sobota, 22 czerwca 2013

Czy tylko ja...?

Często stawiam sobie wyzwania. Nie mówię teraz o poważnych celach i przezwyciężaniu własnych słabości, ale o codziennym zmaganiu się ze sobą i... z odtwarzaczem muzyki.

Idziesz ulicą. Mijasz samochody, furtki, ludzi... I nie możesz się powstrzymać, musisz dorzucić trochę adrenaliny, urozmaicić swój szary dzień! Włączasz piosenkę. Leci, rozkręca się... niedługo refren. Stawiasz sobie wyzwanie: w momencie, gdy zacznie się refren, muszę już być za rogiem! Oceniasz odległość i przyspieszasz. Zdążasz. Uf, to było proste. Nie musiałam nawet wydłużać kroku. O nie, szybko! Przed drugą partią refrenu muszę już mieć ten samochód za sobą... Szybko, szybko... uff! Ludzie dziwnie patrzą, bo znienacka przyspieszam, by potem z triumfalnym gestem znów zwolnić. Dobrze mi dziś idzie, pora podnieść stawkę. Jutrzejszy egzamin będzie trudny. Zdam go. Zdam... jeśli przed partią Snoop Dogga będę na kostce brukowej. O nie, ostatnie sekundy! Skok! Yes, zdam egzamin.

Napisałam to, co myślałam, ale teraz się zastanawiam, czy to opublikować. Hmmm, oczywiście, że opublikuję. Zaskakująco często piszę dziwne wywody, a potem dowiaduję się od Was, że nie tylko ja tak mam. To dodaje mi odwagi. Każdy z nas robi rzeczy, które wydają mu się charakterystyczne tylko dla niego, a potem okazuje się, że wszyscy mają takie zboczenia. Włączasz komputer dużym palcem u nogi, bo nie chce ci się schylać. Omijasz pęknięcia na chodniku. Sporo z tych zachowań jest dziecinnych, ale ja z nich nie wyrosłam i chyba nie wyrosnę. Lubię sobie urozmaicać chociażby powrót z uczelni.

A teraz szybko, przed końcem piosenki trzeba znaleźć ilustrację do posta!

Ok, jest. Trochę nie na temat, ale takie street artowe znalezisko dało mi ostatnio do myślenia.
Zabawię się też po długiej przerwie w Liebstera, do którego nominował mnie Toudi.

1. Gdzie chciałabyś się znaleźć za 10 lat?
W Los Angeles! Nie, czekaj. Tam chciałabym się znaleźć o wiele wcześniej. Hmmm, na pewno w miejscu, w którym jeszcze nie byłam!

2. Jakie było Twoje największe marzenie z dzieciństwa?
Zostać dżokejką i zawodowo jeździć konno. Brrr.

3. Jacy ludzie wzbudzają w Tobie odrazę?
Ci, z którymi kompletnie nie mogę się dogadać, bo nadają na innych falach... Męczą mnie i uciekam od nich jak najdalej.

4. Twoje trzy ulubione piosenki?
Och, właśnie leci u mnie "The Recipe" Kendricka Lamara, o której już kiedyś :tutaj: pisałam. Wymieniłabym jeszcze "Romeo and Juliet" Dire Straits i "Lovesong" The Cure, ale nie wiem, czy to są moje ulubione piosenki.

5. Gdzie byłaś w wakacje 5 lat temu?
Dat question! Nurkuję do folderu "zdjęcia" na kompie... Pustka. Dziwne. Chyba w Chorwacji.

