poniedziałek, 27 maja 2013

Nieklasycznie, dramatycznie

Najdłuższa przerwa w historii Moich Wywodów, 6 dni bez publikacji. Czuję się z tym trochę nieswojo, ale blogowanie nie było jedyną czynnością, którą kompletnie zawiesiłam w ciągu ostatnich 144 godzin. Jedna informacja, lawina emocji. Przepłakany dzień, nie mój styl. Katastroficzne myślenie. Ocena wartości i priorytetów. Analiza ostatniego 1,5 roku... Ciężko.

Tak, zachowam się teraz jak jakaś debilka z fejsa pisząc, że wydarzyło się coś złego, ale nie wyjaśniając i prosząc o nie zadawanie pytań, ale nie od tego jest ten blog. Moja sytuacja skłoniła mnie do napisania tego właśnie wywodu, z którym zwlekałam. Nie miałam żadnego przygotowanego posta, odcięłam się chwilowo od bloga, ale wracam! To mnie uspokaja. Teraz na chłodno mogę napisać, że nie wiedziałam, że jestem w stanie odczuwać tyle skrajnych emocji jednocześnie i... długotrwale. W ciągu 24 godzin płakałam więcej niż normalnie przez pół roku... Złość, zazdrość, miłość... Wszystkie dobre wspomnienia migające przed oczami. Nie jadłam 2 dni, podobno schudłam. Nie wiedziałam, że to możliwe. Strach. Histeryczna reakcja na jedną z ulubionych piosenek. Jedna informacja zmieniająca drastycznie podejście do wszystkiego... Rujnująca wszystko, ale jednocześnie umacniająca fundamenty. Jak to jest możliwe? Niczego się nie spodziewasz, a nagle ktoś sprzedaje ci takiego niusa, że spadasz z krzesła w otchłań czarnej rozpaczy i nie wiesz, na czym się podciągnąć. Kilka słów wpływających na... wszystko! Czy naprawdę nic już nie będzie takie samo?

Przepraszam. Kończę. Nie martwcie się, wszystko jest dobrze. Ekhm, nie jest, ale jestem od tego silniejsza. Zdystansowana. Kontroluję sytuację... I wyjdę z tego z tarczą. Pisałam kiedyś o nadziei :tutaj: i lekko rzuciłam, że zawsze walczę o lepsze jutro. Walczę! Na razie dobrze idzie. Zaskakujące, ile człowiek może odnaleźć w sobie siły po wypłakaniu 10 litrów łez. Będzie... cudownie. Zadbam o to.

Wydarzenia z ostatnich dni skłoniły mnie do szukania rozwiązań kryzysowych i potrzeby nagłego realizowania swoich podróżniczych zapędów... Pod prysznicem obmyśliłam na szybko trasę samotnej wakacyjnej podróży autostopem. Nie wiem jeszcze, czy faktycznie będzie samotna. Zaproponuję paru osobom udział, ale ich odmowa mnie nie zniechęci. Chcę wyjechać z Warszawy przez Berlin, Amsterdam, Brukselę, wrócić do Paryża i po szybkiej przepierce skoczyć na hiszpańskie plaże. Nie rzucam słów na wiatr!

Żeby było jeszcze dziwniej, rzucam fotę burgera.

po to żyję


Dziękuję też za okrągłą liczbę, może ktoś przełamie? :zapraszam na fb:
A teraz kosa w rękę i przed siebie.

wtorek, 21 maja 2013

Brzmienia 2005


Odrzucając chwilowo na bok moją standardową playlistę dokopałam się ostatnio do starych hitów The Black Eyed Peas. Gimnazjalna Bina była wielką fanką... Później zespół porzucił swoje funkowo-hiphopowe flow i skręcił w jakąś disco ścieżkę. Szkoda. Hity z Elephunk i Monkey Business były super bangerami! Zaczęłam rozmyślać.


