sobota, 31 sierpnia 2013

Barcelona - miasto magnes

Paryż zawsze smucił mnie pod względem trudności nawiązania długotrwałych znajomości. Do Paryża ludzie przyjeżdżają na semestr, rok, dwa... I lecą dalej. Mało kto mieszka tu długo, może z wyjątkiem rodowitych, zarozumiałych Paryżan i przyjezdnych, którzy z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu totalnie zakochali się w mieście. Z takimi przypadkami raczej nie mam kontaktu. Większość moich "paryskich" znajomych pochodziła z innych krajów albo chociaż z innych francuskich miast. Wszyscy studiowali, pracowali przez pewien okres czasu, a potem poznikali. Tu się nie da nawiązać przyjaźni!

Barcelona jawi się jako kompletna odwrotność. Robiąc couchsurfingowy research odkryłam, że wszyscy znajomi mojej gospodyni mieszkają tam od 5 do 10 lat. Jeden koleś chciał wyjechać, podjąć próbę wyprowadzki, ale po paru nudnych miesiącach w Anglii wrócił do Katalonii z podkulonym ogonem. Barcelona - miasto magnes!

Co ona ma takiego w sobie? Luz, wysokie temperatury... niskie ceny. Odwrotność paryskiego lajfstajlu. W Barcelonie ludzie są sympatyczni, otwarci, imprezy nie wymagają spiny w kwestii outfitu i doboru towarzystwa, a 250 ml świeżo wyciskanego soku z kiwi, kokosa i banana kosztuje 1€. Tak, bawię się w Polaka Cebulaka, który musi wszystko obliczyć, przeliczyć, doliczyć, naliczyć i porównać, ale to naprawdę jest niska cena! W Warszawie taka sama objętość soku z kwaśnych pomarańczy kosztuje co najmniej dychę. Nie mogłabym nie wspomnieć o moim ulubionym żarciu: spory burger z frytkami kosztował... 3€! Okazało się, że żywiłam się codziennie na mieście, nie dlatego, że jestem burżujem, ale dlatego, że to opłacało się bardziej od kupowania produktów w sklepie i gotowania w domu. Magia!


pyszności

kolejne pyszności, jagnięce łby, jedna z bardziej nietypowych rzeczy możliwych do nabycia na bazarze. a jak tanio!


za niewielką opłatą można było do burgera dorzucić jajko, ser i bekon. mmmm

Przez cały tydzień, niezależnie od pory dnia nie włożyłam na siebie nic więcej niż szortów i cienkiej bluzeczki, czad! Na dłuższą metę prawdopodobnie irytowałby mnie fakt, że 5 minut po wyjściu spod prysznica już się lepię, ale w wakacje takie klimaty mi nie przeszkadzają. Zimą nie ma mrozu, farciarze... Nie dziwię się, że ludzie siedzą w Barcelonie po prostu dzięki pięknej pogodzie.

Ponoć łatwo jest znaleźć pracę nie znając katalońskiego ani nawet hiszpańskiego. A jak wiem z doświadczenia, mieszkając w danym kraju bardzo łatwo jest się nauczyć języka. Nawet podczas wakacyjnego pobytu zaczęłam ogarniać - dzięki znajomości angielskiego i francuskiego, po hiszpańsku rozumiałam naprawdę dużo. Teraz muszę się tego porządnie nauczyć. Już chcę wracać do Barcelony, do tych miejsc... i oczywiście ludzi! Magnes.
_____________________
3 days left
♥ ♥ ♥ ♥ ♥ ♥

wtorek, 27 sierpnia 2013

Meandry turystycznej rzeki

Nienawidzę turystów. Aparaty, mapy, sandały, koszulki polo. Pozowanie do zdjęć pod kościołami, kupowanie pocztówek, dawanie się złapać na oferty plażowych naciągaczy. Strasznie, gdy biorą mnie za turystę (turystkę?). A najgorzej się czuję, jak z jakiegoś powodu muszę stać się jednym z nich.

Barcelona, zgraja turystów na plaży

Barcelona to chyba najbardziej turystyczne miasto, jakie widziałam... Nawet Paryż wymięka! Tam standardowa rzeka turystów zmienia się w krwiożerczą lawinę gotową zadeptać każdego, kto stanie jej na drodze do architektonicznych perełek, z którymi warto mieć zdjęcie. A dlaczego? Bo przecież są ważne i znane. Po co iść zobaczyć kościół Sagrada Familia? Bo uważa się styl Gaudiego za piękny i interesujący? Nie! Kościół ten jest przecież na okładce każdego przewodnika po stolicy Katalonii, trzeba więc go zobaczyć, zabulić za wstęp i mieć z nim zdjęcie.

a ja wolę znajdować takie rzeczy z małych uliczkach

"Przecież jak już się jest w Paryżu, to trzeba zobaczyć Mona Lisę!" - boli mnie to w uszy, a słyszałam to od tylu osób! Ok, tell me more, jak bardzo interesujesz się twórczością Leonardo da Vinci. Powiedz chociaż, w jakim okresie żył? Cokolwiek... Nie wiesz. Chcesz tylko zobaczyć Giocondę, bo jest famous. Ale po co?


