piątek, 26 września 2014

Balkan trip - lomorelacja


W końcu doczekałam się wywołania lomo! Bez zbędnych ceregieli przechodzę do prezentacji. Jak ktoś chce poczytać o mojej przygodzie z lomo to zapraszam tutaj oraz tu. A info o bałkańskim tripie tutaj.

 ^na piechotę autostradą do granicy. Węgry -> Serbia

 ^zniszczony Belgrad

 ^latający ziom w Belgradzie

 ^TIRem przez Serbię

 ^deszcze niespokojne. postój na stacji w Bośni i Hercegowinie

 ^nasza pieczara

 ^Trebinje, Bośnia i Hercegowina

 ^chorwackie zatoczki

 ^zniesławiony Dubrovnik

 ^Bina piratka. najfajniejszy zwierz na świecie

 ^Cavtat, Chorwacja

 ^upragniona kąpiel w Adriatyku

 ^zachodzące słońce w gorącej Chorwacji

 ^wielki statek. Kotor, Czarnogóra

 ^czarujące albańskie łąki

 ^tym razem ciężarówką przez Macedonię

 ^Struga. fantastyczne jeziora

 ^Londyn? nie, Skopje

 ^Sofia - druga Warszawa

 ^Stambuł: promem z Europy do Azji

 ^Bosfor

 ^The New Mosque, meczet w Stambule

 ^on the boat

 ^nocą w Turcji

 ^Grecja z lotu ptaka samolotu

^last but not least, koloseum w Rzymie


sorry for the long post

poniedziałek, 22 września 2014

Am I the only one around here?



To nie jest miłe, nie jest dobrze, jest źle o tyle
Że przyszła jesień znowu, ja ją znowu przeoczyłem

Nie cierpię jesieni. Tymczasem faza blogowej onanizacji trwa już od paru tygodni. Cieszycie się, ze nadchodzi jesień. Wasze szaty graficzne zgniły, zrobiły się ciemnopomarańczowe, brązowawe, zgniłozielone, gdzieniegdzie spadają nawet liście... Królują parujące kubki i szydełkowe szaliczki. A ja tu siedzę i cierpię.

Do dziś trudno tak na wstępie orzec
Ale żyłem z myślą, że jest jakoś późny sierpień może
Wczesny wrzesień, ale mimo wszystko lato w pełni
A tu jesień mi gruchnęła przez grzejnik

Poszłam przejść się po sklepach - tam też jesień. Niedobitki szortów i bluzek na ramiączka na wyprzedaży, mimo, że wciąż jest ciepło... Naokoło kurtki, grube swetry, długie rękawy, ciężkie czarne buty. Smutno.

Tli się, ale już gaśnie płomyk dla mnie
I tak strasznie boli, że czas mnie goni nieustannie
Czas co włączył ogrzewanie tak niecnie
A może krzyknąłem właśnie - "chwilo, trwaj wiecznie!"


Jesień zawsze była najmniej przeze mnie lubianą porą roku. Powrót do rzeczywistości po wakacjach, spadek temperatur, obleśne deszcze, coraz mniej słońca, coraz krótsze dni... Już nie posiedzisz na balkonie z książką, nie wypijesz browara nad rzeką (ekhm, no dobra, to jest aktualne cały rok), nie pojedziesz nad jezioro. Z czego tu się cieszyć? Nie rozumiem jesiennego entuzjazmu.

I nagle myśl błyska co pewnie pogrzebie mnie
Żeby wyrwać z tej jesieni choćby jeden dzień
Więc chuj z kaloryferem, zakręcam go nie bez obaw
Czy to się uda? nie wiem, warto spróbować

Mówicie, że jesień jest piękna. Jasne, jak tylko wyjdzie słońce, atrybut lata. Lato jest piękne. Jesień jest wilgotna i szara. Siedzenie w wydzierganym przez babcię sweterku na parapecie z kubkiem parującego kakao w ogóle mnie nie kręci. Jesień skłania mnie do przerażających refleksji o przemijaniu, których wolałabym uniknąć. Nie lubię myśleć o tym, że się starzeję, brzydnę a moje siły witalne zanikają z roku na rok. Jesieni, dlaczego mi to robisz?!