6. Jaki jest Twój ulubiony kolor?
Jeden?! Czarny, pomarańczowy, różowy... Nie wiem, wszystkie ładne!

7. Ulubiona książka?
Analfabetyzm matematyczny i jego skutki, saga o Harrym. /ale ja dziś bredzę/

8. Jesteś przeciwko islamizacji Europy?
Tak.

9. Ulubiony aktor i aktorka?
Christoph Waltz i nie wiem.

10. Wysłałaś w dzieciństwie list do hogwartu?
Żartujesz? To Hogwart wysłał do mnie!

11.  Umiesz grać na jakimś instrumencie?
W podstawówce grałam na cymbałkach. Ok, nie umiem.
Ściskam! Idę jeść.

środa, 19 czerwca 2013

Moc podróży

Ostatnio stosunkowo monotematycznie u mnie, ale jestem mega wkręcona w podróżowanie! Piotr z bloga Peregrino.pl podesłał mi ostatnio świetny link - zwiastun filmu Damiana Wolfa Wagabundy. Jest to dokument opowiadający o samotnej podróży autostopem po krańcach świata. Jak miałam się nie zainteresować? Wagabunda zabrał namiot i ruszył zdobywać Amerykę Południową... Niesamowite. Do podróżowania wystarczy chęć. Film opowiada o mężczyźnie, którego podróż zmienia. Przeżywa wesołe chwile i ciężkie momenty, poznaje niesamowitych ludzi. Zderza się z inną rzeczywistością. Podróż jest doświadczeniem, które staje się naszym największym wspomnieniem i po prostu mocno na nas wpływa. Damian wykazał się niesamowitą odwagą - zdecydował się na samotną podróż, rozbijał obóz w przypadkowych miejscach... Dziękuję bardzo Piotrze za przesłanie mi trailera, nie mogę doczekać się całego filmu! Mega inspirujące. Nie w pogoni za pieniędzmi, a w pogoni za marzeniami.

Zachęcam do obejrzenia! Super.

Filmik oczywiście sprawił, że zaczęłam myśleć nad swoją wielką podróżą, która oczywiście nie będzie aż tak wzbogacająca jak samotne włóczenie się po Patagonii, ale na pewno będzie największym podróżniczym wyzwaniem, jakie podejmuję do tej pory :czytaj o podróży:. Będę się błąkać zaledwie przez 2 tygodnie. W tym momencie jestem prawie pewna, że będę miała towarzystwo. I oczywiście nie będę rozbijać namiotu przy autostradzie pod Berlinem, tylko będę przekonywać sympatycznych Couchsurferów do przyjęcia mnie pod swój dach. Na "Kałczu" jestem od dawna, ale dopiero gromadzę pierwsze doświadczenia dotyczące spania u innych. Hm, przesadziłam - jeszcze nawet nie zaczęłam. W weekend wybieramy się z S.αlfa do Porto... I okazuje się, że ciężko jest znaleźć kogoś, kto ma dostępnego kałcza. Czynników działających na moją niekorzyść jest kilka: Porto jest małym miastem, więc siłą rzeczy nie ma w nim milionów Couchsurferów, na dodatek jesteśmy parą, czyli grupą osób, na którą użytkownicy serwisu patrzą, nie wiedzieć czemu, dość nieprzychylnie. Wysłałam parę zapytań, potem kolejnych kilka, a potem... dużo. Efekty były różne, S.αlfa wtrącił swoje 3 grosze i z mojego profilu wysyłał ludziom najrozmaitsze głupoty. Ostatecznie znaleźliśmy parę różnych osób, które chętnie przyjmą nas pod swój dach. Super! Skoro w utrudnionych warunkach udało nam się to załatwić, to podczas wakacyjnej podróży nie powinno być najmniejszych problemów. Jej, ale będzie szał!

Ale najpierw podsmażę się w Portugalii. Ha!

sobota, 15 czerwca 2013

Bogini sportu Ewa Chodakowska

Ewa Chodakowska. Nie będę przedstawiać. Od dłuższego czasu zastanawiało mnie, jak to możliwe, że jedna osoba jest w stanie tchnąć sportowego ducha w tyle młodych kobiet? Żadnemu wuefiście nigdy się to nie udało. Musiałam przekonać się na własnej skórze... Ale od początku.

Do wywodów o Chodakowskiej natchnął mnie W.W., piszący o niej :tutaj:. Cóż to za fenomen? Gdy usłyszałam pierwszy raz o Ewie, wpuściłam jej nazwisko jednym uchem, a wypuściłam drugim. Nie pierwsza i nie ostatnia laska, która postanowiła stworzyć jakiś fenomenalny kanał na YouTube. Powszechne blogowe zainteresowanie jej osobą skłoniło mnie jednak do poszukania źródła tego szału. Kopałam i się dokopałam. Hejterów oczywiście nie brakuje. Ewa ponoć na niczym się nie zna, a jej programy wcale nie są autorskie - podpatruje ćwiczenia dobrych, ale mało znanych trenerów i układa z nich swoje 45 minut. Ba, nie ona, tylko cały jej team opatrzony marką "Ewa Chodakowska". Sama Ewa jest tylko laleczką robiącą ćwiczenia na pokaz. Jest wysportowana, ma to oczywiście pozytywny wpływ na odbiorcę. Jest ładna i miła, chwali, zachęca. Bomba! Aż chce się ćwiczyć.