widok na port w Barcelonie oraz twarze na kamieniach, ciekawa opcja

Boli mnie, że w Luwrze na drodze między Mona Lisą a Wenus z Milo nie można się przecisnąć przez rzekę turystów chodzących z listą rzeczy do odhaczenia, a w rewelacyjnej, położonej nieco dalej sali z malarstwem skandynawskim nie ma nikogo... A tym obrazom niczego nie brakuje, są świetne.

nieturystyczna dżungla gdzieś w Barcelonie

Ok, jak zwykle trochę zboczyłam z tematu, miało być o Barcelonie. Pierwszy raz byłam w Hiszpanii Katalonii, ciężko było więc uniknąć turystycznych odruchów, choć starałam się jak mogłam. Chciałam zobaczyć mozaiki Gaudiego i jaszczurkę w Parku Guell a także trochę posmażyć się na plaży. W rzece irytujących turystów czułam się beznadziejnie, wszyscy zagadywali do mnie po angielsku, proponowali jakieś gówniane pamiątki, wyjścia do potwornie turystycznych klubów i inny szajs. W momencie, gdy tu i ówdzie robiłam zdjęcia albo rozkładałam mapę, czułam się podle: turystycznie! Trzeba było z tym skończyć.

park Guell, Gaudi's stuff

Nie pojechałam do Barcelony jeździć turystycznym autobusem czy łazić po kościołach, lecz zgłębić atmosferę miasta. Nie wybrałam oczywiście najszczęśliwszego okresu, bo w sierpniu miejscowi są na wakacjach, a turyści napędzają biznes. Z pomocą przyszedł chwalony przeze mnie zawsze Couchsurfing. Mieszkając u ludzi (z których żadne zresztą nie pochodziło z Barcelony ani nawet z Hiszpanii) miałam okazję połazić po miejscach, gdzie wtapiałam się w nieturystyczny tłum i nie musiałam płacić chorych cen za zwykłą butelkę wody. Zwiedziłam parę świetnych knajp, zaliczyłam super grill party i... nie zbliżyłam się do Sagrada Familia. Po co? Mogę wygooglować zdjęcia w świetnej rozdzielczości i bez oddechu japońskich turystów na karku.
________________________
7 days left *.*

piątek, 23 sierpnia 2013

Idealny Amsterdam, nieidealny Berlin.

Ichtyo ostatnio opieprzyła mnie, że w moich dziennikowych wywodach ominęłam całą kwintesencję wyjazdu. Miała rację, a ja chciałam po prostu pisać o tym oddzielnie. W dzienniku były same głupoty, a całe wspomnienia zostały w mojej głowie, spieszę więc z zaskakującym zestawieniem dwóch europejskich stolic.

Zarówno w Berlinie jak i w Amsterdamie kiedyś już byłam. Z A'damu nie pamiętam nic, bo miałam wtedy ok. 7 lat, a w stolicy Niemiec byłam jakieś 3 lata temu z rodzicami i znajomymi, zaliczyłam więc 'ważne miejsca', parki i nieprzetarte szlaki, ale nie poczułam prawdziwego klimatu miasta. Moja podróż była idealną sposobnością.

kanałek w Amsterdamie

Od czego zależy atmosfera w mieście? Od ludzi. Już dawno temu przekonałam się, że nie ważne gdzie, ważne z kim. Dlatego tak bardzo lubię Couchsurfing - ludzie mogą pokazać ci ciekawe miejsca i zabawić swoim towarzystwem, które prawie w każdym przypadku jest ciekawsze niż towarzystwo przewodnika (papierowego, bo żywy jest jeszcze gorszy) i zwiedzanie zabytków. W Berlinie trafiłyśmy na Leo, który podzielał naszą filozofię zamulania i nie odwiedzania starych kościołów, ale chętnie zabrał nas do patologiczno-imprezowej dzielnicy, gdzie miałyśmy sporo ciekawych wrażeń. W Amsterdamie nasi gospodarze byli raczej spokojnymi domownikami, miasto zwiedzałyśmy więc na własną rękę. Wiadomo, mogłyśmy przemierzać w ten sposób tylko turystyczne ścieżki i centrum miasta, bo ciężko znaleźć ciekawe ukryte miejsca nie mając do nich żadnych dojść. W Berlinie podobało mi się bardziej, bo zobaczyłam bardziej interesujące rzeczy.

Kreuzberg, najciekawsza dzielnica Berlina

Berlin po raz kolejny urzekł mnie tym, że można tam pić legalnie piwo na ulicy. Fakt, że w większości europejskich krajów jest to zabronione, uważam za absurdalny - co to komu szkodzi? Jeśli ludzie będą chcieli się upić, to i tak się upiją w domu lub w barze, a potem pijani wysypią się na ulice. Wchodzisz do kiosku (!), kupujesz browar, a sprzedawca pyta, czy otworzyć. Bajka! Ceny są niezłe, w Niemczech jest niewiele drożej niż w Polsce, a piwo i niektóre produkty spożywcze są wręcz tańsze, co mnie pozytywnie zaskoczyło.

berlińskie patologie

Berlin, klasyczny syf. jak w domu!

