czwartek, 31 lipca 2014

2 lata


Damn, kolejne urodziny przeżywam w samotności. Tak, ja, blog. Bina znów się szlaja po Europie. Rok temu kompletnie mnie olała, pojechała w podróż stopem i zapomniała, że jesteśmy razem już rok... Tym razem miała szansę, mogła upiec tort, postarać się o życzenia, cokolwiek... Ale nie. Znów mnie olała.

Bina chyba teraz jest gdzieś na Słowacji. Albo na Węgrzech? Z tego, co kojarzę, to dzisiaj miała się przemieszczać z Krk do Szeged, czyli o zacnej godzinie jaką jest 13:37 powinna być gdzieś w trasie. Zobaczymy. Z tego, co wiem, prowadzi dziennik, więc nic nam nie umknie. Jak już jej się o mnie przypomni to na pewno zasiądzie przed komputerem i zacznie opisywać swoją podróż. Pozwólcie mi to przewidzieć: satysfakcja z dotarcia gdzieś stopem (o ile w ogóle jej się uda), nieudane rozkładanie namiotu, dziwni Albańczycy, browar na śniadanie, rakija na obiad, ruskie disko, kąpiele w jeziorze (bo w namiocie nie ma prysznica), spalone ramiona, spocone plecy, boląca głowa, katastrofalne błędy nawigacyjne, randomowe imprezy... Szkoda, że nie mogę jechać z nią.


Dosyć o niej, teraz o mnie. Ten rok, a konkretnie ostatnie miesiące były dla mnie bardzo szczęśliwe, wydarzyło się parę miłych rzeczy. Bina o mnie zadbała i załatwiła mi własną domenę, jestem teraz taki wyjątkowy! Poza tym odwiedzono mnie już ponad sto tysięcy razy, kiedy byłem mały nie spodziewałem się, że kiedyś do tego dojdzie, a jednak. Bina wciąż nie chcę mi znaleźć jakiejś ładnej czcionki mimo moich licznych próśb i sugestii, cały czas świecę nagłówkiem stworzonym przez nią własnoręcznie. Nie podoba mi się, ale przynajmniej jestem wyjątkowy. I taki jej. Oczywiście ona mi to tak tłumaczy.

Ok, kończę. Nie mam nic więcej do powiedzenia. Czekam na powrót Biny, ale jeszcze miesiąc sobie poczekam. Pozdrawiam inne blogi, smutne i opuszczone w te wakacje.


piątek, 25 lipca 2014

Stephen King "It"

To moja druga recenzja, znów książka, znów King. Prawdopodobnie ciężko będzie to nazwać recenzją, więc może tradycyjnie, moje wywody.

Pierwsza była Carrie [tutaj], teraz czas na To. Nie umiem do tylu liczyć, żeby móc określić, ile razy zapytano mnie dlaczego nie kupisz sobie kindle'a? Nie będziesz wtedy tachać tej cegły. Cóż, ja się do tej niespełna 1400-stronicowej cegły przywiązałam i mimo jej nieporęcznego formatu i sporej wagi dźwigałam ją prawie wszędzie.

King jak zwykle oczarował mnie swoją zdolnością do stworzenia wielu pozornie podobnych, a jednak kompletnie różnych postaci. Wszyscy są idealnie dopracowani pod kątem psychologicznym... W It jest mnóstwo bohaterów i nawet ci epizodyczni mają swoją historię, specyficzne zachowania, jak w dobrej grze RPG. Głównymi bohaterami jest siódemka ludzi w tym samym wieku, śledzimy ich poczynania kiedy mają po 11 lat, a potem (potem? w tym samym czasie, fuck chronology) gdy mają 37. Rozwój, kreacja postaci, relacje między nimi, niuanse, Kingowy talent do wczuwania się w postacie zachwyca.

