środa, 31 lipca 2013

Mam już rok.

Hej, Tu blog Biny. Korzystam z jej nieobecności i pragnę pochwalić się, że mam już rok. Bina nawet nie obchodzi moich urodzin, bo zgodnie z planem powinna być właśnie w Rotterdamie. Na pewno nie pamięta, że pierwszy raz napisała tu coś już rok temu.

Nie umiem za bardzo pisać postów - autorzy blogów piszą zazwyczaj jakieś podsumowania, ale mojej autorki nie ma (ciekawe, czy w ogóle żyje?!), więc korzystając z tej okazji opowiem Wam śmieszną anegdotkę na jej temat.

W piątek dwunastego lipca Bina pakowała się w podróż z Paryża do Warszawy i z powrotem. Tak, tydzień w Warszawie i dwa tygodnie stopem. Bina nie lubi przepłacać płacić za cokolwiek, więc do samolotu z Francji do ojczyzny zabrała tylko jeden mały plecak, klasyfikowany jako bagaż podręczny, bezpłatny oczywiście. Przecież na stopa jedzie tylko z plecakiem, więc na pewno da radę się spakować. Ograniczyła liczbę rzeczy do minimum, zapomniała jednak, ze musi zabrać ze sobą dwie wielkie makiety domów, które projektuje na studiach. Nie pytajcie mnie o szczegóły, jestem tylko blogiem i nie wiem, co ona tam robiła - w każdym razie w trakcie sesji o wiele więcej czasu poświęcała tym swoim domkom niż mnie (ale chociaż wiedziałem, co się z nią dzieje). Nieważne. Makiety były olbrzymie, więc Binka postanowiła przetransportować je w postaci 2D. nie pomyślała jednak o tym, że ściany makiet mają 1 cm, więc po złożeniu (lub rozłożeniu?) tworzą i tak całkiem pokaźną bryłkę. Jak Bina to zobaczyła, to złapała się za głowę, wyjęła z plecaka makiety i zaczęła panikować. Mogła zabrać albo swoje rzeczy, albo domki - problem w tym, że makiety były pilnie potrzebne, ale cóż, stuff na autostop również. Biedna Bina złapała wszystko i postanowiła się martwić w drodze na lotnisko. Miała ze sobą pełen plecak, torbę i jeszcze siatkę, wyglądała jak rumuńskie dziecko. Nie miała za dużego wyboru, musiała albo nadać bagaż i zapłacić za niego grube miliony, albo jakoś załadować to wszystko i zamknąć się w jednej sztuce bagażu kabinowego. Bina, jak na prawdziwą Polkę przystało, stwierdziła, że nie da się wyrolować i na lotnisku podjęła żałosny proces wywalania wszystkiego na podłogę i ładowania od nowa. Ściany makiet ułożyła niczym puzzle, wszystkie rzeczy maksymalnie skondensowała. Wzięła bluzę i napchała rękawy wszystkimi możliwymi rzeczami, udając, że to ciuch, który zamierza ewentualnie narzucić na siebie. Nikt nie mógł się jednak dowiedzieć, że rękawy są napchane skarpetami i innym badziewiem. Wciąż nie zmieściły się niektóre ciuchy... Bina nie poddała się i założyła wszystkie na siebie. Nawet nie wyglądała podejrzanie, ale miała na sobie legginsy, szorty, 2 bluzki, sweter i apaszkę. Tak, był upał. Gotowała się, ale pomyślnie przeszła kontrolę i dostała się na pokład! Byłem dumny, szkoda tylko, że słuch po niej zaginął. W jej imieniu przepraszam za to, że Was nie odwiedza, sam bym to zrobił, ale nie umiem chodzić.

Jak wspominałem, według planu Bina zaliczyła już Niemcy i Holandię, jutro ma być w Belgii. Ciekawe, co u niej. Mam nadzieję, ze napisze szybko, ale z nią to nigdy nic nie wiadomo. Ja tu będę siedział i czekał.

Pozdrawiam
Blog Biny.
_____________________
35 days left

poniedziałek, 22 lipca 2013

Wyruszyłam!

