mieć oczy dokoła głowy, niezłą kondycję i... cela. Tak, mimo wszystko jestem kobietą, więc przez pierwsze 2 minuty gry latałam jak opętana i ciskałam piorunami w przeciwników, słysząc ciągle "HIT!" i "DON'T GIVE UP!". Hit, ok. Nie poddaję się przecież. W momencie, gdy załapałam, że moja kamizelka pociesza mnie w ten sposób po trafieniu, zrobiło mi się żal siebie. Bina, na kompie napierdzielasz, pokaż, co potrafisz... Gdy udało mi się w końcu skoordynować wszystkie ruchy, postrzelić i "zgasić" jednego z oponentów na 5 sekund, kamizelka pochwaliła mnie "WELL DONE!". Świetnie więc. Rozkręciłam się i dałam przeciwnikom posmakować mojego lasera.
Gra toczy się w ciemnym labiryncie, oświetlonym punktowo kolorowym światłem. Biegasz, chowasz się za ścianami, kampisz na rejlu... Wpadasz na ludzi, przepraszasz, po czym zabijasz. Celujesz przez dziury w murach, wychylasz się, ukrywasz cele na swojej kamizelce, by trudniej było cię trafić... Walczysz! Takie gry są typowo męskie. Muszę przyznać, że coś w tym jest: grało sporo dziewczyn, które zamiast strzelać z ukrycia i celować od razu w przeciwnika, zatrzymywały się na środku, naciskały wszystkie możliwe przyciski, nie trafiały, czekały na mój wyrok. Czas przesiedziany przy kompie i swego czasu na strzelnicy opłacił się.
Czyngis-chan, to ja! Imiona były nadawane losowo, muszę przyznać, że nieźle trafiłam. 3200 punktów, pozycja 11/25. Ponad 70 ofiar, a i ja sama byłam niestety ofiarą ponad 70 razy (o nie! to oznacza wyłączenie z gry na 350 sekund, prawie 6 minut! tyle przegrać). Nie najlepiej, ale następnym razem rozwalę ich wszystkich. Jestem z siebie całkiem zadowolona, zawsze mogłam skończyć jak Dark Raider z wynikiem 1700 poniżej zera.
Precyzja 20%. My, kobiety.
Zbijam wirtualną piątkę ze wszystkimi graczami!

niedziela, 24 marca 2013

(R)ewolucja


Jak to się dzieje, że niektórzy ludzie się nie zmieniają? Nie ewoluują, nie otwierają umysłów, nie poszerzają horyzontów ani nawet nie zmieniają ciuchów? Jak zwykle zainspirowała mnie nieskomplikowana sytuacja: w ramach mojego ostatniego pobytu w Warszawie trafiłam na Polibudę, by odwiedzić koleżankę, z którą studiowałam elektrotechnikę 2 lata temu. Dzielna laska jest już na III roku, ja nie wytrzymałabym tyle w tym potoku kwasu, kalkulatorów i flaneli. Trwały zajęcia, nielegalnie wbiłam na wykład, starając się nie wzbudzić podejrzeń jako niepożądany osobnik płci żeńskiej. Sądziłam, że wymazałam z pamięci te wszystkie kucowo-nerdowe twarze, jednak ich widok rąbnął mnie w twarz i uchylił od dawna zamkniętą szufladkę w moim mózgu. Znam go, tego też, tamtego również... Nie widziałam ich od 1,5 roku, nie utrzymujemy kompletnie żadnego kontaktu, wystarczyło mi jednak 0,002 sekundy, aby rozpoznać te wszystkie ryje. Dlaczego? Oni się nie zmienili! Noszą nawet ten sam syfny polar co 2 lata temu. Jakbym widziała ich wczoraj. Małe (wcale nie takie małe! tysiące studentów PW), zakiszone środowisko, w którym od wieków nie zmieniło się nic. Normalnie ludzie doskonalą się (lub wręcz przeciwnie) na przestrzeni lat, zyskują np. pewność siebie, nowe zainteresowania, cokolwiek, wszystko odbija się w jakimś stopniu na wyglądzie. Bina, od gimnazjum zmieniona o 180 stopni - z zastraszanego dziecka, przez joł rapsa, który ma wszystko w dupie, aż po pewną siebie, wyluzowaną babeczkę (ha. ha.). Ewolucja. Oprócz sposobu ubierania się zmieniła się moja postawa, mimika, prędkość poruszania się... Wszystko! Jest jakiś progres. Ok, od gimnazjum minęło dużo czasu, ale nawet w przeciągu 2 ostatnich lat zaobserwowałam zmiany u siebie i swoich znajomych. Odkrywamy się na nowo, dajemy się zainspirować, chcemy coś zrobić... Następnie wychodzimy na dwór, spotykamy jakiegoś beja, którego pamiętamy z podstawówki i się dziwimy. Brak jakiejkolwiek zmiany na zewnątrz, wewnątrz pewnie też. Czy naprawdę jest tak dużo ludzi nie pragnących... postępu?