Mi też się zachciało. Zaczęło się za sprawą mojej przyjaciółki, która ćwiczy z Ewą. To ona sprzedała mi sporą część niusów o tym, że Ewa kasuje komentarze na YouTube, bo nie zna odpowiedzi na pytania trapiące jej fanów, układa beznadziejne diety i trzepie hajs na prezentowaniu swojej lansbauns opaski magnetycznej (?) na początku każdego treningu. Zapytałam więc, dlaczego w takim razie ćwiczy z tą podłą oszustką Ewą. Powiedziała, że po prostu tak jest jej łatwiej. Ewa do niej mówi, chwali ją, daje rady. W ten sposób lepiej się mobilizujesz niż czytając "zrób 10 przysiadów, 3 pompki i 5 brzuszków". Cóż, zgodzę się. Zainteresowałam się ćwiczeniem z Ewą... Byłam po prostu ciekawa, jak to wygląda. Nie dowiesz się, póki nie spróbujesz.

Zaczęłam od skalpela. Zrobiłam wszystkie ćwiczenia. Wkurzało mnie, że Ewa mówi "szest" zamiast "sześć", ale poza tym wszystko przebiegło pomyślnie. Ewa ma super ciało (które ponoć o wiele bardziej podoba się dziewczynom niż facetom), miły głos, daje niezłe rady. Hmmm, tu zaczynają się problemy. "Odseparuj tę część ciała, która ćwiczy. Nie ruszaj tułowiem, rusza się sama noga" - rzuca Ewa, machając korpusem na wszystkie strony. "Podczas przysiadu linia kolan powinna znajdować się równo nad stopami" - zapowiada Ewa, której kolana znacznie wyprzedzają stopy. Trochę słabo. To potwierdzałoby opinie, że w gruncie rzeczy trener z niej kiepski... Nie mówię, że potrafię zrobić jej ćwiczenia lepiej od niej, ale ja przynajmniej nie wrzucam do neta swoich boskich 'autorskich' programów.

Polubiłam Ewę. Zostawmy kłótnie, czy jest dobra, czy zła, mądra, czy głupia, brzydka, czy ładna, goniąca za hajsem czy nie. Ona jest po prostu spoko. W jakiś magiczny sposób zachęciła całą rzeszę moich koleżanek do ćwiczeń. Internet oszalał, każda dziewczyna pragnie mieć teraz boskie ciało na wakacje i katuje się 3 razy w tygodniu z Ewą (przynajmniej w teorii, bo gubienie motywacji z upływem czasu to kompletnie inna sprawa). Chodakowska robi się coraz popularniejsza, jej drużyna bogatsza, a dziewczyny szczuplejsze. Każdy zadowolony!


Z Ewą czy bez, jestem gotowa na lato.

No, czas na burgera i czekoladę.

środa, 12 czerwca 2013

Autostop - wstępny zarys

Jak wspominam regularnie od dwóch tygodni :czytaj tutaj:, w wakacje pojadę w podróż autostopem. Stwierdzenie "zawsze o tym marzyłam!" byłoby kłamstwem, ale pod wpływem ostatnich wydarzeń doszłam do wniosku, że taka wycieczka to plan idealny.

$$$ Co, gdzie, jak?
W połowie lipca będę w Warszawie. Pragnę wrócić do Paryża stopem. Nie tylko pokonać trasę między tymi dwoma miejscami, ale sporo nadłożyć drogi i zwiedzić Berlin, Amsterdam i Brukselę. Na całość przewiduję około dwóch tygodni. Trasę podzielę na mniejsze odcinki, ale o tym później.


$$$ Dlaczego autostop?
Zero nudy, emocje, adrenalina... znajomości! I, co niestety dla ubogiej studentki jest dość ważne, podróż za free. Nie da się ukryć, że to olbrzymia zaleta. Jasne, jestem świadoma, że mogę utknąć w deszczu przy drodze na 3 godziny albo pokonać odcinek 50 km w nieskończoną ilość czasu i z nieskończoną ilością kierowców. Zakładam jednak, że w przypadku niezbyt długich odcinków na autostradach nie powinno być ciężko - a właśnie autostradami będę podróżować. Porady czerpię z bloga Laveny.


