czwartek, 26 czerwca 2014

Dlaczego nikt nie uczy się języka polskiego?


Język polski przysparza wielu trudności ludziom, nawet (a może zwłaszcza) tym, którzy teoretycznie
powinni się nim biegle posługiwać, bo są Polakami. Skomplikowane odmiany, frazeologizmy, siódmy kwiecień, bynajmniej, w każdym bądź razie czy okres czasu to klasyczni killerzy. Jest jednak parę niesamowitych osobliwości, nad którymi będę się dziś rozwodzić. Kto to w ogóle wymyślił?!

większość tych przykładów dotyczy całej grupy języków słowiańskich

1. Jedno piwo, dwa piwa, pięć piw. Dwa rodzaje liczby mnogiej. Trzy książki, siedemnaście książek. Bo jedna liczba mnoga to dla Polaków za mało.
2. Milewski, Milewska. Nazywam się inaczej niż mój ojciec. Spoko.
3. "No". W każdym języku oznacza zaprzeczenie, tylko w polskim potwierdzenie...
4. Angielski: beer/beers. Francuski: bière/bières. Polski: piwo, piwa, piwu, piwo, piwie, piwem, piwo/piwa, piw, piwom, piwa, piwach, piwami, piwa. Deklinacja, czyli odmienianie rzeczowników. Bo jedno słowo musi mieć 50 form.
5. Czas teraźniejszy: idę. Czas przyszły: pójdę? będę szla? Przecież to nie ma najmniejszego związku ze słówkiem "iść".
6. Jestem w kuchni. Nie ma mnie w kuchni. Wat? "nie ma" przecież jest od "mieć", nie od "być"...
7. Chce, żebyś tu przyszła. Odnoszę się do przyszłości, ale słowo "przyszła" występuje w czasie przeszłym. Fuck logic.

8. Nowy Jork. Nawet Francuzi, specjaliści od tłumaczenia nazw i wymyślania swoich własnych słówek zostawili oryginalny "New York". Polacy musieli koniecznie stworzyć własną wersję.
9. Wytłumaczenie tego przykładu zazwyczaj zajmuje mi dużo czasu i odnosi mieszane efekty, ale postaram się streścić. Gdy mówimy o czyjejś własności, rodzajnik przyimka (przyimka?) zaimka dzierżawczego /dziękuję, Laveno!/ uzależniamy od płci osoby, nie przedmiotu... Już mówię, o co chodzi. Jej komputer, jej książka, jego komputer, jego książka. Komputer męski, książka żeńska, ale jeśli należna do dziewczyny, to zawsze stanie przed nimi słówko "jej". Dlatego tak mnie dziwił język francuski, gdzie jest kompletnie odwrotnie. Liczy się "płeć" obiektu, a nie podmiotu. A tu taka niespodzianka: pierwsza osoba w języku polskim. Moja, moje. Mój komputer, moja książka. Cały czas jestem dziewczyna, ale muszę zmieniać rodzaj przyimka(?) zaimka dzierżawczego w zależności od rodzajnika przedmiotu... Because fuck you, that's why.
10. Last, but not least, WŁOCHY. Najobleśniejsze słowo świata. Dlaczego nie Italia?! Proszę, cokolwiek, tylko nie Włochy. Chyba pod pachami. Fuuu.

Chętnie poczytam, co macie do dodania.

piątek, 20 czerwca 2014

Sierpień 2014


Planowanie wakacji zajmuje mi obecnie najwięcej przyjemności. W tym roku biorę na siebie jeszcze większą odpowiedzialność i bardziej szaleńczy plan niż zeszłego lata. Gimby nie pamiętajo, że w 2013 odbyłam spontaniczną, autostopową podróż przez pół Europy. :czytaj: :tu też: Mój plan był wynikiem impulsu, chwilowej frustracji i panicznej potrzeby zrobienia czegoś fajnego w wakacje. Cóż, tym razem jest nieco podobnie, z tym, że trasa wydłużyła się i obrała kierunek południowy, a nie zachodni a plan postojów nie został (i nie zostanie) sprecyzowany.

Bina, co tym razem? Pora przejść na kolejny etap. Podróż stopem i spanie u Couchsurferów zaliczone, czas na następne przygody. Śpiwór, namiot, i w drogę!