Skrawek fabuły? Typowy King... W zadupiastym miasteczku w Maine ma miejsce szereg morderstw dzieci. Ginie młodszy brat 10-letniego Billa, który chce go pomścić razem z szóstką przyjaciół. Jednocześnie śledzimy losy tej samej grupy ludzi, którzy spotykają się po 27 latach, gdy morderstwa znów mają miejsce... Nie chcę nic opowiadać, bo nie lubię być człowiekiem-spoilerem. Niezykle ciekawa jest zaburzona chronologia, a w zasadzie kompletny jej brak, w historii płynnie przeskakujemy z lat 50-tych do 80-tych ubiegłego wieku, śledzimy 11-letnie dzieci oraz dojrzałych ludzi, zmagamy się ze szkolnymi problemami, bullies, pierwszymi zauroczeniami, a także z sytuacją grown ups'ów, którzy są na szczycie kariery. Oczywiście dzieci u Kinga nie mają lekkiego życia i muszą zmagać się z potworami. Zastanawiam się, czy 11-letnie dzieci byłyby faktycznie zdolne do takich aktów odwagi i przezwyciężania bólu, szczerości, przyjaźni, a nawet sposobu mówienia, jak w "It". Tą samą rozkminę miałam czytając Harry'ego Pottera. Czy jedenastoletni Harry rzeczywiście byłby taki mężny i wygadany? Ja bym się popłakała i uciekła. Ale ja jestem bardzo wiekowa i nie pamiętam, jak to jest, jak miałam 11 lat. Widzę na ulicy dziecko i nie wiem, czy ma bardziej 7 lat czy raczej 10. Nie wiem też, do czego byłoby zdolne... Ale pisarze mówią, że do wielu wspaniałych czynów.

Gdyby It ze swoją straszną (ale też trochę ridiculous) fabułą byłaby napisana przez innego pisarza, nawet bym na nią nie spojrzała. Chyba nie przekonałabym się do historii o odważnych dzieciach i to jeszcze z motywem creepy klauna, gdyby nie typowo Kingowa analiza psychologiczna... I znów, skąd on bierze te refleksje dotyczące pedofilii, kobiecego orgazmu czy myśli zakochanej 11-latki? Skąd on wie?...


We lie best when we lie to ourselves.

Eddie discovered one of his childhood's great truths. Grownups are the real monsters, he thought.

Politics always change. Stories never do.

Polecam ludziom, którzy lubią rozbudowaną fabułę i nie nudzą się przy książkach dłuższych niż 300 1000 stron, fanom Kingowego, mrocznego spojrzenia na świat oraz wielbicielom braku chronologii i dokładnych opisów bohaterów, wręcz możliwości poczucia się jak oni. Teraz będę polować na Miasteczko Salem.

piątek, 18 lipca 2014

W blokach startowych


Niedawno poinformowałam o swoich sierpniowych planach :tutaj:. Gwoli przypomnienia, prawie miesięczna wycieczka z Warszawy do Saloników w Grecji, najwięcej czasu będę przesiadywać na Bałkanach. Wciąż zastanawiam się, jak ma wyglądać trasa - czy bardziej zahaczyć o zachód, Chorwację, Bośnię? A może Rumunia i Bułgaria? Czekajcie, why not both? Mamy na to ponad 3 tygodnie.

Wyjazd na Bałkany zbliża się wielkimi krokami. Czytam relacje różnych ludzi, cebulackie poradniki "jak tanio podróżować po Bałkanach", szukam miejsc do zaliczenia. Jestem nastawiona bardzo pozytywnie, zapowiada się wspaniała przygoda, tyle miejsc do zobaczenia, tyle ludzi do poznania... Jeziora, góry, parki, morze, miasta i miasteczka, będzie fantastycznie. Obecność samca działa na mnie kojąco po wysłuchaniu różnych opowieści na temat natrętnych samców w Albanii. 

a tak było rok temu, w Berlinie. wiecie, jakie dojechanie gdzieś stopem jest satysfakcjonujące? 

Czy ktoś z Was zna się na jeżdżeniu pod namiot? Ja nie, ale nie widzę komplikacji. Powinno się udać. Jeśli nie spędzę każdego poranka 7 godzin na wciskaniu śpiwora do poszewki to będzie dobrze... Jakieś porady? Stop mam opanowany, kałczserfing również. Przyjmę jednak wszystkie porady dotyczące rozbijania się w... właśnie, gdzie?

