poniedziałek, 30 września 2013

Cytaty, które mi się podobają


Dzisiaj będą niezwykle głębokie wynurzenia.
Żartuję.

Pragnę przedstawić kilka cytatów, które naprawdę lubię. Wszystkie z nich znajdują się na wielkim kawałku papieru na ścianie w moim pokoju, razem z różnymi innymi wypowiedziami i tekstami piosenek. Każdy z tych cytatów coś dla mnie znaczy, identyfikuję się z nim, czuję spływającą mądrość.


_________________
A man can stand everything except a succession of ordinary days
~Johann Wolfgang von Goethe

Nie potrafiłam przebrnąć przez jego książki, ale lubię jego sposób myślenia. Monotonia, rutyna... to nas zabija. Zamula. Nie cierpię budzić się codziennie o tej samej porze, jeść tego samego na śniadanie, mieć zaplanowanego dnia i z góry wiedzieć, co wydarzy się dziś wieczorem, jutro, za tydzień, za 4 miesiące... Nie! Nie mogłabym żyć zwykłym, nudnym życiem. Już nie.

_________________
If you can solve your problem, then what is the need of worrying? If you cannot solve it, then what is the use of worrying?
~Shantideva

To dopiero mądrość! Szkoda tylko, że tak ciężko ją zaaplikować. Mamy tendencję do zamartwiania się, no matter what. A Pan Shantideva naprawdę ciekawie prawi - jak masz problem, to go rozwiąż, jak nie możesz do rozwiązać, to martwienie się i tak ci w niczym nie pomoże. Trochę jak z płakaniem... Czasem jednak ciężko się powstrzymać.

_________________
W świecie ludzi o zamkniętych głowach
Włamywacz musi się cholernie napracować, wierz mi!
Ludzie są śmieszni, bo zamknięty umysł
Stał się nie wiedzieć czemu powodem do dumy
~Łona, Włamywacz

Mój ulubiony polski raper. Szydzi z zamkniętych umysłów... Ma rację. Jak to się dzieje, że granice topnieją, świat się zmniejsza, możliwości się zwiększają, a sposoby myślenia ludzi sukcesywnie się zawężają? Ja chcę zwojować świat.

_________________
The old believe everything, the middle-aged suspect everything, and the young know everything
~Oscar Wilde

Szacun dla Wilde'a, podoba mi się sporo jego cytatów, inspiruje mnie. Świetnie to ujął - w młodym wieku wydaje nam się, że wiemy wszystko. Im więcej dowiadujemy się na dany temat, tym bardziej widzimy, ze w gruncie rzeczy nic o tym nie wiemy... W dorosłości podejrzewamy. U schyłku życia wierzymy we wszystko... Tego nie potwierdzę, ale na pewno sporo w tym prawdy.

_________________
Poznasz Polaka na końcu świata, bo typowy Polak wygląda typowo.
~Tede, Modopolo

Cóż, nie zrymowało się Tedzikowi, użył też niezbyt lotnego i wygórowanego powtórzenia, ale przyznać muszę, że odkąd mieszkam we Francji, uwielbiam ten tekst. To jest po prostu prawdziwe! Zawsze z odległości kilometra wypatrzę czerstwą japę jakiegoś Zdziśka lub Cześka. Polacy są po prostu specyficzni. Nie umiem tego opisać - nie chodzi tylko o ciuchy (choć tylko my mamy tak kiepski gust jeśli chodzi o męskie t-shirty, o sandałach i skarpetach nie wspomnę), ludzie ze wschodu mają inne twarze. Inne rysy. Inne fryzury, mimikę, gestykulację... wąsy.

_________________
I have found it an amusing strategy, when asked whether I am an atheist, to point out that the questioner is also an atheist when considering Zeus, Apollo, Amon Ra, Mithras, Baal, Thor, Wotan, the Golden Calf and the Flying Spaghetti Monster. I just go one god further
~Richard Dawkins

Nic dodać, nic ująć.

