niedziela, 27 października 2013

O (nie)docenianiu


Nie potrafimy docenić tego, co mamy, dopóki tego nie stracimy. Wiem, wiem, to banalna myśl, zawsze wzdychałam i przewracałam oczami, jak słyszałam kogoś wypowiadającego te mądrości. Jak się jednak miało okazać, ludzie czasem mądrze prawią - w tym przypadku muszę przyznać im rację. Uwielbiamy żyć w poczuciu, że jesteśmy nieszczęśliwi i brakuje nam wielu rzeczy. Skupiamy się na tym, co jest złe i na braku dóbr, a nie zważamy na pozytywne strony naszego życia i to, co do tej pory osiągnęliśmy. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Ludzie z natury są jacyś negatywni, pesymistycznie nastawieni... Zawsze porównują siebie do tych, którym wiedzie się lepiej (nawet, jeśli to tylko pozory), a nie zwracają uwagi na fakt, że mnóstwo ludzi nie ma tyle szczęścia, co oni sami.

Nie mówię o fakcie "jeśli masz dach nad głową i pełną lodówkę, to wiedzie ci się lepiej niż xx% ludzkości", mam na myśli zwykłe codzienne sytuacje. Chwilowo dobrze ci idzie w życiu? Zamartwiasz się wszystkimi niedoskonałościami. Nagle stracisz pracę, ktoś bliski wyjedzie albo przestaną produkować twoją ulubioną suszoną wołowinę? Dopiero wtedy zdasz sobie sprawę, ile szczęścia miałeś przedtem. Szczęście czuło się niedoceniane i zaniedbane, więc postanowiło cię opuścić... A ja cały czas staram się zapracować na jego powrót. Nie czekam. Działam.


Nie doceniamy samych siebie! Miałam ostatnio atak agresywnych przejściowych kompleksów - porównywałam się do starszego o 3 lata rozmówcy, który skończył studia, zdobył od razu rewelacyjną pracę i odbył 2-miesięczny staż w ciepłych krajach, gdzie rozwinął się, zdobył nową perspektywę na świat i bardzo poprawił swój hiszpański. Momentami miewam tendencję do krycia się na pozycji osoby nie wiedzącej, nie potrafiącej prawie nic, widzącej wokół siebie samych mentorów... Zaczęłam marudzić, że on jest zdolny, ja nigdy nie osiągnę takiego poziomu. Jakiego?, spytał Samiec Alfa. Nie będę nigdy pracować za granicą! Spotkałam się z lekko zaskoczonym, ale rozbawionym, cierpliwym spojrzeniem. Już pracujesz za granicą. Przyznam, troszkę mnie przytkało. No... tak, ale to w ogóle nie to samo! To jest jakaś studencka praca, Ty zdobyłeś super pozycję od razu po ukończeniu studiów! Znów spojrzał w ten sposób. Ale ty przecież jeszcze nie ukończyłaś studiów, daj sobie szansę. No... dzięki temu świetnie mówisz po hiszpańsku, masz 3 języki. Ty też, na dodatek po francusku mówisz lepiej niż ja po hiszpańsku.

Czy ja jestem zbyt ambitna? Nienawidzę tych spadków wiary, zdarzają się raz na jakiś czas, ale na szczęście zawsze Ktoś wyleje na mnie kubeł zimnej wody.

październik w obiektywie ~ zobacz zdjęcia

czwartek, 24 października 2013

Modlin to nie lotnisko, Modlin to styl życia


I stało się! Binę znów gdzieś poniosło i jak zwykle nie obyło się bez przygód i "zbiegów okoliczności". Modlin, metropolia w okolicach Warszawy, słynna z Twierdzy Modlin (?) i Portu Lotniczego Modlin. Jak zapewne się domyślacie, to właśnie ów port lotniczy dostarczył mi ostatnio emocji.