W Amsterdamie czułam się stosunkowo obco - to miasto jest zbyt idealne. Wszędzie są perfekcyjnie przystrzyżone trawniczki, równiutkie klombiki kwiatów, prościutkie kanaliki, zero śmieci na ulicy, a każdy budynek jest zrobiony z identycznej cegły. Troszkę przypominało mi to Wielką Brytanię, gdzie można się zgubić po wyjściu przed dom i zakręceniu się z zamkniętymi oczami, ale Amsterdam jest jeszcze dziwniejszy - zero różnorodności, za przemalowanie drzwi na inny kolor jest kara. Berlin jest swojski, jest w nim syf i bezdomni, a w stolicy Holandii to wszystko jest jakoś skrzętnie poukrywane. Łażąc tam w japonkach i z brzydkim plecakiem (z przywiązanym ręcznikiem, dat style) czułam się jak nieproszony gość, który swoją stopą bezcześci idealny chodniczek.

zaczarowany świat księżniczki Barbie

Nie można oczywiście pominąć kwestii legalnych narkotyków i prostytucji w Holandii. Trawką pachnie wszędzie, a opisy produktów sprzedawanych w smartshopach brzmią co najmniej interesująco. Mnie jednak bardziej ciekawiły gołe baby, więc poczłapałam późnym wieczorem do dzielnicy czerwonych latarni. Byłam w szoku. Nie wiedziałam, że to tak wygląda - jesteśmy przyzwyczajeni do dziwek, które kryją się w ciemnych uliczkach albo stoją przy drodze, a w tej specjalnej dzielni A'damu burdel stoi na burdelu, każdy ma duże okna/szklane drzwi, w których stoją dziewczyny. Miny obserwujących je facetów są urocze. Laski są w bieliźnie, wiją się, wypinają, ssą lizaki i robią inne zbereźne rzeczy. Pukają w szybę nawołując klientów. Ceny są wygórowane, jedna z nich (brzydka) wywaliła jakiegoś kolesia, który proponował 70€. A może jej się nie podobał i stwierdziła, że patykiem by go nie dotknęła? Nie wiem. Zaskoczyło mnie, że te dziwki były brzydkie. Były może ze trzy, które uważałam za ładne, a reszta była jakaś koślawa, tłusta, z olbrzymimi sztucznymi balonami albo krzywym ryjem. Niektóre miały też olbrzymie wybrzuszenie w okolicach gaci i podejrzane owłosienie na twarzy.

a to w Amsterdamie mi się podobało

Cóż, do Amsterdamu mi się nie spieszy: dziwna, czyściutka, perfekcyjna atmosfera zestawiona z brzydkimi prostytutkami nie podziałała na mnie najlepiej. Berlin - przeciwnie! Bardzo chcę wrócić do tego miasta, do poznanych tam ludzi, do metalowych pubów... Świetne miasto, na dodatek prawie na środku drogi między Paryżem a Warszawą! Coincidence? I think not.

___________________
11 days left

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Tirowcy, super kierowcy

Wspominałam już, że tirowcy są super, chciałabym teraz rozwinąć tę myśl.

Kierowcy ciężarówek z jakiegoś powodu wzbudzają ogólny stres. Ludzie im nie ufają i się ich boją... Kiedyś nie pomyślałabym, że mogłabym bez stresu wsiąść z obcym starym dziadem (?!) do ciasnej kabiny i jechać w świat. Rewolucję w moim umyśle zaczął robić ok. pół roku temu kumpel, który opowiadał mi o wyścigach autostopowiczów. Mówił, że ludzie bardzo chętnie zabierają się z tirowcami i, co więcej, jest to mniej niebezpieczne niż podróż z randomowym kierowcą osobówki.

Dlaczego?

1. On jest w pracy. Musi w określonym czasie dojechać z punktu A do B i raczej nie zamierza nagle skręcić do ciemnego lasu.
2. Ma służbową furę i wachę, więc wszystko mu jedno. /nie umiem, nie umiem dobierać ładnych słów!
3. Najzwyczajniej w świecie mu się nudzi i chciałby z kimś pogadać, więc chętnie zabiera podróżników.

Nie przekonało mnie to do końca. Po konsultacji z blogiem Laveny i pewną koleżanką autostopowiczką, poszerzyłam listę:

4. Tirowcy mają cb radio, przez które mogą komunikować się z innymi i później 'przekazywać' sobie autostopowiczów, aby dowieźć ich jak najbliżej celu.
5. Tiry są namierzane i nieanonimowe, w przeciwieństwie do osobówek.

Cóż, brzmi nieźle. Jasne, TIR jedzie 80/90 kilometrów na godzinę, więc nie jest najszybszym środkiem transportu, ale kogo to obchodzi, gdy siedzenie parę metrów nad ziemią jak królowa i obserwowanie świata z góry to najlepsza zajawka ever?

Problemem jest "tylko" to, że oni nie mogą zabierać dwóch osób, bo mają tylko dwa fotele. Autostopowicze twierdzą jednak, że ci i tak chętnie biorą dwójkę pasażerów.

