poniedziałek, 30 grudnia 2013

Otwarta głowa: sny


Sny to jakiś przedziwny wymysł. Mózgu, co ty wyprawiasz?! albo Co ja mam na bani?!, zdarza mi się myśleć rano. Nie mam pojęcia, skąd takie dziwne kombinacje ludzi, miejsc, przedmiotów i sytuacji pojawiają się w mojej głowie.

Sny bawią.
Sny pomagają sobie coś uświadomić.
Sny przerażają.
Sny wyzwalają nasze lęki i pragnienia.
Sny się powtarzają.
Sny nigdy nie mają początku.
Sny są całkowicie posrane.

Gdy śnimy, fakt, że przemawia do nas kot, albo, że komuś nagle zmieniła sie twarz, albo, że mieszkamy nagle w kompletnie innym miejscu niż dotychczas wydaje sie czymś kompletnie naturalnym i normalnym.

Ile razy zdarzyło mi się budzić z  żalem, że moje marzenia spełniły się tylko we śnie... A ile razy z olbrzymią ulgą, że ta tragedia to był tylko sen.


Wierzę, że sny mogą coś oznaczać. Nie, nie w takim sensie, że ciotce Halinie przyśniło się czerwone Punto, a następnego dnia wujek Heniek zginął w wypadku samochodowym, więc ciotka Halina zaczyna wszystkim wmawiać, że jest jest medium. Myślę raczej, że jeśli coś jest głęboko ukryte w naszej (pod)świadomości, to może wyleźć na wierzch przez sen i coś nam zakomunikować, pomóc podjąć decyzję, rozwiać wątpliwości, zafundować powiew świeżości i nowy plan działania.

Powtarzające się sny mnie przerażają. Zwłaszcza, gdy śni mi się coś, co śniło się jak byłam mała, a teraz wraca... Oczywiście nie pamiętam, że już mi się to śniło, dopóki nie przyśni się znowu. Straszne.

Senniki uważam za bzdurę.

Prowadziłam kilka lat temu dziennik snów. Gdy patrzę na niego z perspektywy, rozumiem niektóre sprawy - swoje wady, niepewności, braki, które wychodziły właśnie nocą. Ciągle byłam gdzieś goła, najlepiej w gimnazjum, w którym źle się czułam. Nie miałam się gdzie schować, śmiali się i krzyczeli wszyscy, a najgłośniej dziewczyna, której nie lubiłam i której się bałam. Brak pewności siebie.

Ciekawe, jaki seans Pan Mózg zafunduje mi tej nocy.

czwartek, 26 grudnia 2013

Małe przyjemności


Lubicie, potraficie cieszyć się z drobnostek? Wszyscy mędrcy prawią, że małe przyjemności liczą się w życiu, że nie można pomijać tych najdelikatniejszych przebłysków szczęścia i radości. Mówi o tym nawet słynna pieśniarka Sylwia Gie w swojej pieśni cie szmysie zma łychrze czybo.

Drobne przyjemności to jakieś kolejne wyświechtane powiedzonko, którego autor miał na myśli... właśnie, co?

Hedonistycznie dążąc do szczęścia staram się zauważać każdy pozytywny element mojego życia. Jak bardzo jednak możemy rozłożyć to na czynniki pierwsze? Bezinteresowny uśmiech? Niepokruszone chipsy w paczce? Ulubiona piosenka w radio? Strzelanie z folii bąbelkowej? Promień słońca w pochmurny dzień? Niesplątane słuchawki? Wszystko, co wymieniłam ewidentnie sprawia przyjemność, ale jak bardzo powinniśmy się tym ekscytować? Odtańczyć słoneczny taniec z piruetami, bo szczęście postanowiło się do nas uśmiechnąć? Naukowcy i fachowcy odradzają obojętność i przemilczenie tych drobnych radości. Jeśli nie docenimy tych drobnostek, to wszystko inne też nas ominie.