Port Lotniczy Modlin zamknięty był od końca grudnia 2012 roku do końca września br. Z zapartym tchem obserwowałam poczynania mające na celu ponowne otwarcie lotniska w czasie krótszym niż 9 miesięcy... Niestety. Data otwarcia byłą sumiennie przesuwana z miesiąca na miesiąc, a ja rozkoszowałam się tanimi liniami latającymi na Okęcie. Modlin wymiękł, bo zniszczył się pas startowy (gratulujemy, popękał po 5 miesiącach od wielkiego otwarcia). Wcześniej nie raz były inne problemy: mgła uniemożliwiała lądowanie samolotów, bo port lotniczy nie był jeszcze wyposażony w odpowiednią aparaturę. Samoloty przekierowane na lotnisko Chopina, mnóstwo odwołanych lotów (pamiętacie?), nawet (fałszywy) alarm bombowy. Naprawianie pasa ciągnęło się miesiącami: bo zima, bo nie można teraz wylać betonu, bo musi się ocieplić, bo musi zastygnąć, bo... bo nie wiem. Trwało to 9 miesięcy - gdy w lutym wreszcie przestali po raz kolejny obiecać, że za miesiąc otworzą, zapowiedzieli wznowienie na czerwiec. Nie wyszło. Mówili o końcu października.. Niespodzianka! Lotnisko otwarto ponownie 30 września. Brawo.

14 października rano jechałam właśnie tam: zmierzyć się ze wspomnieniami i po prostu wsiąść w samolot do domu. Gęsta mgła nieco mnie rozbawiła: pracowali nad tym lotniskiem 9 miesięcy, teraz na pewno nie będzie problemów! Skoro na każdym nowoczesnym normalnym lotnisku samoloty mogą lądować w trakcie mgły, to w Modlinie na pewno też. W głębi serca wiedziałam jednak, że to nie będzie takie proste.

Przeszłam przez kontrolę bagażową. Wszystko normalnie. Co z tego, że zaraz będą nas wpuszczać do samolotu, którego na lotnisku wcale nie ma, bo jeszcze nie przyleciał ze Sztokholmu. Czas lekko się dłużył, zbliżała się godzina W. Zachowywałam czujność, bo nie spodziewałam się, że jakość podawania komunikatów poprawiła się od grudnia zeszłego roku. Nie myliłam się: pięć minut przed godziną odlotu Paryż zniknął z ekranu. Nikt nas o niczym nie poinformował, ludzie stopniowo zaczynali zauważać, co się stało: fala szoku przeszła przez tłum. Pani Megafon zdecydowała się jednak do nas przemówić: lot opóźniony o 30 minut. Pozwoliłam sobie na facepalm: jeśli samolotu jeszcze nie ma, to za 30 minut my nigdzie nie polecimy, nie chciałam jednak siać fermentu. Po obiecanych 30 minutach doczekaliśmy się kolejnego komunikatu: Pani Megafon była bardzo smutna, było jej przykro i nas przepraszała, bo samolot wylądował na Okęciu z powodu kiepskich warunków atmosferycznych w Modlinie. O dziwo komunikat nie zakończył się informacją, że lot jest odwołany: Pani Megafon radośnie oznajmiła, że pasażerowie zostaną przewiezieni na Chopina autokarami. Miałam mieszane uczucia: opóźnienie będzie wynosiło na oko z tysiąc lat, ale przynajmniej polecimy. Komunikat podawany był w języku ojczystym a także po angielsku, więc zdezorientowani Francuzi szukali wzrokiem kogoś, kto zechciałby przetłumaczyć im ten wyrok. Zboczenie zawodowe, zaczęłam wszystkim wyjaśniać, co się dzieje. Pani Megafon zaprasza do autokaru przed terminalem! Skonsternowany/wściekły/smutny/radosny/dziki tłum ruszył do wyjścia. Pani Megafon poirytowała się i kazała wszystkim wrócić pod bramkę wejścia do samolotu, poczekać na pracownika lotniska i tamtędy właśnie opuścić budynek, jednak tłum już się rozpierzchł - nie mógł jednak przejść pod prąd przez kontrolę, więc posłusznie wrócił pod gate. Jakaś pani sprawdziła nasze karty pokładowe i przepuściła nas przez bramkę, jakbyśmy naprawdę mieli gdzieś teraz lecieć. Przeczłapaliśmy przez puste, zamglone pole, dołączyliśmy do ścieżki, którą idę ludzie przylatujący do Modlina i weszliśmy do hali przylotów.