Zeszłego lata plan był dobry, ale nieidealny. Zaplanowałam trasę i noclegi, jednak "w praniu" okazało się, że nie wszystko nam idealnie pasowało. Nie mogłyśmy zostać dłużej w miejscu, które nam się podobało, bo 300 km dalej czekali na nas kolejni gospodarze. Nie mogłyśmy spontanicznie pojechać dalej niż zaplanowałyśmy tego dnia, bo w kolejnym mieście nie miałyśmy żadnego noclegu. Drobne uniedogodnienia... Teraz chcę je wyeliminować.

Z Paryża przemieszczam się standardowo do Warszawy, a tam zaczyna się przygoda. Zgarniam towarzysza podróży. Na południe! Couch: Kraków, Szeget, Belgrad... Co dalej? Nie chcemy mieć żadnych zobowiązań dotyczących miejsca pobytu, nastawiamy się po prostu na 3 tygodnie spędzone na freestyle'u w bałkańskiej dżungli. Nie mam pojęcia, co nam się tam przytrafi, dokąd dotrzemy, ale wiem, że przeżycia będą nieziemskie. Na koniec sierpnia musimy znaleźć się w Grecji, W Salonikach (co za głupia nazwa). Stamtąd samolot zabierze nas do domu. Nie było żadnych tanich lotów do Paryża, co niestety oznacza dla mnie dzień spędzony w Rzymie. #aleplan


Rok temu były wątpliwości. Zarówno moje własne, jak i ze strony otoczenia. Zgwałcą was, zabiją, umrzecie, nie wyjedziecie, nie dotrzecie, zboczeńcy, kuce, pentagramy, ku klux klan, mężczyźni, brodate kobiety, dzieci, tyle niebezpieczeństwa. Czy opakowanie gazu pieprzowego wystarczy, żeby przetrwać? Dwie niedoświadczone w podróżowaniu stopem dziewczyny wymyśliły sobie wakacyjnego tripa. Uprzejme uśmiechy, skrawek respektu, sporo niedowierzania. I... udało się! Zwiedziłyśmy wszystko, Niemcy, Holandię, dotarłyśmy szczęśliwie do Paryża po 2 tygodniach tułaczki. Tym razem poprzeczka się podnosi, bo wiem, że mnie na to stać. Mam więcej expa, odwagi, jaj i chęci niż rok temu. I już nie mogę się doczekać! Wrócę niedługo w poszukiwaniu porad i hi5.

piątek, 13 czerwca 2014

Teoria a praktyka


Uwielbiamy kreować pewien obraz siebie. Mieć wspaniałe przemyślenia, dyskutować na wielkie tematy, dawać ludziom do zrozumienia, że jesteśmy kimś wyjątkowym. Każdy ma potrzebę akceptacji, oczywiście nie wszyscy odczuwają ją jednakowo mocno, ale ona zawsze jest. Szkoda jednak, że często nie jesteśmy tą osobą, którą chcielibyśmy być.

Nigdy bym tego nie zrobiła... Nie chcę krzywdzić bliskich... To nie w moim stylu... Nie uderzyłabym kogoś... Nie jestem z tych, którzy się mszczą... Ja bym na pewno tak nie postąpiła! Powtarzamy sobie różne kłamstwa, bo chcemy być osobą, którą teoretycznie jesteśmy. Teoretycznie, w wyobrażeniach. W własnoręcznie stworzonym przez nas opisie, zatwierdzonym i podpisanym przez nas, z naszą pieczątką. Inni go czytają i spodziewają się, że faktycznie jesteśmy taką wspaniałą personą. Gdy łamiemy swoje zasady dziwią się - przecież nie tak miało być! Przecież ja nie jestem "taka"...

Blogi są miejscem, gdzie kreuje się teoria. Wielkie słowa, świetne pomysły, morze pochwał, wsparcie ze strony czytelników. Za siłę, pozytywne myślenie... A potem okazuje się, że autorka miewa myśli samobójcze i tak naprawdę z niczym sobie nie radzi. Ile razy pisałam różne motywujące posty o szczęściu, nieprzejmowaniu się? Tyle inspiracji, tyle radości, tyle powera, wow. Na koniec jednak, często półprzezroczystą czcionką, pisałam "chcę w to wszystko uwierzyć"...