Jasne, na co dzień słucham zarówno rapu jak i starego rocka, ale odrzuciłam popowe brzmienia i r'n'b. Jednak dekadę temu (czyli wbrew pozorom wcale nie w latach '90) to właśnie takie rytmy królowały w moich słuchawkach. Dokładnie w roku 2005. Trudno się dziwić, w tamtych czasach MTV serwowało nam wałki Seana Paula, Rihanny, Pussycat Dolls... Dziś pierwszy z nich z luzaka z warkoczykami zmienił się w jakąś kopię Pitbulla, Ri z roześmianej dziewczyny w wyuzdaną sukę, a PCD się rozpadły (może chociaż tyle dobrego). Wszyscy podążają za dyskotekowym trendem i hajsem, w sumie się nie dziwię. A w 2005 to właśnie oni trzęśli i tworzyli najlepszą muzykę na świecie.


Jasne, nie ma to kompletnie żadnego odniesienia do "prawdziwej" muzyki tworzonej chociaż przez Pink Floyd, ale urodzeni w latach '90 uwielbiali Nelly'ego i Fergie. O nie, generalizuję... Nieważne. Rok '05 był według mnie super momentem dla amerykańskiego popu i hip hopu. Tęsknię za tym.


Co z tego, że te hity są o macaniu po cyckach, diamentowych nakładkach na zęby i alfonsach. One są po prostu cool. Odezwały się we mnie sentymenty!

piątek, 17 maja 2013

Matematyczne wywody


...czyli określenie, które pojawiło się w treści ostatnio przeczytanej przeze mnie książki, która zajęła mi sporo czasu (3 dni), bo po prawie każdym akapicie musiałam zatrzymać się na chwilę, przyjrzeć niedopitemu piwu i zrozumieć to, co właśnie przeczytałam.
[wspomnę, że rozpoczęłam czytanie pijąc samotnie w smutnych okolicznościach: graliśmy w laser game. super snajper saBina zajęła drugie miejsce na 16 osób. powód do dumy? ech... a z kim przegrałam? tak, z samcem alfa. moja męska duma płakała]

Jakaż to książka skłania Binę do długich refeleksji? Ach! Książka o matmie. Analfabetyzm matematyczny i jego skutki. Czad! Autor, John Allen Paulos, rozwodzi się nad ludźmi, którzy matematyki nie lubią (bo jej nie rozumieją) i o tym, jak łatwo ich w związku z tym nabrać, naciągnąć i zaskoczyć. Głupie? To nie czytaj.

Ile osób potrzeba, aby mieć stuprocentową pewność, że żadna z nich nie urodziła się tego samego dnia roku? 366. Prosta sprawa: 365+1 [autor nie uwzglęnia lat przestępnych i 29 lutego]. A ile osób wystarczy, żeby mieć 50% pewności? 183? Niespodzianka, wystarczy 23. Można to obliczyć z rachunku prawdopodobieńswa w dość łatwy sposób. Nie przytoczę teraz jak, bo to nie moja rola. W dwudziestotrzyosobowej klasie jest 50% szans na to, że dwoje dowolnych uczniów będzie miało wspólne urodziny (ale niekoniecznie z tobą - ludzie często błędnie to interpretują). 50% szans to tylko połowa, więc oczywiście wcale nie musi się tak zdarzyć - tak jak po wypadnięciu dwóch reszek z rzędu wszyscy obstawią, że teraz to już na sto pro będzie orzeł. A orzeł ma szanse niewiększe od kolejnej reszki. Mowa tu o złudzeniu hazardzisty. No właśnie, a czemu w Lotto obstawimy chętniej 5, 12, 25, 29, 37 i 44 niż 1, 2, 3, 4, 5, 6? Obie kombinacje pojawią się z jednakowym prawdopodobieństwem.