Już miałam wsiadać do autokaru, ale niestety okazało się, że jego wcale tam nie ma. No tak, autokary nie potrafią się teleportować. Trzeba czekać. Odsunęłam się na 10 m i zaczęłam obserwować tłum. Tłum obserwował mnie. Ciekawe zjawisko: mieszanina ludzi smutnych, wesołych, załamanych, poirytowanych... Niektórym ulżyło, niektórzy mają pilne zobowiązania i nie przygotowali się na kilkugodzinne opóźnienia. Podjechał autobus relacji Port Lotniczy Modlin - Stacja PKP Modlin. Wściekły tłum miał jednak gdzieś fakt, że to nie nasz autokar, stanął na krawędzi przystanku i gotowy był wsiadać - pan kierowca zarył jednak malowniczo lusterkiem o rozkład jazdy, czym skutecznie wszystkich zniechęcił. Posypały się obelgi i zażalenia. Jakiś bystrzacha zorientował się, że to nie jest ten pojazd, że musimy czekać dalej. Brawo.

Minęła godzina, której 2/3 spędziłam z plecakiem na plecach, bo zapomniałam go zdjąć. Na horyzoncie pojawił się sraczkowaty złoty autokar Mazurkas Travel - ten splendor, którym emeryci jeżdżą do Chorwacji. Za nim nadjechał kolejny. Tłum był już wyraźnie zgorszony tak długim czekaniem (nawet mi zaczęło się to przykrzyć), każdy gotów był zabić za miejsce w autokarze. Zastanawiałam się, jak ludzie z dwóch odwołanych lotów mają się wcisnąć do dwóch autokarów. W między czasie zdałam sobie sprawę, że pogoda jest piękna, a samoloty znów normalnie lądują. Bad Luck Bina. Kierowca autokaru nie zamierzał jednak nikogo wpuszczać do swojego magicznego wehikułu: przeciwnie, wysiadł i z drżącą wargą oznajmił, że właśnie dostał telefon, że autokary zostały odwołane, że on się jednak na Okęcie nie wybiera i, że zaraz odjeżdża. Ludzie zareagowali w zabawny, typowo polaczkowy sposób: "niech sobie pan jaj nie robi!". Obserwowałam z zimną krwią. Kierowca puścił plotę, że to jednak samolot pofatyguje się z Chopina z powrotem do Modlina. Zszokowani ludzie zawrócili do terminala. Od dawna niesłyszana Pani Megafon postanowiła ponownie włączyć kontrolę nad tłumem: pasażerowie proszeni są o wsiadanie do pierwszego autokaru. Pasażerowie jęknęli, wbili agresywne spojrzenie w kierowcę i ruszyli do pojazdu. Nie minęło 10 sekund, a Pani Megafon postanowiła kontynuować swoją okrutną grę: wszyscy pasażerowie proszeni są o udanie się do kontroli bagażowej. Biedni pasażerowie stanęli jak wryci, a autokar odjechał; nie mieliśmy już wielkiego wyboru.

Przyleciał. Pokonał ten 40-kilometrowy dystans, by zabrać nas z Modlina. Wiązało się to z 3-godzinnym opóźnieniem, wieloma emocjami, spóźnieniami do pracy i na loty transferowe, agresją ludzi skumulowaną na przypadkowo spotkanej pracownicy lotniska, która musiała wziąć na siebie winę za wszystkie krzywdy, które dotknęły pasażerów dwóch porannych lotów, ale muszę powiedzieć, że nie było nudno.

Zresztą, ze mną nigdy nie jest nudno.

październik w obiektywie ~ zobacz zdjęcia

niedziela, 20 października 2013

Chcę do Stanów


Spoglądam przez okno na żółknące liście, słucham dołującej muzyki, pogrążam się w tęsknocie i zastanawiam się, czemu nie jestem właśnie w Stanach. Hmmm, to brzmi mega banalnie, nie będę się więcej silić na jakiś refleksyjny ton. Restart

Jaram się USA. Wszystko dookoła sprawia, że o nich myślę. Muzyka, której słucham, filmy, które oglądam, gry komputerowe, książki Kinga, okładka z Route 66 leżąca koło mnie, narysowana przeze mnie flaga z 13 paskami i 50 gwiazdkami... Po prostu jaram się tym krajem.

Nie wiem, kiedy to się zaczęło. Prawdopodobnie w momencie, gdy zaczęłam zdobywać muzyczną świadomość i czytać książki, które mi się podobały, bynajmniej nie autorstwa Orzeszkowej czy Reymonta. Słucham właśnie Kendricka nawijającego o Cali. Następnie 2Pac, Dre, Snoop... Wszyscy wychwalający Kalifornię za jej uroki, pogodę, trawę i dziwki. Oglądam zdjęcia Venus Beach, gigantycznych burgerów i litrowych napojów, słucham o walkach gangów w Compton, zastanawiam się, jak to jest przejść się ulicami LA. You must visit here first, Cali. Alright, nadciągam! Nadciągnę... One day.