Osobiście nie dziwię się, że ludzie nie krzyczą z radości i nie dostają kopa pozytywnej energii na widok, że wyciągają z torby idealnie wyprostowane słuchawki. Z drugiej strony, gdy słuchawki są poplątane, włączają swoje żałosne lamenty: znowu poplątane, zawsze mi się to przytrafia, przecież jak je tu wkładałem, to były rozprostowane, moje życie jest do dupy.

jesteście grumpy

Mędrcy krzyczą, a wy dalej swoje! Zamiast docenić, że coś ułożyło się po waszej myśli, to wy zwrócicie na to uwagę dopiero wtedy, gdy coś się nie uda. Od tygodnia świeci słońce, nagle zachmurzy się i spadnie deszcz? O nieeeee, deeeeeszcz. Deszcz się skończy, wyjdzie słońce. Zero reakcji.

Zawsze negatywni.

PS Myślałam, że to Polacy są mistrzami narzekania, ale tytuł odstępuję Francuzom. Niezobowiązujące gadki w pracy toczą się w 84% przypadków na tematy powodów do marudzenia: pogoda, szefowa, brzydkie uniformy, sztywne zasady, krótkie przerwy, za zimno, za ciepło... Zawsze źle.

wow wow święta WOW

piątek, 20 grudnia 2013

Za co kocham The Cure?


Jakiej muzyki słuchasz? Rapu, odpowiada Bina. Dla tekstów, bitów, przesłania albo po prostu dobrego baunsu. Zazwyczaj jednak zaznaczam, że nie koncentruję się na jednym gatunku, jak zresztą większość osób ceniących muzykę. Istnieje mnóstwo wykonawców, których uwielbiam mimo tego, że kompletnie nie są związani z moim ulubionym rapem. Tenacious D, Pink Floyd, The Xx... no i oczywiście The Cure.

Nigdy nie byłam typem fangirl. Nie latałam za zespołami z transparentem FAN NAMBER ŁAN, nie zastanawiałam się, co i z kim robią w tej chwili gwiazdy, nie uczyłam się na pamięć dyskografii (chyba, że sama, nawet nie wiem kiedy i jak, wchodziła mi do głowy), nie wkuwałam ważnych i przełomowych dat w historii zespołu. Nigdy tego nie robiłam i nie robię. Zazwyczaj nie znam nawet nazwisk wszystkich członków zespołu, często kompletnie nie wiem, jak wyglądają. Czy jestem więc fanką? Nie lubię tego słowa. Kojarzy mi się z dziewczętami biegającymi na koncerty 1D. Ja po prostu... uwielbiam muzykę, którą serwuje mi Le Cure, jak mówi się w moim otoczeniu.

The Cure zaczęłam słuchać ładnych parę lat temu, jak odkryłam, że muzyka, której słucha Tata jest jednak fajniejsza od tego, czym częstują nas Viva i MTV. Kupili mnie. Tekstami, melodią, jakąś taką... głębią. Są niepowtarzalni, głosu Roberta Smitha nie da się z niczym pomylić, a w ich muzyce często są charakterystyczne, rozpoznawalne brzmienia. Smith śpiewa o miłości (a jak), udanej, nieudanej, szczęściu, tęsknocie, żalu, o wspaniałym uczuciu uskrzydlenia, gdy nasze uczucia są odwzajemnione... Kiedyś słuchałam, bo po prostu mi się podobało, potem, 2 lata temu, zaczęłam identyfikować się ze słowami ich piosenek. Znalazłam tam tyle mądrości! Od tamtego czasu jeszcze lepiej mi się spędza czas przy ich muzyce.

Uwielbiam ich słuchać. Na smutno, na wesoło, zawsze. Zawsze znajdzie się album albo choć kawałek, który będzie odpowiadał mojemu nastrojowi albo temu, jak chciałabym na niego wpłynąć. W repertuarze The Cure nie brakuje wolnych, zamulonych, przygnębiąjących piosenek, radosnych ballad, poważnych kawałków i uskrzydlających poprawiaczy humoru. Nie wiem, co ten Robert przeżywał z kobietami, ale ma spore pojęcie o miłości.