Ok, to było dość... matematyczne. Teraz trochę z innej strony: rozumienie matmy przydaje się nawet tam, gdzie byśmy się tego nie spodziewali. To wcale nie taka nieżyciowa nauka, jak uważają uduchowieni humaniści. Pozwala między innymi nie dać się zaskoczyć zbiegom okoliczności. Twoja koleżanka chodzi do klasy z córką twojej dentystki. Świat jest taki mały! Niesamowity zbieg okoliczności! E tam. Autor jest Amerykaninem i używa danych dotyczących USA - mi z Polską pójdzie nawet łatwiej. Załóżmy, że każdy z nas zna około 1000 osób. Wydaje się sporo, ale liczmy nie tylko rodzinę, przyjaciół czy ludzi z fejsa, ale i bardzo odległych znajomych - tych, których widujemy raz na rok, albo mówimy dzień dobry - sąsiad z góry, cała klasa 3b, pani alergolog, mąż nauczycielki śpiewu, kasjerka z osiedlowego sklepu. Licząc w ten sposób dojdziemy spokojnie do tysiąca. Mnożąc to razy kolejny tysiąc, a potem jeszcze raz, otrzymamy liczbę wielokrotnie przekraczającą liczbę Polaków (właśc.: mieszkańców naszego kraju). Oznacza to w praktyce, że z każdym mieszkańcem naszego kraju łączą nas najwyżej dwie osoby. Zaskakująca informacja, że twój kumpel był kiedyś na obozie prowadzonym przez żonę faceta, z którym ucinasz przypadkową pogawędkę w pociągu okazuje się nagle czymś normalnym. Nie jest niezwykłe, że te osoby się znają, ale świętować należy fakt, że podczas rozmowy udało wam się znaleźć odpowiednią parę osób spośród 10 000 ludzi [twój tysiąc razy jego tysiąc]. Jasne, to tylko statystyka, niekoniecznie z każdym łączy cię taki związek... Chodzi po prostu o to, że takie przypadkowe znajomości powinny dziwić tylko matematycznego analfabetę.

Doradca inwestycyjny podaje ci 6 razy z rzędu dobrą prognozę, za siódmą życzy sobie hajs. Zapłacisz? Tak, bo najwidoczniej jest dobry. A co, jak okaże się, że w pierwszym rzucie do połowy osób napisał, że kurs pójdzie w górę, a do drugiej, że spadnie? Cóż, w połowie przypadków na pewno będzie miał rację i potem tą pulę osób znów podzieli na pół i powtórzy zabieg. Po sześciu podziałach zostanie mu oczywiście tylko niewielki procent klientów. Niewielki, ale znaczący, jeśli nagle zaczniemy ściągać z nich gruby hajs.

No właśnie, a wróżbici? Znani ze swoich świetnych, trafnych przepowiedni. Właśnie, te dobre sa nagłaśniane, a te kompletnie błędne jakoś nie bardzo, dlatego potem mamy tendencję do kojarzenia tego, co się sprawdziło. Naciągamy rzeczywistość, by pasowała do horoskopu... a potem okazuje się, że nie ma żadnego związku między datą urodzin a cechami charakteru.

Czy w kosmosie istnieje życie? Prawdopodobnie. Dlaczego więc nie spotkaliśmy jeszcze na naszej drodze żadnych kosmitów, dlaczego na Ziemi nie wylądował jeszcze żaden spodek? I znów, spójrzmy od matematycznej strony. Cywilizacje są rozproszone w czasie, niewykluczone więc, że życie istniało wcześniej lub będzie istnieć po nas. Załóżmy, że średni czas trwania zaawansowanych form życia wynosi 100 milionów lat. Są równo rozproszone w historii naszej galaktyki - 12/15 miliardach lat. Oznacza to, że w dowolnej chwili istnieje potencjalnie około 10 000 gwiazd, na których rozwinęły się takie formy. Sporo? Cóż, średnia odległość między nimi to około 2000 lat świetlnych {19 bilionów kilometrów (właśnie, czy zdajecie sobie sprawę, że milion sekund zlatuje w zaledwie 11,5 dnia a miliard w 32 lata? Bilion sekund temu wymarli Neandertalczycy, ta liczba jest olbrzymia!)}. Cóż, pomijając ciężką do sforsowania odległość, nie zakładajmy, że kosmici chcieliby [i mogli] się z nami spotkać. Mogą być na przykład mało ruchliwymi, ciepłolubnymi chmurami gazu, a nie zielonymi stworkami.


