środa, 29 stycznia 2014

Brak czasu? Poszukaj sobie obowiązków


Znowu w mojej głowie temat czasu, a raczej jego braku. Powodem jest słynna sesja, dzięki której pewnie i tak mało kto to przeczyta, bo wszyscy zaliczają. Jak już zaliczyliście, to gratuluję, jak to wszystko wciąż przed Wami, to witam w klubie.

Nie będę zamulać o sesji. Od dawna formułuję wnioski dotyczące zaskakującego zjawiska: im więcej mamy na głowie, tym więcej mamy czasu. Nonsens? Tak właśnie myślałam, dopóki nie okazało się, że nie mając żadnych obowiązków paradoksalnie nie ma się czasu na cokolwiek, brakuje siły, motywacji. Organizacji. Ludzie mający mnóstwo do zrobienia poukładają sobie idealny plan dnia, aby ze wszystkim się wyrobić.

Przedstawiam teraz dwie Biny, pierwszą z krótkiego (na szczęście) okresu w 2012 roku, druga wersja nastała zaraz potem i dzielnie trzyma się do dziś.

Bina 1 skończyła pierwszy rok studiów. Nie ma pracy, nie ma pieniędzy. Nic jej się nie chce. Wstaje ok. 13-14 każdego dnia, o 21 już czuje się zmęczona. A przecież nic nie robiła, powinna mieć siłę na zwojowanie świata. Zamula przed kompem, nie czuje motywacji do zrobienia czegokolwiek produktywnego, choćby znalezienia jakiegoś dorywczego zajęcia, by mieć trochę pieniędzy na jakiekolwiek wakacje. Jest w dołku, musi zmienić szkołę, ale nigdzie jej nie chcą. Widzi siebie na kasie w Carrefourze, ale nie wie, co zrobić, aby zmienić tę wizję. W efekcie zamula, przeżywa kolejne, nudne dni. Udaje jej się dostać do szkoły. Staje na rzęsach, proces rekrutacji jest długi i nieprzyjemny, ale udało się. Żałuje jednak minionego miesiąca, który, mimo, że nic się nie działo, przeciekł przez palce. W wakacje nic nie robi, bo nie ma kasy, a szaleńcze autostopowe wybryki nawet nie przeszłyby jej przez myśl.

Bina 2 jest na studiach zaocznych, co pozwala jej na pracowanie, a wręcz do tego zmusza. Często lata do Polski i jeździ po Francji, a nawet dalej. Projekty na studia wykonuje w domu, między spotkaniami w szkole. Wyrabia się z rzeczami na uczelnię, zarabia, ma życie towarzyskie, podróżuje, prowadzi bloga, sporo czyta. Ma... czas. A doba Biny 2 ma tyle samo godzin, co doba Biny 1.

niezwiązane z tematem zdjęcie na dziś: bekon.
drodzy wegetarianie, droga Katio, I'm not even sorry!

Gdy mamy obowiązki, lepiej panujemy nad czasem. Potrafimy przewidzieć, ile zajmą nam dane czynności i zarezerwować na nie trochę czasu w ciągu doby. Gdy nie mamy perspektyw, nasz dzień zacznie się późno i skończy wcześnie, nawet się nie obejrzymy, a będzie 15. Przecież dopiero co wstałam... Jeszcze nic nie zdążyłam zrobić! ~Bina 1. Bina 2 do godziny 15 zdążyła poćwiczyc, zjeść, umyć się, dokończyć projekt w Photoshopie, narysować plan konstrukcji szkieletowej stolarni i zrobić rundkę po Facebooku i blogach, bo ileż można pracować. Bina 1 jest smutna, rozlazła i zamulona, a Bina 2 pełna energii.

Jasne, Bina 2 ma dni, w których nie ma kompletnie momentu wytchnienia. Nawał obowiązków, projektów do szkoły, praca czasem o 6.30 rano... Brak chwili na złapanie oddechu. Takie dni przychodzą i odchodzą - warto jednak mieć świadomość, po co harujemy. Łatwiej i przyjemniej pracuje się, mając wizję tego, na co potem będzie można zamienić wypłatę, albo wyobrażając sobie naszą makietę na uczelnianej (na początek uczelnianej!) wystawie.