Whatever words I say, I will always love you
~Lovesong

And still the hardest part for you
To put your trust in me
I love you more than i can say
Why won't you just believe?
~Trust

Spiderman is having me for dinner tonight
~Lullaby

"Show me how you do that trick 
The one that makes me scream" she said 
"The one that makes me laugh" she said 
And threw her arms around my neck 
"Show me how you do it 
And I promise you I promise that 
I'll run away with you 
I'll run away with you" 
~Just like heaven

Because it's hard to think
I'll never get another chance
To hold you, to hold you
~Cut here

Always take a big bite
It's such a gorgeous sight
To see you eat in the middle of the night
You can never get enough
Enough of this stuff
~Friday I'm in love

We slip through the streets
While everyone sleeps
Getting bigger and sleeker
And wider and brighter
We bite and scratch and scream all night
~Lovecats

Please try to understand
I have to see you, have to feel you
Tell you all the ways I need you
Yours forever in love
~Strange attraction

I should've stopped to think, I should've made the time
I could've had that drink, I could've talked a while
I would've done it right, I would've moved us on
But I didn't, now it's all too late
It's over, over
And you're gone
~Cut here

Remember the last time I told you I love you
It was warm and safe in our perfect world
You yawned and I had to say it over
"I said I love you" I said... you didn't say a word
~There is no if

But if I had your face,
Then I could make it safe and clean 
If only I was sure,
That my head on the door,
Was a dream
~Close to me

You 
Strange as angels 
Dancing in the deepest oceans 
Twisting in the water 
You're just like a dream
~Just like heaven

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Tylko pały chodzą smutne więcej niż 15 minut w tygodniu...


...czyli kolejny błyskotliwie niemożliwy do zrozumienia wywód bez sensu.

Wniosek zawarty w tytule sformułowałam w liceum. W gimnazjum zastraszana i szykanowana, w liceum przeszła falę kompletnej obojętności wobec opinii innych ludzi na swój temat. Inni ludzie czyli wszyscy poza najbliższą rodziną i przyjaciółmi, czyli w sumie w danym czasie około pięciu osób. Mieliśmy amplitudę dodatnią i ujemną, teraz czas na rozsądek. Dziel wszystko przez 10 zanim weźmiesz sobie do serca, nie daj się krzywdzić, ale też nie buntuj się przeciwko całemu światu.

Za czasów licealnych stwierdziłam, że smutek to bardzo bezużyteczne uczucie. Dołujące, przykre, ściągające na dno... Nie motywuje, zbija poczucie własnej wartości, nic dobrego nie wnosi. Przynosi łzy, które też są bez sensu. Smutek jest do dupy, lepiej przekuć go w coś popychającego nas do działania, chociażby gniew. Brak potrzeby obwiniania się, złość, chęć przykopania komuś w dupę, wyjście z dołka!

Bina, co ty znowu pierdzielisz?

2o13 był jest dla mnie rokiem szczególnie obfitującym w emocjonujące wydarzenia. Było o tym już nieraz: wiele się nauczyłam, przeżyłam wewnętrzne katusze, uczucie pustki... Podróżowałam, bawiłam się, troszkę pocierpiałam, poodnosiłam drobne sukcesy. Jak się zakończyło? Raczej... jak się zakończy? Tego nie wiem.

Do niedawna wszystko było jasne i zaplanowane, ale nagle coś pękło i wszystko się zmieniło. Nie do końca zależnie ode mnie. Nie podzielę się szczegółami zdarzenia, ale moją pracą nad pozbieraniem się.

Szok. Wielkie emocje. Straszny smutek. Smutek! Bina, która swojego licealnego motta trzymała się dzielnie przez parę lat i starała się nie być pałą, nagle pogrążyła się w otchłani rozpaczy niczym burrito of sadness. Przepłakała cały dzień (och, już drugi raz w tym roku! bardzo podobne uczucie towarzyszyło mi w maju, ale z tamtej bitwy wyszłam z tarczą). Czuła się bezradna. Poszła spać, kiepsko jej szło wyłączanie depresyjnych myśli...