Wymyśliłyśmy sobie, że będziemy jechać z tirowcami, bo tak jest super. Pierwsza przygoda z 'dużym' miała miejsce po wyjeździe z Poznania, gdzie, jak wspominałam, nieogarnięta baba wywiozła nas na zadupie. Jedynym skupiskiem ludzi, nie poruszających się aktualnie z prędkością 130 km/h był parking tirów. Udałyśmy się tam i postanowiłyśmy zapytać, czy możemy liczyć na podwózkę... Trzeba się przecież było jakoś stamtąd wydostać. Podeszłyśmy do czerwonego Renault Magnum, spojrzałyśmy do góóóryyy (jej, jakie te fury są olbrzymie!) i zobaczyłyśmy pana siedzącego w otwartych drzwiach. Spytałyśmy. Pan TIR powiedział, że będzie niestety jechał w inną stronę, ale zapyta kolegów. Włączył radio (ale czad!) i oznajmił, że ma dwie miłe autostopowiczki jadące w stronę Świecka... Ktoś powiedział, że niestety już minął parking. Inni milczeli ku zaskoczeniu Pana TIRa, bo ta metoda podobno zawsze działa. Powiedział, że zabierze nas z powrotem na autostradę, ale daleko nie pojedziemy, bo on potem skręca. Z entuzjazmem wdrapałyśmy się do kabiny (co wcale nie było takie banalne z plecakami i całą górą innego badziewia). Zaskoczenie: ludzie, co za przestrzeń! Patrząc na ciężarówkę mamy wrażenie, że kabina jest malutka, bo porównujemy ją z całą naczepą... A tam jest tyle miejsca! Fotele są gigantyczne, można stać, chodzić, skakać (prawie), jest łóżko. Tak, pewnie wyjdę na zacofanego jaskiniowca, ale nie wiedziałam o tym. Jeden pasażer siada na fotelu, drugi na wyrku i jest odjazd!


Samochód ma 16 biegów (kolejny news), a wszędzie, gdzie się da są zdjęcia, figurki, rysunki dzieci i cały inny pierdolnik, który sentymentalni tirowcy lubią wozić ze sobą. Ciężko musi być rozstawać się z rodziną... często i na długo. Kierowcy chętnie opowiadają o swojej pracy (nie chcę generalizować, ale spotkałyśmy stosunkowo otwartych ludzi). Z ciekawości spytałam naszego kierowcy, co tam z tyłu wiezie. Od razu odpowiedział, że nie wie, i że go to nie obchodzi. Wiezie to z punktu X, w punkcie Y jest rozładunek, a jemu informacja o zawartości nie jest do niczego potrzebna. Rozbawiło mnie to trochę, ale ja jestem ciekawska.

Tirowcy to raczej nieskomplikowani ludzie. Inny pan, z którym jechałyśmy, powiedział, że czasem spędza 1-2 dni w pobliżu jakiegoś miasta, ale nie chce mu się wyłazić z ciężarówki, bo co on tam będzie zwiedzał, jak jego to nie interesuje. I tak nie zna języka. W tirze jest mu przyjemniej, swojsko. Oni te samochody traktują bardzo poważnie. Osobówki wymiękają, przecież TIR jest o wiele fajniejszy, łatwiejszy w obsłudze i po prostu lepszy.

Gdy w pewną sobotę błąkałyśmy się po stacji benzynowej, zaczepili nas tirowcy siedzący z browarami na krzesełkach koło ciężarówek i robiący mini piknik. Spytali, dlaczego dziś podróżujemy... Przecież dziś nikt nie jeździ! Autostrada była pełna, ale faktycznie, nie było ciężarówek - sobota dniem wolnym. Kierowcy tirowcy piknikowcy dziwnie na nas patrzyli. Nie ogarniali, że jeździmy osobówkami. Według nich autostopowicze jeżdżą/powinni jeździć tylko 'dużymi', bo tak jest pewniej i bezpieczniej. Powiedzieli, że w sobotę jadą tylko ci, którym nie udało się z jakiegoś powodu dojechać do określonego miejsca w piątek lub mają specjalne pozwolenie. Jeden z panów nagle wykrzyknął "chopaky, przecież dziś Stasiek jedzie chłodnią! zadzwonię i zapytam, kiedy tu będzie". Tekstu o Staśku i chłodni długo nie zapomnimy. Niestety Stasiek miał być w miejscu naszego postoju dopiero o 20. Kierowcy zachęcali, żebyśmy usiadły sobie z nimi i poczekały (była 14), ale uprzejmie podziękowałyśmy. Zdziwili się, przecież według nich nie miałyśmy szans się stamtąd wydostać, bo była sobota.

Innym razem stałam sobie na stacji jedząc kanapkę (bo u kogoś w samochodzie nie chciałam świnić). Przeszedł koło mnie pan z TIRa i zapytał, czy jadę do X. Powiedziałam (po dobrych 3 sekundach szoku - czy łapanie stopa może być aż tak łatwe?), że owszem, i że jestem z koleżanką. Powiedział, że drugie Magnum to jego, i że możemy jechać. Bajka! Oni są naprawdę strasznie mili i pomocni, po prostu życzliwi... A widok z TIRa jest po prostu rewelacyjny!
___________________________
15 days left

czwartek, 15 sierpnia 2013

Błędy, porażki, wnioski. Autostopowy wywód.

No, w końcu się rozpiszę tak, jak lubię. Podróż autostopem była owiana kompletną tajemnicą - nie wiedziałam, jak to będzie wyglądało... Teraz już wiem. Moje przygotowania i lista pakowania nie były w 100% trafne, więc będę się teraz rozwodzić nad wspomnieniami z tripa - były i wzloty, i upadki.

Uwaga, przemyślenia i wnioski!