Brakuje ci czasu? Zorganizuj się!

niedziela, 26 stycznia 2014

Stephen King "Carrie"


Wszechstronna Bina tym razem bierze się za recenzję. Przeczytałam sporo książek Kinga, jednak dopiero ostatnio sięgnęłam po jego pierwszą powieść, od której wszystko się zaczęło. Carrie.


Horror? Tak określamy gatunek Kinga. Nie zgadzam się, nigdy chyba jeszcze nie bałam się żadnej z jego książek. Wiele razy zaciskałam zęby z obrzydzenia, ale nie miałam ochoty uciekać. Tu było podobnie - Carrie nie jest jeszcze na takim poziomie jak Lśnienie, Misery, czy moja ukochana Zielona Mila, brakuje szczegółów dotyczących otoczenia. Nie rozczarowują jednak bohaterowie.

Carrie jest szkolnym kozłem ofiarnym, co jest dość ciekawym motywem. Jej matka jest chorą fanatyczką religijną - o takich szaleństwach nie słyszałam nawet w Polsce. Modli się non stop, żyje 'w czystości', stara się ochronić córkę przed dojrzewaniem, na cycki mówi dirtypillows i twierdzi, że rosną, jak się zgrzeszy. To chyba było najbardziej straszne z całej tej opowieści. Ja najwidoczniej musiałam mało grzeszyć w życiu.

King jak zwykle bardzo dokładnie zgłębił swoje postacie i ich przeżycia - nie wiem, skąd on wie, co czuje nastoletnia dziewczyna podczas seksu, ale jego opisy różnych doświadczeń są bardzo przekonujące. Lubię Carrie, podobnie jak i późniejsze powieści autora, za mnogość detali i dokładne dopracowanie bohaterów.

Jaki niezwykły dar ma Carrie? Jak skończy się historia wyśmiewanej non stop dziewczyny? Co wydarzy się na studniówce Prom Night?

Polecam wielbicielom nietypowej narracji i braku chronologii. Ludziom, którzy lubią dokładnie wyobrażać sobie, co czują bohaterowie i utożsamiać się z nimi. Entuzjastom opowieści o kozłach ofiarnych, które się okrutnie mszczą. Pasjonatom historii, które zaczynają się źle, a kończą jeszcze gorzej. Fanom Kinga.

Jeśli nie lubicie lekko dziwacznych, pseudo-strasznych Kingowych klimatów, to Carrie raczej się wam nie spodoba.

True sorrow is as rare as true love.

People don't get better, they just get smarter. When you get smarter you don't stop pulling the wings off flies, you just think of better reasons for doing it.

Podsumowując: jestem na tak, choć nie porwała mnie w stu procentach. Elokwentna Bina.

środa, 22 stycznia 2014

Mistrz geografii znów atakuje



W poprzednim poście wspomniałam o grze w Afrykę. Wszystko zaczęło się za sprawą escapologist, która przysłała mi do niej link. Na początku nieśmiało, potem z coraz większym zacięciem zaczęłam napierdzielać Afrykę i bić kolejne rekordy. Zawsze byłam dobra z geografii politycznej, ale teraz dopracowałam umiejętności niemal do perfekcji. Na youdontknowafrica jest mapa konturowa Afryki, po kolei pojawiają się nazwy państw, wystarczy klikać w odpowiednie miejsca. Banał. A ile adrenaliny, gdy ktoś pobije twój rekord...

Jak wspominałam, kiedyś zebrałam się do narysowania mapy Europy. Możecie ją podziwiać tutaj. Europa była dla mnie zawsze najprostszym kontynentem, oczywiście z pominięciem Ameryki Północnej. Gdy jednak wzięłam do ręki kartkę i ołówek okazało się, że kompletnie nie wiem, jak wyglądają Bałkany. Popełniłam parę dziwnych, głupkowatych błędów, ale mimo to byłam dumna ze swojego dzieła.

Nadszedł czas na Afrykę.

Klikam na odpowiednie kraje w grze, ale czy dam radę z pamięci narysować cała mapę? I jeszcze uzupełnić stolicami? Sprawdźmy.

kliknij na obrazek, aby powiększyć

Nieźle. Co się nie udało?