Jest poniedziałek, godzina 13:37. Zgodnie z planem powinnam być na trasie do Poznania. Jutro będę w Berlinie. Kilka dni później poznam przemiłą rodzinkę w Hannoverze. W Amsterdamie na pewno będzie się działo, a w Rotterdamie poznam Natalię! W Brukseli zjem frytki, a w Lille nie wiem co, bo nie wiem, co tam w ogóle jest. W Paryżu zawitam teoretycznie 5 sierpnia, spodziewajcie się wtedy odzewu. A nawet huku!

Życzcie mi powodzenia.
Jadę.
__________________
44 days left

środa, 17 lipca 2013

Spontaniczny planning

Oksymoron zawarty w tytule to całkiem niezłe podsumowanie moich przemyśleń dotyczących zbliżającej się nieuchronnie podróży... O moim autostopowym wypadzie wiedzą już niemal wszyscy (a jeśli nie, to można się podszkolić tutaj, zapraszam!): cały blogspot, wszyscy znajomi, nawet Babcia. Od paru dni wiedzą faktycznie wszyscy, bo w końcu wtajemniczyłam dwie ostatnie, ekhm, dość ważne osoby: rodziców. Reakcji taty się nie obawiałam - on rzadko okazuje jakiekolwiek emocje. Wytacza jasno granice, ale wiedziałam, że nie dostałby ataku serca na wieść o mojej eskapadzie (finalnie jadę z przyjaciółką, co stanowczo łagodzi okoliczności). Bałam się powiedzieć mamie... W końcu poprawiłam kieckę, zacisnęłam pięści, wstrzymałam oddech i rozpoczęłam konfrontację. Poszło... lekko! Mama chyba nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać, na wieść o tym, że jej starsza córka zamierza przez 2 tygodnie szlajać się po Europie w towarzystwie przypadkowych kierowców zareagowała nadzwyczaj entuzjastycznie. Przypomniały jej się czasy młodości i uraczyła mnie paroma opowieściami, Well, mój pomysł został nie tylko zatwierdzony, ale nawet poparty. Czas na kolejny krok... Przygotowanie się do drogi!

/off: na trasie pojawia się... Rotterdam! i spotkanie z małą Nath. coraz lepiej! :)

Wyjeżdżam już za 5 dni. Jestem w trakcie ogarniania noclegów u Couchsurferów, co nie zawsze jest takie proste, ale nie mogę się poddawać. Niedługo skompletuję listę kontaktów i tak zabezpieczona, ze świadomością, że mam u kogo spać na kolejnych etapach podróży będę mogła spokojnie dopiąć plecak i ruszyć w drogę. Spreparowałam listę rzeczy do zabrania:


Prawdopodobnie głowicie się, co ja do cholery nabazgrałam, więc pozwalam sobie przybliżyć kilka punktów.

Zdecydowałam się prowadzić dziennik podczas mojej podróży. Nie mam w zwyczaju zapisywać rzeczy na gorąco, ale w ten sposób nic nie powinno mi umknąć i parę dni (tygodni, miesięcy, lat, wieków) później będę mogła sobie przypomnieć wszystkie detale i emocje towarzyszące wyprawie. Biorę też kabel do telefonu i pendrive, by móc na gorąco zgrywać zdjęcia, jeśli ktoś z gospodarzy pozwoli mi się dorwać do  swojego komputera. Nie wiem, czy dam radę blogować na bieżąco, ale na pewno po powrocie możecie liczyć na obszerne fragmenty dziennika podróżnika... Haha, zobaczymy, jak to będzie wyglądało.

5 "zestawów ubraniowych" - miejsce jest ograniczone i nie chce mi się dźwigać nic szczególnego. Będę prać ciuchy w Berlinie i Amsterdamie, bo tam spędzę aż po 3 noce. 

Parasol został rozsądnie zamieniony na kurtkę przeciwdeszczową.

Trochę myślałam nad tą listą. Dodalibyście coś? Wydaje mi się, że nie potrzebuję nic więcej do przetrwania. Aha, jadę oczywiście w najeczkach.
____________________
49 days left

sobota, 13 lipca 2013

Życie pieniądza

Jakkolwiek dziwnie nie brzmiałby ten tytuł, nie obawiajcie się - przed nami zaledwie kolejny klasyczny wywód spreparowany przez moją wybujałą wyobraźnię.