Podróż autostopem to super sprawa, zaskoczył mnie entuzjazm kierowców - rzadko kiedy czekałyśmy dłużej, niż kilka minut. Ludzie, którzy jechali w złym kierunku, albo nie mieli miejsca w samochodzie wykonywali wręcz przepraszające gesty. Dwie dziewczyny nie miały żadnych problemów z zatrzymaniem samochodu. I, zaskoczę Was, wcale nie zatrzymywali się żadni zboczeńcy i gwałciciele... Najchętniej zabierają byli autostopowicze oraz ludzie, którym zwyczajnie się nudzi lub martwią się o te biedne dziewczynki sterczące na stacji na środku zadupia. Podróżowałyśmy z młodymi, starymi, rozmownymi, milczkami, TIRowcami, kierowcami busów, biznesmenami, szefami laboratoriów, studentkami... Ludzie są otwarci! Jak byłam mała i widziałam autostopowiczów na poboczu, to myślałam, że oni tam stoją co najmniej rok (i będą stać kolejny), ale okazuje się, że wcale tak nie jest. Jasne, zdarzają się momenty, że ciężko kogoś złapać, ale przy dobrym dogadaniu się z kierowcą (i dobrym ustaleniu trasy) nie ma większych problemów. Autostrady rządzą.

Nie uważam, żeby wyjeżdżanie z samego rana miało gruntowne znaczenie (nasz najdłuższy odcinek to było 400 km na autostradzie), ale nie radzę odwlekać podróży do wieczora. Nigdy nie jechałyśmy po ciemku, ale gdy na podejrzanej stacji pod Amsterdamem słońce powoli zaczynało zachodzić, to nie było za wesoło. Na szczęście szybko się stamtąd zabrałyśmy.

Kartki z nazwami miast działają znakomicie - jeździłyśmy autostradami między sporymi miastami, więc kierowcy chętniej z nami pertraktowali, gdy wiedzieli, dokąd chcemy się zabrać. Kartka "Poznań" załatwiła nam bezpośredni transport w dosłownie 30 sekund!

Zrezygnowałam z atlasu (70 zł, phi!) na rzeczy żałosnych wydruków z Via Michelin. Są one bardzo przydatne, ale tylko, kiedy jedziesz własną furą... Gdy łapiesz do Amsterdamu, a ktoś cię pyta, czy okolica Eindhoven ci pasują, a ty nie masz zielonego pojęcia, gdzie to jest, to robi się gorzej. Kupiłyśmy szybko mapę na stacji i byłyśmy przygotowane na badanie Holandii (mały kraj, a plątanina autostrad zaskakująco skomplikowana). Zawsze. Miejcie. Mapę.

Wzięłam sztormiak zamiast żenującej parasolki. Zdecydowanie dobry wybór! Ulewa spotkała nas raz, ale za to była naprawdę konkretna. Parasol nie przydałby się na nic, na dodatek jest nieporęczny.

Nigdy nie wsiadajcie do autokaru z 20 chłopakami jadącymi na wieczór kawalerski. Po prostu nie róbcie tego.



Flaga Polski. Obciach? Siara? Ferment? Kwas? Tak właśnie myślałam, dopóki nie poznałam Leo (pozdro ziomek!). Jest to nasz host z Berlina, doświadczony autostopowicz. Powiedział, że bez flagi Polski nie ma jeżdżenia! Dał nam flagę, którą zaczepiłam o plecak. Czułam się jak królowa Cebulaków, ale muszę przyznać, że gadżet sprawdził się rewelacyjnie! W Niemczech są tony Polaków, którzy nie zwróciliby na nas uwagi, gdyby nie nasza mała manifa. Z jakiegoś powodu za granicą Polak z Polakiem dogaduje się o wiele lepiej, niż w kraju. Na stacjach benzynowych rodacy zaczepiali nas, gadali, machali, pozdrawiali, życzyli powodzenia... i oczywiście zabierali ze sobą, jeśli tylko mieli taką sposobność. Niemcy uciekali przed nami, gdzie pieprz rośnie, ale to nie miało znaczenia - w Niemczech bez problemu podróżowałyśmy z ziomkami. Raz zatrzymał się samochód na niemieckich numerach, co wywołało nasze zdziwienie. Okazało się, że kierowcą jest Polak, który mieszka za granicą i chętnie zabiera autostopowiczów (specjalnie w tym celu przejeżdża przez każdą stację!), ale tylko Polaków i gdybyśmy nie miały flagi, nie zwróciłby na nas uwagi. Ciekawe doświadczenie.

Zapoznajcie się ze stroną hitchwiki, która jest bezkonkurencyjna! Można na niej sprawdzić hitchhiking spots w każdym mieście i na każdym zadupiu, ludzie dają bezcenne porady i wskazówki.

Nie wsiadajcie z babami, które mówią, że jadą na autostradę, ale w sumie nie wiadomo gdzie - chyba, że lubicie tracić czas, kilometry i mieć ten cudowny przypływ adrenaliny próbując przedostać się na drugą stronę autostrady.

Couchsurfing! Pisałam o nim nieskończoną ilość razy, nie będę się powtarzać. Muszę przyznać, że noclegi w pięciu obcych domach na naszej trasie to była czadowa przygoda! Poznałyśmy masę ciekawych, różnorodnych ludzi, którzy nauczyli nas mnóstwa rzeczy (naprawdę, nigdy nie przestanę się dziwić, ile można się dowiedzieć od każdego, kogo się spotyka na swojej drodze) i pokazali niszowe miejsca, do których nie dostałybyśmy się nie mając kontaktów w mieście. Fantastyczne doświadczenie! Zainteresowanych zachęcam do rzucenia okiem na mój profil. Pytajcie, śmiało. Polecam gorąco ludziom, którzy narzekają, że przecież pojechanie na parę dni do innego miasta (czy nawet kraju) to taaaki duży wydatek... Nieprawda!!!