_________________
Niektórzy ludzie są po prostu mądrzy.

piątek, 27 września 2013

Pij bracie, pij


Jakiś czas temu idąc sobie po peronie paryskiego metra zobaczyłam parkę żuli: roześmianych, imprezujących, dzierżących browary. Zaczepiali ludzi, darli się, śpiewali... To na pewno Polacy!, rzekłam żartobliwie do mojego towarzysza. Nie spodziewałam się, że faktycznie tak będzie. Przechodząc koło nich zaczęłam odbierać żulową częstotliwość i zrozumiałam, jaką pieśń wydobywa się z ich przechlanych gardeł: Pij, pij, pij bracie pij, na starość torba i kij! Moje polakoczułe sensory jak zwykle niezawodne. Ok, nie o tym.

Szczere Kocisko wysmarowało jakiś czas temu post o alkoholu. Przeczytałam z uwagą o obecności alkoholu w naszym życiu. Pojawia się, jak jesteśmy mali, jest na wszystkich rodzinnych imprezach. Intryguje... W końcu rodzice pozwalają spróbować piwa, dziadek polewa naleweczkę. Alkohol jest częścią naszego życia.

Stwierdziłam, że to dobrze, że alkohol nie jest żadnym tabu. Jak wiedzą wszyscy, zakazany owoc kusi bardziej niż wszechobecne, mało tajemnicze sprawy. Alkohol zniszczył życie niejednemu, ale rozkręcił też miliony świetnych imprez. I co z tym zrobić?

Ludzie próbują uświadamiać dzieci o szkodliwości alkoholu. Ech, dorośli. Czy Wy naprawdę myślicie, że puszczenie w szkole sztywniackiego programu o tym, że nie wolno się upijać, że marskość wątroby to poważna choroba i, że od przedawkowania alkoholu się umiera rozwiąże problem? Czy do dzieci to w ogóle dotrze? Czy słowa Seby "Gruby, pij, nie pie**ol!" nie są bardziej przekonujące? A może częstowanie dzieci alkoholem w domu, żeby "nie musiały" pić na gimnazjalnych imprezach rozwiąże problem? Wy chyba jesteście naiwni.

Jak chcą spróbować, to spróbują, ale ich sprawa, co dalej z tym zrobią. Dzieci to dzieci, im nie wytłumaczysz. Muszą się przejechać na własnych błędach. Mądrzejsze zrozumieją, głupsze nie. Dobór naturalny.

złociste, rozświetlające ten smutny dzień

A po co nam w ogóle ten alkohol? Żeby się rozluźnić? Nabrać odwagi do podrywu? Odkryć w sobie niesamowitego skilla tanecznego? Tak. I nie ma w tym nic złego. Alkohol poprawia atmosferę na spotkaniach. A czy jest konieczny? Nie. A co z przedawkowaniem? Cóż, jeśli nie chcesz się upić, to przestaniesz pić w odpowiednim momencie.

Nie gardzę alkoholem. Piwko z kumplami, wyjście do knajpy czy domówka u przyjaciółki po prostu sprawiają mi przyjemność. Lubię się napić od czasu do czasu. Za czasów gimnazjum byłam świętą abstynentką i w alkoholu widziałam szatana. Później dowiedziałam się, że "wszystko jest dla ludzi" i można umiejętnie z tego korzystać, by umilić sobie wieczór.

Szkoda tylko, że w Paryżu browar kosztuje 5€.

Ok, kończę, bo bajzel.

wtorek, 24 września 2013

Auto STOP.


Wciąż surfując na fali 'autostop to najlepszy środek podróżowania ever' postanowiłam spróbować swojego szczęścia po raz kolejny. Nie było czasu na kolejne zagraniczne wyprawy, ale weekend w Nantes /nie wiedziałam o istnieniu tego miasta. wybrane zostało przypadkowo, z couchsurfingiem nie było najmniejszych problemów, bo do Nantes nikt nie przyjeżdża, bo tam 'nic nie ma'. ha! byłam mega zaskoczona, cudowne miasto, rewelacyjna atmosfera, fantastyczni ludzie. zdecydowanie nie warto jeździć tylko po znanych miastach/ i eskapada po zamkach nad Loarą wydawała się świetnym pomysłem. 3 t-shirty, szczoteczka do zębów, karton Nantes i w drogę!