Przeglądałam ostatnio monety, które miałam przy sobie. Lubię analizować euro, są bardziej interesujące niż złotówki ze względu na różnorodne rewersy. Wygrzebałam cztery monety 1€, fartownie każda pochodziła z innego państwa - jedna z Francji (oczywiście), jedna z Niemiec, jedna z Hiszpanii, a jedna z Włoch. Damn, takie monety to mają życie. Odrobina farta i w młodym wieku wyruszają ze swojej prowincji na podbój nieznanych lądów.

Ciekawe, jak to jest być takim pieniążkiem. Całe życie krążysz z rąk do rąk, wszędzie cię szanują, często zmieniasz właścicieli i miejsce pobytu. Pokonujesz granice, spotykasz wielu brzdękających towarzyszy i braci - albo wręcz przeciwnie, pilnują cię jak oka w głowie, bo w tej portmonetce jesteś jedynym w swoim rodzaju... albo w ogóle jedynym.

Niektóre pieniądze mają większego farta niż inne. Euro z góry są skazane na przełamywanie granic i zwiedzanie Europy wzdłuż i wszerz... Mają wygrawerowany znak szczególny, który zdradza ich pochodzenie. Nic nie powstrzymuje ich jednak przed oglądaniem Barcelony, Paryża, Lizbony, Wiednia, Bratysławy a nawet Tallina w tym samym tygodniu. Złotówki nie są tak szczęśliwe, zwiedzą najwyżej Lublin, Zakopane i Pcim Dolny, ale złotówki to patriotki, więc na pewno są tymi podróżami zaspokojone. Ja bym prześledziła podróż dolara - musi mieć niezłą zabawę na zachodnim wybrzeżu, później szybki lot na Florydę i jeszcze wycieczkę do Wielkiego Kanionu na koniec dnia. Żyć nie umierać.

mistyczne dolary. skończyły niestety w kantorze.

Wadą bycia pieniądzem jest to, że nie możesz decydować o tym, kto tobą steruje. Może wpadniesz w wakacyjny nurt i zwiedzisz cały Amsterdam, a może jakiś rozwydrzony bachor dostanie na urodziny akurat ciebie i wrzuci cię do różowej świnki o imieniu Alcatraz, gdzie do końca swoich (lub dziecka) dni będziesz kisić się z innymi więźniami. Może będziesz robił za pościel jakiemuś bogatemu raperowi, a może brutalnie oddzielą cię od twoich wszystkich znajomych i krewnych i zamkną w albumie, jako jedyny taki okaz w okolicy. Szczęściarzem jesteś, bo chroni cię prawo. Nie można cię zniszczyć. Ale co, jeśli trafisz na jakiegoś dresiarza JP, który jara się paleniem hajsu? Nigdy nie wiadomo... Jak z grą w Monopoly, nic nie zależy od ciebie. Możesz skończyć na szczycie lub też utopić się na dnie fontanny.
_____________________________
53 days left

wtorek, 9 lipca 2013

Who Da Fuck Is Dawid Podsiadło?

Nazwisko to rozbrzmiewa w internecie szerokim echem ostatnimi czasy. Na początku nie odczuwałam wielkiej potrzeby dowiedzenia się, kim też jest ten szanowny pan o śmiesznym nazwisku. Pewnie jakiś kolejny wybitny gwiazdor, którego za dwa miesiące próżno będzie szukać nawet na youtube. Szał jednak trwał /super rym/, facebook bombardował mnie aktualnościami i ludźmi umierającymi z zachwytu nad piosenkami pana Dawida. Na blogach tak samo, wszyscy się rozpływają. Gdy po raz 6324923413 zobaczyłam jakieś dzieło Podsiadły na czyimś blogu (a konkretniej na blogu Lekarki) pękłam. Nie chciałam, ale musiałam. Zdecydowałam sprawdzić, kim jest nowy bóg internetu.