W ramach ciekawostki przyrodniczej, zainspirowana postem Gąski dodaję mini oś czasu: jedno Binowe zdjęcie rocznie, opatrzone uroczym komentarzem. Zaczynając od... 2005! Enjoy.


2005


































czasy zamierzchłego gimnazjum. Harry, czy to ty?!
______________________________________

2006


































czyżby było trochę lepiej? nie, to chyba tylko wpływ wakacji.
______________________________________

2007






































bal gimnazjalny. fryzura "szafa trzydrzwiowa", zasmucił mnie kiedyś ten komentarz.
hah, te brwi. i ja się dziwiłam, że dzieci się ze mnie śmiały.

______________________________________

2008



































poszłam do liceum, aż z radości walnęłam fotkę z rąsi.
tak w temacie posta, nadal noszę tę bluzkę...
______________________________________

2009































o tak! stałam się Lil Wayne'm. zyskałam na pewności siebie i byłam z tego bardzo dumna.
______________________________________

2010


































tak bardzo... niezależna. najeczki nawet do sukieneczki.
______________________________________

2011




















pierwszy rok studiów, Polibuda! jakieś poszukiwania...
______________________________________

2012
































Paryż. hmmm, "gwiazdorzę"?
______________________________________

2013

zdecydowanym krokiem naprzód!

czwartek, 21 marca 2013

Magia


Pisząc moja niezbyt odkrywczą recenzję 50 Shades of Grey wspomniałam o wielu "kwaśnych momentach", które wprawiły mnie w zwątpienie, ale najgorszym z najgorszych był

Nie tyrania czy seks w książce były dla mnie szokujące, ale to, że Christian kupił Anie stanik, który pasował idealnie, a on widział ją wcześniej ze 2 razy na oczy i to nie nago. Ma talent chłopak. 

Odwołuję swój sarkastyczny ton! Wydarzenie sprzed kilku dni zamknęło mi usta. Dostałam... bieliznę, oczywiście razem ze słowami "nie wiedziałem, jaki masz rozmiar". Samiec Alfa, jak na typowego przedstawiciela swojego gatunku przystało, zaszalał i wybrał na oko. Demonstrując radość i zaskoczenie upominkiem nie mogłam sobie oczywiście odmówić paru podejrzliwych spojrzeń, to na Niego, to na metkę. No tak... taktownie mnie przecenił, to zdecydowanie nie był mój rozmiar. Alfα zachował jednak na szczęście tyle umiaru w swoim szaleństwie, by upewnić się, że zakup można zwrócić lub wymienić. Wzięłam się za mierzenie, żeby udowodnić w końcu gatunkowi męskiemu, że bielizny nie da się kupić bez mierzenia, a tym bardziej jako gift dla persony, której rozmiaru się nawet nie zna. Wkładam... Szok. Leży jak ulał! Moja ironiczna mina mimowolnie ustąpiła podziwowi i zachwytowi. Zły obwód, zła miseczka, zły krój, a pasuje. Idealnie. Jak to jest w ogóle możliwe?! Magia.