Odcięłam Sudanowi dostęp do morza.
Zastanawiałam się, jak wyglądają granicę między Kongo, Kamerunem, Gabonem i Republiką Środkowoafrykańską. Teraz wiem, że na pewno nie tak.
Gwinea przelała się spomiędzy Senegalu i Sierra Leone aż do Liberii i Wybrzeża Kości Słoniowej, zupełnie jak taka schodząca po schodach sprężynka.
Wiele państw ma bardzo dziwne kształty, są poprzerastane i poprzesuwane względem siebie.
Zapomniałam stolic Erytrei, Wysp Świętego Tomasza i Książęcej, Sierra Leone, Liberii, Gwinei Równikowej.
Nie znałam stolic Sahary Zachodniej, Republiki Środkowoafrykańskiej, Gambii, Mauritiusa, Reunion, Południowego Sudanu.
Nie uwzględniłam Seszeli i Republiki Zielonego Przylądka. Nie znałam też stolic.
Nie umiem pisać po polsku.

Zamykam temat Afryki, jestem z siebie dumna. Strona click-that-hood oprócz okazji do zmierzenia się z Afryką oferuje nam jednak o wiele więcej zabawy. Odgadywanie województw Polski, krajów Europy, Azji, Ameryki Południowej, a nawet Oceanii, stanów USA, wielkich miast w Stanach, dzielnic Paryża oraz wiele innych.

Umiem wymienić około 40 Stanów, na mapie umieścić może 5. Uważam, że dla Europejczyka to trudne zadanie
~Bina, 12.12.2013

Dziś znam wszystkie, z zamkniętymi oczami umieszczam je na mapie. Położenie Delaware, Oklahomy, Rhode Island, Wyoming czy New Hampshire przestało być abstrakcyjną zagadką, a stało się oczywistością.

Bałkany, układ Albanii, Macedonii, Czarnogóry i innych śni mi się po nocach, nie zaskakuje już fakt, że Mołdawia leży w trochę innej części kontynentu.

Przestałam mylić województwo Kujawsko-Pomorskie z Warmińsko-Mazurskim. Aaaa, nie bijcie!

Nie piszę tego tylko po to, by chwalić się, jakim jestem geograficznym kujonem, ale żeby zasygnalizować matkom i innym ludziom, że gry komputerowe i internet potrafią bawić i kształcić, a nie tylko szkodzić i odmóżdżać.

Dziękuję.

sobota, 18 stycznia 2014

Tarta cytrynowa z bezą


Jestem ambitna. Zawsze byłam. Nigdy nie lubiłam się przepracowywać, ale gotowa byłam podjąć wyzwania. Łatwo daję się zmotywować. Trzeba pobić nowy rekord w grze w Stany lub w Afrykę? Przesiedzę nad nią pół dnia, aż mi oczy wypłyną, ale będę się starać z całych sił. Moja makieta jest niestaranna? Będę wycinać każdy kawałeczek tekturki z wielkim namaszczeniem, żeby był zupełnie prosty. Od dziś żadnej kaszany. Koleżanki ze studiów zrobiły od ostatnich zajęć o wiele więcej niż ja? Nadgonię natychmiast, mój poziom motywacji sięga zenitu. Co się jednak dzieje w momencie, gdy mam coś ugotować?

Zawsze olewałam gotowanie twierdząc, że nie umiem tego robić. Ograniczałam się do płatków z mlekiem, jajek sadzonych i tostów – menu śniadaniowe miałam opanowane. Za resztę nawet się nie zabierałam. Nie ciągnęło mnie do kuchni. Moim największym wybrykiem były te oto burgerychciałam udowodnić, że potrafię zrobić tak samo smaczne jak żarcie z burgerodajni. Udało się! Czy to zmotywowało mnie do dalszych kuchennych eksperymentów?

Nie.