Właśnie. Rodzice i inni ludzie zawsze sieją w nas przekonanie, że wyjazd za granicę to wielkie przedsięwzięcie, wynikające miesięcy (!) organizacji i ogólnej spiny. Akurat! W moim przypadku polega na wyszukaniu paru profili na Couchsurfingu i zapytaniu, czy mogę u nich spać. Po uzyskaniu twierdzącej odpowiedzi wyłażę na drogę, łapię stopa i JADĘ! Koszta? Jedzenie, picie, upominek dla CSerów - zawsze miło okazać swą wdzięczność. Domy Couchsurferów to nie są darmowe hostele, lecz miejsca, gdzie poznaje się rewelacyjnych ludzi i zachowuje się dla nich respekt. Niestety nie miałyśmy możliwości wcisnąć do naszych plecaków żadnych giftów, więc każdemu gospodarzowi stawiałyśmy na miejscu piwo i/lub gotowałyśmy posiłek, jak prawdziwe Matki Polki... Apogeum był Amsterdam, gdzie przyrządziłyśmy pierogi ruskie! Czad.

Aha, okazuje się, że kierowcy samochodów ciężarowych to najwspanialsi ludzie na świecie - ale o tym napiszę już osobno.
__________________________
19 days left ♥

sobota, 10 sierpnia 2013

Z dziennika podróżnika vol.2

Ciąg dalszy wspomnień... Wyjeżdżamy z Hannoveru.

27.07.2013
14:04 Jedziemy z polskim typem w okolice Dortmundu. Couchsurferzy dowieźli nas na stację, z której prawie odjechałyśmy z dwoma Polakami, ale olałyśmy, bo jechali do Eindhoven, a to nie po drodze. Koleś, z którym jedziemy powiedział, że bez sensu, bo tamtędy jest lepsza droga i byłybyśmy niby szybciej. Finalnie z Dortmundu będziemy łapać.

14:17 Przed nami wielkie i straszne chmury deszczowe.

14:18 190 km/h.

14:36 Leje i jest totalnie ciemno jak w D. u M.

14:37 TAJFUN I HURAGAN! 21°C, przed chwilą było 34.

14:41 KATAKLIZM. Grad wielkości orzechów. Stoimy. Gdybyśmy nie były w furze, to mogłybyśmy już sobie kopać grób.
*edit: orzechów włoskich.


14:44 Uspokoiło się trochę, ruszamy.

15:07 Siedzę w ultradrogim Burger Kingu gdzieś na stacji. Posilimy się i szukamy szczęścia w trasie.

19:29 Jej, jak późno! Zaniechałam pisania, bo miałyśmy ciężkie przejścia. Pod burgerem łapałyśmy stopa, ale nikt nas nie chciał przez jakieś pół godziny, bo ta droga NIE prowadziła w dobrym kierunku i TIRowcy ze stacji dziwili się, dlaczego w ogóle tędy jedziemy. Nie zgadzali się z opinią, że tu jest lepsza droga i "tędy wszyscy jeżdżą". Na dodatek TIRy nie jeżdżą, bo jest sobota. Nagle przyjechał partybus z niemieckimi chłoptasiami jadącymi na wieczór kawalerski... do Amsterdamu. 20 schlanych kolesi w pomarańczowych koszulkach. Wylali się z autokaru i nas zaczepili. Miałam już dość tkwienia na tej bezsensownej stacji, ale z drugiej strony jechanie z nimi nie brzmiało jak best idea. Wdałyśmy się w głupią gadkę, oni serio chcieli nas zabrać, mimo, że zamulałyśmy. Wahałyśmy się - dziwny temat - aż w końcu jeden z nas powiedział, że możemy siedzieć z przodu koło kierowcy. Wsiadłyśmy. Oni przyłazili do nas i zagadywali, ale byłyśmy OSCHŁE. Anka zabroniła mi się uśmiechać, ale ja i tak miałam bekę, bo przedstawiłam się "Mary". Słońce strasznie smażyło przez przednią szybę. Miałyśmy dość stresu w tym podejrzanym autokarze, postanowiłyśmy wysiąść na następnej stacji. O 18.30 chłopaczki zrobiły postój na granicy, gdzie nie było NIC. Pod byle pretekstem uciekłyśmy pieszo, bo stacja była za 500 m. Doczłapałyśmy się (pokonanie granicy na piechotę, globtrotter). Stwierdziłyśmy, że teraz luz, bo jesteśmy blisko i wszyscy tam jadą, ale NIE. Ta stacja była żałosna i nikt na nią nie wjeżdżał, a jak już to ludzie w samochodach PEŁNYCH LUDZI. Skąd się ich tyle wzięło?! Zatrzymała się koło nas starsza pani, Turas, kolejne 2 Turasy i jakieś dziady, ale nikt nie jechał w kierunku Amsterdamu (?!). W końcu po godzinie od uwolnienia się od zboczeńców wsiadłyśmy do fury z miłym starszym państwem i dziewczynką. Jadą do Haarlem (na północy zachód od A'damu), więc najprawdopodobniej wysadzą nas na stacji przed rozjazdem. Tak czy inaczej, robimy kilometry, wiec jest ok. Leci miła orientalna muzyczka. Holendrzy chyba są spoko, sprawiają wrażenie, jakby chętnie nas zabierali, GDYBY NIE TO, że zawsze jeżdżą w piątkę O.o

19:44 15 minut gryzmolenia, a do Amste 60 km!!!