Kalifornia kręci mnie najbardziej, ojczyzna większości uwielbianych przeze mnie raperów. Słońce. Wyluzowani ludzie. Wielkie steki. Purp&yellow. To wszystko chcę zobaczyć! Jak zwykle, nie mam na myśli żadnych turystycznych atrakcji, ja chcę po prostu poczuć, jak się żyje w Cali.

West coast idzie na pierwszy ogień, ale muszę zobaczyć też wszystko inne - od (nie)banalnego Nowego Jorku przez Wielki Kanion, Chicago, Florydę, Górę Rushmore, Teksas, Hawaje, Alaskę... Ten kraj jest o wiele większy od całej Europy, nie można go ujednolicać. Mnóstwo kultur, różnorodnych krajobrazów, ludzi, nawet przepisów. Nie odpuszczę Stanom, zwiedzę je w całości! Będę na to potrzebowała około pół roku i trochę pieniędzy, powinno dać się to załatwić. Jedno i drugie znajdę po ukończeniu studiów.

pikczer z whynotusa.pl

Dlaczego właśnie Stany? Olbrzymie ciężarówki, bekon, język angielski w różnych wydaniach, słynna Route 66 (chill, Cadillaki i kaktusy!), magiczna muzyka z lat '80, pin-up, policjanci wpieprzający donuty, kasyna, żarcie w plastikowych koszyczkach w dinerach, oryginalne levisy, rap, The Wizarding World of Harry Potter, niepowtarzalnie różnorodni ludzie, Sears, mogę wymieniać w nieskończoność. To wszystko może brzmieć banalnie, ale ja po prostu chcę zobaczyć to wszystko na własne oczy. Pomacać, powąchać, spróbować i ruszyć dalej!

Po eksploracji USA chcę zwiedzić Australię, Nową Zelandię, Meksyk, RPA, Brazylię, Seszele, Mongolię, wszystko. Cały świat. Mam nadzieję, że starczy mi życia.

październik w obiektywie ~ zobacz zdjęcia

wtorek, 15 października 2013

Za dużo myślę


Ostatnio pod prysznicem (mam sentyment do mojego prysznica, to właśnie tam pojawiają się najciekawsze refleksje i pomysły - właśnie obserwując lecącą wodę wymyśliłam kilka miesięcy temu zarys podróży stopem, zakończonej niecałe dwa miesiące temu sukcesem!) zaczęłam zastanawiać się nad kłamstwami. O kłamaniu jako takim i syndromie "nie skłamałam, po prostu nie powiedziałam całej prawdy" już pisałam [zapraszam], teraz ograniczę się do mojego najnowszego przemyślenia, uważajcie.


Czy możemy próbować kłamać, starać się świadomie wyprowadzić kogoś w pole, ale niechcący powiedzieć prawdę? Bina, za dużo myślisz, znajdź sobie lepsze zajęcie, bo to ci kiepsko wychodzi. Chwila, już mówię, o co chodzi.

Jakaś wieśniara z waszej klasy/grupy/pracy/celi organizuje jutro urodziny/bankiet/posiadówę/czarną mszę. Pyta, czy zaszczycicie ją swoją obecnością. Nie chce wam się, nie macie najmniejszego zamiaru tam iść, ale jakoś głupio wam szukać wykrętów, mówicie więc, że oczywiście wpadniecie. Planujecie nie iść i znaleźć potem jakąś wymówkę: choroba/kac/skleroza/śmierć złotej rybki. Już macie zostać w domu i włączyć kolejny odcinek Plotkary/HIMYM/Walking Dead/Ukrytej Prawdy, aż nagle dzwoni wasz kumpel, który oznajmia, że na ową imprezę się wybiera i życzy sobie, żebyście również poszli. Zaczyna wam się podobać ten pomysł, we dwóch pogadacie/ponabijacie się z gości/popijecie/potańczycie i zleci miło. Ostatecznie wybieracie się na spotkanie.

I CO?

Skłamaliście czy nie? Powiedzieliście, że będziecie i byliście. Jednak mówiąc to, nie zamierzaliście tam iść.