Wszyscy zawsze (kwantyfikatory 4ever) mówili mi, że podróżowanie w towarzystwie osobnika niezbyt czarującego, nieposiadającego zgrabnych nóg, wyposażonego w brodę, czyli krótko mówiąc dowolnego samca zdecydowanie zmniejsza skuteczność łapania stopa. Wydawało mi się to logiczne, zwłaszcza, że kierowcy mówili mi latem, że facetów zwyczajnie się boją, a dwie babeczki wydają się sympatyczne (niektórzy zabierali nas dlatego, żebyśmy nie wpadły w ręce zboczeńców). Dziewczyna i chłopak to porażka na całej linii.

Nie spodziewałam się aż takich trudności. Bina, niewierny Tomasz, musiała się o wszystkim przekonać na własnej skórze.

Mieliśmy kiepskiego spota, mimo, że na hitchwiki był polecany jako dobre miejsce dla ludzi jadących na południe i zachód. Dużo samochodów, miejsce, aby się zatrzymać, a co najważniejsze znajduje się jeszcze w mieście, przy obwodnicy, co jest wygodne.

#&%*@(*#^($@!#%$


jak nie chce ci się tego czytać, to możesz skomentować
'jaaakiii słoooodkiiii ;**'/'kocham Pusheen, yaaay *-*'


Dlaczego kierowcy nie zabrali Biny z Porte d'Orléans?

1. Była z samcem, który ewidentnie mógł się nią zaopiekować - nie wzbudzała litości, współczucia, ani nawet żadnych pozytywnych emocji.
2. Nadal była w mieście, więc mogła od razu wrócić do domu - w trasie ludzie chętniej biorą, bo mają świadomość, że autostopowicze jakoś muszą się wydostać ze stacji na środku zadupia.
3. Ruch był duży, ale niekoniecznie w naszym kierunku - nieopodal zaczynało się mnóstwo autostrad i obwodnica miasta.
4. Samiec miał brodę.
4. Paryżanie to takie b u f o n y, że aż mi się płakać chce. Zero uśmiechu, udają, ze cię nie widzą... Nigdzie indziej nie natrafiłam na tak niesympatycznych ludzi. Można chociaż pomachać, żeby dodać otuchy!

Najgorsze w tym wszystkim było to, że rano spotkaliśmy tam autostopowicza z Norwegii, który po około 20 minutach od naszego przybycia (co dla mnie było wiecznością, wspominając moją skuteczność tego lata) wskoczył do fury z Holendrem. Holender! Tysiące Francuzów, którzy cię olewają. Przejeżdża jeden Holender, obywatel kraju, gdzie autostopowicze są cool, a ludzie dobrze ich postrzegają i zabiera gościa. Cieszyłam się, teraz była nasza kolej.

Po dwóch godzinach i trzydziestu minutach poszliśmy coś zjeść, bo z powodu głodu i niskiej temperatury nie mieliśmy już nawet siły trzymać naszego kartonu. Wypełnieni pizzą wróciliśmy na miejsce, gdzie zastaliśmy trójkę hipisów z Niemiec. Rozkraczyli się na całej długości spotu, nie chcieliśmy im robić konkurencji. Po 30 minutach zatrzymał się... Polak, który ich zabrał. Podeszłam z czystej ciekawości zapytać, dokąd jedzie. Okazało się, że nie jest Polakiem, ale jeździ na polskich numerach. Zmierzał do miasta, które idealnie nam pasowało. Chciało mi się płakać. Rozstawiliśmy się z powrotem, ale przez kolejną godzinę nic z tego nie wyszło. Nigdy jeszcze nie próbowałam wyjechać stopem z Paryża, ale wiedziałam, że jest inny dobry spot poza miastem. Chciałam tam jechać, ale dzień był już zmarnowany - nie zwiedzilibyśmy zamków, najlepszą (choć najsmutniejszą i symbolizującą porażkę) opcją wydawało się rozpoczęcie kolejnego dnia w innym miejscu, tak się też skończyło.

F A I L.

