poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Miasto kontrastów

Przechadzając się po Paryżu w twarz uderzają mnie kontrasty. Rumunka żebrząca pod bankomatem, z którego jakiś nadziany biznesmen wyciąga stówki. Elegancka restauracja w sąsiedztwie cuchnącej budki z chińszczyzną. Zgraja czarnoskórych "handlarzy" próbujących opchnąć gówniane wieżyczki Eiffla zagubionym staruszkom.

Miasto charakteryzuje się olbrzymią paletą barw, mówię dosłownie i niedosłownie. Zwiedzając Paryż z południa na północ przejdziemy przez spokojne dzielnice mieszkalne, bulwar Saint Germain pełen luksusowych butików i drogich restauracji, Luwr, gdzie nie natrafimy na żadnego Francuza, artystyczną dzielnicę Montmartre, schron hipsterów i spragnionych kontaktu ze sztuką, a  wycieczkę zakończymy w bardzo nieciekawych i niebezpiecznych okolicach słynnej dzielnicy XVIII. Przemierzając stolicę ze wschodu na zachód zobaczymy piękne wille, w których stacjonuje elita, Łuk Triumfalny oblężony przez Amerykanów, Pola Elizejskie ociekające złotem i pseudoluksusem, centrum - Châtelet, gdzie możemy kupić i zobaczyć prawdziwe ciekawostki i perełki, dzielnicę żydowską, którą szczególnie upodobały sobie pary homoseksualne, dzielnicę studencką tętniącą życiem po godzinie 22, a na koniec trafimy do bardzo "chillowej" okolicy, idealnej na spacery. Jak widać każdy znajdzie coś dla siebie, ludzie faktycznie nieźle się podzielili.

Sobota zainspirowała nas do wycieczki w poszukiwaniu najlepszego kebaba. Najlepsze burgery powoli zaliczamy, ale ile można jeść mięso w bułce? Pora na odmianę o 360°, mięso w bułce. Kebab chodził za mną od jakiegoś czasu, ale ci marokańscy pseudomistrzowie kebsa nie byli w stanie mnie usatysfakcjonować. Tęskniłam za tymi polskimi smaczkami, między innymi kapustą. Ciekawe, jak zareagowaliby na to Turcy... Nieważne. Wujek Google zaczął zarzucać nas adresami kebabów innych, niż wszystkie. Postanowiliśmy skierować się do "restauracji" kurdyjskiej, gdzie chcialiśmy doznać jakiegoś kebsowego oświecenia. Wystarczy chyba tego wstępu. Zmierzam do tego, że nasz cel znajdował się na północ od centrum.
listopad, Plac Warszawy

Północ Paryża zawsze budzi we mnie pewien niepokój, ale w godzinach popołudniowych i w towarzystwie Samca Alfa nie odczuwałam stresu. Jej, cóż za dzielnica! Nie zaskoczyło mnie, że to właśnie tam jest ukryty Najlepszy Kebab, bo nad co drugimi drzwiami wisiał jakiś kebabowy szyld. Na ulicy mijaliśmy Turków, Cyganów, Arabów i Murzynów, ciężko było spotkać białych. Mnóstwo sklepów spożywczych, śmieci walającysh się po ulicach, bezdomnych... Język francuski nie obowiązuje. Odnalazłszy kurdyjski spot posililiśmy się (polecam! mięso przyrządzane na grillu, w plackach naan i z rukolą, bardzo ekstraordynaryjny kebab) i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Jedno skrzyżowanie. Jedno. Przecięcie ulic, światła... Nic specjalnego? A jednak, granica dwóch światów. Zmienia się numerek dzielnicy, zmienia się wszystko. Budki z kebabem przeistaczają się w bary i restauracje średniej klasy, syfiaste spożywczaki w sklepy z meblami, orientujesz się, że od dwóch minut mijasz tylko białych. Nie jestem oczywiście rasistką, opisuję po prostu fenomen. Paryż miastem wielu kultur i nacji, nie lubią się one jednak przenikać. Idziemy 10 minut eleganckim, czyściutkim bulwarem i trafiamy do ścisłego centrum. Swag, seks i słodycze. Dla każdego coś miłego, na ulicach roi się od wylansowanych dzieciaków, pseudoraperów obwieszonych łańcuchami i grubych dziadów lawirujących między sklepami z artykułami dla dorosłych. Chwilę temu w ogóle czegoś takiego nie było. Dwie chwile temu tym bardziej.

A gdzie jest moje miejsce w kontrastowym Paryżu? Wszędzie po kolei. Lubię wtykać nos w nie swoje sprawy.

__________________________________

PS Zachęcam do podziwiania moich zmagań z projektem Kwiecień w obiektywie.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Pogadajmy o pogodzie

Na wstępie zachęcam do podziwiania moich zmagań z projektem Kwiecień w obiektywie.