Nie wszyscy [a wręcz zaskakująco mało osób] ogarniają, że 50% mniej niż 100 to 50, ale, że 50% więcej to tylko 150, a nie 200. Albo obniżając cenę sukienki o 40% a potem o tyle samo ją podwyższając wcale nie wrócimy do pierwotnego wyniku [bo potem bierzemy 40% z mniejszej kwoty, co naturalnie daje mniej]. Podobno kobiety w Stanach zarabiają średnio 59% tego, co mężczyźni. Feministki, zanim chwycicie za widły, zapytajcie autora szacunku, co w ogóle oznacza ta liczba? W jakim czasie? Czy uwzględniono, że kobiety zazwyczaj pracują mniej i szybciej odchodzą na emeryturę? Wybierają gorzej opłacane zawody niż mężczyżni? Że ich plany zawodowe są zazwyczaj krótkoterminowe, rzadziej doczekują się wyższych (i lepiej opłacanych) szczebli kariery? O tym nikt nie pomyślał publikując tę liczbę.

Nigdy nie uważałam, że matematyka jest nieprzydatna w życiu, wręcz przeciwnie - ta książka dostarczyła mi jednak nowego spojrzenia na niektóre sprawy. I znalazłam cytat nieźle pasujący do mnie, mimo, że nie sklasyfikowałabym siebie jako matematyka:

Matematycy, co nietrudno zauważyć, odznaczają się specyficznym poczuciem humoru (...). Cechuje ich skłonnośc do brania wszystkiego dosłownie; ta dosłowna interpretacja bywa często niezgodna z powszechnie przyjętą i przez to komiczna. Lubują się w sprowadzaniu do absurdu (logicznej operacji doprowadzania każdego założenia do jego skrajnej postaci) i w różnego rodzaju grach słownych.

Łatwiej jest naśladować głupstwa, przymykając oczy na niedorzeczności, niż myśleć.
Wiliam Cowper

Czekam na komentarze, jaka to matma jest beznadziejna.

wtorek, 14 maja 2013

100

Oto setny wywód, który publikuję. Setny! Zleciało... Napłodziłam. Nie pomyślałabym, tym bardziej, że oczywiście nie pamiętam, nad czym się rozwodziłam 2 miesiące temu, a zaglądając do postów z sierpnia zastanawiam się, kto to pisał.

W ramach małej podróży sentymentalnej zamieszczam stare nagłówki. Teraz w końcu postawiłam na minimalizm, pierwszy raz. Miałam już dość zdjęć i obrazków.




Z ostatnim, powyższym nagłówkiem nadeszła era "oczojebne tło" w trzech wydaniach. Małe próbki:

Nie będę kolejny raz się rozpisywać, że od 31 lipca (daty założenia moich wywodów) zmieniłam kompletnie nastawienie do blogowania, poznałam ciekawych ludzi i rozkręciłam się w pisaniu, bo o tym już wiecie. Powiem, że na pewno nie zamierzam stąd znikać.

Komentując dziś blogi mój latop złapał swoją typową fazę, zarzucił blue screenem i się zresetował. Po ponownym uruchomieniu wskazywał datę 22 czerwca (przez moment pomyślałam, że przegapiłam Rolanda Garrosa, nie wiadomo kiedy). Szybko zorientowałam się, że dalej jest 6 maja (jak zwykle piszę posty z wyprzedzeniem). 22.06 jest jednak datą urodzin mojej mamy, komputer chyba sugeruje mi, żebym zorganizowała jakiś świetny prezent i imprezę. Rozważę.