Jak to jest, że nieoczekiwanie
Centralne ogrzewanie tak splata mi się z przemijaniem
Trudno, skoro tak się splata, to proszę bardzo
Wyłączam kaloryfer, wolę już marznąć



środa, 17 września 2014

Dlaczego w Dubrovniku jest beznadziejnie


Z przyjemnością przedstawiam kolejny wywód na temat przeżyć związanych z bałkańskim tripem


Dubrovnik był jedną z naszych main destinations, przynajmniej według pierwotnego planu (słowo "plan" i tak jest dużym nadużyciem). Parę lat temu dotarłam do tego miasta ale wielkie deszcze niespokojne, powódź i studzienki-gejzery zmusiły mnie do ewakuacji zanim zdążyłam cokolwiek zobaczyć. Tym razem postanowiłam zbadać jedno z najpopularniejszych miast Chorwacji.


Oszałamiająca starówka, zniewalający widok, cudowne cudowności - sporo się nasłuchaliśmy. Jak wiadomo, przyjeżdżanie gdzieś z nastawieniem, że będzie SUPER, często kończy się klęską (wspominamy stare artykuły, zapraszam!)... Tak też było tym razem. Oczekiwaliśmy niesamowitych doznań, wyszło jak zwykle.


Do tego osławionego chorwackiego miasta zmierzaliśmy z Bośni. Za nami był już Kraków, gdzie spotkałam się z dziewczynami z bloga (!), Segedyn, który jest dziurą w dupie, ale poznaliśmy tam bardzo sympatycznych ludzi, Belgrad, gdzie nieoczekiwanie spotkałam swoją bratnią duszę, oraz Bośnia i Hercegowina, gdzie zwiedziliśmy małe miejscowości omijając, trochę niechcący, Sarajewo i Mostar. Do Dubrovnika zmierzaliśmy z Trebinje w Bośni, oddalonego od naszego celu o zaledwie 30 km. Zabrali nas stamtąd udawani Szwedzi z Bośni - ta podwózka trafiła do naszego rankingu pięciu najbardziej nieoczekiwanych stopów tego tripa ("po co oni nas w ogóle zabierali?!"). Podwożąca nas parka ociekała hajsem, jechali elegancką Bunią na szwedzkich numerach. Nie brakowało dziwnych, wręcz niestosownych uwag: "tylko nie pobrudźcie samochodu", "czy to najlepsza fura, jaką jedziecie podczas tej podróży?". Byli niepocieszeni, gdy okazało się, że nie. Identycznym BMW mknęliśmy już z Rosjaninem 200 km/h z Węgier do Belgradu. Bośniako-Szwedzi przewieźli nas spokojnie przez granicę z Chorwacją, poopowiadali historie o Dubrovniku: fantastycznych knajpach i overpriced koktajlach, drugiej najpiękniejszej plaży świata (chyba drugiej najpiękniejszej plaży Chorwacji! przyp. Spir.) i leżaczkach, których wynajęcie kosztuje "zaledwie" 10 euro za dzień. Wysadzili nas na drodze zjeżdżającej do miasta, niedaleko olbrzymiego parkingu, gdzie zostawiali samochody turyści. Rozpoczęliśmy zwiedzanie.


Od razu uderzył nas język polski i natłok samochodów na numerach CBL PL. Rodzinki z dziećmi spędzające cudowne wakacje w Dubrovniku. Zakochane pary przybywające do Dubrovnika na romantyczny weekend. Oraz Bina ze Spirem, przeciskający się przez ten motłoch z olbrzymimi plecakami. Dubrovnik od razu mi podpadł, liczba ludzi na ulicy była tak wysoka, że nie można było się poruszać swobodnie. Im dalej, tym gorzej - w mieście roi się od sklepików ze strasznie drogimi pamiątkami, ulicznych naciągaczy, knajp z przerażająco wysokimi cenami... Starówka prawdopodobnie jest urocza i majestatyczna, ale nie zdążyłam tego dostrzec zza grupy francuskich turystów kłócących się o to, jak wejść na mury. Schronienie znalazłam w... kościele, bo chociaż tam nikogo nie było. Odpocząwszy chwilę na ławie w pozycji żula ruszyłam na dalszy podbój... i szybko wróciłam. Atmosfera Dubrovnika kompletnie mi się nie podobała.