________________________________

Na pewno nie tylko ja zastanawiam się, jak to jest, ze w momentach, gdy naprawdę nie mamy z kimś o czym gadać, chwytamy sie ostatniej, tragicznej deski ratunku: pogody. Kto to w ogóle wymyślił? Poznajesz kogoś... Jest trochę sztywno, nie wiadomo, o czym by tu porozmawiać. W głowie kreuje ci się z 76309 tematów, ale nie wiesz, czy są bezpieczne. Nie zgadniesz, czy rozmówca z chęcią podchwyci temat muzyki hiphopowej, aborcji czy przewagi czekolady mlecznej nad gorzką. Wszystkie te tematy są nieco ryzykowne, łapiesz się więc czegoś, co pozwoli ci zostać gwiazdą żałosnych small talkówpogody. Jak dziś słonecznie! A po południu ma padać. Śnieg nie zniknie do końca lipca. W cieniu jest mi zimno, a w słońcu za gorąco. Jaskółki nisko latają.

Przyznam, że jak teraz o tym piszę, to zaczynam czuć potencjał i zalety pierdzielenia o pogodzie. Można uciec później do innych kwaśnych tematów, np. jak sobie radzą dzieci Malinowskiej w szkole, albo że szynka drożeje. Ogólne ględzenie i ploteczki sprawdzają się w wielu sytuacjach, gdy nie wiadomo, czego się chwycić podczas rozmowy. Nadal jednak dziwię się, gdy ktoś w moim wieku wyjedża z tematem pogodowym do innego kogoś w moim wieku. Czy my naprawdę już nie mamy o czym gadać? Jak będę miała 84 lata, to prawdopodobnie będę uważała, że wiatr, chmury i skoki ciśnienia to impreza godna obgadania, ale teraz? Proszę, cokolwiek, tylko nie pogoda... Mówisz mi, że cień zaraz będzie padał na tę ławkę, bo słońce się przesuwa, a Kopernik w grobie się przewraca.


Z drugiej strony czuję się zobowiązana rzec, iż pogoda w Paryżu to jedna wielka zagadka. Nie tak dawno musiałam spędzić 5h na dworze. Od 14 do 19 były 2 upalne momenty, full słońce i chęć wbicia się w bikini, przeplatające się z 3 okresami, gdy niebo zasnuło się chmurami i lało. Nie padało, lało. Raz był nawet grad. Szalone skoki temperatur, a metamorfoza wielki deszcz -> nieskazitelne niebo trwała zaledwie 5 minut. Fakt, że w kwietniu w Polsce nadal było niemało śniegu to również dość ciekawa anomalia. Czy jednak godna tego, by omówić ją ze wszystkimi sąsiadami i napisać 74023592 postów na ten temat? Nie wiem.

Bywam agresywna ostatnimi czasy.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Życie paryskiego żula

Nie wiem, czy ten tytuł brzmi zabawnie, niedorzecznie czy ciężko, w każdym razie chciałam poruszyć ten właśnie temat.

Nie jest lekko.

Paryż jest wyposażony w bogaty pakiet kloszardów, o wiele bardziej imponujący niż Warszawa, która w moim rankingu jest również dość wysoko (a Londynu nie ma wcale, tam walczą z bezdomnością, jest mnóstwo schronisk, a leżakowanie na ulicy jest wręcz nielegalne). Żule są wszędzie, ci bardziej aktywni kręcą się w dzielnicach turystycznych próbując coś wyżebrać od Amerykanów, domatorzy okupują spokojne sąsiedztwa, takie jak moje. Pisałam o tym trochę tutaj. Co oni właściwie robią? Niewiele. Co mają robić? Są bezdomni. Urządzili się, są w stanie przetrwać, wiodą więc spokojne życie. Mieszkają w kartonowych zamkach, na ławkach obłożonych materacami, a nawet w namiotach. Moja okolica to jedno wielkie pole kempingowe. Żulowe tipi są rozbite na placykach, w krzaczkach, pod wiaduktami. Lokatorzy nikomu nie wadzą, nie żebrzą, nie zachowują się głośno, załatwiają się w publicznych toaletach. Zimą ciężko ich dostrzec, na wiosnę życie rozkwita. Siedzą w fotelach z kubkiem czegoś dziwnego w ręce i czytają gazetę. Oni naprawdę sprawiają wrażenie szczęśliwych. Nawiązując do poprzedniego posta, ile trzeba do szczęścia? Ok, zostawmy skrajności, dziś nie o tym.


Oto obozowisko, które znajduje się około 15 minut na piechotę od mojego domu. Jest to moje zdjęcie z 16 dnia projektu Kwiecień w obiektywie. Obóz nie wygląda na tętniący życiem, ale wystarczy podejść bliżej, by usłyszeć muzykę. Panowie Żule zorganizowali sobie radyjko. Latem siedzą na murku, rozmawiając, a przed nimi, na środku chodnika stoi różowe krzesło obrotowe, na którym jest czapka do zbierania datków. Zero stresu, zero natarczywego żebrania. Są efekty? Są.