20:07 Jeeej, taki śliczny krajobraz, wiatraki, rozlewiska i zwierzątka . ♥ Całe stada ptactwa, owiec i krów. MILIONY.

20:10 Rozjeżdżamy się z drogą do Amsterdamu, ale tędy ponoć też dotrzemy. Zostało z 30 km, zaraz wysiadamy.

23:34 (...) do domu CSerów dotarłyśmy po 21. (...) znów było kiepsko. Wysadzili nas na super mega NIEpopularnej mini stacji, która była na autostradzie omijającej Amsterdam, co było słabe. Pół godziny nie wiedziałyśmy, co robić, czy pytać dalej (bez sensu) czy iść 3 km do rozjazdu (nie ma jak). W momencie desperacji ("tu NIKT nie jedzie do Amsterdamu!") zatrzymałyśmy parkę ludzi, którzy w 10 minut podrzucili nas do metra... CZAD.





/3 dni w Amsterdamie. dziwne miasto, strasznie czyściutkie, równiutkie, każda cegiełka identyczna, zero syfu, dziwny klimat. obco się czułam, Berlin był lepszy. A'dam: browar, rower, bazar, straszna drożyzna, kanałki, handmade pierogi ruskie i hmmm, szukam miłych słów, homoseksualiści i prostytutki.

30.07.13
11:31 Ogarniam pakowanie. Jest chyba jakoś zimno na dworze. Mamy 87 km do R'damu.

13:29 Siedzimy w kuchni. (...) Wiemy już, gdzie mamy się kierować (hitchhiking spot!), problem w tym, że pada DESZCZ. W końcu przyda się sztormiak! Plecaki będą lekkie. Mam nadzieję, że ludzie będą chętnie zabierać biedne, mokre autostopowiczki.

14:32 Jedziemy metrem. Już jesteśmy całe przemoczone. Liczę na miłych kierowców!

15:37 Żal i bieda. Krążymy po A'damie, bo nasz spot jest rozkopany. Łaziłyśmy nie wiedząc, co robić, aż w końcu postanowiłyśmy jechać na południe, do innej drogi i łapać tam. I zjeść coś. BIEDA.

17:37 W korku do Rotterdamu, zaraz będziemy w mieście! Wydostałyśmy się z deszczowego amsterdamskiego więzienia dopiero o 16:45, było trochę strasznie. Musiałyśmy stać na zjeździe na autostradę, bo nie znalazłyśmy żadnego spotu. Sam deszcz. :< Po 5 minutach zabrał nas jakiś pan, którey 45 minut później wyrzucił nas między Hagą a R'damem (nadłożył dla nas drogi). Tu, na jakimś rozjeździe złapałyśmy po 2 minutach dziewczynę jadącą do R'damu.

(...)

20:46 Mieszkamy W KOŚCIELE. To nie jest ŻART. ALE JAZDA. U kumpla Nath. Tak, tu jest akademik.

21:06 Nath jedzie i się jara, ja też!





/tak! spotkałyśmy się. było strasznie fajnie, śmiesznie się słuchało Nath gadającej po niderlandzku ("pentahram"). W Rotterdamie nieoczekiwanie poznałam też Sarę, z którą brałyśmy udział w ultra profesjonalnym wywiadzie na temat blogów. Pozdrawiam!!! R'dam specyficzny i drogi, ale poznałyśmy super ludzi.
(...)

01.08.2013 O BOŻE, AUGUST!
(...)
13:49 Puszczamy "Banię u cygana" w kościele.

16:51 Żulujemy pod mostem pod autostradą. Zaraz ruszamy!

17:50 Od ok. pół godziny jedziemy z miłym Panem Belgiem. Zabrał nas ze zjazdu na A16 i opieprzył za beznadziejne stanie. Wysadzi nas koło granicy.

17:52 O, zatrzymujemy się na stacji. Jetseśmy w Belgii, LOL!



18:08 Nasze życie nagle się zmieniło. Jedziemy... do Paryża! Podczas pobytu na stacji napisał nasz host z Brukseli, jednak nie może nas przetrzymać... Nie wiedziałyśmy, co robić. Zapytałam, czy zna kogoś, kto może nas hostować, ale NIE. Stałyśmy skonsternowane na wylocie ze stacji i nagle ktoś się zatrzymał (nawet nie machałyśmy ani nic). Okazało się, że jedzie do Paryża. 2 sekundy namysłu... i jedziemy!

22:34 Jestem w domu.
______________________
24 days left

środa, 7 sierpnia 2013

Z dziennika podróżnika vol.1

Wróciłam cała i zdrowa. Prowadziłam dziennik, więc bez zbędnych ceregieli prezentuję fragmenty!

22.07.2013
09:52 Czekamy z Aneczką na 713, które wywiezie nas za WWĘ w pobliże autostrady A2 do Poznania. Nie będzie odwrotu. Nie wiem, co mam o tym myśleć.

10:11 Za kilka minut wysiadamy z autobusu i zaczynamy WIELKI TRIP.

10:34 Po 5 minutach żałosnej dezorientacji w zatoczce niedaleko wjazdu na A2 postanowiłyśmy zrobić kartkę "Poznań". WZNAWIAMY.