$$$ Dlaczego Couchsurfing?
O CSie pisałam już z milion razy :sprawdź tu:. Serwis dla podróżników - poszperaj dobrze, a znajdziesz kogoś, kto podczas twojej desperackiej podróży zechce ugościć cię pod swoim dachem.
No więc, dlaczego Couchsurfing?
Zero nudy, emocje, adrenalina... znajomości! I, co niestety dla ubogiej studentki jest dość ważne, nocleg za free. Nie da się ukryć, że to olbrzymia zaleta. Jasne, jestem świadoma, że przeczesywanie strony długo trwa i trzeba się czasem nieźle napocić, żeby znaleźć gospodarza, ale wiem, że dam radę. Jestem spontaniczna, ale nie zamierzam obudzić się z ręką w nocniku - wolę uniknąć sytuacji, w której przyjeżdżam zmęczona o 23.30 do Brukseli i nie mam gdzie spać. Zamierzam znaleźć w każdym mieście kilkoro pewniaków, u których będę mogła spać. Na Couchsurfingu nie brakuje rewelacyjnych ludzi, wiem, że się nie zawiodę.

$$$ Przygotowania?
Zabieram plecak. Wygodnie i lekko... Nie potrzebuję wielu rzeczy podczas mojej podróży. Zabieram kartę ubezpieczeniową, telefon, ograniczoną ilość ciuchów na zmianę (liczę na bieżącą wodę i szare mydło w domach gościnnych Couchsurferów), kosmetyczkę, ręcznik, parę groszy na jedzenie (i picie) i trochę niepsującego się prowiantu. Aha, zapomniałabym o gazie pieprzowym.

$$$ Samotnie?
Niewykluczone. Jestem zdeterminowana. Kilka osób deklaruje udział w mojej eskapadzie, na razie jednak nic nie jest pewne. Mam nadzieję, że będzie nas jak najwięcej! Wtedy jednak wycieczka będzie wymagała lepszej organizacji: gdy będzie nas więcej niż troje, będziemy musieli się rozdzielać i odnajdować na kolejnych etapach podróży. Mało kto zabierze tyle osób samochodem albo zapewni im schronienie pod własnym dachem.

$$$ Czy się boję?
Tak. Nie. Nie wiem. Chcę to zrobić. Zrobię to.

$$$ Trasa?
Właśnie dzielę podróż na odcinki na viamichelin

kliknij tutaj, aby zobaczyć

Warszawa - Berlin - Amsterdam - Bruksela - Paryż.
Ha. Super strona. "Jedziesz już dwie godziny, pomyśl o postoju"! Wszystko pięknie policzone. Patrząc na odległości (i racjonalnie studiując mapę) przewiduję postoje (noclegi):
Poznań, Hannover, Lille.
Edytuję trasę, sprawdźmy!

Warszawa - Poznań 309 km (289 autostradą)
Poznań - Berlin 273 km (257 autostradą)
Berlin - Hannover 287 km (269 autostradą)
Hannover - Amsterdam 379 km (354 autostradą)
Amsterdam - Bruksela 219 km (201 autostradą)
Bruksela - Lille 111 km (95 autostradą)
Lille - Paryż 226 km (212 autostradą)

Najbardziej stresujący wydaje się odcinek między Hannoverem i Amsterdamem. Jest najdłuższy, mało "oczywisty" (na pewno większa szansa złapać bezpośredni transport z Berlina do Hannoveru niż z Hannoveru do Amsterdamu), a poza tym nie znam ani niemieckiego, ani holenderskiego. Polski, Belgii i Francji się pod tym względem nie obawiam. Nie wiem, jak ewentualnie podzielić odcinek między Hannoverem a Amsterdamem, nie widzę nic ciekawego po drodze. Cóż, dam radę! To niecałe 400 km, taką odległość pokonuje się w parę godzin. Jak wspomniałam, na podróż mam około 2 tygodni. W Berlinie, Amsterdamie i Brukseli chcę spędzić po 2-3 noce, w pozostałych miastach jedną. Spinam poślady i już wyobrażam sobie małą Binę z kartonem BERLIN♥... Jej, ale będzie przygoda!


Pytania? Opieprz za głupotę? Życzenia? Deklaracja chęci udziału? Piszcie.

niedziela, 9 czerwca 2013

Roland Garros

Nie napiszę nic konkretnego o tenisie, bo zwyczajnie się na nim nie znam. Szkoda, bo gdybym się znała, to przeżywałabym pewnie teraz jakieś niesamowite wrażenia. Turniej Roland Garros dobiega końca, a ja umiem wyróżnić może pięciu tenisistów i trzy tenisistki... To i tak o wiele więcej, niż 2 tygodnie temu.