Kolejnego dnia nie było lepiej, wyjechaliśmy pociągiem poza miasto, w okolice pasującej nam A10. Spot był idealny, problem w tym, że miejsce, w którym samochody mogłyby się zatrzymywać było zastawione przez zaparkowane pojazdy. Ludzie sygnalizowali nam, że nie mają się gdzie zatrzymać. Znaleźliśmy odpowiednie miejsce kawałek dalej, ale fala sympatycznych ludzi się skończyła. Nie chcąc znów tracić całego dnia zdecydowaliśmy się znów zmienić spot. Znów wsiedliśmy w pociąg - zmierzaliśmy prosto na stację benzynową przy drodze. Zgubiliśmy się na godzinę w lesie, ale trafiwszy na stację udało nam się po 10 minutach wsiąść z miłą panią i jej dwiema kilkuletnimi córeczkami. Od tego momentu poszło gładko - 3 kierowców, 400 km, 4h. Idealnie.

Powrót był prostszy - okazało się, że rzeczywiście nad Paryżem ciąży klątwa - w innych miejscach Francji ludzie są życzliwi. Naprawdę. Po raz pierwszy jechałam z ludźmi, którzy powiedzieli, że nigdy nie zdarzyło im się zabierać autostopowiczów, a my mamy 'dobre twarze'. A więc jednak! Samiec nie przekreśla szans? Czy to wszystko wina Paryżan?

Bufony!

piątek, 20 września 2013

O kwantyfikatorach


Mamy tendencję do używania kwantyfikatorów... O czym mowa? 'Tego nikt nie lubi!', 'Zawsze, gdy widzę truskawki, to mam na nie ochotę.', 'Nigdy bym tam nie poszła'. Uwielbiamy generalizować i podpinać wszystkie nasze akcje pod ogólne przypadki. Skąd to się bierze? Cóż, łatwiej i fajniej powiedzieć 'nigdy mi to nie wychodzi!', 'zawsze mi się to przytrafia!', 'każdy mnie olewa'. No bo jak w ogóle brzmi 'w 80% przypadków mi to nie wychodzi!', 'często mi się to przytrafia!', 'znajomi z wyjątkiem X, Y i Z mnie olewają!'? Kwantyfikatory są po prostu atrakcyjniejsze.

Nigdy nie mów nigdy to chyba najpopularniejsza fraza zbudowana z kwantyfikatorów. Pozornie bezsensowna, w oparach swojego absurdu kryje sens. Wszyscy zawsze mówią nigdy, a to przecież nie ma żadnego sensu! Skąd możesz wiedzieć, co stanie się za kilka lat? Albo chociaż miesiąc? Nigdy nie wsiądę na konia. Nigdy nie pogodzę się z ojcem. Nigdy nie skoczyłbym na bungee. Serio? A skąd wiesz? Nie blokuj sobie możliwości... Mówiąc nigdy zaczynasz w to wierzyć, a to cię ogranicza.

Zawsze. Nigdy nie ma zawsze! Nic nie jest zawsze i na zawsze! Kwantyfikatory to pułapka, można wpaść w niezłe zapętlenie, forever/never/ever loop. I jak tu z tego wybrnąć? Czy to jest nielogiczne, czy może właśnie zbyt logiczne?


Może powinnam głosić zaprzestanie używania kwantyfikatorów? Nie, to nie ma sensu, każdy ich używa i tak zostanie na zawsze. Osobiście bardzo je lubię, dodają smaczku moim błyskotliwym wypowiedziom. Podobnie jest z olbrzymimi liczbami i odcinkami czasu: 'czekałam w tej kolejce tysiąc lat!', 'masz z milion par jeansów!', 'zanim on wyjdzie spod prysznica to minie rok'. Brzmią zabawnie, zwłaszcza ubarwione moją gestykulacją w stylu naćpanego Sycylijczyka. Lubię się wypowiadać z rozmachem, ale niektórzy tego nie czają (widzicie, staram się unikać kwantyfikatorów!). Nie rozumieją ironii*, na tekst 'to za daleko, mieszkam 3 lata świetlne od tej knajpy' mówią 'hrrhrrhrr .... ... to... daleko'. *poprawka: oczywiście, ze rozumieją ironię, ale z jakiegoś powodu nie łapią fazy.