10:37 Jesteśmy w furze z jakimś panem. Kartka zadziałała po 30 sek. Ciśniemy do Nowego Tomyśla (gdzie to jest?!). -> Za Poznaniem, więc złapałyśmy z Warszawy bezpośredni transport! Będziemy w Pyrlandii koło 14.

10:38 Autostrada! ♥ 294 km left.

13:44 19 km do Poznania. Rekordowy czas! Zastanawiamy się nawet, czy nie jechać od razu do Berlina, ale w sumie nie mamy tam noclegu.

13:50 POZNAŃ!!!

14:13 Siedzimy na Malcie, poznańskim plażowym splendorze. Planujemy zjeść najlepsze burgery w mieście, na które dostałyśmy namiar od jednego CSera. Czekamy na odzew Ani, u której mamy spać.

15:20 Siedzimy w burgerowni. Czekamy na żarło. Za wielkie żarcie i picie zapłaciłam 17 zł; stwierdzam, że WWA jest straszna pod względem cenowym, o Paryżu nie wspominając. Lepię się na maxa, bo jest 34°C. Na szczęście znalazłyśmy knajpę z klimą, czekamy na pyszne burgerki i Anię. *siedzimy w romantycznej loży z płatkami róż. Wyglądamy jak sto żuli.

(...)

17:14 Jedziemy z nimi (CSerami - gospodarzami) nad jezioro i słuchamy Skrilla. ODJAZD.

19:01 To jest jakiś TOTALNY CZAD!!! Kąpaliśmy się w jeziorze jak bachory, bawiliśmy się piłką i było SUPER. Teraz wracamy furą i kombinujemy, co żreć. A potem na piwo.

/teraz ominę spory fragment prywaty dotyczący jedzenia, picia, gadania, nieoczekiwanej wizyty w squacie (!), noclegu na kałczu, pobudki o 5 rano spowodowanej jakimś tragicznym atakiem alergii i innych gorzkich żali.


23.07.2013
10:41 Kartka "BERLIN" gotowa. Zaraz ruszamy.

11:25 Czekamy na jakiś syfobus, który nas dowiezie w pobliże autostrady.

12:28 Siedzimy w TIRze. Magnum ♥. Jesteśmy w dupie, bo jakaś babka zabrała nas spod Pozka i wywiozła donikąd. Musiałyśmy przeskakiwać przez drogę szybkiego ruchu i myślałyśmy, że umrzemy. Na parkingu TIRów znalazłyśmy Pana, który zabierze nas stamtąd, ale wcale nie tam, gdzie nam trzeba. Ahoj!

12:33 Ale się czadowo jedzie!!! Co za odlot. 16 biegów i full wypas.

12:59 Znów na fali. Jedziemy osobówką, która wysadzi nas na stacji W DOBRĄ STRONĘ (teraz jesteśmy 13 km PRZED Poznaniem LOL). Piotrek, TIRowiec nas tu dowiózł, ratując nas przed niechybną śmiercią na drodze. Teraz znów do przodu. Jea!

(...)


14:55 Jestem totalnym bejem, pospałam sobie właśnie trochę w TIRze. 65 km do granicy.

15:22 21 km do Świecka. Będziemy łapać osobówkę, bo podobno w Niemczech jest spore ryzyko kontroli (a nie można TIRem zabierać 2 pasażerów).


16:52 Ale odjazd! Siedzimy z Murzynem w furze i jedziemy do miasta! Zjechałyśmy z autostrady, do zjazdu zawiózł nas Poznańczyk w busie. Jesteśmy w Niemczech i niedługo osiągniemy dzisiejszy cel!

17:50 Mur Berliński! Ale bjutiful. Stoimy w korku i podziwiamy.

/znów ominę prywatę dotyczącą pobytu w Berlinie (jezioro, piwo, żarcie, metalowe puby, piwo, knajpy, piwo, piwo legalne na ulicy (!) i takie tam).

26.07.2013
14:12 Siedzę na ziemi w Michendorfie, dojechałyśmy tu pociągiem. Anka pisze "Hannover". Jest późno.

15:11 Siedziemy (siedzimy+jedziemy) w furze do Hannoveru. Spotkałyśmy na stacji parę autostopowiczów z Łodzi, którzy ogarnęli limo do Hannoveru. Paweł mówi po niemiecku, jedziemy teraz wszyscy razem, czad!

16:28 Hannover 100 km. Jest bardzo miło, a Pan Kierowca jedzie przez tą mieścinę, w której będziemy mieszkać!

/i rzeczywiście, wysadził nas pod samymi drzwiami. omijam couchsurfingowy melanż w Hannoverze, dom hipisów i wielką biesiadę zamiast śniadania.

_________________________________________________________________

Ha, ten dziennik to był czadowy pomysł! Dzięki temu wszystko jestem w stanie sobie przypomnieć, nie mam wielkiej mieszanki kierowców, dróg i miast w głowie. W następnym poście dziennikowe wspominki dot. Holandii, do której zmierzałyśmy z Hannoveru!
Jestem niesamowicie zajarana całą tą podróżą, będę się nad nią pewnie rozwodzić przez miesiąc. Co najmniej.
Jej, jestem pełna pozytywnej energii! Mogę wszystko.
___________________________
27 days left
Blog Widget by LinkWithin