Czemu w Moich Wywodach o Rolandzie? Praca. Jak wspominałam :tutaj:, jestem hostessą. Zajmuję się milionem rzeczy, tym razem odrobina samozaparcia podczas rozmowy kwalifikacyjnej dała mi uprawnienia do obsługiwania vipów podczas turnieju tenisowego. Recepcja VIP, brzmi dumnie! Nie wiedziałam, co to oznacza. Jak się miało okazać, takim "vipem" może być każdy, wystarczy odrobinę przepłacić za bilet, by otrzymać wstęp do open baru, albo zostać zaproszonym przez jakąś firmę. Panowie vipowie są byle jacy, ale fakt, że nie jest to jednak zwykła recepcja sprawił, że jako uniformy mamy sukienki, pola (haha, pola. śmieszne słowo) i sweterki Lacoste. Muszę przyznać, że nieźle mnie to rozbawiło. Dziwnie się czuję paradując w limitowanej edycji krokodylowych ciuchów, które oczywiście będę musiała zwrócić. Polo Lacoste odbiega od mojego stylu tak bardzo, jak to tylko możliwe, a teraz muszę reprezentować recepcję VIP gigantycznym krokodylem na piersi. Szkoda, że nie z najeczkową łyżwą.

Moja agencja zawsze kładła nacisk na jednolitość i sprowadzenie wszystkich hostess do tego samego poziomu pod kątem fryzury i makijażu, o uniformie oczywiście nie wspomnę, bo to mamy narzucone. Z okazji turnieju wszyscy kompletnie oszaleli: szminkę musimy nakładać tak często, jak trzeba (czyli zdaniem szefowej co godzinę), a żaden włos nie może sterczeć. To nie jest nowa zasada, ale nigdy nie była respektowana. Związałam włosy w eleganckiego tenisowego kuca. Oberwałam za kompletny brak profesjonalizmu. Szefowa (która wcale nie jest żadną szefową, jest po prostu wyróżnioną przez agencję hostessą dzierżącą wszystkie papiery i jest za nas odpowiedzialna. ma około 23 lat, a swoim pedantyzmem i przestrzeganiem zasad kasuję nawet moją matkę. nie wiem, jak można być aż tak ułożonym i wyrównanym pod linijkę w tak młodym wieku) chwyciła za lakier i ulizała moje włosy. Normalnie mam grzywkę, która nagle okazała się być niedozwolona, cały świat ogląda więc od tygodnia moje zakola niczym u 40-letniego faceta. Szefowa była niezwykle dumna ze swojego dzieła. "Znienawidzisz mnie, ale przynajmniej jesteś uczesana"! Rzeczywiście, ja się nawet nie złoszczę. Ja jej zwyczajnie nienawidzę.

Żeby wejść na teren Rolanda musimy mieć akredytację - plastikową plakietkę z naszymi danymi i kodem kreskowym. Jako hostessa mam najuboższy rodzaj akredytacji, nie uprawniający mnie niestety do wstępu na korty ani do darmowego jedzenia w stołówce. Muszę ją jednak zawsze mieć przy sobie: ochroniarze skanują ją podczas wejścia i opuszczania terenu. Zostałyśmy uprzedzone około 38406 razy, że w dniu, w którym zapomnimy zabrać ze sobą akredytacji, nie zostaniemy wpuszczone na teren i możemy pożegnać się z kontraktem. Pfff, rzekła Bina, nie jestem głupia, przecież nie zapomnę tej głupiej plakietki. Chyba nie muszę mówić, co stało się kilka dni później. Gdy w metrze uświadomiłam sobie, że akredytacja spoczywa dalej na moim biurku, a moje idealne wyczucie czasu nie pozwoli mi wrócić do domu i jej zabrać, zmiękły mi nogi. Gdybym wtedy spotkała zboczeńca z poprzedniego posta, już by było po mnie. Zaczęłam się trząść. Nie chciałam zostać wywalona z pracy po 3 udanych dniach (udanych dla nas, cały czas padał deszcz i nie odbył się prawie żaden mecz). Co robić? Muszę jakoś minąć kilkoro ochroniarzy. Jedyne, co przyszło mi do głowy, to bieg. Ostatnio nieźle mi to wychodzi. Dojechałam na miejsce przeznaczenia. Widziałam w oddali bramę, przez którą będę musiała przejść. Nie zastanawiając się więcej postawiłam wszystko na jedną kartę i odpaliłam sprint. Ochroniarz sprawdzający, czy posiadam akredytację nawet mnie nie zatrzymał. Z ochroniarzem skanującym kod kreskowy nie mogło pójść tak łatwo... A jednak! Zobaczył galopującą Binę, wyciągnął swoje urządzonko do skanowania i zaczął otwierać usta, wydarłam się jednak, że byłam już dziś skanowana, minęłam go niczym Usain Bolt, by 30 metrów dalej, zniknąwszy z jego zasięgu wzroku zacząć sobie wypluwać płuca. Moja ściema była kiepska, na nic lepszego nie było mnie jednak stać. Okazało się jednak, że pewność siebie wystarczy, aby wejść gdzieś bez uprawnień. Ochroniarz nie miał żadnych powodów, żeby mnie wpuścić, powinien był wyciągnąć swoją muskularną łapę i mnie przechwycić, żądając okazania plakietki. Nie chciało mu się. Musiał pomyśleć, że skoro jestem w hostessowych ciuchach, biegnę ze zdecydowaniem w oczach i twierdzę, że byłam już dziś skanowana, to nie ma przeciwwskazań. Całe szczęście dla mnie, że pan Roland zatrudnia takich beznadziejnych ochroniarzy. Skoro ja mogę tam wejść bez akredytacji, każdy może. Podczas popołudniowej przerwy zrobiłam test. Podeszłam do ochroniarza i spytałam, czy mogę wyjść na 5 minut i wrócić. Powiedziałam, że nie mam akredytacji, bo przez pomyłkę zostawiłam ją na stanowisku pracy. Powiedział, że to absolutnie niemożliwe. Dobrze więc, że rano zdecydowałam się na dramatyczne działania.