"Nic mi się nie chce". A ja jednak myślę, że coś by się znalazło, chociażby bezczynne siedzenie na dupsku. Ciekawa sprawa z tymi kwantyfikatorami, tym ciekawsze, że naprawdę każdy się nimi posługuje, nawet traktujący wszystko dosłownie matematycy: dla każdego x równego...

wtorek, 17 września 2013

Dorośli, nie spinajcie się!


Nigdy nie chciałam dorastać. Nie rozumiałam otaczających mnie dzieciaków, które w wieku 6, 8 czy 11 lat miały już kompletny plan na swoją przyszłość. Mnie „dorosłe życie” zawsze wprawiało w swego rodzaju konsternację. Takie obce, odległe, skomplikowane… Od rozmyślań wolałam swoje zabawki, samochodziki (bo zabawa w sklep, dom i lalki była głupia). Nawet moja młodsza o 4 lata siostra wyjechała kiedyś z tekstem „kiedy już będę starsza od Biny…” i zaczęła prawić obszerne litanie na temat swojej przyszłości. Ja cały czas byłam zagubiona, nie miałam ochoty myśleć, kim będę za kilkanaście lat. Sugerowałam się oczywiście słowami rówieśniczek, kariera aktorki, piosenkarki, nauczycielki, modelki czy fryzjerki to musi być to!

Chcę być już dużyDorosły… Nie chcę już chodzić do szkoły, tylko pracować… Co te dzieci miały w baniach? Nie doświadczając problemów „dorosłych” wydawało nam się, że nasze zmartwienia osiągają najwyższy poziom powagi i dramatu. Jak kiedyś w podstawówce nieumyślnie obraziłam nauczycielkę, to chciałam przefarbować włosy, żeby mnie nie poznała. Problem ten spędzał mi sen z powiek i nie wyobrażałam sobie borykania się z czymś jeszcze gorszym. Liceum wybrałam w ostatniej chwili, ze studiami nie trafiłam, ale po roku znalazłam się na kierunku idealnym. Samo się ułożyło. Wykonuję czynności, które jeszcze podczas nauki w liceum autentycznie mnie przerażały. Posługuję się obcym językiem. Prowadzę samochód. Pracuję. Pytam o drogę. Samotnie podróżuję. Chodzę do banku. Piję alkohol. Proszę o ketchup. Hardkor! Kiedyś taka wizja życia wydawała się trudna, niemożliwa do zrealizowania, wymagająca wielkich kwalifikacji, ale jak już nadeszła, to nie jest źle. Zaskakujące, prawda?

Nie wyobrażam sobie rezygnacji z dziecinnych zachowań, beztroski, głupich żarcików... Bo czym jest ta cała dorosłość? Odpowiedzialnością? Na razie udaje mi się znaleźć w sobie jakieś jej strzępki. Radzę sobie. Mam marzenia, sporą ilość celów czekających na realizację. Czy to dziecinne? Nie powinno tak być. Podobno dorośli często zapominają o marzeniach, a jeśli już je mają, to chowają gdzieś na dnie głowy, bo teraz i tak już nie uda się ich zrealizować. Nie chcę nigdy myśleć w ten sposób.

Nie chcę się też któregoś dnia brutalnie przekonać o własnej naiwności…

Ale przecież można być dużym dzieckiem, prawda? I nie oznacza to mieszkania na utrzymaniu Mamy do czterdziestego roku życia, ale... luzackie podejście! Da się.

W te wakacje /tak, nie obędzie się bez autostopowej retrospekcji/ spotkałam w Hannoverze rewelacyjną rodzinkę. Rodzice około czterdziestki, trójka dzieci, najstarszy syn ma 17 lat. Od momentu przekroczenia ich progu (a nawet wcześniej, bo już widząc przez szybę w drzwiach Daisy, gospodynię, z wytatuowanymi ramionami i dredami) poczułam, że ci ludzie... się nie spinają. W domu panuje artystyczny bałaganik, gra muzyka, rodzice chodzą na imprezy elektro (z synem!)... Luz! W jakiś magiczny sposób nie robią awantur o byle co, czyli nie zachowują się jak rodzice, mimo, że nimi są. I to prawdziwymi rodzicami, ze stażem! Wszyscy zadowoleni. Okazuje się, że faktycznie są na świecie ludzie, którzy nie tylko mówią "jak ja będę rodzicem, to nie będę się spinać!" ale rzeczywiście tak robią. Ave! Chwała! Pokłony! Chcę kiedyś kimś takim być. Niee, zaraz, ja nie chcę przecież być rodzicem.

niespięty plakat wiszący w kiblu u niespiętych rodziców z Hannoveru. moi rodzice by się spięli.