Incydent ten wywołał u mnie lawinę myśli na temat jawisk paranormalnych. Czy może istnieć jakaś nadprzyrodzona moc, która pozwala nie tylko fikcyjnym samcom na takie akcje? Czy ta moc jest również odpowiedzialna za coś, co nazywamy przeznaczeniem? Czy w ogóle wierzę w przeznaczenie? Hm, sama nie wiem. Od jakiegoś czasu jestem zwolenniczką teorii, że każdy jest kowalem swojego losu. Ale co ze szczęściem, przypadkiem? Ludzie czasem mówią, że każda osoba, która odgrywa choć mały epizod w naszym życiu, pojawia się na naszej drodze z jakiegoś konkretnego powodu. Dziwne. Inni twierdzą z kolei, że Bóg tak chciał. Sprawił, że coś się wydarzyło. Leciałam kiedyś samolotem i zagaił do mnie pewien true mnich w habicie. Wywiązała się rozmowa (oh god, why). Wczułam się w rolę pobożnej chrześcijanki, a ciekawski Pan Mnich (off: nie wiem, co mi strzeliło do głowy, ale zaczęłam zapewniać, że teraz młodzież się nawraca, a kościół wraca do łask młodych ludzi. Duchowny podchwycił temat i zaczął pytać o jakieś stowarzyszenia i kościoły, ale na szczęście wyszłam z tego bez skuchy) zaczął pytać, jak to się stało, że mieszkam w Paryżu. Po mojej wymijającej odpowiedzi skwitował, że Bóg tak zadecydował. O? Na pewno nie szef mojego taty, moi rodzice, czy chociażby ja. To Bóg nam to załatwił.


Jestem Bina i historie o stanikach skłaniają mnie do refleksji na temat Boga.
To może ja już skończę.

poniedziałek, 18 marca 2013

Na na narty

Udało mi się! Narzekałam, że to będzie mój drugi sezon przerwy od nart, a tu niespodzianka! Wyskoczyłam na 3 dni w Alpy, co natchnęło mnie pozytywną energią. Uwielbiam jeździć na nartach, zaczęłam mając koło 10 lat i wyjeżdżałam co roku w góry na 2/3 tygodnie. Rok temu nie wypaliło: wyprowadzka do Paryża sprawiła, że stokrotnie wolałam poświęcić ferie na odwiedzenie znajomych w Polsce niż na sporty zimowe. W tym roku było podobnie, jednak naprawdę brakowało mi nart. Strasznie się więc jarałam, gdy udało się zorganizować wyjazd.






przez większość czasu cieszyliśmy się pełnym słońcem

Umiem jeździć na nartach. Nie będę się bawić w skromności, bo sportsmenka i tak ze mnie beznadziejna, ale to akurat naprawdę mi wychodzi. Kusiło mnie kiedyś, żeby spróbować jazdy na snowboardzie, ale jakoś nigdy się nie udało. Zostałam przy nartach i bardzo mi z tym dobrze. Nie jest to zbyt popularny sport wśród ludzi w moim wieku, głównie ze względu na wymagania: góry, śnieg, sprzęt... A szkoda, bo uważam narty za świetną zabawę, możliwość nabrania prędkości, uwolnienia się od zmartwień... Trochę jak podczas lotu samolotem. No i oczywiście nikt mi nie odbierze przyjemności obsypania siostry tumanami śniegu podczas hamowania.

















nagle... zstąpiła chmura. totalnie znikąd. ograniczyła widoczność do 10 m

Uraczę Was teraz "rewelacyjną" anegdotą. Niezbyt często wywalam się na nartach, panuję nad swoim zawrotnym tempem i temperamentem, ale jak już stracę kontrolę, to porządnie. Nie przyszorowałam gębą o śnieg od 4 lat (nie licząc jednej małej wpadki w Czechach 2 lata temu), ale własnie te 4 (a może 5?) lata temu na dwurodzinnym wypadzie na narty wpisałam się do rodzinnych kronik na karcie "więcej szczęścia niż rozumu".

