sobota, 30 listopada 2013

Dziecięce problemy


Dorośli, te podłe, pogrążone w problemach kreatury mają tendencję patrzeć na dziecko i mówić z przekąsem: chciałbym mieć takie problemy jak ty. Zgubiłam lalkę, Maciek mnie kopnął, dostałam uwagę do dzienniczka… Dla rodzica pogrążonego w ratach, mandatach i innych [prawie zawsze finansowych (!)] problemach dziecięce zmartwienia to pestka i wręcz powód do zazdrości.

A dla dziecka nie.

(I) Nie wiem, czy pamiętacie swoje wczesne dzieciństwo, ale zakładam, że tak. Jedynka (z plusem) z historii w szóstej klasie była poważnym problemem. Na tyle poważnym, że wywołała łzy i nieopisany stres, kiedy trzeba było pochwalić się mamie. Byłam załamana i spięta, sporo kosztowało mnie przyznanie się do błędu.

(II) Dokuczałam młodszej siostrze. Po trzech, czterech ekscesach w ciągu jednego popołudnia mama straciła cierpliwość: czeka cię rozmowa z tatą. Klękajcie narody.

(III) Pewnego ranka, gdy byłam w najwcześniejszych klasach podstawówki nastąpił najfajniejszy moment na świecie: pani wyszła z sali do pokoju nauczycielskiego i zniknęła na dobre 20 minut. Pamiętacie? To dopiero był odjazd! Warunki jak na przerwie, tyle, że siedzisz komfortowo w klasie a na dodatek przepada ci język polski lub matma. Plecaki latają, dzieciaki się drą, na tablicy pojawiają się głupoty, sielanka. Nagle drzwi otwierają się z hukiem i staje w nich postrach szkoły: pani wicedyrektor. Wyglądająca groźnie: niczym włochata kula armatnia. Budziła respekt wszystkich, powiedziała nam wtedy jakieś dwa słowa i odmaszerowała. W klasie zapanowała totalna cisza, wszystkich zmroziło. Pierwsza ocknęła się Binka, która wyjechała z „poszła sobie, możemy wariować!”. Okazało się, że wcale sobie nie poszła. Stała pod drzwiami. Wtargnęła do sali, obrzuciła mnie morderczym spojrzeniem, które zdawało się trwać wieczność (ach, te sformułowania niczym z Harry’ego) i wytoczyła się z powrotem na korytarz trzaskając drzwiami. Nawet sobie nie wyobrażacie, jakie to było dla mnie przeżycie – cóż, pamiętam je do dziś, niewiele sytuacji z klas I - III doznało tego zaszczytu. Chciałam cofnąć się w czasie. Przefarbować włosy, aby ona już nigdy mnie nie rozpoznała (brawo, Bina). Dzieciaki popatrzyły na mnie z niemałym podziwem po tej akcji, a ja chciałam zapaść się pod ziemię. Byłam pewna, że wylecę ze szkoły, albo chociaż wszyscy dowiedzą się o moim wybryku, rodzice zostaną wezwani, świat się zawali… Gdy widziałam tę babę na korytarzu, chowałam się, uciekałam i robiłam inne żałosne rzeczy, by przypadkiem jej się nie narazić… Dalej mi ten stres siedzi na bani.

Czy te sytuacje są głupkowate i dziecinne? SĄ. A dlaczego? Bo teraz jesteśmy więksi i zdajemy sobie sprawę, że istnieją poważniejsze problemy. Że obrażenie grubaśnej nauczycielki jest niczym w porównaniu z wypadkiem samochodowym, że nieumyślne zgubienie bluzki koleżanki nie jest problemem, gdy pomyśli się o śmiertelnych chorobach, i tak dalej, i tak dalej. Dorośli chcą mieć tylko takie błahe problemy jak dzieci… Uważam, że to złe.

Zapomniał wół jak cielęciem był – durne przysłowia również uważam za złe, ale to mi akurat pasuje.

zgadnij, kto jest królową podwórka

Dzieci wcale nie są takie beztroskie. Rywalizują, mają problemy, również czymś się martwią. Jasne, z naszej perspektywy ich rozterki są mało ważne, wręcz debilne, ale nie powinniśmy ich lekceważyć. W życiu dzieci przyjdzie jeszcze pora na poważne problemy dorosłych, ale w ich skali podwórkowe kłótnie i kara od nauczyciela są naprawdę sporym stresem. Dorośli lekceważą to – chcieliby mierzyć się z takimi „prostymi” problemami, ale tylko z ich obecnym podejściem i bagażem doświadczenia. Z umysłem dziecka bardzo by się męczyli – bo i młodzi i starzy myślą, że to oni mają najpoważniejsze problemy. Wszyscy są w błędzie, zawsze ktoś będzie miał gorzej.