______________________________________________
tak, częściowo odgrzałam tu kotlet pisany kiedyś dla
Prowokatora (rip[*])

piątek, 13 września 2013

Lomo nie wiadomo


Moja "przygoda" z lomografią zaczęła się niedawno i niespodziewanie. W moje ręce wpadł Fisheye Baby. W pierwszej chwili, myślałam, że to zabawka - oldschoolowo wyglądający aparacik mniejszy od mojej pięści nie może przecież naprawdę robić zdjęć.

Myliłam się.

O, bardzo.

Czym w ogóle jest lomografia? Starożytną radziecką technologią. Nazwa pochodzi od Łomo, marki aparatów analogowych. Czym to się w zasadzie różni od klasycznej fotografii? Czadem i kosmosem. Nieprzewidywalną zajebistością. Tym, że za cholerę nie wiesz, jak w ogóle będzie wyglądało zdjęcie, które właśnie robisz...

Niestety, nawiązując do poprzedniego posta, technologia nas ściga i fakt, że nie mogę od razu obejrzeć zrobionego przeze mnie zdjęcia, a muszę zapełnić całą kliszę i zanieść ją do wywołania sprawił, że czułam się bardzo nieswojo. Ręczne przesuwanie klatek! Nie mam o tym pojęcia. Fotki z mojego aparatu teoretycznie powinny wyglądać tak. Okrągłe, 'wypukłe' - rybie oko. Ciekawym aspektem lomografii jest jednak multiekspozycja. Po co robić normalne zdjęcie, skoro można strzelić kilka w miejscu jednego? Ale jak to w ogóle zrobić? JAK się poprawnie przesuwa film? Czułam się jak totalny amator, ale pstrykanie zdjęć na lewo i prawo sprawiało mi przyjemność... Bałam się, że nic z tego nie wyjdzie.

Wyszedł k o s m o s.

Gdy zobaczyłam to, co uzyskałam, nie udało mi się pohamować błyskotliwego "ŁOŁ!". Chętnie się podzielę, bo wciąż jestem w szoku i pod ogromnym wrażeniem losowości tych zdjęć...

Wszystkie efekty są wynikiem mojej nieudolności, niecelowej multiekspozycji i radzieckiej technologii, nie ma tu żadnego fotoszopa.

 nie, my nie siedzimy plecami do siebie. to są dwa osobne zdjęcia, które postanowiły jednak wystąpić razem.

 pociąg w Berlinie.

 magiczna sklejka znad jeziora.

bezcenny widok z TIRa oraz stary budynek w Poznaniu. z prawej strony na zdjęcia wkrada się jakaś barierka.

z lewej strony widok z promu w Amsterdamie, a z prawej strony prom widziany jeszcze z lądu... hmm.

jedno z najciekawszych. przedstawia stół, ogródek, księgę gości u naszych gospodarzy z Hannoveru, do której się wpisuję. następnie widać pierdolnik, psa, randomowy stuff, fragmenty innych zdjęć... kosmos.

Lecę kupić nowy film.

wtorek, 10 września 2013

E-żal


Fala żałoby związanej z 1 września już zdecydowanie ucichła, więc dziś Bina rusza do rozdrapywania ran.

Może wybrzydzam, ale nie lubię odwiedzać blogów w okresie świąt, początku wakacji, rozpoczęcia roku szkolnego/akademickiego czy też śnieżycy trwającej do kwietnia, bo jedyne, o czym mogę sobie wtedy poczytać, to fakt, o którym wszyscy z góry wiedzą: mam już dość śniegu. jutro wigilia. nie chcę mi się iść do szkoły. są wakacje. Luuudzie. Przecież wiem. Duuuh!