Nie wszystko ostatnio idzie po mojej myśli. W takich momentach najtrudniej uwierzyć w swoje własne słowa z książeczki pod tytułem "teoria". Praktyka jest dużo cięższa do zrobienia. Wszystko wygląda prosto, gdy nie angażujemy się emocjonalnie. Problemy przyjaciół zawsze wydają się błahe i banalnie, a my od razu mamy dla nich gotowe rozwiązanie, zwłaszcza, jeśli chodzi o "sprawy sercowe". Szkoda, że nie radzimy sobie z własnymi, bo emocje odcinają zdolność trzeźwego myślenia.

Dobra, wystarczy tych smętów, Bina ogarnij się, niedługo napiszę o wielkiej wspaniałej wakacyjnej teorii, czyli moich sierpniowych planów, które nabierają coraz bardziej konkretnych kształtów.

czwartek, 5 czerwca 2014

Armia klonów


Nie jestem typem socjalnym. Przynajmniej nie za bardzo. Nie mam 27 miliardów przyjaciół, morza znajomych na facebooku i tłumów ludzi, którzy do mnie lgną. Nie jestem gwiazdą... To musi być trudne, odpowiadać wymaganiom wszystkich ludzi, których sie zna...?

Poznaję wielu ludzi, prawie codziennie. Nie jestem freakiem ani outsiderem, ale mam jakieś trudności z okazywaniem przesadnego entuzjazmu. Stoję z boku i obserwuję.

Ludzie są tacy... tacy.. sami. Wszyscy tacy sami. Za każdym razem w pracy mam wrażenie, że otacza mnie armia klonów. To niby nowe osoby, ale mam wrażenie, że już rozmawialiśmy. Trochę narzekania, trochę standardowych pytań na temat studiów i jeszcze trochę narzekania. Rzygać się chce, nuda na maxa.

Klony mają swój standardowy zestaw pytań i tematów, co ciekawe rozmawiając w nimi mamy wrażenie, że klony wcale nie chcą z nami gadać. To jednak one podtrzymują "rozmowę". Charakterysyczną cechą klona jest chęć zachowania pozorów "jesteśmy super kolegami, świetnie nam się gada". Klon często zaczynają ze mną rozmowę od zapytania, czy lub gdzie studiuję albo od narzekania. To drugie jest bardzo głębokim i złożonym tematem, można przecież narzekać na tyyyle rzeczy: pracę, godziny pracy, szefową, klientów, pogodę, głód, stroje, zmęczenie, życie. Większość klonów interesuje się moim akcentem i zadaje nieśmiertelny zestaw pytań. Powinnam nagrać odpowiedzi na dyktafon i klikać PLAY, gdy będę czuła, że się zaczyna: Z Polski. Z Warszawy. Dwa i pół roku. Nie, nie mówiłam wcześniej, nauczyłam się tutaj. Dziękuję. Mojego tatę przenieśli w pracy i przeprowadziłam się z rodziną. Architekturę wnętrz.

Pragnąc okazać uprzejme pozorne zainteresowanie, również pytam klona i kilka rzeczy. Klon, jak to klon, udziela takich samych odpowiedzi jak jego poprzednicy. Zaskakujące.

Myślałam, że jestem osamotniona w swojej niechęci do klonów. W końcu to ja stoję z boku i nie wdaję się w ich dyskusje na randomowe, nudne tematy. To ja tutaj jestem nudna. Aspołeczna! Zdarza mi się jednak poznać ludzi, którzy podzielają mój sposób myślenia. Dzielę się z nimi przemyśleniami na temat klonów, które codziennie spotylamy na swojej drodze. Gdzieś w Paryżu musi być jakieś syfne zagłębie, w którym wylęgają się ludzie o identycznych zainteresowaniach, a raczej ich braku i o takim samym smutnym podejściu do życia.


Ale mam dziś beznadziejną składnię i chaotyczne myśli. Wracając do wyjątkowych ludzi nie będących klonami, poznaję ich bardzo łatwo. Szybko wywiązuje się między nami rozmowa, która zaskakująco nie dotyczy pracy, studiów, mojego pochodzenia, pogody ani żadnych innych nudnych aspektów. Naturalnie znajdujemy sobie jakiś temat, który przeradza się w kolejny, nie mamy potrzeby na siłę podtrzymywać dyskusji. Hmm, ja nigdy nie odczuwam tej potrzeby, ale tą irytującą manierą cechuje się armia klonów.

Help
Blog Widget by LinkWithin