Mamo, jaki matczyny wpis.

wtorek, 26 listopada 2013

Bez internetu


Piszę w Wordzie, co jest dla mnie kompletną osobliwością i czynnością bardzo nienaturalną. Nie mam Internetu. Czuję się z tym źle, chyba każdy z Was (nas) przeżywa ten mini heart attack w momencie, gdy zamiast zielonych słupków są czerwone lub też na ikonce monitora pojawia się czerwony X lub żółty znak ostrzegawczy.

Długo mnie nie było, wytłumaczenie jest jak najbardziej banalne: brak czasu i wspomniany właśnie brak Internetu, z którym przejściowo mierzę się od parunastu dni (i właśnie irytuję się, bo Pan Word uwielbia mnie poprawiać i Internet pocisnął wielką, mimo, że można pisać małą… ech).

Wracam do braku Internetu, bo to samo w sobie jest ciekawym tematem. Bez Internetu – jak bez ręki! Jak w średniowieczu! Wręcz... jak w jaskini! Moja mama zaczęła o dziwo jeszcze bardziej panikować niż ja – do załatwienia multum spraw bankowych i innych, kilka maili do wysłania, a tu okazuje się, że trzeba cierpliwie czekać bądź pofatygować się do oddziału banku lub kafejki internetowej. Stwierdziła, że czuje się, jakby nie było prądu (telefon i telewizja też nam wysiadły). Przypomniałam Jej, że na szczęście dalej mamy światło, lodówkę i wodę, zaskoczyła mnie, że Internet jest dla niej taki ważny. W końcu to mama, mamy nie korzystają z Internetu. Okazuje się jednak, że jest inaczej (w edytorze off-line czekało nieopublikowane menu, a mama zgrzytała zębami).

Kiedy, w którym momencie mojego życia Internet zaczął odgrywać tak ważną rolę? Blogowanie blogowaniem, ale jest tyle innych rzeczy, ważnych lub mniej… Kontakt ze znajomymi, z przełożonymi, jakieś raporty z pracy, przelewy bankowe (rany, teraz naprawdę gadam jak zgred), ciocia wikipedia pomagająca w nauce do egzaminu, filmik kumpla czekający na obejrzenie, jakieś bilety lotnicze, a nawet potrzeba zapłacenia swojego pierwszego mandatu za przekroczenie prędkości. Internet służy już w zasadzie do wszystkiego, bez niego nie można się zrelaksować (bo nuda i stres – offline nie da się zapłacić zobowiązań), nie można się uczyć, nie można robić już prawie nic.

Czekaj, można wyjść z domu.

Brak Internetu niesie też za sobą pozytywne skutki – nic nie rozprasza mnie ani nie kusi, wiem, że nie mam po co włączać komputera (Baldur woła, ale na szczęście cicho), więc nie pozostaje mi nic lepszego nić robienie rysunków na zaliczenie. Gorzej, jak chcę sprawdzić, jakie są rodzaje izometrii, no ale właśnie nie mogę.

Rany, kiedyś sprawdzało się to w książkach. Kiedyś książki były do wszystkiego. Nie było for internetowych, były poradniki, słowniki, encyklopedie… Teraz wszystko znika. Poczułam zew sentymentalnej melancholii.



Internecie, wróć! Czekam i przygotowuję się psychicznie na grudzień (w obiektywie)!

(nawias) (nawias) (nawias) 

sobota, 16 listopada 2013

Znów nie wykorzystałeś okazji.


Dlaczego to robicie? Narzekacie na to, że szczęście wam nie dopisuje. Mówicie, że jesteście biedni, dosłownie lub nie. Nie wiedzie się wam. Tracicie... Ciągle wam czegoś brak, czekacie na szczęście. Ile razy mam powtarzać, że szczęście rzadko kiedy znajduje się samo, trzeba go poszukać? Działać? Mówiłam wiele razy. Wy jednak nie rozumiecie. Nikt wam nie każe mnie słuchać: Bina, nie jest tak jak mówisz, nie siedzę bezczynnie, staram się a mi nie wychodzi, mam ciężką sytuację, nic nie rozumiesz, ja nie mogę nic zmienić... I tak dalej, i tak dalej. Setki wymówek. Okej, ja doskonale zdaję sobie z tego sprawę - nie wszystko zależy od nas. Są sytuacje, na które nie mamy wpływu. Szczęście tymczasem krąży, krąży i spada - prosto przez waszymi nogami! Co robicie? Łapiecie je i wykorzystujecie? Zanosicie do domu i dzielicie się z innymi? Upijacie się nim? Nie, wy patrzycie na nie przez kilka sekund, mówicie z kwaśną miną "niee..." i idziecie dalej.