największa atrakcja Dubrovnika - papuga

Planowaliśmy zostać cały dzień i noc, po dwóch godzinach (wliczając dramatyczną wspinaczkę z powrotem na drogę) łapaliśmy już stopa na południe. Gdziekolwiek! Zabrał nas bardzo fajny ziom Chorwat. Podrzucił do swojego rodzinnego miasteczka, Cavtat, położonego zaledwie kilkanaście kilometrów dalej... Magia. Widoki tak samo piękne, więc po co jechać do Dubrovnika? Ceny natychmiast niższe, ludzi mniej i sympatyczniejsi, bo nie są wyprowadzeni z równowagi przez chmary turystów. Miasteczko bardzo ładne... I po co komukolwiek ten Dubrovnik? Czemu on jest w ogóle taki znany?


 piękne widoki w Cavtat, po ucieczce z Dubrovnika



sałatka z ośmiornic


poniedziałek, 8 września 2014

Miała jechać po Bałkanach, dojechała do Azji: Turcja&Stambuł


Wyjazd przeszedł najśmielsze oczekiwania... Sama trasa nieco się wydłużyła, a w zasadzie rozciągnęła. Dnia 2 sierpnia, siedząc na przejściu granicznym między Węgrami a Serbią (granica w pięknym stylu pokonana na piechotę, a zabrało nas z niej BMW na rosyjskich numerach, mknące 200 km/h do Belgradu, fuck yeah) studiowaliśmy mapę. Do samolotu powrotnego z Grecji jeszcze 24 dni, Europa stoi otworem! Zwiedźmy Bośnię, Albanię, Macedonię... Może uda się dojechać do Sofii? A dlaczego miałoby się nie udać? To może jeszcze dalej? Do... Stambułu?

Pomysł wydawał się na początku nieco szalony, dokładał około tysiąca kilometrów do naszej pierwotnej wizji. Zdecydowaliśmy jednak zgodnie, że chcemy zobaczyć kawałek Turcji i symbolicznie postawić stopę po azjatyckiej stronie miasta - pierwsze chwile ever spędzone poza Europą. Tak, zróbmy to!

Z CouchSurfingiem nie mieliśmy najmniejszego problemu, wręcz przeciwnie - dostałam 60 zaproszeń od gospodarzy ze Stambułu. Po przefiltrowaniu wiadomości i odcedzeniu tych, które składały się zaledwie ze słowa "hey" oraz tych, które wyglądały na bardzo podejrzaną i niemoralną propozycję, wybraliśmy osobę, u której zdecydowaliśmy się zostać parę nocy. Zajrzałam na hitchwiki, aby zobaczyć, jak jest z jeżdżeniem stopem po Turcji. Kolana się pode mną ugięły. Pierwsze zdanie bardzo zachęcające - Turcy uważają autostop za coś naturalnego, po Turcji jeździ się świetnie, w zasadzie wszyscy, którzy mają trochę miejsca w samochodzie, chętnie zabierają. Potem gorzej: zdarzają się niebezpieczne sytuacje ze względu na różnice kulturowe. Dziewczyna, autostopowiczka, pragnie być po prostu miła, więc się uśmiecha, co kierowca może odebrać jako propozycję seksu. Chłopak jadący z dziewczyną nie może pozwolić jej usiąść koło kierowcy, bo wtedy "zezwala" mu na robienie tego, co będzie chciał. Dziewczyna musi mieć zakryte co najmniej ramiona i nogi, żeby nie kojarzyć się z rosyjską prostytutką. Chłopak i dziewczyna podróżujący razem powinni mieć obrączki, bo inaczej oznacza to, że dziewczyna będzie chętnie współżyć z każdym, w tym oczywiście z kierowcą tira, którym właśnie jedzie. Naczytałam się, podzieliłam wszystko przez 2, ale jednak nie zlekceważyłam porad. Kupiłam w bułgarskim lumpie długie ciuchy i ruszyliśmy w trasę.