Znów planuję zabrać mało rzeczy. Rok temu wyszło całkiem dobrze, teraz dochodzi namiot i śpiwór... Oby tylko zabrać jak najmniej niepotrzebnych rzeczy, na przykład ciuchów. Może powinnam zrobić jak Jack Reacher i nie wziąć ze sobą kompletnie nic? Kupować nowe ubranie za każdym razem, jak stare się zabrudzi i nie mieć kompletnie żadnej własności poza dowodem i garstką pieniędzy? A nie, trzeba mieć pieniądze. To nie.

Przy okazji wizyty w naszej pięknej ojczyźnie planuję dwa spotkania z blogową rzeszą: Warszawa (22 lipca) i Kraków (30 lipca). Zainteresowanych proszę o entuzjastyczny taniec szczęścia. Albo kontakt mailowy bądź fejsbukowy.

niedziela, 13 lipca 2014

Alkoholowe podboje w Paryżu


Lubię sobie wypić piwo. Czasem dwa. Ewentualnie siedem. Jak jednak rozegrać to w Paryżu, w którym cena pinty (ach, te angielskie wymysły!) często przekracza co najmniej dwukrotnie cenę lampki wina?

Pierwszą myślą jest przywiezienie browarów z Polski, co oczywiście jest pomysłem dobrym i skutecznym, ale jego efekty utrzymują się bardzo krótko, bo ile piwa można przewieźć za jednym zamachem? Trzeba szukać alternatywnych rozwiązań. Kupowanie piwa w sklepie to olbrzymia zagwozdka. Wybór dziesięciokrotnie mniejszy niż u nas, a jednak ciężko się zdecydować. Francuzi uwielbiają jakieś niestandardowe rozmiary piwa - podczas, gdy u nas widzi się prawie wyłącznie półlitrowe butelki i puszki, tam do dyspozycji mamy głównie butelki 0,75l (bardzo niewskazane jest picie z takiej butelki z gwinta, mimo, że to tylko półtora piwa - uchodzi się wtedy za Polaka Cebulaka Alkoholika..taka butla służy do rozlewania piwa do szklanek, a piwa starczy dla wszystkich, przecież ta butelka jest taka ogromna) oraz sześciopaki. Sześciopaki! Problem w tym, że jest to sześć małych piw, 0.25l. Te butelusie są takie urocze. Sześciopak jest więc w rzeczywistości trójpakiem trzypakiem odpowiednikiem trzech piw. Znów, kupienie całego sześciopaku tylko dla ciebie (oh come on guys, to są tylko trzy piwa!) miażdży twój szacun wśród Francuzów, o który przecież tak zabiegasz. Elyta. Kolejnym rodzajem piwnych wyrobów są półlitrowe puszki (idealnie! - jestem taka osiedlowa, piję tylko w puchach browar). Normalni producenci jednak takich nie robią... W puszkach znajdziemy piwa wysokoprocentowe, tak zwane bières de clodos, czyli piwa kloszardów. Cóż, ich cena jest kusząca w porównaniu z overly expensive sześciopakami i dużymi butelkami, zdarzyło mi się więc po nie sięgnąć. Szacun znów leci na łeb na szyję. Najbardziej przy jedenastoprocentowym Amsterdamie.

Dobra, to może zamiast kupować browary pójdziemy jednak do baru? W sklepie lepiej kupić butelkę wina za grosze. Picie piwka w barze ma ten swój niepowtarzalny klimat, może warto podreptać do jakiejś knajpy? A może koktajl? Driny są niewiele droższe od piw, witamy w kraju absurdu. Najtańsze piwo z listy zawsze ma jakąś malowniczą nazwę, piwo miesiąca, piwo specjalne albo po prostu nosi nazwę lokalu. Smakuje trochę jak darmowy browar na wieczorach piwnych w studenckich pubach (Medyk! niewarszawskie gimby nie znajo), trochę piwa, trochę wódki, trochę coli, trochę wody, trochę mydła... Delicious. To może jakieś droższe piwo? Kraj absurdu serwuje lanego Desperadosa i Guinessa w tej samej cenie co Heinekena... Jednak zdecydowanie zbyt drogo. Dylematy.