Dlaczego ludzie nie wykorzystują okazji? Brak działania w celu poprawienia swojego szczęścia jestem jeszcze ostatecznie w stanie zrozumieć z powodu wyżej wymienionych "argumentów". Co się jednak dzieje, gdy w momencie, w którym narzekacie na wszystko nagle świetna okazja spada z nieba, a wy, zobojętniali, ją mijacie?

chowasz się, kamuflujesz, by to czasem okazja nie znalazła ciebie

Boicie się... Boicie się zmian i angażu. Okazja trafiająca się przypadkiem to raczej nie wór galeonów leżący na środku chodnika - do tego trzeba by już mieć kosmicznego farta. Okazje lekko się maskują, ale i tak są bardzo widoczne: na przykład studiujesz projektowanie wnętrz, nowy profesor proponuje ci założenie grupy projektowej wraz z dwojgiem innych studentów. Członkowie grupy dostaną możliwość kontaktowania się z firmami produkującymi meble, a ich projekty będą rozpatrywane na poważnie. Grupa otrzyma wsparcie dziennikarskie, promocję... Co za okazja! Jesteś zwykłym, biednym studentem, a nagle możesz zaistnieć. Co robią studenci? Nie zakładają grup.

Dlaczego nie wykorzystujesz okazji?! Boisz się. Mówisz "to nie dla mnie". To po cholerę się w ogóle za to zabierałeś? Skoro nie chcesz projektować, to nie projektuj, ale nie narzekaj potem, że szkoła cię do niczego nie przygotowała lub nie stworzyła możliwości. A może stworzyła, a ty pokręciłeś nosem? Bo taka grupa jest głupia. Bo nie lubię moich koleżanek i kolegów. Bo w ogóle każda grupa jest głupia. Bo nie chcę współpracować z dziennikarzem. Bo moje projekty są słabe i wstydzę się je pokazać przedstawicielom firm. Bo będę miał dużo do roboty. Bo nie lubię pracy grupowej. Bo nie mam czasu. Ani ochoty. Bo  N I E.

Założenie grupy nic nie kosztowało, a otwierało niejedne drzwi. Może nie rozpościerało ich na oścież, ale przekręcało klucz w kilku zamkach... Od czegoś trzeba zacząć! Jak to się więc dzieje, że ludzie po prostu rezygnują zanim w ogóle spróbują? Wow, tamta dziewczyna wygląda na fajną... Nie zagadam, bo... nie. Głupio. Wstyd. I tak się jej nie spodobam. Przepuszczają okazję między palcami i potem z rezygnacją obserwują, jak największy czop wśród ich znajomych zdobywa najfajniejszą laskę. Zdobywa... i jest skuteczny! Dlaczego? Bo się odważył. Rany, czy to jest takie ciężkie?

(tworzę jedną trzecią jedynej powstałej grupy, ahoj!)

środa, 13 listopada 2013

Rozkminy


Ideałem mężczyzny jest opiekuńczy, szczery, wesoły, wyrozumiały, kochający przygodę samiec nie bojący bronić się swoich racji ani swojej samicy.

Uśmiech na mojej twarzy i wspomnienie dzieciństwa wywołuje u mnie Oops! I did it again Britney Spears. Jej, to były czasy.

Często wybaczam. Gdy ktoś mnie skrzywdzi próbuję zrozumieć dlaczego - może miał rację, trzeba było mnie utemperować... Gdy jednak ta bardziej wybuchowa strona mojego charakteru dojdzie do głosu, to nie ma przebacz.

z cyklu randomowy obrazek: the best picture of the internet

Cenię w sobie zaradność - kiedyś kompletnie mi jej brakowało, ale udało mi się to wypracować i jestem bardzo z siebie dumna.

Nie ufam nowo poznanym osobom... Nie ufam prawie nikomu. Gdy jednak ktoś rozmawiając ze mną nie ucieka wzrokiem i nie pociera nosa, czyli krótko mówiąc jest szczery, to jest mi łatwiej zacząć poważnie o nim myśleć.

Strasznie bym chciała wskrzesić 2Paca, żeby trzymał poziom amerykańskiego rapu.

Światu oferuję swoje zamiłowanie do przygód i... wizytę. Odwiedzę jeszcze wieeele miejsc.

Przyjaciel potrafi mnie rozweselić i uszanować. Rozumie, że czasem chcę być sama.