Granicę bułgarsko-turecką standardowo pokonaliśmy na piechotę. Zabrało to sporo czasu, kontroli było o wiele więcej niż na innych pokonywanych przez nas przejściach. Gdy w końcu wszyscy się od nas odczepili, sprawdziwszy po dziesięciokroć nasze paszporty i wizy (kupione zresztą naprędce podczas wycieczki, nie planowaliśmy przecież wcześniej wypadu do Turcji), ucieszyliśmy się, że w końcu możemy ruszać. Nie tak prędko, zatrzymała nas.. policja. Wyglądali dość śmiesznie, siedzieli na plastikowych krzesełkach pod parasolem przy autostradzie, tuż za przejściem granicznym. Wypytywali, co zamierzamy robić w Turcji, kim jesteśmy i tak dalej, oraz... dlaczego nie mamy obrączek. A więc to prawda? Udało nam się uwolnić z przesłuchania i zaczęliśmy łapać.

widok z promu pływającego po Bosforze

Podróżowaliśmy głównie tirami. Spotkaliśmy samych miłych ludzi, przy których nie czułam się w żaden sposób zagrożona, ale nie chcąc kusić losu nie prowadziłam ożywionych rozmów. Turcy rzeczywiście chętnie zabierają autostopowiczów. Raz przez pomyłkę zboczyliśmy z trasy i pojechaliśmy na własne życzenie kilka kilometrów w złą stronę, na szczęście szybko ktoś zabrał nas z powrotem. Stojąca przy drodze parka młodych ludzi z wyciągniętymi kciukami wzbudza zainteresowanie. Pozytywne zainteresowanie. Czujesz, że zaraz ktoś cię zabierze. Raz jechaliśmy w cztery osoby w dwuosobowej kabinie dostawczaka, co było ciekawym doświadczeniem.. Na szczęście odcinek nie był długi.

"gównowóz z sianem", nasz środek transportu do Stambułu

Stambuł to olbrzymie miasto, największe w jakim kiedykolwiek byłam. Zabrzmię teraz jak wieśniara bez szkoły, ale nie wiedziałam, że miasto może być naprawdę aż tak wielkie. 13 milionów mieszkańców, setki wysokich budynków, drapaczy chmur, centrów handlowych, wielkich skrzyżowań, olbrzymich dróg. Miasto ciągnie się przez kilkadziesiąt kilometrów, robi ogromne wrażenie.


Z dziennika podróżnika:
18.08.2014
(...)
20:53 MOST
20:55 Welcome to Asia!!! Achievement unlocked.

Tak, to oczywiście notatki prowadzone w momencie, gdy przejeżdżaliśmy przez cieśninę Bosfor. Mieszkaliśmy po azjatyckiej stronie miasta, a do Europy pływaliśmy statkiem, który jest standardowym elementem komunikacji miejskiej. Stambuł jest miastem kontrastów. Nie brakuje konserwatywnych, muzułmańskich dzielnic, starych bazarów, na których można kupić dosłownie wszystko, ulic, które do złudzenia przypominają typowe europejskie miasta (włącznie ze skąpo ubranymi dziewczynami, które się po nich przechadzają). Ceny niższe niż w Polsce, poza alkoholem - browar w knajpie to wydatek rzędu 15 złotych, czyli około dwa razy drożej niż u nas. Fakt, że jest to muzułmański kraj nie zrobił na mnie gigantycznego wrażenia - byłam na to przygotowana po Albanii. Mimo wszystko jarałam się strasznie słysząc wezwania do modlitwy... Zwiedziłam kilka meczetów, kupiłam tureckie przyprawy i luźne spodnie we wzory, zjadłam kebab... Właśnie, kebab! Już słyszałam, że turecki kebs różni się od naszego, polskiego (Ado, pozdro ziom!), ale jako niewierny Tomasz nie uwierzyłam, póki nie zobaczyłam. Rzeczywiście: To, co my nazywamy kebab, to w Turcji döner. Nazwa pochodzi od kręcenia - mięso obraca się nadziane na szpadę. Dürüm to podanie w cienkim cieście, w środku może być takie mięso jak w döner, ale mogą być też zupełnie inne rzeczy. Natomiast zamawiając kebap dostaniemy danie, mielone mięso nadziane na małe szpadki, pieczone na grillu, kaszę, placuszki, warzywa, różne wypełniacze. Turcy nie podają sosów, lubią za to sok z cytryny, miętę i pyszne ostre papryczki.

the New Mosque, a poniżej the Blue Mosque


W następnym wywodzie chyba zabiorę Was do Dubrovnika. A może jeszcze zmienię zdanie.