Bredzę dzś bez tematu przewodniego, jak widać świetnie mi to idzie. Nie muszę gadać o czymś, ja mogę po prostu gadać. Dobra, wystarczy. Nie chcę, żebyście się czuli jak ludzie, którzy mojej paplaniny słuchają (no właśnie, a to gorzej niż czytać) na co dzień, więc idę zjeść czekoladę z okazji setnego posta.

Ach, jednak nie. Postanowiłam pokazać się w ruchu i trójwymiarze i dać Wam niepowtarzalną okazję do usłyszenia mojego aksamitnego głosu. Już od jakiegoś czasu rozważałam zamieszczenie jakiejś mojej produkcji, ale nie chcę zaczynać przygody z vlogiem. Zagrałam jednak w poniższym, 13-sekundowym filmiku. Jest on jednym z blooperów powstałych podczas realizowania szkolengo projektu mojej siostry. Stąd wynika mój dziewczęcy strój, kapelutek i brak najeczek - pewnie nawet nie wierzycie, że to ja.

Sytuacja przedstawiona w filmie jest esencją binowatości. Z kadru trzeba było usunąć karton soku... To jest po prostu definicja mnie. Enjoy.


Transkrypcja

Binsiostra: widać ten sok!
Bina: mogę go przekopać... no to ok, przekopię go.
3-letnie baleriny z Primarka: *klap klap*
______________

Binsiostra: hahahahhHAHHAHAHAHAHAH
Bina: policja do mnie idzie.
______________

REPLAY. REPLAY. REPLAY. REPLAY. REPLAY. REPLAY. REPLAY. REPLAY. REPLAY. REPLAY. REPLAY.

sobota, 11 maja 2013

Bez makijażu


Czy Wy naprawdę musicie się codziennie malować?

Lubię przeglądac blogi o makijażu. Chętnie szukam inspiracji, gapię się na idealnie narysowane kreski, jaram się niesamowicie ozdobionymi paznokciami (pokłony dla Puszki!) i konsultuję się, który tusz lepiej kupić. Autorki tych blogów (zazwyczaj) znają się na tym, co robią. Prezentują ciekawe makijaże... po czym w odpowiedzi na pytanie zadane przez inne blogerki "Bez czego nie wyszłabyś z domu?" odpowiadają... "Bez makijażu". 

To mnie przerasta.

Jetseście młode i piękne, dlaczego odczuwacie potrzebę wiecznego posiadania podkładu na twarzy? Czy wyjście do sklepu na osiedlu wymaga pełnej tapety? Wasza gładka skóra nie wymaga nakładania nieograniczonej ilości specyfików, zwłaszcza w zbyt ciemnych kolorach.

Dlaczego to robicie? Makijaż dodaje Wam pewności siebie? Czy Pan Staś z warzywniaka inaczej na Was spojrzy, gdy będziecie miały makijaż? Rozumiem, że malujecie się idąc na imprezę czy spotkanie ze znajomymi - w towarzystwie chcemy ładnie wyglądać. A dlaczego? Żeby bardziej podobać się innym. Pojawia się pytanie - czy w makijażu rzeczywiscie wyglądamy ładniej? Czy widoczny podkład to atut? Czy konieczność kontrolowania makijażu co jakiś czas w łazience i brak mozliwości potarcia oczu to wygoda?