Link do piosenki. Tytuł: Trójkąty i kwadraty. Mój mózg zaszumiał i wydrukował zdjęcie przepuszczone przez połowę instagramowych filtrów przedstawiające zahukanego hipstera w okularach mówiącego "patrz, mam na torbie trójkąty i kwadraty. to jest tak bardzo alternatywne i vintage, że ty nigdy tego nie zrozumiesz!". Zmrużyłam brwi. To musi być to. Jakiś jęczący mięczak nawijający o kolarkach i ray banach. Włączyłam. Na szczęście myliłam się, choć kompletnie nie mam pojęcia, co powiedzieć na temat twórczości pana Dawida. Ma całkiem ładny głos, piosenka jak piosenka... Nie jestem fanką takiej muzyki, ale w każdym razie utwór nie odrzucił mnie od razu - co więcej, dał się odsłuchać do końca. No, prawie.

Dobra, ale kim jest ten czort? Skąd on się w ogóle wziął? Sprawdzam... Aaaaa, X Factor. No i wszystko jasne. Bitwa, którą śledzą miliony widzów, a zwycięzcę darzą olbrzymim sentymentem. Rzuciło mi się w oczy, że Podsiadło wykonywał w programie With or without you U2. Uwielbiam tę piosenkę i nie chciałabym, żeby ktoś ją skwasił... postanowiłam sprawdzić. Nieźle. Dawid całkiem fajnie śpiewa, może trochę tak, jakby miał atak serca albo zaraz miał się udusić, WYŻEJ niżej WYŻEJ niżej, ale poza tym zupełnie spoko. Piona. Nie wiem tylko, co dalej. Chłopak ma talent, powinien podbijać świat! Emocje po programie niedługo opadną, prawdopodobnie razem ze sławą Podsiadły. Naprawdę nie chciałabym, żeby tak było... Nie dlatego, że jestem jego wielką fanką, bo znam go od około 15 minut, ale dlatego, żeby ktoś coś udowodnił. Po wygraniu takiego programu powinno się zostawać bogiem, więc ja chcę boga! Prawdopodobnie znów sprowadzi się to do tego, że pan Dawid (boże, on jest młodszy ode mnie. przykro mi. degraduję go do Dawida) gdzieś zniknie za około miesiąc, a Polacy okażą się po raz setny narodem zawistnym i blokującym karierę młodych utalentowanych ludzi. Czy Dawid coś osiągnie? Ciekawa jestem i, niech będzie, trzymam kciuki!

On też kiedyś wygrał X Factor. I co? No właśnie.

________________________________
Polały się łzy me czyste. Rzęsiste.
57 days left

piątek, 5 lipca 2013

...ale się Francuzeczka zrobiła!

"Ten, no", czyli wtrącenie, którego używam non stop. Niezbyt wyrafinowane, już lepiej nic nie mówić, niż w ten sposób wyrażać swoje zastanowienie, ale ten, no, "ten, no" ciągle wyrywa się z moich ust. Kiedyś tak nie było. Umiałam szybko i porządnie sklecić zdanie, nie musiałam sama sobie przerywać jakimiś bezsensownymi sylabami. Ten, no, wkurza mnie to. Ciągle brakuje mi słów. Ostatnio zapytana, jak ma wyglądać okładka do pracy na podstawy projektowania mebla, powiedziałam "no taka przezroczysta z taką jakby plastikową listewką spinającą wszystko". Wszystko jest takie, ten, jakby, nie wiadomo jakie... Zdarzają się momenty, gdy chcę rzucić jakąś błyskotliwą myśl lub ciętą ripostę i zamiast sklecić normalną wypowiedź, wybucham z "No ten! Ten! Ten, ten...", po czym żałuję, że w ogóle zdecydowałam się coś powiedzieć. Siostra czasem patrzy na mnie, gdy próbuję się wyrazić i mówi: "zastanów się, co chcesz mi powiedzieć, a potem zacznij mówić". PORAŻKA.

Zawsze byłam dobra z mówienia, miałam spory zasób słów, umiejętnie dobierałam język rozmawiając z ludźmi starszymi i poważniejszymi ode mnie, a teraz wyrzucam z siebie rozmaite sylaby, na dodatek czasem wypowiedziane w bardzo pokraczny sposób. Mama stwierdziła, że zaczęłam seplenić, co bardzo mnie ugodziło, więc w jej obecności przesadnie artykułuję i wypowiadam się nadzwyczaj wyraźnie. Byłam jakiś czas temu u mojego kumpla w Warszawie. Jego mama podsłuchiwała słyszała naszą rozmowę z pokoju obok i powiedziała, że z mojego bełkotu wyłapuje poszczególne samogłoski. Kumpel rzucił "ale się Francuzeczka zrobiła!" a ja zaczęłam się zastanawiać...