Tarta cytrynowa z bezą to deser popularny we Francji. Nigdy nie zainteresowałam się nim od strony technicznej, wolałam go po prostu jeść. Niedawno dowiedziałam się, że deser ten nie jest podobno tak trudny do wykonania, jak mogłoby się wydawać. Nieopatrznie rzuciłam, że w takim razie nawet ja mogłabym go zrobić. Moje słowa zostały zapisane i musiały zostać wyegzekwowane. W pierwszym odruchu zaparłam się, że ciasta i tak nie przyrządzę, bo nic dobrego z tego nie wyniknie. Zależało mi jednak na zrobieniu wrażenia i udowodnieniu, że mogę. Wszystkim, zaczynając od siebie. To nie może być takie ciężkie! A ta zaskoczona twarz i spojrzenie przepełnione miłością będą najlepszą nagrodą.

Mistrz kuchni zaopatrzył mnie w najlepsze przepisy i ruszyłam do akcji. 



Tarta cytrynowa z bezą

Kruche ciasto: 

Mąka 200 g
Masło 100 g
Cukier puder 2 łyżki
Szczypta soli 
Woda 3 łyżki

Wszystkie składniki wrzuciłam do robota kuchennego (masło pokrojone w drobną kostkę, jej, ile to zajmuje czasu) i pozwoliłam mu zrobić ciasto. Wodę dolewałam po łyżce podczas trwania procesu. Wyjęłam eleganckie ciasto, wow. Wrzuciłam rozpłaszczoną kulę na 10 minut do zamrażalnika. Rozwałkowywanie było upierdliwe, ale jakoś poszło. Włożyłam do formy, nakłułam dno widelcem i wrzuciłam na ok 20 minut do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni (aż się zarumieniło).

Krem cytrynowy:

Jajka 3
Żółtka 2 (zachować białka do bezy!)
Cukier puder 3/4 szklanki
Masło 125 g
Skórka z 1 cytryny
Sok z 3 cytryn

Najbardziej magiczna część. W szklanej misce wymieszałam jaja, żółtka i cukier puder. Oczywiście porobiły się obleśne grudy, ale nie przejęłam się. W ogóle rozbijanie i rozdzielanie jajek to grubsze przedsięwzięcie niż myślałam. Porozlewałam wszędzie sok z cytryny i podrapałam się skrobaczką, ale udało mi się w końcu pozyskać potrzebne składniki z owoców. Dorzuciłam je do obleśnych jajek (fu, żółty kolor kremu bierze się z tych jajek, a nie z cytryn, moje życie legło w gruzach), pokroiłam w kosteczkę masło i dodałam do tej obrzydliwej mikstury. Nie wierzyłam, że może z tego powstać coś zjadliwego, a tym bardziej zachwycającego. I uwaga, sekretne rady z australijskiego Mistrza Kuchni: podgrzewamy całość w mikrofalówce przez minutę na 50% mocy, wyjmujemy, mieszamy dokładnie i powtarzamy proces. Osiem razy! O dziwo mikstura zmienia się, staje się jednolita, gęsta i przestaje odstraszać. Potem trzeba ją schłodzić (nie w lodówce, bo stanie się z nią coś paskudnego), a jak już będzie letnia to wyłożyć nią naszą tartę.

Beza:

Białka jajek 3
Szczypta soli
Cukier 0,5 szklanki

Zmiksowałam w robocie białka z odrobiną soli. O dziwo zrobiła się piana. Nie wiedziałam, że to może być takie proste. Gdy piana wyglądała już ładnie, wsypałam powoli cukier cały czas miksując. Taką bezę rozsmarowałam po cieście uważając, by nie ściągnąć żółtej masy. Na koniec ciasto należy wrzucić na chwilę do piekarnika, by beza stwardniała na wierzchu (w środku powinna pozostać miękka) lub po prostu opalić małym palnikiem.


UDAŁO MI SIĘ. Mnóstwo cukru, szczęścia, satysfakcji, zaskoczonych uśmiechów.

wtorek, 14 stycznia 2014

Ludzie nie zadają sobie pytań


Nie od dziś zastanawiam się, dlaczego ludzie nie żyją na maxa. Przepychają się przez życie, aby umrzeć głupimi i smutnymi. Niespełnionymi.

Idą do szkoły. Jednej, drugiej, trzeciej. Potem na studia. Do pracy. Zarabiają, zakładają rodzinę i ją utrzymują. Tak przez kilkadziesiąt lat. Przechodzą na emeryturę, rozkoszują się bólem pleców i innymi, o wiele gorszymi przypadłościami starszych ludzi, aby w końcu zejść ze sceny. (5/5 za określenie z klasą, brawo Bina, dziękuję)

No i co? Właśnie nic.