Wychodząc na spotkania z ludżmi zazwyczaj nakładam odrobinkę podkładu, żeby zakryć jakieś czerwone cosie, rysuję kreskę, tuszuję rzęsy i maluję usta pomadką. Całość zajmuje mi 5 minut, podnosi moje samopoczucie i nie daje efektu "tapety". Nie maluję się za każdym razem i nie wyobrażam sobie nałożenia podkładu na całą powierzchnię twarzy, a co dopiero przysypania go pudrem. Czasem trafiam na ulicy na dziewczyny, których nie widać spod tapety. Czy one naprawdę myślą, że tak wyglądają korzystniej? Że facetom tak się bardziej podoba? Hmmm. Samiec Alfa twierdzi, że najlepiej wyglądam bez żadnego makijażu, najlepiej jak jestem zarumieniona. "Kłamie", twierdzi moja szczera i okrutna siostra. Ja też nie do końca się zgadzam, moje rumieńce nie są atrakcyjne. Jeśli jednak taką właśnie chce mnie widzieć Samiec Alfa, ostatnio nie maluję się wcale, nawet na imprezy. I w łazience w klubie nie muszę instalować na nowo eyelinera, mogę za to jak biały człowiek umyć spoconą twarz. Świetne uczucie!
pozdrawia nieumalowana Bina

Do pracy muszę się malować. Zadziwia mnie to, nie wiem, dlaczego chcą z nas zrobić armię identycznych laleczek. Podkład, róż, czerwona szminka, podkreślone oczy, maskara. Nakładam tylko trochę podkładu, szminkę mam stonowaną, różu nawet nie posiadam. I nie chcę.

środa, 8 maja 2013

Pan Mózg

Czy twój mózg również żyje własnym życiem, kompletnie nieskory do współpracy?

Piszesz sobie w spokoju test, zaznaczasz odpowiedź, ale Szanowny Wszechwiedzący I Wszędzie Muszący Wtrącić Swoje Trzy Grosze Pan Mózg wysyła ci właśnie projekcję małpy huśtającej się na linie. Wizja interesująca, dopóki nie przyłapiesz się na tym, że od pięciu minut zamiast zajmować się czymś ważnym, ty podchwyciłeś gierkę i wyobrażasz sobie kolejne detale małpy. Dociera to do ciebie, opieprzasz mózg za te bzdety i wracasz do testu. Zaznaczasz dobrą odpowiedź, tak, na pewno się tego uczyłeś i tak właśnie jest. Wybrałaś B? To przecież jest D, głupia parówo, szepcze mózg. Zaczynasz się drapać po głowie, aż w końc ulegasz - mózg to mózg, na pewno ma rację. A ten cwaniak już tylko zaciera ręce na widok profesora sprawdzającego twój test: och, było dobrze, szkoda, że przeprawiła na złą odpowiedź.
Najlepiej i tak jest nocą. Wiesz, że jutro wydarzy się coś ważnego: egzamin, impreza, konieczność wykonywania wysiłku umysłowego we wczesnych godzinach porannych. Musisz zachować trzeźwość myślenia, a przynajmniej zdrowy, świeży wygląd. Kładziesz się spać o nader wręcz przyzwoitej porze, a Pan Mózg podpiera głowę jedną ręką, patrzy na ciebie z góry i zaczyna zadawać swoje irytujące pytania. Nauczyłaś się na pewno wszystkich działów? Spakowałaś długopis? Czy te leginsy na pewno nadają się na takie wyjście? Nie zmarzniesz? Nie narobisz sobie wiochy? A co z długiem? Może wierzycielowi nie będzie się chciało czekać do jutra, masz jeszcze 27 minut dnia opatrzonego dzisiejsza datą, zdobądź lepiej pieniądze, teraz teraz teraz TERAZ

(Już) nie tonę w długach, ale takie myśli czasem mi towarzyszyły. Dzięki mózgu, prościej jest zestresować mnie i nie dać mi spać niż zadbać o to, bym jutro na zajęciach była w stanie uważać.Później mózg oczywiście kręci głową i pyta: czemu jeszcze nie śpisz, przecież jutro ważny dzień! Od dwóch godzin przewracasz się spanikowana po łóżku, może w końcu zaśniesz? Och, śni ci się coś cudownego, czekaj, dorzucę trochę Slendermana, łap. Co, i tak ci się podoba? No to się lepiej obudź, chyba dawno nie byłaś w łazience. Byłaś? A, to sorry. Pamiętasz jeszcze sen? Ja też nie, LOLCóż za przewrotny cham.

niedziela, 5 maja 2013

Bez nudy

Część z Was zainteresowała się, gdzie pracuję, postanowiłam o tym napisać.