Jak zwykle, nie o tym chciałam pisać. Stwierdziłam ostatnio, że chyba się starzeję (?), gdyż nie nadążam za niektórymi nowinkami w polskim systemie szkolnictwa... Mam na myśli coś, co bodajże zwie się e-dziennik. Hmmm, nowinkami? Teraz to jest już chyba standard, prawda?

E-dziennik to jakaś porażka. Przecież te biedne nauczycielki w ogóle tego nie ogarniają! To nie ich pokolenie, im 100x łatwiej byłoby pisać standardowym, oldschoolowym długopisem, niż wstukiwać cyferki na klawiaturze. Mają problemy. W szkole ciągle ucina internet. Przez pół lekcji nie da się sprawdzić listy. Wiem to wszystko od moich hajskulowych informatorów, bo sama na szczęście przechytrzyłam epokę elektronicznych dzienników.


Ok, mam gdzieś, że nauczycielki mrużą oczy i przez godziną próbują wpisać jedynkę w odpowiednią rubryczkę, ale coś im się tu nacisnęło i wszystko zniknęło. Chodzi o... o klimat! Gdzie klimat?! Gdzie ta adrenalina towarzysząca podkradaniu dziennika i dopisywaniu ocen? Gdzie "Kuba, zanieś dziennik do pokoju nauczycielskiego, tylko tak, by cię pani dyrektor nie widziała"? Gdzie dziennik uwalony rozlaną kawą polonistki? E-gówno psuje atmosferę.

Elektroniczne dzienniki, papierosy, co jeszcze? Te wszystkie E-żale to tragedia, gdzie się podziewa niesamowity klimat wykonywania pewnych czynności? Nie palę, potępiam palenie i palaczy, ale proszę, z papierosem można wyglądać stylowo, można go seksownie strzepnąć i zrobić jeszcze parę innych trików, a z e-tutką wygląda się jak osoba chora na astmę. Jedyną e-rzeczą, która wzbudza moją sympatię jest e-mail. Szybko, wygodnie, możesz w sekundę skontaktować się ze znajomym, sprawdzić różne oferty, odpisać pracodawcy i pracownikom... Nawet powymieniać newsy z Babcią, jeśli ktoś ma taką zdolną Babcię jak ja. Nie zmienia to faktu, że znika klimat - internetowe klikanie nie ma nic wspólnego z emocjami towarzyszącymi otwoeraniu koperty.

Zestarzałam się pisząc tego posta.
Idę po moje lekarstwa, a potem rozsiądę się na balkonie i będę obserwować sąsiadów.

piątek, 6 września 2013

Paradoks hipstera


Uwaga, oto klasyczny, trueschool'owy wywód!

Zaczęłam ostatnio analizować pojęcie "hipster", słowo, które słyszymy nadzwyczaj często i prawdopodobnie dlatego przeinaczamy jego znaczenie. Jasne, nie jest to prawdopodobnie największy problem współczesnego społeczeństwa ani żaden poważny biznes, ale ja właśnie na takie tematy lubię się rozwodzić.

Hipster. Siedemnaście/dwadzieścia pięć lat, w ray banach, swetrze babci, czerwonych rurkach, z płócienną torbą, przesiadujący w "hipsterskiej knajpie" w centrum Warszawy. Czy aby na pewno? Widząc takiego typa od razu mówimy "co za hipster!". Wpisując w internecie "hipster" dostaniemy zdjęcia takich właśnie kolesi. Wydaje mi się to nieco dziwne, bo z tego co pamiętam sprzed około 2 lat, gdy faza na hipsterstwo była jeszcze niemodna, to hipsterami byli ludzie oryginalni, słuchający nietypowej muzyki ("phi, słuchałem ich zanim się sprzedali/zanim byli sławni!") i bywający w alternatywnych miejscach. Co więcej, wypierali się bycia hipsterami. Powodów mogło być kilka, albo chcieli być hipsterami, ale mówienie, że wcale tak nie jest było fajne, albo nie chcieli nimi być i im to ubliżało, albo po prostu nie zdawali sobie sprawy, że robią hipsterskie rzeczy. Jedna z moich koleżanek była kiedyś najprawdziwszą hipsterką, nosiła dziwaczne ciuchy po babci (w niczym nieprzypominające wizerunku hipster2o13), obleciała wszystkie nieznane wówczas i alternatywne knajpy, a jednocześnie narzekała na pojawiającą się falę hipsterów. Słysząc "ale przecież Ty jesteś hipsterką" oburzała się i wypierała.