Ludzie przeżywają swoje życie, jakby było jakimś obowiązkiem, karą... Schematem. Ramą. Nie zastanawiają się nawet, że mogliby je poprowadzić inaczej! Ludzie nie mają celu w życiu.
Po co idziesz na studia? Żeby zdobyć lepszą pracę.
Po co ci lepsza praca? Żeby zarabiać więcej pieniędzy. (warto zauważyć, że słowa 'lepiej', 'więcej' nie oznaczają nic, bo nie są do niczego porównane)
Po co ci więcej pieniędzy? Żeby lepiej się żyło. No proszę, wreszcie jakiś konkret! Ale czy naprawdę przepieprzenie dwudziestu paru lat swojego życia w szkołach i uczelniach po to, żeby potem dać się zamknąć w biurowcu jak korposzczur to takie lepsze życie? Stres, presja, obawa, że inne szczury cię wygryzą. Po pracy nasz szczurek wraca do domu, włącza telewizor, je kolację, idzie spać i następnego dnia rytuał się powtarza. W weekend zamula albo jedzie nad jezioro z rodziną, bo w sumie nie wie, co innego można robić w życiu.

Czy naprawdę to jest naszym celem?

Ludzie nie zadają sobie pytań. Dlaczego? Bo to wymaga angażu mózgu, posiadania własnego zdania, może podjęcia decyzji. Narzucony schemat tego nie wymaga, więc ludzie po prostu podążają utartą ścieżką. Tak jest prościej. Zresztą, baliby się poznać odpowiedzi na pytania. Nie chcieliby odkryć po kilkunastu latach tego swojego godziwego życia, że jednak nie spełniają się i nie są usatysfakcjonowani.

Czy robię to, co chcę? Czy przydaję się na coś innym? Czy satysfakcjonuje mnie moje życie? Czy nie wolałbym być teraz gdzie indziej? Co ja tu w ogóle robię? Co jest w moim hamburgerze? Czy jestem szczęśliwy?
Okazuje się, że można mieć wspaniałe życie nie kończąc studiów ani nawet liceum. Można podróżować po świecie. Można uczyć się życia od wszystkich ludzi, a nie od nauczycieli w liceum. Można się realizować. Nauki wpajane w dzieciństwie runęły.

W 2013 nauczyłam się, że na zmiany czasem jest za wcześnie, ale nigdy za późno.

Potrzeba satysfakcji. Spełnianie marzeń. Hedonizm.
Dążenie do szczęścia.

czwartek, 9 stycznia 2014

Słój pełen wspomnień z 2013 roku


Na początku minionego roku zdecydowałam się zapisywać na karteczkach papieru pozytywne wspomnienia i wrzucać je do słoika. Pomysł ten podpatrzyłam na jakimś blogu. Słój ma się zapełnić, a wszystkie wspomnienia mają zostań odczytane w Nowy Rok, aby zdać sobie sprawę, jaki ten rok był świetny. Oczywiście ja w Nowy Rok byłam odseparowana od swojego słoja, podsumowanie zrobiłam więc teraz.



Wow, Bina, dobry rok! 67 papierków mieszczących różne fantastyczne momenty. Każdy inny. Nie brakuje biletów, metek, stron z gazet...
Oczywiście z moją systematycznością i ogarnięciem niektóre wspomnienia są głupkowate. Jasne Bina, zapisz, że dostałaś 5 z egzaminu a nie wspomnij słowem o nowej wspaniałej przyjaciółce poznanej tego roku. Tak, świętuj, że kupiłaś nowe najeczki i przemilcz fakt, jaką masz wspaniałą rodzinę.

Cóż.