Do rzeczy (rany, niedorzecznie rozwijam wstęp niczym moja matka, jeeej).
Jechałam trasa "łącznikiem" pomiędzy dwoma stokami - z jednego zbocza na inne. Wąska ścieżka, nachylenie minimalne - nie trzeba żadnego narciarskiego expa, żeby temu sprostać. Z lewej strony skalna ściana, z prawej przepaść porośnięta drzewami - jedziemy w poprzek góry. Trasa lekko zakręca, wszyscy nad sobą panują. Ja się oczywiście potwornie nudzę, czekam, aż wjedziemy na prawdziwy stok. Nie patrząc nawet pod narty poprawiam sobie ułożenie kijka w dłoni. Nie zwracam nawet uwagi na szybko przekręcającą się wskazówkę mojego wyimaginowanego licznika prędkości. Leniwie podnoszę wzrok, postanawiając się jednak skupić na jeździe, ale okazuje się być za późno: nieźle zapieprzam, narty mi się skrzyżowały, a akurat tutaj niechętna do współpracy trasa postanowiła zaserwować mi zakręt.. w lewo. Nie zdążyłam zareagować, chociażby umyślnie się przewrócić, by uniknąć wyskoczenia z "urwiska". Pamiętam tylko, ze wyleciałam. Nie wiem, co się działo. Walnęłam w coś.
Gdy otworzyłam oczy było ciemno. Czarno?... Szaro. Tak, raczej inaczej wyobrażałam sobie śmierć. Pewnie jeszcze żyję. Tylko dlaczego nic nie widzę, mimo tego, ze mam otwarte oczy? W mózgu buforowanie... Po kilku sekundach odkryłam, ze powodem mojej ślepoty jest grubaśna warstwa śniegu na goglach. Niezdarnie odgarnęłam ją ręką i zabrałam się za ocenę sytuacji. Leżę w jakiejś milioncentymetrowej pokrywie śnieżnej wśród drzew i skal, kilka metrów poniżej trasy. Śnieg mam wszędzie. Za kołnierzem, od dołu pod kurtką, w spodniach, nawet w butach i skarpetach... O rękawiczkach nie wspomnę. Tak, to jest fart. Nic mnie nie boli, chyba. Biały puch świetnie zamortyzował mój upadek, rosnące dookoła świerki pewnie gorzej sprawdziłyby się w tej roli. Na skraju trasy stoi Tata, którego przerażenie zdawało się ustępować uldze i wściekłości z każdym moim ruchem. Opowiedział mi potem, ze zrobiłam kilka ciekawych salt, i, że gdybym trafiła w kamień, to zdecydowanie nie byłoby za wesoło. Wręcz najgorzej. Wydostanie mnie z powrotem na trasę zajęło ładnych kilkanaście minut. Zarządziliśmy odpoczynek w jednym z barków przy stoku. Jak to Tata określił, przyszedł do mnie Pan Pokora, który mnie ukarał i kazał się nad sobą zastanowić. Myślałam o tym, pijąc coca colę i czując pieczenie na policzku - rąbnąwszy twarzą w śnieg zdarłam sobie skórę. To była jedyna, na szczęście niezbyt trwała pamiątka po moim spektakularnym upadku. Moje gwałtowne podwyższenie poziomu ostrożności i szacunku dla gór rozbawiło wszystkich, ale w gruncie rzeczy każdy wiedział, ze to zdrowy odruch.

















udało nam się wyjechać ponad chmurę. tak wyglądała "siedząc" w dolinie

Jej, nie wiedziałam, ze ta opowieść zajmie tyle miejsca. Dobrze, ze teraz jeździłam tylko 3 dni, bo możliwe  ze podczas dłuższego pobytu bym coś wywinęła. Pod koniec kusiło mnie już jeżdżenie w głębokim śniegu, wyjeżdżanie poza wyznaczona trasę, wyskakiwanie na muldach... Na szczęście Pan Pokora został w domu. Jeśli jeździcie, to uważajcie na siebie. Tak trochę.

piątek, 15 marca 2013

Wiosenna spina

Wiosna! Niebawem. Kalendarzowa, bo astronomiczna nadeszła już jakiś czas temu. Ciepło, słońce, kolory... Motywacja do zadbania o siebie, podjęcia nowych działań, zrobienia porządków w pokoju (tak, jasne).