Mówię szybko, ale to się nie zmieniło. Z moją najlepszą przyjaciółką od kilkunastu lat wymieniamy aktualności niczym torpedy, słowa są wypowiadane z prędkością światła. Ludzie czasem gubią wątek, gdy nas słuchają. Teraz nawet ja, aby nadążyć, zjadam fragmenty wyrazów, nie kończę wypowiedzi, a w pustkę wrzucam jakieś tam ten inne wyrazy. Po każdym fragmencie tego posta siadam z podpartą brodą i zastanawiam się, jak złożyć kolejne zdanie. Na koniec czytam to wszystko i zastanawiam się, jak mogłam powtórzyć jedno słowo siedemset razy, napisać tak dziwaczną odmianę lub niedorzeczne składniowo zdanie...

~offtop~ Panie i Panowie, dawno nie było burgerów! przedstawiam Big Fernand. Ponoć najlepszy w Paryżu, nie zgodziłabym się... choć przyznam, że pyszniutka cebulka i niebieski ser klasyfikują go wysoko.

Najgorsze jest to, że ja wcale nie jestem Polką, która opuściła swój kraj wieki temu i na co dzień posługuje się obcym językiem, więc zapomina mowy ojczystej. Jestem we Francji od niecałych 2 lat, mieszkam ze swoją rodziną [polską of course (no i wszędzie wtykam english words as you can see, na dodatek mnie to jara. frencza też wstawiam, ale to mi się mniej podoba)]. Chciałam napisać "jem polskie jedzenie", ale to już by powiało siarą. Zmierzam do tego, że posługuję się językiem polskim na co dzień, piszę ze znajomymi, piszę tutaj... A po francusku wcale nie mówię jak mistrz. Nie mam już z nim problemów, ale nigdy nie będę mogła na dłuższą metę udawać, że jestem Francuzką - musiałabym bardzo popracować nad akcentem i rozmaitym słownictwem (żeby na wszystko po kolei nie mówić "coś"/"rzecz". Francuzi tak robią, ale ja jednak muszę w końcu ogarnąć, jak się mówi... no właśnie, nawet nie wiem co, bo w momencie, gdy siedzę przed translatorem google zapominam wszystkiego, co chciałam sprawdzić).

Marudzę trochę, jakiś żałobny wywód. Hmm, nie chcę mówić po polsku jak wieśniak, a mój level elokwencji ewidentnie leci na ryj.
______________________________________
61 days left

wtorek, 2 lipca 2013

Portugalczycy

Ależ zaległości! W blogowaniu nie podoba mi się to, że wypada pisać regularnie. Odpowiadało mi to do niedawna, ale ile można? Cóż, w każdym razie czas wolny chwilowo wrócił, zabieram się za nowe fascynujące opowieści.

Portugalczycy! Cóż za naród. Nie lubię generalizować - nie każdy Polak jest złodziejem a nie każdy Francuz  się przesadnie perfumuje, ale obserwowanie 'narodowych' cech to jedno z moich hobby. Spędziłam czadowy weekend w Porto, gdzie zaznałam portugalskiego luzu... Nie znałam stereotypów - dowiedziałam się, że podobno ludzie tam są stosunkowo pesymistyczni, sama zaobserwowałam przeciwieństwo. Jedyne, czego się spodziewałam, to długaśnych włosów na przedramionach młodych kobiet - tata mnie ostrzegał, że Portugalczycy (i Portugalki) są strasznie owłosieni... Nie, to chyba też na szczęście nie jest prawda.

