czwartek, 27 lutego 2014

Uchylam rąbka tajemnicy


Po (niezbyt) krótkim wahaniu zdecydowałam się podzielić niedawno walniętym screenshotem. Przedstawia on 30 najczęściej słuchanych przeze mnie piosenek według moich ajtjunsów. Nie mogą się dużo mylić, gdyż gromadzę w nich całą muzykę i do odtwarzania używam w zasadzie tylko tego programu i powiązanych z nim urządzeń. Trwa to już parę lat.

Program liczy.

Jego obliczenia bawią.

Nie skomentuję pozycji pierwszej.

The Cure, o których już z rozrzewnieniem pisałam [tu], zajmują zacne 10% listy.

The Lonely Island, Dr Dre, Eminem i Tenacious D przewijają się po kilka razy, co wywołuje szeroki uśmiech na mojej twarzy.

Nie brakuje balladek o miłości, którymi czasem się katuję: Dire Straits, Lovesong, Fuck Her Gently, Snow, The Darkness.

Rapsy, Snoop, 2Pac, Kanye, Dre, Em, elo.

Odrobinka smutów i pięknych wspomnień, Simon&Garfunkel, Dusty Kid...

Melanż. Imprezowy Automat, szots, szots, szots.

Odrobina śmiechu, ironii: Lonely Island, Guilty Conscience, Tribute.

Na deser Offspring i The Black Eyed Peas, których nie umiem podpiąć do żadnej z powyższych kategorii, ale cieszę się z ich obecności w rankingu.

Moje życie zostało pięknie podsumowane.
 ________________________________________

Ostatnimi czasy znów wspominam muzykę sprzed dekady. Jarałam się parę miesięcy temu, że 2005 to był dobry rok. Teraz grzebię też w 2004, 2006, 2007... To były czasy. Destiny's Child, 50 Cent, Black Eyed Peas, Shakira, Chamillionaire, Sean Paul, Eminem, James Blunt, Nelly, Chris Brown, Gwen Stefani, The Game, Gorillaz... W MTV było spoko. Dziś nie jestem w stanie słuchać aktualności muzycznych, z bardzo małymi wyjątkami. Nie wiem, co będzie za 10 lat.


niedziela, 23 lutego 2014

3 razy tak, przechodzisz dalej


Dokładnie! Masz rację! Czytasz w moich myślach! Mam takie samo zdanie na ten temat.

Ile razy każdy z nas dostał takie komentarze? Cieszą, motywują do działania. Robimy coś dobrze, ludzie nam przytakują, wspierają!


Wchodzę na dowolnego bloga opiniotwórczego/z przemyśleniami, czytam komentarze pod pierwszym z brzegu postem i widzę lawinę zgody i przybitych piątek.

Zarówno pod postem "Zrób coś ze swoim życiem teraz!" jak i "Wrzuć na luz, odpocznij, nie spinaj się".

Dlaczego nie mamy własnego zdania? Nie umiemy mówić za siebie? Ktoś powie parę mądrych słów, przekona nas do czegoś - okej, ciekawie prawi, przyznajemy rację, chwalimy, cieszymy się. W następnym wpisie autor bloga (albo po prostu autor sąsiedniego bloga) opisze przeciwny punkt widzenia. Argumenty, motywacja, piękne słowa. Co zrobimy? Przyznamy rację, pogratulujemy.

Chorągiewki na wietrze. Wystarczy, żeby ktoś napisał coś stosunkowo ciekawego, przedstawił interesujący pogląd, dał motywacyjnego kopa - stajemy za nim murem i wyrażamy to w komentarzach. I słusznie. Szkoda, że na tym się kończy. Przyznajemy autorowi rację, że trzeba walczyć o własne szczęście. Że nie można krzywdzić innych. Że życie jest piękne i trzeba dostrzegać jego wspaniałe detale. A potem nic z tym nie robimy.

Skąd wiem, że nic nie robimy? Nie robicie? Bo pod wpisem przedstawiającym inny punkt widzenia napiszecie taki sam komentarz. I kompletnie nic z tego nie wynknie.

Przecież mamy swoje opinie, swoje myśli! Autorzy blogów nie piszą po to, by zebrać kolekcję lajków i piąteczek. To nie portal społecznościowy. Liczymy na opinie czytelników, jesteśmy ciekawi, czy inni myślą inaczej i dlaczego tak jest. Kiedy zakładałam bloga bałam się, że narobię sobie sporo wrogów przez swoje stosunkowo kontrowersyjne poglądy na niektóre sprawy, ale nic takiego nie miało miejsca. Ludzie wolą się zgadzać, bo tak jest wygodniej.