Nie do końca rozumiem ideę postanowień noworocznych. Jesteśmy wtedy w nie najlepszej kondycji i raczej nie podchodzimy ochoczo do realizacji własnych błyskotliwych pomysłów. Zająć się własnym ciałem... po co? I tak będziemy jeszcze przez co najmniej 2 miesiące tonąć w wielkich zimowych ciuchach. Uczyć się, spędzać produktywnie czas, robić cokolwiek? Nie, bo zimno, szaro, ponuro, lepiej zagnieździć się w fotelu z programem telewizyjnym i czekoladą. Wiosna jednak wygląda inaczej: nie da się ukryć, wszyscy tęsknią za lekkimi ciuchami, opalenizną i dekoltami. Trzeba zrobić manicure, pójść do fryzjera, odświeżyć szafę, zaimponować innym samicom. Ok, kończę bredzić. Wiadomo przecież, że nie zrobię żadnej z tych rzeczy, ale mimo wszystko wiosna działa na mnie motywująco. Robię brzuszki regularniej niż do tej pory i szukam pierwszych promieni słońca. Paryż zaserwował nam ostatnio piękny dzień, ubrana jedynie w leginsy i jeansową koszulę udałam się na zakupy. Tak, pogoda była piękna! Nie zmienia to faktu, że poszłam do amerykańskiej knajpy, zamówiłam gigantycznego burgera z bekonem i pożarłam go szybciej niż Samiec Alfa, który po raz kolejny zwątpił w moją kobiecość.
nie, to nie TEN burger, o którym wspominałam. tego ze zdjęcia serwują tutaj, w Warszawie. polecam wszystkim!

Wiosna, takie preludium dla lata, upału, plaży, spoconych ciał w autobusie. Tęsknię za tym. Zeszłego lata nie przyswoiłam za dużo promieni słonecznych, więc teraz bardzo mi tego brakuje. Nie mogę się doczekać. Teraz jestem zmotywowana: praca nad samą sobą. Nie nad wyglądem fizycznym, ale nad osobowością. Ulepszanie się. Dla innych. Nie, nie jestem Matką Teresą, ale nie chcę uprzykrzać życia tym, których kocham. Zdarza mi się zachowywać jak debilka, bywam drażliwa i upierdliwa. Najgorzej było tej zimy. Może to po prostu ta aura... Teraz jest lepiej. Widzę to ja, widzą to inni. Pojawiająca się powoli zieleń i promienie słońca pozytywnie na mnie działają. 
Życzę wszystkim dobrej energii!