Dziś bycie hipsterem jest fajne, dzieciaki szukają coraz bardziej oryginalnych rowerów, sweterków i... iPhoneów, żeby być elo hipsterem. Czy skoro chcą być hipsterami, to zamykają sobie tą drogę i stają się mainstreamowi? Całkiem możliwe. Siedzenie w hipsterskich knajpach nie jest już hipsterskie, skoro siedzą tam wszyscy ubrani identycznie hipsterzy!

Pozostaje zagadnienie hipsterów ironicznych, którzy zdają się najlepiej reprezentować swój gatunek. Chodzili kiedyś do nieodkrytych knajp (były hipsterskie wtedy, a nie teraz, gdy już każdy je zna). Teraz przychodzą tam ironicznie, by pośmiać się z nowoczesnych pseudo hipsterów. Nie rozumiem, o co w tym chodzi... ale prawdopodobnie tak właśnie trzeba robić jako hipster! A może ta ich ironia też już jest mainstreamowa?

Nie wiem.

Kim więc jest hipster? Kto jest hipsterem?! JA?!

wtorek, 3 września 2013

Koniec odliczania


Co bystrzejsi zauważyli, że od ponad dwóch miesięcy na blogu było odliczanie. Co ciekawsi pytali, na co ja tak czekam. Pod każdym postem informowałam, ile dni zostało. No właśnie, do czego? Bina, kretynko, po co zaczynasz, skoro potem nie tłumaczysz, o co chodzi? Wszystko w swoim czasie.

To dziś. Wczoraj był ostatni dzień oczekiwania, dziś nadszedł moment, na który czekałam od ponad 2 miesięcy. 
Jak zwykle piszę ten post z wyprzedzeniem paru dni, bo teraz cieszę się życiem. Tą chwilą, o której myślałam przez całe lato, nawet jeżdżąc stopem i zaznając mnóstwa 'egzotycznych' wrażeń. Teraz to się dzieje... w końcu! Oczywiście wyobrażam sobie już całą scenę, ciekawe, czy tak to właśnie będzie wyglądało. Najprawdopodobniej.

Jestem ubrana w białą sukienkę. Włosy związane w luźny warkocz. Tak... niewinnieCzerwona szminka. Zanim przyjdą Wam do głowy różne głupoty, nie, nie stoję na ślubnym kobiercu. Mimo to jestem strasznie podekscytowana, serce wali mi jak młot. Jadę metrem. Ludzie na mnie patrzą, bo strój wyróżnia mnie z tej szarej masy, a poza tym kręcę głową, ciężko oddycham, na przemian się uśmiecham i zaciskam zęby. Ja na ludzi nie zwracam uwagi. Myślę tylko o tym, że za chwilę zobaczę tą roześmianą, skandalicznie opaloną twarz, której oczy zaświecą się na mój widok... Moje oczy świecą się, jak to piszę. Tak, uwielbiam wymyślać scenariusze a potem rozczarowywać się, gdy się nie spełniają, lub gdy najdrobniejsze detale nie układają się po mojej myśli. Teraz jednak mogę wymyślić nawet najcudowniejszą historyjkę, bo wiem, że nic nie zepsuje mi tej cudownej, wyczekiwanej chwili. Wrócił.

Przed tegorocznymi wakacjami wiele zrozumiałam. Latem sporo się nauczyłam. Stałam się silniejsza! Nie spodziewałam się, że kiedyś będę pisać takie rzeczy. Okazało się, że da się być naprawdę pewną siebie i że to się opłaca. Da się rozmwiać, przekonywać ludzi, walczyć o swoje. Da się podróżować za granicą za grosze. Da się... bezgranicznie kochać! /haha. hahahahha. ok. nie mogę wytrzymać tego patosu. sorry.


Ten post nie niesie żadnych wartości, piszę w stanie pewnego rodzaju euforii, wybaczcie. I cieszcie się razem ze mną.

Blog Widget by LinkWithin