Gdy ktoś się ze mną na blogu nie zgadza, pasjonuje mnie to. Nie, nie dlatego, że powinien się zgodzić, bo przecież ja mam rację - wręcz przeciwnie, jestem szczęśliwa, że poznaję odmienny pogląd. Pogląd, którego nie podzielam, ale szanuję. Ktoś miał... odwagę? finezję? chęć napisania swojego zdania i za to szacun. Szkoda, że jest tak mało osób, które ogarniają, że niezgodzenie się z autorem tekstu nie jest obraźliwe i nie oznacza blogowej wojny do końca świata. Wolność słowa, wymiana zdań.

Przepraszam za ofensywny ton, po prostu ciekawa jestem, dlaczego ludzie zazwyczaj wolą powiedzieć "tak, masz rację!" niż "nie zgodzę się, moim zdaniem (...)".


Dziękuję wszystkim którzy się ze mą zgadzali i nie zgadzali, tym, którzy wyrażali szczere opinie i wciągnęli mnie do dyskusji.

Czekam na falę potulnych komentarzy wyrażających aprobatę.

środa, 19 lutego 2014

Posesjowe zamulanie


Staram się nie poruszać bieżących tematów, bo jak już się za nie wezmę, to są one od dawna nie na czasie. Tak jest też w tym przypadku, mimo wszystko czuję się zobowiązana wspomnieć o niedawnych, przykrych wydarzeniach czających się pod kryptonimem sesja.

Sesja zaskoczyła studentów, standardowo, jak co pół roku. Ja starałam się być przygotowana, sumiennie pracować przez cały semestr, ale nie wyszło. Nagle trzeba było skończyć wszystkie projekty i ładnie je zaprezentować. Tak... nagle. A przecież dopiero co zaczęłam mieć na nie dobre pomysły. Zalążki dobrych pomysłów. Zalążki jakichkolwiek pomysłów. Trzeba było też opanować szeroki zakres wiedzy, dziedzina: architektura. Kościoły, pałace i inne takie takie. Boring stuff.


offtop: czy Wam też znak T-6a przypomina wściekłego Chińczyka?

Dając z siebie 200%, będąc przez kilka tygodni (prawie) w pełni zaangażowaną we własne projekty, makiety i rysunki, jeżdżąc po całodobowych drukarniach w sobotnią noc, zamiast być na imprezie i nadrabiając pracę z grafiki komputerowej z całego semestru w godzinę, bo wszystko, co wyprodukowałam przepadło na wieki wieków amen razem z moim pendrivem, dotarłam do granicy
-źle. składnia. za wielkie zdanie. i bez sensu. nie myślę jeszcze normalnie- -sorry-
Potrzebowałam chwili luzu, a miałam powtarzać do egzaminu oddalonego raptem o 2h. Miałam dość uczelnianych murów, zawędrowałam więc do knajpy tuż obok. Chcąc nie chcąc, zabrałam się za eksperyment: Czy piwo wpływa (negatywnie) na zdolność koncentracji podczas nauki i efektywność na egzaminie? Zamówiwszy browar usadowiłam się z notatkami. Szło idealnie! Pamiętałam wszystko, nazwiska architektów i daty same wchodziły mi do głowy. Osuszyłam kufel (ależ ze mnie poetka) zdecydowanie za szybko i wziąwszy pod uwagę, że
1) nieprzyjemnie się siedzi o suchym pysku;
2) egzamin był dopiero za godzinę;
3) przecież i tak wyjście na jedno piwo NIE istnieje,
zdecydowałam się na kolejny browar. Wypiłam, powtórzyłam i dziarskim krokiem powędrowałam do sali. Czułam się olśniewająco, wszystkie informacje były idealnie zaszufladkowane w mojej głowie. Czułam lekkie parcie na pęcherz, nic wielkiego. Nie zdecydowałam się na szybki wypad do kibla jeszcze przed egzaminem.

To był największy błąd tamtego tygodnia.

Szeroko uśmiechnięta przystąpiłam do egzaminu. Poszło mi śpiewająco, skończyłam w połowie czasu, czyli po 5 minutach, przez kolejne 5 minut umierałam. Zastanawiałam się, jak w ciągu tak krótkiego czasu całe wypite piwo postanowiło mnie opuścić. Walka była ciężka. Minuty ciągnęły się w nieskończoność, gdyby egzamin trwał dłużej niż te nic nieznaczące 10 minut, zapewne przegrałabym. Gdy jednak, wieczność później, wykładowczyni pozwoliła opuścić salę, wystrzeliłam jak torpeda tratując czekających pod salą studentów. Byłam o krok od stwierdzenia, że wypicie 2 piw tuż przed egzaminem było błędem, ale finalnie stwierdziłam, że poprawiło moją efektywność (pisz szybciej, bo się zsikasz), koncentrację (myśl szybciej, bo się zsikasz) i humor. Patrząc od strony technicznej, jeśli chodzi o wyniki, uplasowałam się w czołówce. Muszę przeprowadzić więcej eksperymentów tego typu.