Z punktu widzenia obserwatora z zewnątrz powiedzieliście prawdę, jednak wy już szykowaliście sobie wymówkę, by nie iść na imprezę.

Tak, wiem, że ludzie na tym świecie mają poważne problemy a ja stoję pod prysznicem i zastanawiam się nad dziwacznymi kwestiami moralnymi, ale mnie to naprawdę zaczęło nurtować. Pójdę zrobić wywiad środowiskowy na ten temat.

październik w obiektywie ~ zobacz zdjęcia

piątek, 11 października 2013

Mama w internecie!


Przybywam z sensacyjną wiadomością. Czasy tłumaczenia mojej Mamie jak się włącza komputer i siedemnastokrotnego objaśniania filozofii dodawania załączników do wiadomości mamy już dawno za sobą. Mamie tak spodobało się siedzenie i skrobanie maili do przyjaciółek, że postanowiła zabrać się za coś bliskiego nam wszystkim... Tak, właśnie za blogowanie!

Po kimś musiałam przecież odziedziczyć tę lekkość pióra, subtelne poczucie humoru i skromność - Mama pokaże Wam, że nie po Tacie. Mama zabiera się za przemyślenia, obserwacje i paryskie refleksje, ale nie tylko... Jej głównym tematem jest jedzenie, gotowanie, kulinaria, czyli to, na czym kompletnie się nie znam od strony praktycznej. Pamiętacie moje popisowe danie? U Mamy zobaczycie jeszcze wyższy poziom! Pyszne posiłki - trzydaniowe obiady, menu ozdobione pięknymi zdjęciami. Tak, tylko ja w tej rodzinie robię zdjęcia suszarką telefonem. Przy okazji oczywiście zapraszam do podziwiania! /październik w obiektywie/

Mama dopiero się rozkręca i rozgląda po blogowym świecie, a ja Jej kibicuję i jestem z Niej dumna! What more can I say? Zapraszam na bloga Mamy! Ekhm, Mamy... Agaty. Będzie mi się ciężko przestawić. Zajrzyjcie, poczytajcie, a potem marsz do kuchni, zabierać się za gotowanie! Ech, jestem głodna.


Zapraszam serdecznie, Bina i Agata bardzo się ucieszą, jak tu zajrzycie.

poniedziałek, 7 października 2013

scianatekstu.jpg


Ubóstwiam poranki pełne emocji - włamywanie się do własnego miejsca pracy i kolejność malowania się i czesania w pociągu z powodu karygodnego zaspania już przerabiałam; poranek, który opiszę dziś wygrywa w kategoriach stres, pośpiech, dezorientacja, desperacja i OBCIACH.

Jezu, Bina, co tym razem?

Jak wiecie (lub nie), jestem hostessą - za każdym razem pracuję w innym miejscu, z innymi ludźmi i wykonuję inne zajęcie, które w sumie zazwyczaj sprowadza się do uśmiechania i mówienia "bonjour", "au revoir", "je vous en prie" i "bonne soirée". Tego ranka zaczynałam o 10, co oznacza, że na miejscu pracy musiałam stawić się o 9.30. Wstałam z zapasem (jak nie ja), przyszykowałam się bez pośpiechu i wyszłam z domu tak, by bez stresu dotrzeć na miejsce. Życie rzekło:


Jak zwykle miałam przy sobie otrzymany w agencji plan dzielnicy. Dotarłszy pod wyznaczony adres coś mnie tknęło - adres z planu nie zgadzał się z tym z kontraktu, na co wcześniej kompletnie nie zwróciłam uwagi. Będąc na ulicy zaznaczonej na planie zapytałam jakiegoś przechodnia, czy wie, gdzie znajduje się miejsce wpisane w kontrakcie. Nie miał pojęcia, ale sprawdził w internecie, którym fortunnie dysponował - jakimś cudem rzekomo znajdowałam się 12 km od miejsca, w którym powinnam być... Mina mi nieco zrzedła. Czas? 9.35, od 5 minut powinnam być na stanowisku, a za 25 minut zaczynam. Nie wiedząc, co robić, zadzwoniłam do babki, z którą miałam się spotkać na miejscu, by zapytać, który adres jest poprawny. Zastanawiałam się, jakim cudem dostałam plan wskazujący kompletnie inne miejsce... Kobieta potwierdziła moje obawy. Wyjaśniłam dziwaczną sytuację, ona poleciła wziąć taksówkę i domagać się od agencji zwrotu pieniędzy za przejazd. Ekstra, uwielbiam stwarzać problemy i walczyć o swoje.