Bezdomni w Warszawie (to mój główny punkt odwołania) często są chamscy, bezczelni i niewdzięczni. Najlepiej omijać ich szerokim łukiem, bo jak zdecydujesz się pomóc i dać im przysłowiowy palec, to będą ci chcieli odgryźć całą rękę. Kiedyś przyjechałam furą w sobotę do centrum WWA (dzień wolny od opłat za parkowanie), na parkingu jakiś pijaczyna zaczął mi wskazywać drogę do wolnego miejsca i wywijać łapami, w którą stronę mam się podsunąć i o ile centymetrów. Gdy już zaparkowałam (o tak, bez jego porad z pewnością byłabym zgubiona i do dziś starała się zostawić pojazd) koleś oczekiwał napiwku za swoją bezcenną pomoc. Dałam mu 50 gr, nie chciałam dawać nic, ale bałam się, że w przeciwnym razie porysuje mi samochód, albo nie wiadomo, co jeszcze... I tak nie miałam kasy. Żul oburzył się, że za to sobie nawet piwa nie kupi i z nienawiścią w oczach patrzył, jak odchodzę. Samochód na szczęście zastałam w stanie nienaruszonym, boja nie spotkałam. Czy ja go o cokolwiek prosiłam? Nie. Czy on mnie poprosił? Tak. Dostał to? Tak. I miał pretensje.

Paryski kloszard w niczym nie przypomina byle jakiego pijaczka, który spędza dzień na ławce z kumplami, a na noc może się schować w domu, do którego po czternastym głośnym walnięciu w drzwi wpuści go żona. Paryski kloszard to prawdziwy bezdomny, >10 lat na gigancie, bez tożsamości, z brodą do kolan i wiedzą, jak przetrwać w miejskiej dżungli bez żadnego schronienia. Nie wiem, co o tym myśleć. Zastanawia mnie jedno: co oni robią w Paryżu? Jest zimno, ludzie są niemili, raczej nie ma szans na poprawę warunków życia. Czy oni nie mogą po prostu wsiąść w pociąg i pojechać na południe? Tam chociaż nie mieliby problemów z temperaturą zimą. Bilet na pociąg? A po co? Przecież i tak ich nikt stamtąd nie wywali, a nawet jeżeli, to nie mają nic do stracenia. Bez dowodu, niczym ja ostatnio. Kanar może najwyżej kazać im wysiąść, a zawsze będą już trochę bardziej na południe. I tak są koczownikami, czas na przygodę.

__________________________________

PS Zachęcam do podziwiania moich zmagań z projektem Kwiecień w obiektywie.

piątek, 19 kwietnia 2013

O nadziei.

Dziś zainspirowała mnie Cosiowa, zamieszczająca niedawno pewien cytat o nadziei. Cytat pochodził z książki "Duchowość ateistyczna" (której nie czytałam, ale zaciekawiła mnie jej tematyka), a brzmiał on:

"Nadzieja dotyczy tego, czego się nie ma. Jak długo mamy nadzieję, że będziemy szczęśliwi, tak długo brakuje nam szczęścia. Z drugiej strony, gdy jesteśmy szczęśliwi, na co mamy mieć nadzieję? Na to, że szczęście będzie trwało? Taka nadzieja to strach, że szczęście się skończy, jeśli ją żywimy, przerażenie pochłania szczęście... (...) jeśli będziemy żywić wielką nadzieję na to, że jutro spotka nas szczęście, nie damy sobie szansy, żeby przeżyć je dziś."

Prawdziwe? Prawdziwe! Dlaczego nie możemy po prostu zatrzymać się w swoim pędzie i zacząć cieszyć tym, co już osiągnęliśmy? Zawsze tylko przyszłość, jutro, za miesiąc, za 10 lat... Kiedyś zrobię to, tamto, zrealizuję swoje marzenia. A dlaczego nie dziś? Zawsze patrzymy wprzód, wyobrażamy sobie, że nagle, znikąd, pojawi się ten dzień, o którym marzymy... Dzień, gdy wszystkie problemy się rozwiążą, a my będziemy lżejsi i szczęśliwsi. Kiedy nadejdzie? Nigdy, bo cały czas myślimy o przyszłości, wyznaczamy sobie kolejne cele. I kiedy to się niby zmieni?