Następnego dnia obudziła się (wow) i była... wściekła. Zła! Bo ktoś realizuje jej marzenia. Bo popełniła błędy w zamierzchłej przeszłości, których konsekwencje postanowiły dać o sobie znać akurat teraz. Byłam wkurzona na maxa. I dobrze się z tym czułam. Nie pozwoliłam sobie na smutne zamulanie, wolałam słodką wściekłość. To naprawdę pomaga... Złość to również negatywne uczucie, ale mam wrażenie, że jest budujące. Dobrze wpływa na naszą psychikę, popycha do działania...

Po gniewie przyszedł czas na radość.

Trzydniowa metamorfoza. Co będzie teraz?


Bardzo wciąż zakochana Bina zawsze i na zawsze

czwartek, 12 grudnia 2013

Amerifags nazywają europejskie kraje, czyli polaczkowa hipokryzja na światowym przykładzie


Kasia dała mi cynk, że po sieci krąży ciekawy materiał: konturowa mapa Europy okiem Amerykanów. Sprawdziłam oczywiście, uwielbiam takie ciekawostki. Zobaczyłam, wytrzeszyczyłam gały... Huhuhu, hohoho, zaśmiała się Bina. 'Muricans zaskoczyli mnie swoją kreatywnością.






Pierogies w Polsce (♥!), mini-Poland, 3 Polski na terenie Litwy, Białorusi i Ukrainy, Australia, Borat, I Am Very Sorry You Are All Great, Pomidory, Kamczatka, Frytki, Wysokie Standardy no i oczywiście Indyk w Turcji oraz :( w Rosji jako najlepsze punkty programu.

Po krótkim śmiechu jak zwykle zaczęłam rozmyślać... Rozmyślać słuchając i czytając, co mają na ten temat do powiedzenia moi błyskotliwi i wszechwiedzący rodacy.

Jasne, łatwo zjechać Amerifaga za to, że nie wie, gdzie leży wielka. wszechmocna Polska, a ciekawe, kto wie, w jakim stanie leży stolica Stanów albo chociaż jak się nazywa? Nowy Jork? Powinnam poprosić Polaczków Cwaniaczków o wypełnienie mapy konturowej Stanów Zjednoczonych. Dalej jesteście tacy mądrzy? Umiem wymienić około 40 Stanów, na mapie umieścić może 5. Uważam, że dla Europejczyka to trudne zadanie, dlaczego więc oczekujecie, że jakiś prostak z Kentucky odróżni Ukrainę od Białorusi i Litwę od Łotwy?

Idźmy dalej. Założę się, że gdybym tym polskim mądralom dała mapę konturową Ameryki Północnej, to wcale nie poszłoby tak łatwo... Tam są trzy państwa. Nie wszyscy jednak wiedzą, że jedno z nich to Meksyk, nie wszyscy też orientują się, że ten dziwny odcięty kreską kawałek po lewej to Alaska, 1 z 50 stanów.

Weźcie konturową mapę Ameryki Południowej lub Azji (Afryka dla zaawansowanych), ołówek i pokażcie, że faktycznie, że jesteście mądrzejsi od Amerykanów.

Zresztą, po co ja się rozpędzam! dajcie Polakom mapę Europy, ciekawa jestem, kto dobrze opisze Mołdawię, Macedonię, Czarnogórę czy Albanię.

Właśnie, zapraszam jeszcze [tutaj]. Pamiętacie?

Jestem samozwańczym vice mistrzem geografii politycznej, wcale się nie chwalę i śmieję się nie z amerykańskich dżiniasów, a z polaczkowych hipokrytów.