Tak, tytuł posta nie ma olbrzymiego związku z tym wywodem, wrzucę więc parę rolandowych fotek.

 
Tak, cała ja. Wejdź na murek, żeby coś zobaczyć! Albo "włam się" na kort jak nikt nie patrzy.


wielki krokodylowy "lans".

ja, Roland i schody, a także zbliżenie na moją perfekcyjną hostessową fryzurkę i makijaż, czyli ja i 4m² czoła. jak można zabronić ludziom mieć grzywkę?!

Hot dog za ponad dychę, gała lodów za 4€. Madafakers. Ci biedni ludzie muszą przyjeżdżać z sakwami złota.

Ale to wszystko, co napisałam nie jest ważne, liczy się tylko to, że widziałam na żywo kolesia z LMFAO! I'm sexy and I know it.

środa, 5 czerwca 2013

Uwaga, zboczeniec!

Lubimy żyć w przekonaniu, że złe rzeczy nam się nie przydarzają. To zawsze inni ludzie chorują na raka, to innym umierają bliscy, to innym w ciągu minuty wali się całe życie, to inni trafiają w metrze na degeneratów.

Serce podeszło mi do gardła... Choć nie od razu. Jechałam do pracy, kierunek: Roland Garros. Odrobina zaparcia pozwoliła mi zdobyć ciepłą tenisowo-hostessową fuszkę na 2 tygodnie, ale o tym opowiem następnym razem. Moich podejrzeń nie wzbudził fakt, że coś ociera się o moje pośladki. W metrze był taki tłum, że nie dało się wcisnąć przysłowiowej szpilki (dlaczego używam powiedzonek mojej mamy?!), zapewne ktoś, kto stoi za mną, musi mnie muskać swoją teczką. Zdarza się, ja ciągle zahaczam ludzi i nie zdaję sobie z tego sprawy. Gdy jednak tych dotknięć było o 3 za dużo, by móc uznać je za przypadkowe, odwróciłam głowę na tyle, na ile pozwalał mi napór ludzi i ujrzałam wpatrzonego w sufit kolesia, około 45-letniego, w okularach, z zaciśniętymi wargami - ewidentnie pogrążonego w swoich problemach. Z powrotem się obróciłam. Od tej pory nic już nie gnębiło moich pośladków, kontynuowałam więc podróż bez żadnych obaw. Zbliżała się stacja, na której planowałam wysiąść... i właśnie wtedy serce podeszło mi do gardła. Poczułam dłoń, która bez żadnych skrupułów złapała mnie za tyłek. Kompletnie zesztywniałam... z mojego gardła nie wydobył się żaden dźwięk, choć przecież powinnam krzyknąć. Na tym się nie skończyło. Obleśna dłoń przesunęła się na moje biodro, dołączyła do niej druga i zboczeniec przyciągnął mnie do siebie. Poczułam na pośladkach jego wzwód. Kompletnie mnie sparaliżowało. Drzwi właśnie się otwierały. Wyleciałam niczym wystrzelona z armaty, biegłam jak opętana, niemal tratując ludzi. Wygrzebywałam się już na powierzchnię, gdy usłyszałam, że ktoś za mną biegnie. Obejrzałam się, nawet się nie zatrzymując... Myślałam, że padnę za strachu. Okazało się, że to tylko jeden z moich współpracowników, zwyczajnie spóźniony, tak jak ja zresztą. Nie zatrzymałam się mimo to. Moje nogi nie zamierzały zwolnić.