wtorek, 12 marca 2013

Exit Through the Gift Shop

Uwaga, zaskoczę Was: obejrzałam film! I to nie byle jaki. Exit Through the Gift Shop, autorstwa Banksy'ego. Jak już wiecie, interesuję się street artem, nie miałam więc dobrego uzasadnienia, dlaczego jeszcze nie widziałam filmu jednego z największych i najbardziej tajemniczych ulicznych artystów. Udało mi się w końcu dokonać tego przy okazji sekretnej misji w ministerstwie, na temat której może kiedyś się rozpiszę.
Film traktuje o (ach, te górnolotne określenia!)... ulicznych artystach. Zaskoczenie, wiem. Interesujący jest fakt, że reżyserem jest Banksy, twórca z Anglii, którego tożsamość jest ukryta. Nikt nie wie, kim jest, jak wygląda i kiedy akurat stoi obok w sklepie kupując piwo. W Exit Through the Gift Shop ma obszerną bluzę z kapturem, jest cały w cieniu a jego głos jest zmieniony. Film jest dokumentem, co ciekawe głównym bohaterem jest Francuz Thierry Guetta (Frenchman w Stanach! ojej, ten akcent. brrr). Banksy mówi: robię film o Thierrym, który kiedyś zrobił film o mnie... Nie będę zdradzać fabuły, nie tym razem. Może odrobinkę... Powiem tylko, że wspomniany Francuz kręci. Kręci. Film. Cały czas. Non stop. Nie rusza się z domu bez kamery, dzięki czemu ma w domu tony kaset, ale znajdują się wśród nich prawdziwe perełki. Koleś podąża za artystami ulicznymi w LA, NYC, Paryżu, Londynie... Nie brakuje rewelacyjnych "prywatnych" ujęć. Widzimy, jak wyglądają gotowe mozaiki ze Space Invaders przed przyklejeniem na mury... To, co widzę na co dzień w Paryżu i się jaram! Artyści malujący na murach, wpadający w tarapaty, łamiący kończyny... I w końcu historia Thierry'ego, który zainspirowany tym, co nakręcił, postanowił spróbować swych sił w street arcie.
Bardzo mi się podobało, jak zresztą wszystkie filmy, które oglądałam ostatnimi czasy. Film dokumentalny nie jest moim ulubionym gatunkiem, musi być o czymś ekstremalnie interesującym z mojego punktu widzenia, żebym zechciała się na nim skupić. Był! Życie artystów, ich miejsce pracy - warsztaty i oczywiście ulica! Nocne wyjścia, wdrapywanie się na budynki, tworzenie niesamowitych dzieł "na przypale". Zahaczanie o działalność przestępczą. Emocje. Zainteresowanie ludzi... Ale przede wszystkim satysfakcja! Ponownie widzę siebie z puszką spreju. Może kiedyś.
Odsyłam do wpisu na temat wystawy o street arcie w Paryżu. [zapraszam]


1. Jedna z mozaik Invadera w Paryżu. Uwielbiam! | 2. Shepard Fairey, kolejny z bohaterów filmu i jego działalność w Paryżu.

piosenka z filmu. bardzo przypadła mi do gustu. zachęcam do odsłuchania!

sobota, 9 marca 2013

Inny widok na Paryż

Paryż. Inspiracja artystów, poetów i twórców filmów, miasto miłości, piękna, wolności... Krajobraz przepełniony ludźmi ubranymi w bluzki w paski i berety, zasuwającymi z bagietkami do swojego pięknego mieszkanka z widokiem na wieżę Eiffela.

Serio?

Nigdy nie rozumiałam tej wielkiej fascynacji Paryżem, miasto to nie było na mojej liście miejsc, które koniecznie chciałabym odwiedzić (a warto wspomnieć, że tych miejsc jest mnóstwo). Przypadek sprawił, że tu zamieszkałam... I wyrobiłam sobie zdanie. Poznałam miasto od innej strony niż ludzie oglądający filmy, czytający książki czy nawet zwiedzający Paryż turystycznym szlakiem. Nie da się ukryć, że miasto jest w pewien sposób czarujące. Architektura jest piękna, zrobił na mnie wrażenie fakt, że miasto w którym mieszkam może być ładne, niekoniecznie przepełnione budowlami z czasów komuny. To trzeba Francji oddać - estetyka stoi na wysokim poziomie.


1. Kłódki zakochanych.
2. Właśnie takie perełki uwielbiam znajdować!
3. Tak, tam JEST Mona Lisa. Nie da się dużo bliżej podejść.
4. Plac Warszawy, mówi sam za siebie.