Nie da się ukryć, że i tak jestem pozytywnie zaskoczona, ile dobrego przydarzyło mi się tego roku. Wspomnienia podzieliłam na 5 kategorii:

♥ ♥ (guess what, najmocniejsze wspomnienia, wzloty i upadki, szał);
people & fun czyli po prostu miłe momenty z miłymi ludźmi;
podróże (tak! jestem z siebie dumna. nie jest ich wiele, ale tyle podróży jak na jeden rok wystarczy.. na razie. wiele "podróżniczych" wspomnień zostało poza tym zakwalifikowanych do innych kategorii, gdyż nie dotyczyły ściśle faktu zwiedzania i zdobywania);
osiągnięcia szkolno-"zawodowe";
oraz korzyści $ materialne. (tych ostatnich jest na szczęście najmniej, jestem dumna)







Oprócz tego wspomnienia podzieliłam miesiącami. Najmniej było ich w urobinowym miesiącu kwietniu (zaledwie 2), z kolei aż 10 z nich pochodziło z grudnia... A grudnia nie wspominam wcale tak różowo. Strasznie rozczarowanie, strach, zawaliłam, miałam wreszcie wylecieć poza Europę i się nie udało, sporo kiepskich momentów... Naprawa błędów i ratowanie sytuacji przyniosły jednak tyle dobrego, że finalnie ten miesiąc zakończył się wspaniale. Widać to... w słoju.

Ale to był rok! Dwa maksymalne załamania, wielkie decyzje, przeżycia, podróże, działo się! Założyłam grupę projektową i zdobędę świat, pojeździłam autostopem i pozwiedzałam, poznałam fantastycznych ludzi, umocniłam swoje uczucia względem tych, na których mogę liczyć i którzy mnie kochają. Złe, dramatyczne wręcz momenty finalnie obróciły się w dobro. Okazało się, że co nas nie zabije to nas wzmocni. W tym roku uwierzyłam, że jak chcemy coś zrobić, to należy to po prostu zrobić i nie zamulać. Mogę wszystko! Zwłaszcza, jeśli jeździmy stopem. Pojechałam tak właśnie na Sylwestra do Berlina!

a tak prezentuje się grudzień 2013 w obiektywie. zachęcam do obejrzenia wszystkich zdjęć tutaj!

A tymczasem nie ma zamulania! Nowy słój, oznaczony 2014 już się zapełnia! To będzie fantastyczny rok. Kto o to zadba, jak nie ja? 
jest moc.

sobota, 4 stycznia 2014

Za co kocham Jima Carreya?


Nie tak dawno temu były uniesienia muzyczne, dziś filmowe.

Jako osoba, która w swoim życiu obejrzała mniej filmów niż przeciętny sześciolatek, raczej niechętnie podejmuję konwersacje dotyczące kinematografii. Istnieje wielu aktorów, których cenię i szanuję, jednak w większości przypadków kojarzę ich z jednego, max 2-3 filmów. Sa to aktorzy utalentowani, posiadający niesamowitą ekspresję i charyzmę, obiektywnie dobrzy. Robert De Niro, Bruce Willis, Samuel L. Jackson, Alan Rickman... Pisanie o nich byłoby jednak... oklepane, wolę zabrać się za kogoś, kto zawsze wywołuje u mnie tzw. banana na ryju.


Jim Carrey to świetny aktor. Świetnie odgrywa swoje role, zarówno te, gdzie musi się wcielić w pierdołowatego półgłówka, jak i 'ambitniejsze' postacie. To wcale nie komiczny pajac, który z każdej roli zrobi Jim Carrey Show, ale facet, który potrafi przemienić się naprawdę nie do poznania.

Jima Carreya albo się kocha, albo nienawidzi. Większość moich znajomych uwielbia go tak jak ja, ale nie brakuje też takich, którzy 'nie mogą patrzeć na tę jego debilną mordę'. Facet ma niezwykłą mimikę, jest w stanie zrobić najdziwniejsze (i w mojej opinii najśmieszniejsze) miny, jakie kiedykolwiek widziałam. Zmienia się jak kameleon, a humor poprawia zawsze tak samo.

Głupi i głupszy czy Maska to klasyki, które znam na pamięć, a mimo to rozśmieszają mnie za każdym razem, gdy je oglądam. Bez Jima Carreya byłyby niczym. Masz Jima Carreya za głupkowatego pajaca? No widzisz, ja nie.





...a już w listopadzie Głupi i głupszy II! po dwudziestu latach... yay
Blog Widget by LinkWithin