"Nadzieja na lepsze jutro". No super, coś jeszcze? Jaka nadzieja? Weź się za siebie i samodzielnie zorganizuj sobie lepsze jutro. Nie ma zamulania. Chcesz być szczupła na lato? Jedz mniej i zacznij ćwiczyć, najwyższa pora, jest 19 kwietnia, godzina 13:37. Chcesz nowe buty? Zarób/oszczędź/ukradnij, ale przestań siedzieć i czekać, aż sprzeda się ostatnia para. Chcesz wygłaszać lepsze przemowy? Ćwicz przed lustrem, z przyjaciółką, chociażby poszperaj w internecie, co zrobić, by nie czuć skrępowania... Nic się nie zmieni od scrollowania facebooka po raz n-ty (chyba, że masz wielkie szczęście, udostępnisz czyjeś zdjęcie i coś wygrasz, ale to rzadko się zdarza). Ludzie siedzą, nic nie robią i mają nadzieję. Chcesz czegoś? Zrób to!

Nadzieja umiera ostatnia. Kiedy rok temu byłam w bardzo kiepskiej sytuacji, musiałam zmienić uczelnię i groziła mi perspektywa przerwania studiów po jednym roku bez możliwości kontynuacji (i skończenia na kasie w Carrefourze, podrzucał mi mój mózg), miałam nadzieję, że jakoś się ułoży. Dlaczego? Bo sama zawaliłam sprawę i pozostało mi siedzenie i biadolenie. Rozwiązać problem pomógł mi Tata, sama musiałam się sporo nagimnastykować i udało się: mam teraz pracę, studiuję zaocznie. Zdobywam wykształcenie i zarabiam, czego chcieć więcej? Zrozumiałam, że nadzieja może i jest z nami cały czas, ale nic nie daje. Może nas popchnąć do działań, które mogą przynieść świetne efekty, ale ludzie wolą zazdrościć tym, którzy mają lepiej i rozmyślać, jak to jest. Dajcie z siebie trochę więcej, a to osiągniecie!

Wracając do cytatu, nadzieja nas ogranicza. Nie widzimy, że jesteśmy szczęśliwi. Mamy nadzieję, że kiedyś będziemy. Albo, że będziemy zawsze szczęśliwi. Przecież możemy być. Co stoi na przeszkodzie? O dawnych smutkach i żalach trzeba zapomnieć. Wiem, że czasem przydarzają się sytuacje ekstremalne... Starajmy się zawsze odnaleźć w sobie siłę, by je zwalczyć, przetrwać, zapomnieć... Gdy coś ciągnie nas w dół, my na przekór odbijmy się do góry.

-wojowniczka Bina walcząca różowym mieczem świetlnym o własne lepsze jutro-

Ale wywód. Nie chciałam.

__________________________________

PS Zachęcam do podziwiania moich zmagań z projektem Kwiecień w obiektywie.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Potyczki z frenczem

Nigdy nie myślałam, że będę się uczyć francuskiego. Chciałam mówić po angielsku i hiszpańsku. Pierwszy z nich opanowałam jakiś czas temu, zaczęłam krótką przygodę z rosyjskim i niemieckim i tuż przed przeprowadzką do Francji planowałam zabrać się za hiszpański. Nagły wyjazd za granicę sprawił, że porzuciłam to zanim w ogóle zaczęłam, bo znienacka pojawiła się potrzeba opanowania nowego języka, niezbyt przeze mnie uwielbianego francuskiego. Wszystko działo się tak szybko, że nie było czasu szans na podjęcie normalnej nauki, zdążyłam jedynie zapisać się na 3-tygodniowy wakacyjny kurs, na którym poznałam podstawy podstaw, liznęłam odrobinę gramatyki, nauczyłam się numerków i nazw owoców i tak (nie)przygotowana wyruszyłam zdobywać Paryż.

Nie muszę chyba mówić, że początki były ciężkie. Zwykłe wyjście po bagietkę sprawiało problemy. Powtarzanie sobie w głowie "une baguette, s'il vous plaît" przez całą drogę do piekarni, fałszywa pewność siebie i nerwowy uśmieszek, wszystko by polec przy prostym pytaniu ekspedientki "czy to wszystko?". Nie rozumiałam kompletnie nic, jasne, umiałam się przedstawić i ostrzec, że nie mówię zbyt dobrze po francusku, ale byłam totalnie nieosłuchana i wszystko trzeba mi było powtarzać po 40 razy, więc Francuzi przestawiali się na tryb grzecznościowo-ironiczny: mówienie po angielsku. Odpowiadało mi to, unikałam francuskiego jak ognia, bo głupio się czułam nie potrafiąc się dogadać. Podjęłam studia po angielsku gdzie miałam 2h francuskiego tygodniowo. Tyle, co nic... Uczyłam się podstaw, podczas gdy w trakcie spacerowania, wycieczek do sklepu i mimowolnego słuchania Francuzów język sam wchodził mi do głowy. Samca α poznałam w listopadzie 2011, 2 miesiące po przybyciu do Francji. Podrzucał mi słówka, rozpromieniał się, gdy wydukałam coś po francusku, ale nie czułam się w ogóle na siłach, by podjąć rękawicę i zacząć mówić. 100% angielskiego.