Po 10 minutach nieudolnego marszu i 17 próbach skupienia się dostrzegłam postój taksówek. Klientka zadzwoniła zapytać, czy już jadę. Dała mi do zrozumienia, że jeśli nie będzie mnie o 10, to słabo. Zaczęłam tłumaczyć, że to nie moja wina. Kobieta na szczęście rozumiała problem, ale oczywiście miała prawo wymagać mojej obecności na stanowisku pracy o wymaganej godzinie. Miałam 15 minut na magiczną teleportację o 12 km przez zakorkowany Paryż.

Taksówkarz średnio się przejął faktem, że się spieszę. Przeciwnie, był bardzo wyluzowany. Udzielił mi się jego nastrój, rozsiadłam się z tyłu i zaczęłam mu opowiadać swoją 'przygodę'. Powiedział, że wystawi mi fakturę, bym mogła domagać się od agencji zwrotu pieniędzy. Czas naglił... Zrobiła się 10.00, kobieta z pracy nie dzwoniła, miałam nadzieję, ze sprawa nie jest przegrana i postanowiłam walczyć. Przypomniałam sobie, że nadal jestem w zwykłych ciuchach, a muszę się przebrać w elegancką hostessową sukieneczkę (jasne, wyszłam z domu z zapasem, by móc ją spokojnie włożyć już na miejscu). Desperacko pomyślałam, że wbiję się w kieckę w taksówce - jeśli klientka zobaczy mnie w normalnym ubraniu w momencie, gdy powinnam być już na stanowisku, prawdopodobnie będzie niepocieszona. Bina, zastanów się, w taksówce się będziesz przebierać? Przy... taksówkarzu? I przy wszystkich innych ludziach widzących cię przez szybę samochodu? A może w ogóle zaczniesz manewrować jak Mr. Bean w odcinku o dentyście? Jak na życzenie, wjechaliśmy do ciemnego tunelu, który zdawał się nie mieć końca. Nie chciałam szokować kierowcy nagłym ściąganiem bluzki, więc usadowiłam się tak, aby mnie nie widział w lusterku i oznajmiłam: "Bardzo pana przepraszam, ale muszę się przebrać. Tu i teraz". Taksówkarz nie był zachwycony moim pomysłem, ale byłam już w trakcie wymieniania t-shirtu na sukienkę. Docierały do mnie jego zażalenia 'jakby moja żona to zobaczyła, to spałbym dziś na chodniku!'. Na szczęście miałam na sobie szorty i rajstopy, procedurę przebierania zakończyłam więc na tym etapie, po wciśnięciu sukienki na wierzch. Powiedziałam, że już po wszystkim i, że o tej porze niestety muszę już być w uniformie. Kierowca zaczął wywód na temat swojej zazdrosnej żony: "ufam jej. wiem, że nie zrobiłaby nic złego. kiedyś mówiłem jej wszystko, bo twierdziła, że ona również mi ufa i myślałem, że wszystko zrozumie. a każdym razem jednak były z tego problemy, teraz nie mówię jej już nic". Słowa te zabrzmiały boleśnie znajomo, zapewniłam, że wszystkie baby są takie same i zaczęliśmy dyskutować.

Dobra, wystarczy tej bazgraniny. Dotarłam o 10.07, klientka przyjęła mnie z zadowoleniem i przez cały dzień nie miałam prawie nic do roboty, powstał więc rękopis tego i 2 innych postów. Życzę Wam miłych i bezstresowych dni.

Zawsze mi się coś przytrafia.

październik w obiektywie ~ zobacz zdjęcia

czwartek, 3 października 2013

Nantes i Lomo


Bina, o co ci znowu chodzi, znów używasz niezrozumiałych słów do zatytułowania swojego posta. Cóż, o lomo było tutaj, a o podróży do Nantes tu. Dla nieuważnych czytelników i nowych gości: Nantes jest miastem na zachodzie Francji, do którego niedawno pojechałam stopem na weekend, a za pomocą aparatu lomograficznego robię przedziwne zdjęcia.

Wcześniej nie słyszałam o Nantes. Umiem wymienić kilka(-naście?) francuskich miast, ale to do nich nie należało. Prosty powód: "tam nic nie ma", więc o mieście nie jest głośno. Po co odwiedzać miejsce, w którym nic nie ma? Właśnie dlatego!