Przypadkiem trafiliśmy na wielkie święto - początek lata, São João, gigantyczna impreza w Porto! Lampiony, kwiaty, grillowanie z sąsiadami, fajerwerki, całonocne koncerty... Tam ludzie uwielbiają świętować. Najciekawszą tradycją było kupowanie plastikowych młotków i, uwaga, uderzanie nimi w głowę wszystkich po kolei. Gdy dowiedzieliśmy się o tym z Samcem Alfa od naszych gospodarzy z Couchsurfingu, podeszliśmy do tego nieco sceptycznie - nie dlatego, że nie lubimy dziecinnych zabaw, ale nie spodziewaliśmy, że ten szał rzeczywiście ogarnia wszystkich. Każda osoba z przedziału wiekowego od 2 do 100 lat posiada kolorowy młotek, który przy uderzeniu wydaje irytujący piszczący dźwięk. Pukasz (naprawdę szukałam jakiegoś przyzwoitego słowa, ale nie znalazłam) wszystkich, oni ci oddają, rewelacyjna zabawa! Ważnym aspektem było to, że nikt nie reagował na to agresywnie - zero zamieszek, żadnych bójek, nawet krzyków... No stress. Każdy poddaje się młotkowym torturom, żule i naburmuszeni obywatele nieuczestniczący czynnie w zabawie nie mają prawa obrazić się, gdy ciągle dostają młotkiem w łeb. CZAD.





JP! Tak, oni też nie wyciągali żadnych konsekwencji.

Ludzie, u których mieszkaliśmy również charakteryzowali się bezstresowym podejściem do życia: zostawiali nam klucze do mieszkania, nie widzieli w tym nic dziwnego. Ja bym nie pozwoliła nieznajomym zostać u siebie w domu - to prawdopodobnie kwestia mojego polaczkowego podejścia do życia "na pewno coś ukradną". W Portugalii ludzie chociaż tym się nie martwią. Ich wyluzowanie zaczęło robić się odrobinę przytłaczające, w momencie, gdy zagubiony taksówkarz odwożący nas do czyjegoś mieszkania wysiadł z samochodu zapytać o drogę kogoś pod budką z piwem, a nas zostawił w środku. Problem polegał na tym, że nierozgarnięty koleś nie zaciągnął ręcznego, a samochód stał na górce. GENIUS. Każdy poddał się swoim odruchom: Samiec Alfa rozpoczął ewakuację, ale niestety drzwi były zamknięte, a ja postanowiłam wychylić się i zaciągnąć ręczny, ale jego tam nie było. Musiał być jakiś guzik na desce rozdzielczej albo inne magiczne pokrętło, w każdym razie brak klasycznej wajchy sprawił, że zmuszeni byliśmy obserwować w spokoju coraz bardziej zbliżający się do nas budynek. Przecięliśmy na szczęście pustą uliczkę i zbliżaliśmy się do krawężnika. Samochód pokonał przeszkodę bez żadnych trudności i minął się z wielkim filarem o centymetry, a przed stłuczką ze ścianą uchroniła nas ekipa spod budki z piwem wraz z taksówkarzem, który chyba dopiero teraz zdał sobie sprawę z całej sytuacji - wszystko działo się za jego plecami, jak w jakiejś debilnej komedii. Zastanawiałam się, jak w ogóle można zostawić samochód na górce na luzie, ale kierowca nie sprawiał wrażenia szczególnie zakłopotanego. Wsiadł, zaczął coś gadać po portugalsku (podobnie jak we Francji, ludzie będą za wszelką cenę starali zmusić cię do rozumienia ich języka), powiedział 'ojojoj', zaśmiał się i pojechaliśmy dalej. Luuuzik.

Bardzo mi się podobało. Byłam na plaży, zobaczyłam urocze miasteczko, jadłam pyszne rzeczy (normalnie preferuje mięso, jednak tym razem wybierałam ryby i ośmiornice - Portugalczycy gustują w bułeczkach nabitych podejrzanym mięsem i obleśnych tostach pływających w misce zupy zawierającej resztki z poprzedniego obiadu, wolałam więc świeżutkie sardynki) i po prostu spędziłam weekend na mega luzie. Nie wiem, czy do Porto wrócę, bo w zasadzie 'zaliczyłam' wszystko, co tam było, ale na pewno motywuje mnie to do dalszych podróży. Czadzior.





___________________________
71 64 days left
/nie umiem liczyć
Blog Widget by LinkWithin