Coraz bardziej dokuczało mi to, że nie robię wielkich podstępów, a z drugiej strony czułam przypływającą moc. Przełom nastąpił rok temu, w kwietniu, gdy zdecydowałam się z końcu na kompletne zaprzestanie mówienia po angielsku z Samcem α. W praktyce wyglądało to tak, że on ostrożnie dobierał słowa i pięknie artykułował, żebym mogła zrozumieć, a ja odpowiadałam po angielsku albo wcale. Gdy na serio mieliśmy o czymś pogadać, rezygnowaliśmy z francuskiego, bo taka "konwersacja" nie miałaby sensu. Męczyło mnie to, ale z tygodnia na tydzień robiłam postępy. W czerwcu nie mieliśmy już potrzeby uciekania do angielskiego. Po zaledwie dwóch miesiącach... Oczywiście, wszystkie słowa, których nie znałam, zastępowałam angielskimi odpowiednikami  ale od razu dostawałam tłumaczenie i zaczęłam łapać. Minął rok, odkąd zaczęłam naprawdę mówić i czuję się z tym nie najgorzej. Jasne, nie umiem się wysłowić tak, jakbym chciała, ale tak mam tylko po polsku. Fakt, że uczyłam się francuskiego bezpośrednio tutaj niezwykle mi pomógł, ale nie aż tak, jak to, że rozmawiałam z ludźmi, a nie wkuwałam regułki w szkole. Wiele osób mówi, że francuski to trudny język. Tak właśnie jest, jeśli chce się poznać wszystkie zasady, czasy, skomplikowane słownictwo... Do codziennych, potocznych rozmów, wielkich wyznań, zwierzania się, rozumienia żartów a nawet pozytywnego przejścia rozmowy kwalifikacyjnej, wystarczy uczyć się jak dziecko. Mówi? Mówi. A czy wie, co to jest czas zaprzeszły, dopełniacz, tryb rozkazujący czy subjonctif? Nie. Właśnie.

Odkąd udaje mi się w 99% przypadków dogadać bez problemów, nie boję się już spotykać z ludźmi. Wcześniej perspektywa zamówienia czegoś, załatwienia jakiejś sprawy czy poznania nowych francuskich znajomych krępowała mnie, siedziałam cicho i czułam palenie policzków, gdy musiałam drugi raz poprosić o powtórzenie. Dziś mówię swobodnie. Jasne, czasem zaplączę się, popełnię prosty błąd czy zapytam kogoś o słowo, którego nie znam. Nie da się nauczyć języka obcego w 100% mając z nim pierwszy kontakt zaledwie półtora roku wcześniej. Ludzie często pozytywnie na to reagują. Wow, mówisz dopiero od niedawna, a rozumiesz wszystko, używasz fajnych wyrażeń (tak, szkoła Samca α doprowadziła mnie do tego, że spokojnie dogadam się z dresiarzem z przedmieścia, ale w banku muszę ostrożnie dobierać słowa, żeby nie palnąć jakiegoś kolokwialnego, luzackiego czy wulgarnego tekstu do 50-letniej babki). Ludzi bawi to, że mówię takim językiem, jak ziomal, a przy tym mam polski akcent... Jestem obcokrajowcem, więc powinnam recytować wykute w szkole formułki (je suis très heureuse de faire votre conaissance - jestem bardzo szczęśliwa, że pana/panią poznałam. W szkole na pierwszej lekcji dowiadujemy się, że to idealne sformułowanie, a jak we Francji palniesz coś takiego, to ludzie patrzą na ciebie dość dziwnie. Podobnie ma się chociażby sprawa z przeczeniami... je ne sais pas? j'sais pas!").

Oczywiście spotykam też gburowatych dupków, którzy po wymianie paru zdań ze mną pytają o pochodzenie, po czym z wyższością oznajmiają, że mam akcent. No shit, Sherlock! You don't say. Grrrrr.

Jaki długi smut.
__________________________________

PS Zachęcam do podziwiania moich zmagań z projektem Kwiecień w obiektywie.

sobota, 13 kwietnia 2013

Soundtrack Blogerów

Trafiłam dziś na ciekawą akcję organizowaną na tym blogu. Polega na zgromadzeniu wieeelu piosenek słuchanych przez blogerów. Każdy ma jakąś ulubioną piosenkę (ha, jasne! co za brednie! ja mam ich z 10 tysięcy), więc tą właśnie piosenką dzielimy się w ramach akcji. Trzeba znaleźć piosenkę, która jest... nasza. Pasuje do nas, oddaje nasz charakter. Cała akcja opisana jest TUTAJ.
Ja słucham na przemian Snoopa, Gunsów, The Lonely Island, Tedego, Cure i Tenacious D, więc wybór jednej piosenki nie był prosty. Gdy ktoś pyta mnie, jakiej muzyki słucham, odpowiadam, że rapu. Biegam wszędzie w najeczkach i przy tłustym basie czuję się najlepiej
-HAHAHAHAH nie wierzę, że te słowa wychodzą spod moich palców-