Te wszystkie męczarnie w końcu za mną. Za nami. Wszystko zdane! Niedługo (dla niektórych już) zaczyna się kolejny semestr, ale na razie luzujemy warkocze i blogujemy. Nie dajmy się zwariować. To właśnie zaliczenia były powodem mojej obniżonej aktywności towarzyskiej i internetowej, czas nadrobić.
Jak to smutno brzmi.

piątek, 14 lutego 2014

Zastaw się, a postaw się


Przysłowia mądrością narodu. Czyżby? Nigdy nie byłam ich fanką, zwłaszcza tych związanych z pogodą, porami roku, marcem, przeplataniem, grzmotami, śniegami, garncami i innymi dziwnymi wytworami. Zaskakiwało mnie jednak, że przysłowia faktycznie mogą oznaczać coś konkretnego, nieść jakąś mądrość - pozornie (przynajmniej dla mnie) bezsensowne i abstrakcyjne, po zgłębieniu okazywały się mieć głębsze znaczenie. Tak, wiem, że taki był tego cel. Ja jednak gdzieś się zagubiłam szukając go, a teraz go odnajduję. Powoli. Bardzo powoli.

Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść - czyli powiedz coś głupiego, byle by się rymowało.
Kto rano wstaje temu Pan Bóg daje. Nie wstaję rano. Pan Bóg mi nie daje. Coś w tym jest.
Baba z wozu, koniom lżej. ..............................?
Pierwsza jaskółka wiosny nie czyni. 10 stopni w połowie stycznia pewnie niestety też nie.
Stara miłość nie rdzewieje. Bullshit. Albo ja nie mam serca.
Strach ma wielkie oczy. @__@
Kto się lubi, ten się czubi - klimaty z podstawówki!
Nie rób drugiemu co tobie nie miłe. Agreed.
Kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada. Musi być bystry.
Kto się raz na gorącym sparzył, ten na zimne dmucha. Powiedziałam to kiedyś majestatycznym głosem mojej siostrze, gdy spytała, dlaczego dmucham na lody. Do dziś nie wiem, dlaczego na nie dmuchałam, ale odpowiedź wydała mi się sensowna. Siostra złapała ok. 12-minutową bekę.


Ok, słabo mi idzie. Chyba nie przekonałam się do polskich przysłów, mimo, że bardzo lubię różnorodne cytaty i mądrości. Jest jednak coś, co skupiło na sobie moją uwagę.

Zastaw się, a postaw się!

Dziwne przysłowie. Ponoć symbol polskości. A skoro ma ono być symbolem polskości, to mój mózg szybko je zinterpretował jako: zrób wszystko, co tylko możesz, ale postaw się (komuś). Nie daj się. Nie daj sobie w kaszę dmuchać. Stań na głowie, ale pokaż, "co to nie ty".

Długo żyłam w tym przekonaniu.

Okazuje się tymczasem, że to przysłowie odnosi się do polskiej gościnności. Zaskoczyło mnie to. Zastaw... swój majątek, pożycz pieniądze, zrób wszystko, aby się postawić - nakryć do stołu... Przyjmij gości z klasą, czym chata bogata, nawet jak cię na to nie stać. Ekstra. Czyli to to oznacza bycie Polakiem.

Przysłowia - dziwna sprawa.

niedziela, 9 lutego 2014

Seriale są złe


Jestem chyba jedyną osobą po tej stronie internetu, która nie ogląda seriali.

7 sezonów po kilkanaście odcinków. Zaraz, ile to godzin? Czy ja naprawdę chcę bezmyślnie przesiedzieć cały ten czas przed ekranem?

Niektóre seriale są fantastyczne, nie wątpię w to. Świadczy o tym ich niezwykła popularność w internecie, szał. Wiem, że spodobałyby mi się. Nie chcę jednak nawet zaczynać. Nie chcę stać się więźniem - po obejrzeniu pierwszego odcinka czujemy się niemal zmuszeni do obejrzenia kolejnego, i następnego.... To wciąga. Uzależnia. Odcinek kończy się w takim momencie, że jesteśmy zobowiązani dowiedzieć się, co stanie się dalej.