Jakieś przemyślenia, wnioski? Skoro ten zbok miał czelność macać obcą dziewczynę w metrze, strach pomyśleć, co do tej pory zrobił innym. Dlaczego on pozwala sobie na takie akcje? Bo my nic nie robimy. Nie reagujemy. Udajemy, że nic się nie stało. Przecież on złapał mnie za tyłek o godzinie 9 rano w metrze przepełnionym ludźmi. Moja czujność była bardziej niż wyłączona. Jasne, nie chodzę samotnie ciemnymi uliczkami po północy, ale kto by się spodziewał czegoś takiego wśród tłumu, w biały dzień? Teraz wiem, że uważać trzeba zawsze i wszędzie... Nie zmienia to faktu, że nie zareagowałam. Nie krzyknęłam. Nie spoliczkowałam go. Dzięki temu pewne jest, że zrobi to również następnej lasce. Jak to się dzieje, że strach paraliżuje nas do tego stopnia? Zgwałcone dziewczyny nie mówią nikomu. Zebranie się w sobie i wyznanie prawdy zajmuje im miesiące, a w tym czasie ofiarą gwałciciela pada kilkanaście innych dziewczyn. Mi tak naprawdę nie przydarzyło się nic złego, ale bałam się. To było obrzydliwe. Dlaczego głos uwiązł mi w gardle? Po wysłuchaniu, co miała na ten temat do powiedzenia pewna osoba, która nie lubi być określana mianem Samiec Alfa, wystraszyłam się jeszcze bardziej. Koleś mógł być szaleńcem gotowym zadźgać mnie nożem w momencie, gdy dam coś po sobie poznać. Teraz nawet dla mnie brzmi to głupkowato, ale nigdy nie wiadomo... Takie historie również się zdarzają i to dużo bliżej, niż nam się wydaje.

Co gorsza, to wcale nie jest koniec. Następnego dnia jechałam kilka minut wcześniej, wsiadłam do tego samego wagonu. Pomyślałam "ha, a co, jeśli spotkam zboczeńca?", ale błyskawicznie odrzuciłam od siebie tę myśl. To jest metro, odjeżdża co 3 minuty, jaki niefart trzeba mieć, by znów wpaść na tego samego typa? Z lekkim rozbawieniem pomyślałam o Slendermanie, którego nigdy się nie spodziewasz, a on w najstraszniejszym momencie okazuje się stać za tobą... Porównuję gry do życia. Bina, przestań. W pełni uspokojona wcisnęłam się w tłum. Naprawdę, chciałam myśleć, że mam zwidy, ale znów poczułam coś na pośladku. Błagam, niech to będzie ktoś, kto niechcący dotyka mnie torebką. Odwracam się, niczym ta wystraszona dziewczynka ze Slendera. I nagle dźwięk gongu, mgła, paraliż... to ON. Slenderman. Zboczeniec znów stoi za mną i znów mnie obmacuje. A ja znów milczę. Płatki z mlekiem podchodzą mi do gardła. Drzwi się otwierają. Wysiada sporo ludzi. Dlaczego nie ja? Dlaczego nie uciekłam? Bo jechałam do pracy "na styk", nie mogłam sobie pozwolić na czekanie 3-4 minuty na kolejne metro i spóźnienie. Pogratulujcie mi. I wyjaśnijcie, dlaczego dziewczyny w obliczu zagrożenia nie potrafią logicznie myśleć, aby dosłownie ratować swój tyłek? Wszystkie jesteśmy takie same. Nie wysiadłam, ale oczywiście nie zostałam w zasięgu rąk degenerata. Nie jestem masochistką ani idiotką. Staliśmy na stacji i zawartość metra właśnie częściowo się mieszała. Korzystając z tego faktu przepchnęłam się przez tłum i stanęłam 2 metry dalej. Przykleiłam swój drogocenny tyłek do drzwi po przeciwległej stronie i utkwiłam swoje agresywne spojrzenie w Slendermanie. Nigdy nie zapomnę tej gęby. Obserwował mnie z pewnym zdziwieniem. Miał okulary, przez które wydawało się, że ma olbrzymie oczy. Gapiłam się na niego z nieukrywaną nienawiścią, dopóki nie dojechaliśmy do następnej stacji... Wysiadł. Poprzedniego dnia dojechał dużo dalej. Nie wiem, co o tym myśleć.