GRUDZIEŃ W OBIEKTYWIE

niedziela, 8 grudnia 2013

BURGERY





KABOOM! Długotrwałe sugestie, bym w końcu (jak prawdziwa kobieta) coś ugotowała, w końcu wniosły jakiś rezultat.

Tym razem nie są to ani płatki z mlekiem [chekt it out] ani też gofry czy jakaś burgerowa miernota [tutaj].

Tym razem są to wielkie, profesjonalne BURGERY.

140 gramów mięsa wołowego, cheddar, pomidory, roszponka, bekon, awokado, sos jogurtowy. Jak każdy oczywiście doskonale wie, kucharz ze mnie jak z koziej dupy trąba, nie wiedziałam więc za bardzo, jak się za to wszystko zabrać, ale ktoś wszedł mi na ambicję. Zakasałam rękawy i pokazałam światu, że nie tylko wchłaniam wielkie ilości burgerowej ambrozji, jestem też w stanie ją stworzyć.

Kucharz prawdziwy siedzi [tutaj], ale Bina również ma dziś dla Was przepis! Hmm, raczej opowiastkę, historyjkę.

Z mięsa ulepiłam burgery właściwe. Powinnam była posolić i popieprzyć, ale zapomniałam. Usmażyłam na patelni. Powoli, spokojnie, dając sobie czas na pokrojenie awokado i pomidorów w plasterki. Na osobnej patelni usmażyłam bekon, nie mając pojęcia, ile powinien na niej przebywać. Na szczęście udało się, wyszedł idealnie chrupiący. Bułki do burgerów (sklepowy szit, rozmiar max) wrzuciłam do piekarnika rozgrzanego do jakiejś losowej temperatury. Cheddar nie chciał się rozpuścić na odwróconych kotletach, wrzuciłam więc patelnię do piekarnika razem z bułkami (mama nie widziała, mam nadzieję, ze ominie tę część tekstu - ciekawe, czy czyta uważnie). Ser roztopił się perfekcyjnie. W międzyczasie do miski wlałam trochę jogurtu, trochę majonezu, wsypałam trochę oregano i wymieszałam. Gdy wszystko było gotowe, zmontowałam to w jedną wielką pyszną całość i przypieczętowałam wieeelką wykałaczką.







Wyszły dobrze.
Tyle komplementów. Byłam wzruszona.

środa, 4 grudnia 2013

Do trzech razy sztuka


O lomo było już nieraz – konkretnie dwa razy, tu i tu. Jak już na pewno wiecie, mowa o małym aparacie korzystającym z radzieckiej analogowej technologii i pozwalającym niezamierzenie tworzyć zaskakujące kompozycje. Do tej pory bawiłam się w multiekspozycję – nie do końca umyślnie, ale za to z powalającymi efektami. Ze zdjęć nie do końca dało się odczytać, co na nich w ogóle jest, ale mi taki stan rzeczy odpowiadał. Wyglądały super!

Tym razem zagłębiłam się jednak w tajniki starożytnej umiejętności jaką jest ręczne przesuwanie klatek bez fejlowania i udało mi się uzyskać faktycznie pojedyncze zdjęcia fisheye – takie, o jakie chodziło! Zapraszam.


Annecy, góreczki, łódeczki i najczystsze jezioro w Europie


rewelacyjna łąka w górach

pyszne pyszności

jezioro genewskie

Oczywiście nie mogłam odpuścić sobie kilku kolaży, multiekspozycji – teraz jednak bardziej nad tym panuję i prawie świadomie łączyłam zdjęcia celowo źle przesuwając film. Niczego nie skiepściłam, jestem z siebie dumna.

 jeziorne impresje z Annecy




zamek


no i kolej na kolej (ach, Bina, wymyślaj wiejskie - miejskie slogany)


Pytaliście mnie o lomo. Można kupić na allegro. Osobiście polecam gorąco.



Pozdrawia Bina, która dnia 20 października prawdopodobnie ostatni raz w tym sezonie wystąpiła w bluzce na ramiączka.


Ahoj!
Blog Widget by LinkWithin