Moje życie mogłoby tworzyć scenariusz filmu przygodowego... akcji? Może kiedyś!

Nie mam domu. Nie mówię oczywiście o znaczeniu fizycznym, ale o poczuciu przynależności. Gdybym miała uciekać, to w dal, a nie do przystani.

***

Tak, to są odpowiedzi na Liebstera, do którego nominowała mnie Patrycja. Dlaczego nie ma pytań?

a) blog Patrycji nie pozwolił mi na skopiowanie swojej treści, a mi nie chciało się przepisywać;
b) gdybyście wiedzieli, że to Liebster, to nikt by tego nie przeczytał.

***

A za nominację do zabawy w kończenie zdań dziękuję Gąsce.

Czuję, że spędzę fajny wieczór.
Cieszę się, że tworzę kolejny oszałamiająco fantastyczny wpis.
Doceniam to, co robią dla mnie inni. A oni rzadko o tym wiedzą.
Chciałabym mieć więcej czasu.
Myślę za dużo.
Słucham soundtracku z Vice City. Nadal.
Oglądam swoją dłoń zastanawiając się, co do cholery mam tu napisać.
Czytam Misery Kinga.
Szukam spokoju, inspiracji, sposobu na jak najlepsze wykorzystanie swojego czasu i wszystkiego, co mam.
Nie mogę się doczekać Mogę. Nauczyłam się czekać i doceniać.

sobota, 9 listopada 2013

Czasem


2 miesiące. Tydzień. 15 minut. Czy to długo, czy krótko? Czas jest pojęciem względnym. 2 miesiące zlecą błyskawicznie, jeśli spędzimy je podróżując. Siedzenie tyle czasu w pierdlu będzie się raczej dłużyć. Tydzień? Baaardzo długo, jeśli mamy bana na internet, ale z drugiej strony trochę mało, aby się przygotować do matury. Kwadrans gadania z dawno nie widzianą przyjaciółką minie strasznie szybko, ale 15 minut oczekiwania na spóźnialskiego na deszczu to masakra...

Tak, jak zwykle piszę, nie wiem o czym i po co, ale piszę. To moja specjalność. Nie znoszę nawijania o przemijaniu, zawsze strasznie mnie dołuje. Ciekawi mnie jednak nasze podejście do słów 'długo'/'krótko' zależnie od okoliczności. Miesiąc. Jeszcze 30 dni do daty wymarzonego koncertu? A może do daty ogłoszenia wyników ważnego egzaminu? W pozytywnej atmosferze zleci szybko, jednak nieznośne oczekiwanie na ważną informację jest toksyczne.

this isn't even my final form

Ile razy patrząc na zegarek byliśmy zaskoczeni? Już 22?! Ale się zasiedziałam... A może właśnie: jej, minęło dopiero 10 minut lekcji?! Nie umiemy oceniać czasu. Każda sekunda, minuta jest dokładnie taka sama, ale my możemy odebrać je kompletnie inaczej. W jednej minucie nie wydarzy się kompletnie nic ciekawego, a w kolejnej wszystko może stanąć na głowie...

Czy jeden rok ma wartość? Oczywiście, że ma - powie ci ktoś, kto przygotowywał się sumiennie przez 365 dni do egzaminów, a potem je oblał. A jedna sekunda? Cóż, prawdopodobnie też, jeśli o tuż za tobą na ziemię spadnie olbrzymi meteoryt.

Zabawne to gawędzenie o względności czasu, wiem jednak, że do niczego dobrego nie prowadzi, więc skończę dziś wcześnie.

wtorek, 5 listopada 2013

Atak emocji


Uwielbiam wspominać. Często łapię się na rozmyślaniach o dawnych spotkaniach ze znajomymi, minionych przygodach, podróżach, imprezach, po prostu o momentach, w których byłam szczęśliwa. To było takie... super! Wtedy, gdy pojechałam do B. do Anglii i żywiłyśmy się 3 razy dziennie w fastfoodzie. Albo, jak spałam u M. i wybrałyśmy się na nocny spacer po polach. Albo, gdy złaziłam z A. cały Paryż na piechotę. Czad! Pan Mózg lubi też niestety podrzucać mniej ciekawe, wręcz traumatyczne wspomnienia. Zła wiadomość na koniec maja, po której przez kilka dni miałam wrażenie, że świat mi się zawalił... Stres w pracy, trudne projekty na studiach, kłótnie, strach, ciężkie momenty... Jak ja dałam radę? Byłam dzielna! Chyba nie podołałabym drugi raz.