Pracuję wszędzie.

Jestem hostessą. Zaczepiłam się w agencji, która swoim "prestiżowym" klientom dostarcza hostessy na różne wydarzenia. Hostessy robią wszystko, od obsługiwania recepcji lub szatni, przez wydawanie plakietek uczestnikom konferencji, reklamowanie czegoś jeżdżąc na segwayu aż po bycie modelkami. Pracują w bardzo różnych miejscach i godzinach - obsługują salony, konferencje, wydarzenia sportowe, ekspozycje czasowe. Dostają 'seksowne' uniformy, zazwyczaj oczywiście za duże, uśmiechają się i mówią dzień dobry, proszę, dziękuję, miłego dnia. Praca zazwyczaj sprowadza się do konieczności godnego reprezentowania agencji przez wbicie się w mundurek, związanie włosów i naprawienie ryja (obowiązkowy makijaż! to mnie dobija. na szczęście zasady są po to, by je łamać) i wykonywania powierzonych czynności: wydawania płaszczy, zakreślania nazwisk na liście czy nawet rozdawania ulotek.


Nie, nie jest to ciężka praca ani fizyczna, ani umysłowa. Jest jednak ciekawa. Obsługujemy spore wydarzenia, obserwujemy od kuchni różne wystawy, spotykamy nadzianych Amerykanów usiłujących powiedzieć bonżur. Wchodzimy do miejsc, do których normalnie nie miałybyśmy wstępu, poznajemy multum ludzi, jeździmy na segwayach, czyli tym, na czym każdy zawsze chce się przejechać i pyta, jak to działa. Przyznam, że tę misję wspominam naprawdę nieźle. Segway okazał się być świetną zabawą, opanowanie skilla zajęło 10 sekund, a jeżdżenie było naprawdę czadowe. W pobliżu wystawy, którą reklamowałyśmy była ekspozycja "Salon Seniora", którzy to uwielbiali pakować nam się pod koła. Hmmm... Mamy sporo intrygujących zajęć. No i oczywiście dostajemy za to wszystko pieniądze.


Lubię być hostessą. Przy niewielkim wysiłku (choć paradowanie 12h w szpilkach nie należy do moich hobby) całkiem nieźle się bawię. Nie rozumiem dziewczyn, z którymi pracuję. Agencja jest olbrzymia a rzeczy do roboty mnóstwo, za każdym razem trafiają mi się więc nowe koleżanki. Ciągle narzekają. Pracujemy za minimalną stawkę, która jednak jest niesamowicie wysoka porównując do naszych 10 zł za godzinę. Gdybym miała za "psie pieniądze" siedzieć codziennie po kilkanaście godzin w biurze na rozmyślaniach, jak bardzo nie realizuję się w życiu, też prawdopodobnie narzekałabym na pracę. Tu jednak jestem wśród ludzi, mam okazję sporo zobaczyć i pogadać z obcokrajowcami. Zawsze gdzie indziej i z innymi osobami. Po co zamulać? Uśmiechy często są odwzajemnione, gdy pokazuję swoją postawą, że jestem szczęśliwa, ludzie się cieszą. To nie jest ciężkie, a od razu wszystkim jest odrobinę lżej.