Paryż: Mona Lisa, Łuk Triumfalny, Pola Elizejskie, Wieża Eiffela. Kraków: Wawel, Sukiennice, Smok Wawelski, Kościół Mariacki. Barcelona: Sagrada Familia, Muzeum Gaudiego, Opera Liceu, La Rambla. W każdym turystycznym mieście jest kilka punktów, w którym gromadzi się cała ludność pragnąca spędzić tam wakacje. Ciężko usłyszeć miejscowy język, wszędzie tylko czapeczki, parasolki, mapy i aparaty. Powódź turystów, która skutecznie psuje klimat i odbiera chęć do zwiedzania. Nie można się normalnie przejść, bo zaczepiają nas naciągacze zdający sobie sprawę z naiwności przyjezdnych. Nie zjemy regionalnego posiłku, trafimy najwyżej do turystycznej, absurdalnie drogiej, masowej knajpy wybudowanej po to, by wyżymać portfele biednych obcokrajowców. Możemy jeszcze skoczyć do McDo, na pewno ich nie zabraknie w okolicy. Globalizacja. W miastach wyposażonych w atrakcje turystyczne uciekam jak najdalej i szukam ukrytych miejsc, gdzie można poczuć prawdziwą atmosferę miasta, a nie zginąć w motłochu, ale o tym już wiecie.

Nantes ma niezwykłą dla mnie zaletę: brak turystów. Oznacza to brak dostosowywania miasta do potrzeb tłustych Amerykanów i naturalną, luźną atmosferę. Bardzo podobało mi się chodzenie po małych, ale tętniących życiem uliczkach, pozytywne nastawienie miejscowych i /uwaga, odzywa się polaczkowy ból dupy/ korzystanie z darmowych atrakcji - wjazd na najwyższy budynek w mieście z tarasem widokowym i ogród japoński na wyspie - w Paryżu policzyliby co najmniej po 8€ za wstęp.

Nie mam już parcia na stolice, teraz Bina explorer zamierza eksplorować miejsca, które nie rzucają się w oczy, gdy patrzymy na mapę.

***

Czas na moją żałosną relację fotograficzną. Znów bawiłam się lomo, znów liczyłam na inny efekt, niż uzyskałam. Starałam się świadomie uzyskać multiekspozycję, ale, podobnie jak ostatnio, wyszedł kompletny random. Niektóre fotki nie nadają się do niczego, inne znów wyszły dość... interesująco. Zapraszam do obejrzenia i uważnego czytania podpisów, inaczej może być ciężko...

Przypominam, tu nie ma Photoshopa, te zdjęcia po prostu jakoś tak wyszły.


z pociągu, którym jechaliśmy za Paryż, szukając miejsca do łapania stopa.


w okolicy zamku, który jest w centrum Nantes. udało mi się nawet być na tym zdjęciu, brawo ja


hmmm, budynki. frencz arkitekczer. widać tu trochę efekt rybiego oka.


porywająca 'sklejka' znad rzeki. drzewa, niebo, woda...


jedno z normalniejszych zdjęć - widoki z okien domu Couchsurfera, u którego się zatrzymaliśmy. industrialna część miasta


Nantes w całej okazałości, na zdjęciu nie widać nic, ale i tak bardzo mi się podoba.


próby uzyskania świadomości, celowe nie zrobienie 4 zdjęć w miejscu jednego.
nie popłaciło. tak teoretycznie powinny wyglądać wszystkie moje zdjęcia,
ale to jest nieudane, bo Bina Geniusz zrobiła je trybem nocnym w dzień.
przedstawia (hej, nawet to widać!) naszą autostopową podróż
z powrotem do Paryża. widoczny fisheye


zmęczeni, ale zadowoleni autostopowicze kończą swoją podróż pociągiem
podmiejskim do Paryża. podoba mi się ten nasz uśmiechnięty karton.
nie mam pojęcia, skąd wziął się ten pomarańczowy 'brokat' na zdjęciu.
___________________________________

Po przejrzeniu kliszy wydaje mi się, że tym razem naprawdę zrozumiałam, jak to działa i następnym razem uzyskany efekt nie będzie odbiegał od moich wyobrażeń. Wydaje mi się.
Blog Widget by LinkWithin