Czy Wasze mózgi też mają tendencję do odtwarzania wspomnień w coraz bardziej drastyczny sposób za każdym razem? Do wywoływania coraz silniejszych emocji? Zarówno pozytywnych jak i negatywnych. W momencie, gdy dana sytuacja miała miejsce, owszem, podobało mi się i cieszyłam się, że jestem akurat w tym miejscu z tymi ludźmi, ale nie wydawało mi się to być oszałamiająco ekstraordynaryjne. Z perspektywy czasu tęsknię za tamtymi momentami i biorę je za wspaniałe przygody, na dodatek mam wrażenie, że nie przydarza mi się nic więcej równie ekscytującego! Za parę miesięcy będę oczywiście podobnie reflektować na temat bieżących wydarzeń.

Złe wspomnienia? Myśląc o niektórych wydarzeniach naprawdę pytam się, jak ja to przetrwałam. Wtedy jednak nie było czasu na takie rozmyślania, trzeba było wziąć się w garść, zacisnąć zęby i działać. I co? Jakoś poszło, udało się! Teraz jednak Pan Mózg twierdzi, że to naprawdę był hardkor: pamiętasz, jak było ci smutno? jak płakałaś? jaka czułaś się bezsilna? nie wiedziałaś, co masz robić... Takie myśli mnie stresują - znów wydaje mi się, że jak przydarzy mi się coś złego, to nie podołam sytuacji... a podołam!

wspomnienia, tym razem z wakacji 2005

Tęsknię za liceum, podobnie jak spora część moich znajomych. Brak mi tych ludzi, niektórych lekcji, luźnej atmosfery, zabawnych sytuacji, które miały miejsce na co dzień... A przecież będąc w liceum nie uważałam wcale, że jest tak super - rozłam z 'przyjaciółką', połowa przedmiotów do bani, wf w piątek o 16. Jak to się dzieje, że zawsze nam czegoś brakuje? Że wydaje nam się, że 'najlepszy okres' mamy już za sobą? Przywołując wspomnienia pewnych okresów czasu wymazujemy gorsze momenty z pamięci i przykładowo dochodzimy do wniosku, że liceum było SUPER. Rozpamiętujemy wypad do Nantes z uśmiechem na ustach i pozwalamy Panu Mózgowi ignorować smutne momenty, rozczarowania i dobijanie się do czyjegoś domu o 7 rano po nieprzespanej nocy.

Uwielbiam wspominać... a mój mózg za bardzo się tym ekscytuje.

piątek, 1 listopada 2013

Październik w obiektywie - podsumowanie


Przez cały zeszły miesiąc trwała akcja Kamili Miesiąc w obiektywie. To już trzecia edycja, brałam do tej pory udział w kwietniowej (podziwiajcie tutaj). Polega, jak zapewne już wiecie, na robieniu zdjęć codziennie, przez całe 30 31 dni.

Większość z Was do projektu podeszła bardzo artystycznie - super sprzęt, super zdolności, super talent do uchwycenia pięknych piękności i zwyczajnych zwyczajności, ale w piękny sposób.

Ja nie.

Jak zwykle, zdjęcia robię tosterem, bo nie mam normalnego sprzętu jak każdy biały człowiek blogger. Sony Ericsson Satio, waaah! Ciężko tym cudownym aparatem uchwycić walory fotografowanych obiektów, starałam się więc skupiać na fotografowaniu rzeczy i miejsc nadzwyczajnie ciekawych. Cóż...

Podobnie jak w kwietniu, akcja Kaa. pomogła mi uświadomić, ile ja robię. Poza dniami, w których nie działo się nic i byłam zmuszona fotografować siebie albo żelki w kształcie penisów, zawsze było coś ciekawego do uwiecznienia. Koncerty, wystawy, moja 'twórczość', burgery, mecz siatkówki, parada zombie, podróże: lot do Warszawy, Szwajcaria, Alpy, jeziora, południe Francji... Najeździłam się trochę w tym miesiącu. Nie wszystko było przewidziane, ale to właśnie lubię najbardziej!

Październik był dobrym miesiącem, sporo się działo. A może dzieje się zawsze, a ja po prostu nie pamiętam, bo nie robię zdjęć? Bardzo możliwe.

W październiku na pewno się nie nudziłam. Same sukcesy, głównie drobne - od wyjazdów, przez wzbogacanie się (finansowo i umysłowo), naukę, dobre flow na uczelni, zdobywanie umiejętności i znajomości. Nie wszystko poszło po mojej myśli, ale finalnie obróciło się jeszcze lepiej. Nawet pogoda była ładna przez większość miesiąca.

Wszystkie zdjęcia do zobaczenia :tutaj:.

Ulubione kadry:










Siema, listopad.
Blog Widget by LinkWithin