więc zdecydowałam się nie na jakiś fajny riff, ale na grubaśny raperski kawałek. Nie, nie z tych najcięższych. Celuję w muzę wschodzącej gwiazdy, rapera o pseudonimie Kendrick Lamar. Kendrick już tak sobie wschodzi od jakiegoś czasu, w Stanach jest mistrzem, w Polsce jednak wciąż nieznany... a szkoda! Ma bardzo oldschoolowe brzmienie, zupełnie inne od współczesnych raperskich "arcydzieł". Perfekcyjne bity Dr. Dre, niczym sprzed 2 dekad... Tego nam było trzeba w zalewającej nas powodzi komercyjnego szitu.

Kendrick Lamar, Dr Dre - The Recipe



Kendrickiem zaraził mnie Ado. Dzięki, stary! Puścił mi właśnie ten kawałek dawno (?) temu, a mnie rozbroił na łopatki. Prześledziłam twórczość rapera i bardzo się zajarałam. Głupio mi teraz wstawiać to jako "mój" kawałek, bo został mi podrzucony przez Adriana. Wiecie jednak, że ja mam złe serce, więc bezkarnie wstawiam "The Recipe" jako nr 1 mojego soundtracku. Nie jest to najlepszy kawałek Kendricka Lamara, ale mnie kupił. Przywołuje teraz wiele świetnych wspomnień, poza tym traktuje o Kalifornii, do której się wybiorę jak będę duża i bogata.

Zachęcam wszystkich do udziału! Mamy czas do 15 kwietnia, jeszcze dwa dni (Bóg matmy). Przypominam, organizuje to Ray, tutaj. Napiszcie post dotyczący piosenki, opatrzcie go tytułem "Soundtrack Blogerów" i grafiką, a następnie wklejcie link pod >tym< postem. Ha, trzeci raz ten sam link. Ciekawe, cóż za olbrzymia playlista nam wyjdzie.


PS Zachęcam do podziwiania moich zmagań z projektem Kwiecień w obiektywie.

środa, 10 kwietnia 2013

Nie noś ze sobą dokumentów!

Chyba powinnam stworzyć etykietę "więcej szczęścia niż rozumu", bo to kolejna boska historia z tego cyklu. Co tym razem wywinęła nierozgarnięta Bina? Po zgrabnym (i oczywiście nielegalnym) nieskasowaniu biletu i przeskoczeniu nad bramką paryskiego metra zajrzałam do swojej uroczej torebki z motocyklem dziwiąc się, czemu jest tak lekka. Moje pytanie szybko doczekało się odpowiedzi: nie było w niej portfela (hahaha, jak to zabawnie zabrzmiało). Ewidentnie nie wzięłam go z domu i z charakterystycznym dla siebie poziomem roztrzepania nie zorientowałam się, że wychodzę w piątek wieczorem jedynie z telefonem, odtwarzaczem i kluczami. I błyszczykiem, ten element mnie rozbraja. Niezbyt rozważnie. Miałam ochotę nawet wrócić do domu, ale byłam już spóźniona, więc olałam sprawę i poszłam na żywioł.