Piwo jest, co pojawia się następne? Niezbędny element każdej wizyty w barze. Atak rekinów. Wchodzisz, rozglądasz się... Teren czysty. Gdy jednak usadowisz się i zamówisz piwo, które jak kula u nogi będzie trzymało cię w jednym miejscu (nie pójdziesz sobie przecież po wydaniu takiej kasy), znikąd pojawia się stado sharks'ów, które podpłyną zagadać (często tu przychodzisz?), poprosić o numer, skomentować pogodę. Gdy nie masz samca w swojej ekipie barowych bywalców, musisz szukać alternatywnego rozwiązania. Udało się! Bar dla gejów. Tam jestem bezpieczna. Oczywiście znalezienie odpowiedniego baru tego typu zajęło trochę czasu, bo do wielu z nich samice po prostu nie mają wstępu. W końcu jednak znalazłam bar idealny i to jeszcze z przystępnymi cenami. Po kilkunastu wizytach przychodzi refleksja: czy jeżeli kojarzę locals'ów z baru, znam wszystkich barmanów, zbijam piąteczki i witam się z każdym po kolei, to czy też jestem stałym bywalcem? Oh, well...

wtorek, 8 lipca 2014

Jak chcesz mieć miękkie serce to musisz mieć twardą dupę


Jest to powiedzenie malownicze, krótkie i idealnie obrazujące sytuację. Przez wiele lat wierzyłam, że zostało wymyślone przez mojego tatę, gdyż on uwielbia go używać, a znajomi odnoszą się do tego jako do "powiedzenia twojego taty". Potem jednak okazało się, że jest znane również w kompletnie innych kręgach, co zburzyło mój światopogląd. Nie zmieniło jednak zamiłowania do samego stwierdzenia.

Otaczają mnie ludzie, którzy czują się wykorzystywani przez innych. Są mili, kochani, a inni z tego korzystają ile wlezie, nie dając nic w zamian, nie okazując wdzięczności i wpędzając 'dobrą osobę' w głęboką depresję. Nie jest żadnym odkryciem, że ludzie jako gatunek są podli, trzeba po prostu umieć sobie z tym radzić. Gołębie serce jest cenione, bo taką osobę łatwo wykorzystać. Ona z uśmiechem nam pomoże i jeszcze nam za to podziękuje. Gorzej, gdy tej osobie przestaje to odpowiadać, bo jej dobre uczynki, jak to mówią katole, 'do niej nie wracają'.

Dasz panu menelowi 2zł na wino. Pan menel zapamięta cię i będzie cię zaczepiał do usranej śmierci prosząc o 5zł. Pierwsze 2zł dałeś mu dla świętego spokoju myśląc, że wtedy się odczepi. Przeciwnie - pokazałeś mu, że masz miękkie serce, teraz menel będzie na tobie żerował. Pora uzbroić się w twardą dupę.


Zestawienie twardości:

~miękkie serce&miękka dupa - no właśnie, nasz drogi gołębi przypadek. Asia, która będzie skrupulatnie chodziła na każdy wykład a potem da wszystkim notatki na zawołanie, za co nawet nie usłyszy 'dziękuję'. Co gorsza, będzie w jakiś magiczny sposób zobowiązana do udostępnienia również innych notatek, i to do końca swojej edukacji. Biedna Asia płacze po kątach, nie wie co ma robić, jest taka dobra dla wszystkich, a i tak nikt jej nie lubi ani nie szanuje. Taką Asią jest baaardzo wiele osób. Dają się wykorzystać na lewo i prawo (bez skojarzeń), a potem cierpią.

~twarde serce&twarda dupa - madafaka. wzbudza szacun na dzielni.

~twarde serce&miękka dupa - jakoś bez sensu. propozycje?

~miękkie serce&twarda dupa - odradzam. Ogólnie odradzam miękkie serce... W każdym razie ten przypadek wygrywa z Asią z pierwszego punktu. Taki samarytanin, który zawsze pomoże i na dodatek będzie się z tego cieszył, albo chociaż udawał, że go to nie dotyka. W ten sposób do końca życia będzie udostępniał swoje notatki i zmieniał plany dla innych, ale nie będzie czuł się wykorzystany. Hmmm... To może jednak lepiej mieć miękkie serce i miękką dupę, dostać parę kopniaków i pozwolić swojemu sercu stwardnieć?

Nie dawajcie się wykorzystywać!
Blog Widget by LinkWithin