Jak zawsze, zdarzają się i nieprzyjemne momenty. Rozdawałyśmy ulotki. Moja koleżanka chciała wręczyć jedną przechodzącej kobiecie. Tamta oburzyła się, że już przed chwilą ktoś próbował jej wcisnąć takiego śmiecia, ile ona razy ma powtarzać, ze tego nie chce... Zaczęła się naprawdę drzeć. Współczuję jej mężowi (o ile istnieje). Na zakończenie swojej przemowy rzuciła ironicznie: "jakie w ogóle studia trzeba skończyć, aby mieć taką pracę?!" i odmaszerowała. Ciekawe zjawisko, zważywszy na fakt, że jest to praca najbardziej rozpowszechniona wśród dorabiających studentów. Nie zrozumiem ludzi przepełnionych nienawiścią.

Studiuję zaocznie, co zapewnia mi mnóstwo czasu na pracowanie. Gdy Wy piszecie, że zbliża się sobota i wreszcie odpoczniecie, ja daję się zatrzasnąć na 2 dni w murach uczelni. W co drugi weekend. Żyję trybem wakacyjnym, jeśli chodzi o nazewnictwo dni tygodnia: wyróżniają się dwie soboty i niedziele w miesiącu... Każdy inny dzień też się wyróżnia: kto wie, kiedy trafi mi się expo, kiedy Luwr, a kiedy dzień wolny? Odpowiada mi to. Zero wykańczającej monotonii.

czwartek, 2 maja 2013

Kwiecień (w obiektywie) - podsumowanie

Stało się! Nieprzekonana do fotografii Bina dała się namówić i wzięła udział w projekcie Kaa. pt. Kwiecień w obiektywie.

Codziennie robiłam zdjęcia, gdy było więcej niż jedno to wybierałam najciekawsze i wszystko zamieszczałam tutaj. Postanowiłam "profesjonalnie" podejść do tematu. Nie mam lustrzanki ani niczego podobnego, więc zdjęcia robiłam swoim Sony Ericssonem. Jakość nie powala, ale przynajmniej mogłam zrobić zdjęcie zawsze, gdy chciałam - telefon jest oczywiście na pierwszym miejscu listy rzeczy zabieranych wszędzie. Zdjęć nijak nie przerabiałam, co było dla mnie nowością. Zostały jedynie trochę zmniejszone.

wszystkie zdjęcia są >TU<
zachęcam do obejrzenia

15
7

Kwiecień był dla mnie łaskawy. Znalazłam nową pracę, więc hajs się będzie bardziej zgadzał. Na uczelni moje projekty szafki nocnej i baru zyskały aprobatę profesorów. Świętowałam poczynienie kolejnego, dwudziestego pierwszego już kroku w stronę grobu. Zawitałam w Warszawie, gdzie spotkałam się z przyjaciółmi. Dałam upust swojemu wielkiemu artystycznemu talentowi, robiąc różne bohomazy, a nawet mozaikę Mario. Cieszyłam się pierwszymi upalnymi dniami, byłam tu i tam, spędzałam czas z bliskimi. Załapałam się nawet na dość przypadkowy koncert.

10
1

Zdjęcia przypominają mi, co rzeczywiście miało miejsce. Dokąd akurat zmierzałam, co robiłam, z kim byłam. Z kim! No właśnie. Przeglądając swoje zdjęcia byłam zadowolona, że są naprawdę różnorodne, dopóki nie zorientowałam się, że brakuje portretów albo jakichkolwiek innych fotografii, na których znajdowaliby się ludzie. Fragmenty mnie i przypadkowych przechodniów się nie liczą, powinnam była robić zdjęcia osobom, z którymi przebywałam. Oglądając fotografie innych uczestników(-czek?) projektu stwierdziłam jednak, że prawie żadna tego nie robiła. A szkoda!

22
21

Nie zjadłam żadnego burgera. Gdyby było inaczej, na pewno byłaby tu jego fota. Miesiąc burgerowego detoksu, jestem z siebie dumna.

Zobaczymy, co przyniesie maj.
Blog Widget by LinkWithin