Spodziewałam się kanarów. Moje czynione od dawna obserwacje i doświadczenie klasycznego podróżnika na gapę skłoniły mnie do zachowania maksymalnej ostrożności. Kontrolerzy uwielbiają polować w piątek wieczorem. Na dodatek nie wsiadają nigdy do metra, czają się w podziemiach, tam, gdzie przesiadasz się z jednej linii do innej. Musiałam się akurat przesiąść na gigantycznej stacji, gdzie ryzyko jest spore. Po przemaszerowaniu sporego odcinka delikatnie wyjrzałam za róg, by sprawdzić, czy teren jest czysty. Zobaczyłam ich. Tak myślałam. Francuski kanar musi nosić uniform, za co jestem bardzo wdzięczna. Nie był to pierwszy raz, kiedy zawracałam. Czujna i niezauważona, odmaszerowująca w kierunku, z którego przyszła, by do celu dostać się inną drogą. Plan perfekcyjny. Na końcu korytarza spotkałam dwoje zagubionych turystów, którzy mnie zatrzymali. Wyjęłam słuchawki, by odpowiedzieć na ich pytanie, gdy okazało się, że wcale nie pytają, jak dojechać do wieży Eiffela, tylko, że są kryptokanarami, agentami w cywilu! Co za porażka. Co gorsza, szłam przecież tędy 2 minuty temu i jeszcze ich nie było. Nie mogłam uwierzyć we własnego pecha (kilkusekundowa kalkulacja, zapłacenie kary i tak opłacało mi się bardziej niż kupienie miesięcznego biletu). Głupia sytuacja, nie lubię być na przegranej pozycji. Nie mieli kanarowych uniformów, bo byli ochroniarzami wyłapujących uciekinierów... fuck, uczą się! Babeczka spytała, czy mam bilet, choć fakt, że właśnie uciekałam pod prąd przed zastępem kontrolerów wskazywał jednoznacznie moją odpowiedź. Gdy powiedziałam "nie", poprosiła o dowód... Zaczęłam oceniać w myślach swoją sytuację. Brak portfela = brak dokumentów = brak jakiejkolwiek możliwości sprawdzenia mojej tożsamości = czyżbym była uratowana? Pani ochroniarz zechciała zajrzeć do mojej torebki, proszę bardzo, niestety nic ciekawego w niej nie ma... Zaprowadziła mnie tam, skąd uciekłam: do gniazda kanarów i oddała w ręce niejakiego Christopha - dwumetrowego, pulchnego podstarzałego, groźnie wyglądającego faceta. Po dowiedzeniu się, że podróżuję nielegalnie, poprosił o dowód. Początkowo zestresowana, zyskałam na pewności siebie. Wyjaśniłam, że zapomniałam z domu portfela, nie mam przy sobie żadnych dokumentów. Christopha wcale to nie udobruchało, przybrał jeszcze groźniejszy wyraz twarzy. Spytał, ile mam lat. Po namyśle (ja nigdy nie jestem pewna) odparłam, że 21. Prawie. Powiedział, że wyglądam na <18, co normalnie traktuję jako komplement, ale teraz negatywnie mnie zaskoczyło: mogło oznaczać jakieś konsekwencje. Spytałam, czy naprawdę wyglądam na <18, ale po jego minie wywnioskowałam, że nie była to dobra pora na takie dyskusje. Powiedział, że skoro nie mam żadnych dokumentów, on nie może poświadczyć, ze jestem pełnoletnia. "Przyznaję!", palnęłam z szerokim uśmiechem. Mina szybko mi zrzedła, gdy Christoph oznajmił, że dzwoni na policję. To faktycznie nie zabrzmiało za dobrze. Zaczęłam plątać się w zeznaniach, a polski akcent i "motocyklowa" kurtka prawdopodobnie nie działały na moją korzyść. Kanar zapytał, czy nie mam nawet 30€, by zapłacić karę. Powiedziałam, że naprawdę nie mam przy sobie kompletnie nic, chciałam nawet wrócić po portfel do domu, ale byłam już spóźniona na spotkanie więc sobie darowałam. Jej, mówiłam prawdę! Christoph zapytał, gdzie mieszkam... 2 stacje stąd. Powiedział, że jedyne, co może mi doradzić, to powrót do domu i kupienie biletu. Nie byłam pewna, czy on naprawdę właśnie mnie puszcza, czy to jest preludium do jakichś tragicznych konsekwencji. Spojrzałam pytająco, a kontroler po raz pierwszy się uśmiechnął i kazał odejść. Dziękuję! A więc udało się. Odmaszerowałam krzycząc "merci!" i nie czekając, aż zmieni zdanie. Oczywiście wracając znów spotkałam babkę, od której się zaczęło. Powiedziałam, że zostałam odprawiona, puściła mnie bez pytań.

Jaki morał z tej historii? Zawsze kupujcie bilet Nie noście ze sobą dokumentów i nie traćcie pewności siebie.

Czy wróciłam do domu, po tym, jak mi się upiekło? Jasne... pojechałam na miejsce inną linią. Jestem okropna.


PS Zachęcam do podziwiania moich zmagań z projektem Kwiecień w obiektywie.

niedziela, 7 kwietnia 2013

uro'Biny

Bang. Dokładnie za 90 minut miną 252 miesiące, jak stąpam po Ziemi (a przynajmniej na niej egzystuję). Oczko. Pierwiastek z 441. Liczba pierwsza. Otwierająca... trzeci krzyżyk! Tak to się nazywa? Jej, brzmi smutno. Podsumowanko ostatnich 365 dni? Nie mam ochoty przynudzać. Ok, bilans na szybko!

języki +1
wiara w siebie +17%
empatia +49%
najki +1 para
ciuchy +sporo
czas spędzony przy kompie +29%
blogi +1
znajomi +milion
pieniądze +trochę
masa mięśniowa +4%
ogarnięcie życia +42%

Z roku na rok coraz mniej ekscytują mnie moje urodziny, bo robię się coraz starsza, powinnam reprezentować wyższy poziom ogarnięcia życiowego, coraz mniej rzeczy mi :wypada", coraz rzadziej proszą mnie o dowód (choć ostatnio wmawiano mi, że mam <18, ale o tym w następnym odcinku)...

Jest progres. Wygląd nie zmienia się już tak drastycznie, teraz czas na wewnętrzny rozwój i zmierzenie się z życiem "dorosłego człowieka".
DOBRA ŻARTUJĘ, nie mogę się doczekać tortu, prezentów i urodzinowych posiedzeń,
dziś w Warszawie, jutro w Paryżu! Jeeej, ale super.