Uważajcie na siebie. Wszystkie. I wszyscy.

sobota, 1 czerwca 2013

Jeszcze wszystkim pokażę!

Jesteście kochani. Czytam Wasze komentarze pod poprzednim postem i czuję... siłę! Nie spodziewałam się, że ludzie, których nie znam będą w stanie dodać mi tyle otuchy i napisać tyle ciepłych słów... Niesamowicie pozytywne uczucie. Przepraszam, że nie podziękowałam jescze każdemu z osobna, ale ostatnio jestem na totalnym rollercoasterze.

Między innymi na rollercoasterze emocjonalnym. Od czasu smutów z poprzedniego posta przechodziłam okres rzygania tęczą i cieszenia się, jakie to życie jest piękne, miałam również krótki moment tragicznej histerii, a teraz jestem spokojna. Pozytywnie spokojna. Umiem się ustawić.
Miałam też wątpliwą przyjemność spotkania zboczeńca w metrze i nielegalnego wchodzenia na teren Rolanda Garrosa, gdzie zresztą pracuję i widuję tenisistów fejmusów, ale o tym innym razem. Pracowanie codziennie od 10 do 20 jest dla mnie nowością, wybaczcie mi więc chwilowe olanie bloga... blogów. Rollercoaster!

Część z Was zmartwiła się moim planem samotnej autostopowej podróży. Rok temu na pewno bym się na to nie zdecydowała, za dużo niewiadomych, za mało odwagi do spełniania marzeń. Teraz jest inaczej. Mam już minimalne doświadczenie w łapaniu stopa po mojej rozpaczliwej (i udanej!) wycieczce na lotnisko Modlin :pisałam o tym tutaj:. Czy samotna kilkutygodniowa wycieczka młodej dziewczyny polegająca na jeżdżeniu z przypadkowymi ludźmi i spaniu u nieznajomych jest potencjalnie niebezpieczna? Oczywiście, że tak, podobnie jak picie alkoholu i przechodzenie przez ulicę. Każda z tych trzech sytuacji może zakończyć się dobrze lub źle, być super przygodą (albo chociaż niczym nadzwyczajnie złym) lub skończyć się katastrofą. Wszystko trzeba robić z głową.
Nie wszyscy lubią podróżować, a niektórzy tolerują tylko luksusy w postaci cywilizowanej podróży samolotem lub własną furą, noclegu w hotelu i towarzystwa rodziny lub przyjaciół. Kiedyś myślałam, że to jedyny sposób na wyjazd. Rzeczywiście, jest świetny, ale względnie ubogi w przygody (porównując do mojej nowej opcji) i dość kosztowny. Hajs nie za bardzo się zgadza, a chęć wyrwania się w wakacje, oderwania się od zmartwień, odkrywania nowych miejsc i nie siedzenia na dupie w jednym miejscu jest bardzo silna. Nie wiem jeszcze, czy faktycznie zdecyduję się na autostop - jeśli wyruszę samotnie może przysporzyć mi to trudności. Nie wiem, jak będzie z towarzystwem, wiem, że podróż będzie czadowa! Ku mojemu mega pozytywnemu zaskoczeniu napisała do mnie Asia (Plantofelek - zapraszam) przekazując mnóstwo pozytywnej energii i rozważając możliwość pojechania ze mną. To by była atrakcja! Może ktoś jeszcze jest chętny? Ja nie żartuję. Małym kosztem, koniec lipca i początek sierpnia. Trasa: Warszawa - Poznań - Berlin - Hannover - Amsterdam - Rotterdam - Bruksela - Paryż. Podróż powrotna do Polski... hmm, we własnym zakresie. Ale będą wakacje! Jakby ktoś chciał się dołączyć do mojego lekko szalonego planu, proszę pisać. Wiem, ze się nie zawiodę.
Blog Widget by LinkWithin