Po przeprowadzce postanowiłam odkryć miasto - nawet w miejscach, w których zatrzymuję się na kilka dni chcę poczuć klimat, odciąć się od turystycznych szlaków (specjalnie przystosowanych do mamienia oczu przyjezdnym) i zobaczyć, jak tam się żyje... Nie zawsze jest to interesujące, ale można zobaczyć rzeczy o wiele ciekawsze niż Mona Lisa czy Łuk Triumfalny. Paryżanie, ich styl życia, miejsca, które odwiedzają, codzienne czynności... To jest kultura, a nie dwukilometrowa kolejka stutonowych Amerykanów pod wieżą E. Zwiedzając Luwr czy Pola Elizejskie ciężko nam będzie usłyszeć język francuski. Dogadamy się po angielsku, chińsku i polsku, strażnicy muzeów nawet nie próbują mówić do ludzi po francusku, gdyż nie przyniosłoby to efektów. Jasne, byłam w Luwrze, widziałam Mona Lisę, weszłam na wieżę Eiffela (niestety tylko na ten środkowy poziom, bo nie stać mnie było na wycieczkę winda na górę) i rzuciłam okiem na kłódki na Pont des Arts (zakochani w ten sposób manifestują swoje uczucia, yay)... Cieszę się, że odhaczyłam to na swojej paryskiej liście i nie muszę do tego wracać. Większość turystycznych obiektów odwiedziłam dopiero ze znajomymi, którzy do mnie przyjechali, gdyż cały czas funkcjonowałam w myśl zasady "mieszkam tu, nie muszę iść do Notre Dame, bo mogę to zrobić codziennie". Zdecydowanie wolę oddać się obserwacji Paryża pod kątem... miasta zwykłego, nie takiego wyperfumowanego i ozdobionego na pokaz. Szybko po przeprowadzce rozpoczęłam analizę dzielnic niezaznaczonych na turystycznej mapce.


1. Kibel koło Placu Zgody. Stylowy.
2. W Paryżu trzeba uważać na PedoBeara.

Dokąd zaprowadziło mnie śledztwo? Ha, nie musiałam daleko iść. W Paryżu roi się od zamieszkałych ławek, kartonów, a nawet namiotów. Bezdomnych jest o wiele więcej niż w Warszawie, poza tym z pewnością są lepiej przystosowani do życia na gigancie. Niedaleko mojego domu mam nieduży kemping, 2 namioty rozbite na małym placyku. Mają szafeczkę, zastawę (w postaci jednego kubka), wózek sklepowy pełniący wiele funkcji i olbrzymi bardak opakowany w najprzeróżniejszej maści torby i worki. Lokatorzy kempingu sprawiają wrażenie cieszących się życiem, co skłania mnie do refleksji - świetnie ustawieni ludzie często są przecież nieszczęśliwi.

1. Poznasz Polaka na końcu świata, bo typowy Polak wygląda typowo.
2. A co to? Słynny grób Morissona...

Zanotowawszy koczowników ruszyłam do podziemia, aby wsiąść do metra. Oczarowała mnie odurzająca mieszanka wszystkich nieprzyjemnych woni, jakie może wydzielać ciało ludzkie (jej, zachwyca mnie moja własna zdolność do ubrania tego w słowa, normalnie określam to zdecydowanie mniej literacko). Wsiadłam do metra prawie potykając się o śpiącego żula, by po kilkunastominutowej podróży dotrzeć na Pole Marsowe pod wieżą Eiffela. Tak, to jest właśnie ten Paryż z obrazka. Ciepły majowy wieczór, kocyk, bagietki, camembert i butelka wina, spokojny piknik przy akompaniamencie dźwięków, które ze swojej gitary wydobywa ślęczący nieopodal wąsaty grajek. Widok na wieżę, piękne czyste niebo, mnóstwo nieznających wstydu par (niezmiernie bawi mnie to określenie, ale dziś poczułam potrzebę wplecenia go w tekst) dookoła. Klimat przedstawiany we wszystkich filmach po kolei. Wystarczy jednak przejść sto metrów, aby przyłapać rumuńskie dzieci odwracające uwagę turystów przez dawanie im jakiejś listy do podpisania, jednocześnie szperające w ich kieszeniach. Paryż, zwłaszcza na północy jest miastem niebezpiecznym i trzeba zdawać sobie z tego sprawę. Nie wszędzie jest taki piękny i czysty jak na pocztówkach. Nie zmienia to faktu, że uwielbiam tu żyć, nie zbliżając się w zasadzie nigdy do tych wszystkich turystycznych zakątków.



1. Co robi Bina w Paryżu? Pije szoty soku z czarnej porzeczki w butelce od Frugo przed Luwrem.
2. Mamy tu dzieła mistrza!
3. Dzielnica żydowska. Takie miejsca kocham najbardziej.
4. Wystawa w kościele Saint-Sulpice.

Zapraszam na piwko/spacerek po Paryżu!
Blog Widget by LinkWithin