PS Zachęcam do podziwiania moich zmagań z projektem Kwiecień w obiektywie.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Wspo

Wspomnienia mają wielką moc. Wiem, że nie odkrywam tymi słowami Ameryki, ale istnieją prawdy ogólne niesprawdzone, które powtarzamy, bo "tak jest", ale nie wiemy tego na podstawie własnego doświadczenia. Aż w końcu trafia się pewien moment, że odkrywamy, dlaczego tak naprawdę mówi się, że akurat wtedy, gdy tego nie chcesz, każda najdrobniejsza rzecz potrafi ci przypomnieć o pewnym zdarzeniu czy osobie. Każda! To podobno jest faza wczesnego zakochania (hah, gadam jak stara panna, która osobiście nigdy tego nie przeżyła). Cóż, późnego też. Ujawnia się np. podczas okresów rozłąki (nie będę zamulać, mam na myśli raczej kilkunastodniowe wyjazdy). Nie możesz patrzeć na swój pokój, swoje ubrania, nie możesz nawet spokojnie przejść się ulicą, bo wszystko ci się kojarzy. Nie chodzi mi też o żadne smęty po rozstaniu, po prostu o momenty, gdy wolisz zająć się czymś ciekawszym i pożyteczniejszym niż bezproduktywne tęsknienie.
Na co dzień nie zdajesz sobie sprawy, ile wspomnień dotyczących Kogoś nosi twój mózg, dopóki on sam nie postanowi ci tego nagle uświadomić. Bar... Ulica... Ha. Głupi motocykl. Wszystko po kolei sprawia, że zaczynasz od nowa tęsknić, a przed oczami masz lawinę obrazów związanych z obiektem westchnień i miejscem lub przedmiotem wywołującym wspomnienia. Nic jednak nie przechowuje przeszłości jak... muzyka. Nie sądzę, bym była osamotniona w tym przemyśleniu. Każda piosenka po kolei kojarzy nam się z jakąś sytuacją, czasem z Kimś, a czasem z bardzo konkretnym wyjazdem, wyjściem, imprezą lub nocą. I przychodzi ten moment, że jak nie chcesz siedzieć i tęsknić (wraca za 5 dni! wytrzymasz!), to musisz przerzucić się ze swojej kompletnie skażonej playlisty na LMFAO (no nie! Sexy and I Know It też wywołuje wspomnienia), Mozarta (fail! On przecież czasem słucha klasyki) czy Niemena (argh... ostatnio tęskniąc też go słuchałam, jest zatruty). Czasem muzyka przywołuje pewne momenty lepiej od zdjęć.



Czy również macie takie... dziwne wspomnienia z dzieciństwa? Zaglądają tu osoby w różnym wieku, chętnie posłucham. Ja nie pamiętam na przykład swoich czwartych, ósmych czy dziesiątych urodzin, a prawdopodobnie były dla mnie ważne. Powinny być! Pamiętam za to, że jak miałam cztery lata (nie mam pojęcia, jakim cudem coś takiego przetrwało w mojej głowie, ale jestem pewna, że to było akurat w wieku czterech lat) wyobrażałam sobie, że jako wielka, dojrzała i potężna dziesięciolatka będę gimnastyczką. Ach, kariera! Dziesięć lat, dorosłość. Yeah. 
Taki dziwny, oderwany od rzeczywistości strzęp. Dlaczego pamiętam akurat to? To nic nie wnosi, to o niczym nie świadczy, to nic nie znaczy. Powinnam raczej pamiętać mnóstwo głupkowatych historyjek, które muszą opowiadać mi rodzice albo jakieś przełomowe momenty swojego życia, ale nie, genialny mózg do koszyka wspomnień z dzieciństwa postanowił raczej dorzucić moment, gdy w wieku kilku lat mieszkałam z rodzicami w malutkim mieszkanku, gdzie "mój pokój" oddzielony był od "salonu" kartonowym parawanem. Wieczorami rodzice oglądali film a ja się wychylałam, nie po to, by go oglądać, tylko, by pokazać swoje hardkorowe i buntownicze podejście do życia. No i mnie nakryli. :<

EDIT: zapomniałam dokończyć pisanie tytułu. ale taki mi w sumie odpowiada.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Instagram mix vol. 274


TAK. To jest z okazji prima aprilis. Dziękuję za uwagę, zrozumienie i kilka uśmiechów.
___________________________________

Heej ;*
Dziś nie mam niestety czasu na opisanie Wam moich cudownych dni, ale zdjęcia oddadzą to na pewno lepiej. Wstawiam swój new instagram mix: moja codzienność + makijaż ust, który ostatnio bardzo przypadł mi do gustu. No, ja już nie przynudzam, idę z psiapsiółami na shopping!

Love
♥ ♥ ♥












Blog Widget by LinkWithin