45-minutowy odcinek w każdy poniedziałek wieczorem? Czemu nie! Problem w tym, że wszystkie seriale są już w internecie i tylko czekają, aż wpadniemy w pułapkę i zaczniemy oglądać po kilka odcinków dziennie, zawalając szkołe i nie mając czasu na sen.

Chciałabym oglądać seriale, bo niektóre z nich zapowiadają się naprawdę fascynująco, jednak mój wrodzony lęk przed wszystkimi możliwymi uzależnieniami mnie powstrzymuje.

po co oglądać seriale, skoro można lepić z plasteliny?

Obejrzałam w liceum dwa pierwsze odcinki superpopularnych wówczas Skinsów. Zajarałam się, oglądałam z koleżankami... Nie miałyśmy czasu na zaczynanie trzeciego. Gotowa byłam włączyć sobie kolejny odcinek, ale... jakoś mi przeszło. Nie chciałam nagle poznać całej tysiącsezonowej historii bandy nastolatków. Jedna w koleżanek obejrzała wszystko do końca, a ja byłam szczęśliwa, że tego nie robię - mimo, że jednak mnie do tego ciągnęło.

A co, jeśli obejrzałabym jakiś serial i "zżyła się" z bohaterami, a ich później by zabrakło, bo koniec serialu? Wolę sobie oszczędzić takich dramatów.

Czy to oznacza, że produktywnie spędzam wieczory, które wiele osób przeznacza na oglądanie seriali? Nie.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Ulepsz się


Czy ludzie się zmieniają? Tak... myślę. Czasem pod wpływem mocnego ciosu, czasem dzięki długotrwałym procesom. Stają się bardziej wrażliwi, mężni, sceptyczni, otwarci, przyjacielscy, aroganccy... Nigdy jednak nie zmienią się do końca. Mrukliwy gbur nigdy nie stanie się duszą towarzystwa. Zmiana o 180 stopni jest wbrew naszej naturze.
Chyba.

Źle, gdy zmiany wywołane są przez jakieś bardzo przykre zdarzenie, które gwałtownie wywraca nasze życie do góry nogami.
Dobrze, gdy jakiś silny cios karze nam docenić to, co mamy, zbuduje nasz charakter.
Źle, gdy pod wpływem monotonii popadamy w depresję i przeistaczamy się w zamulonego smutasa.
Dobrze, gdy pod wpływem różnych czynników powoli zmieniamy się na lepsze, właśnie, ulepszamy się.

Ulepszanie się, gra warta świeczki! Zdajemy sobie sprawę ze swoich wad, chcemy je skorygować. Mamy braki, chcemy je wypełnić. Ktoś zasygnalizuje nam, że zachowujemy się w pewnych sytuacjach jak dupek, zamierzamy to naprawić. Ulepszyć. Dążymy do ideału, który nie istnieje i nigdy nie będzie sprecyzowany... Możemy za to jak najbardziej zbliżyć się do ideału samego siebie. Osoby, która wygląda tak, jak my, ale jest mądrzejsza, odważna, asertywna, bardziej pracowita, punktualna, systematyczna, wszystko, czego tylko nam brakuje. Czy możemy się nią stać? Jasne, wystarczy trochę nad sobą popracować.

Do takich zmian, ulepszeń, popychają nas nasi bliscy i autorytety. Za pomocą bezpośredniej sugestii albo po prostu zachowując się w sposób, który się nam podoba. Sposób, który chcielibyśmy opanować. Dlaczego akurat bliscy nam ludzie? Bo oni nam imponują. Mają na nas wpływ, a my nie podchodzimy do tego bezmyślnie. Zastanawiamy się nad ich słowami i zachowaniami, wyciągamy lekcję. Przepuszczamy to przez nasze filtry i dopasowujemy do siebie. Nie warto słuchać obcych. Ktoś zarzuci nam lenistwo, spóźnianie się, bałaganiarstwo, za głośny śmiech... Niech zarzuca. Nie zamierzam zmieniać się dla kogoś, jeśli ta zmiana mi nie odpowiada. Ulepszam się pod wpływem różnych zdarzeń, ale ostatecznie robię to dla siebie. To ja mam się czuć dobrze jako lepsza osoba.


Zmienianie swoich zachowań i przyzwyczajeń pod wpływem mnóstwa ludzi przypomina chorągiewkę na wietrze. Jednym pasowałoby, żebyśmy byli tacy, innym, żebyśmy byli inni. Nie warto być chorągiewką, bo nie zaspokoimy wszystkich, przeciwnie - stracimy szacunek.

Ktoś cię inspiruje? Ulepsz się! Tylko nie przesadź.
Blog Widget by LinkWithin