środa, 3 września 2014

W Albanii jest dziwnie


Tak, wiem, że się nie spisałam. Natłok myśli i wrażeń nie pozwolił mi napisać nic konkretnego na temat podróży zaraz po powrocie, chyba po prostu potrzebowałam trochę odetchnąć. Zdecydowałam się napisać kilka odcinków na temat odwiedzonych przeze mnie miejsc - tych, które zrobiły na mnie największe wrażenie.

Na pierwszym miejscu jest Albania.

note: przepraszam za obleśną jakość zdjęć :*


Przeglądając różne strony internetowe w poszukiwaniu informacji na temat podróżowania po Bałkanach natrafiłam na poradnik, którego autor dawał wskazówki na temat każdego kraju. Przy Albanii napisał zaledwie "W Albanii jest dziwnie". Zaczęłam się zastanawiać, o co chodzi - y u no explain? Cóż, musiałam to sprawdzić na własnej skórze. Sprawdziłam. Potwierdzam.


Albania to najbardziej randomowy kraj, w jakim kiedykolwiek byłam. Patrząc na panoramę Elbasanu, miasta położonego 40 km od Tirany, zapytałam: "co nie pasuje na tym obrazku?". Odpowiedź była krótka i prosta: wszystko. Komunistyczne budynki obok starych ruin, Ferrari obok powozów konnych, czteropasmowa ulica skontrastowana z drogą, która gdzieś zniknęła... jest chodnik po jednej i po drugiej stronie, a po środku wielka piaszczysta dziura z kablami i rurami w środku. Ludzie muszą przez to przełazić, aby dostać się na drugą stronę. Sam wjazd do miasta był nieco zaskakujący, tak, że przez dłuższy czas nie mogliśmy dojść do siebie. Jedziemy wąską dróżką przez pagórki, od czasu do czasu mijamy jakiś domek, a tabliczka wyraźnie wskazuje, że jesteśmy już w obrębie miasta, a do centrum prosto. Nagle, znikąd pojawiają się budynki, dróżka rozszerza się na bulwar, kilka pasów w każdą stronę, latarnie, palmy, normalnie Niu Jork...


Co dalej? Wchodzimy do hotelu. Nie mieliśmy niestety innej opcji, Couchsurfing nie wypalił a będąc w miasteczku ciężko rozbić się z namiotem. Skierowaliśmy się do pierwszego lepszego hotelu typu obleśny PRL-owski kloc z napisem HOTEL czcionką ewidentnie skradzioną od Społem. Tu na pewno będzie tanio... Cóż, wchodzimy do środka, a tam "luksusowe" lobby, czerwone sztuczne skóry, pozłacane nie wiadomo co, szał z lat '60. Chyba jednak nie będzie nas stać na ten odjazd.. Cóż, warto zapytać. Recepcjonistka w stroju pielęgniarki nie mówiła ani słowa po angielsku, ale udało nam się ustalić, że za dwuosobowy pokój zapłacimy odpowiednik 11€, co jest ceną wręcz śmieszną. Zdecydowaliśmy się, a w środku czekały nas takie atrakcje, jak czyjeś laczki koło łóżka, bliżej nieokreślony sprzęt przypominające skrzyżowanie grilla i umywalki, szafa zawalona kocami w panterkę (pozdrawiam, jest 35 stopni), toaleta usytuowana 2 piętra niżej, prysznic... BRAK PRYSZNICA, widok na główne rondo (warto zaznaczyć, że klakson to ulubiony element wyposażenia samochodu Albańczyków - trąbią na wszystko i wszystkich, klakson oznacza ostrzeżenie, groźbę, pozdrowienie, zrozumienie albo po prostu służy do wygrywania melodyjek) i nasza recepcjonistka włażąca bez ceregieli do pokoju o 11 by oznajmić, że doba hotelowa się skończyła i mamy spadać.

co nie pasuje na tych obrazkach? no właśnie, wszystko
Albańczycy to bardzo mili ludzie. Nie wiem, skąd biorą się mity, że są źli i straszni. Ludzie uwielbiają rozmawiać o miejscach, w których nie byli i rzeczach, których nie znają. Albańczycy, in general, bo oczywiście zdarzały się wyjątki, byli najbardziej pomocną nacją, jaką spotkaliśmy na tym wyjeździe. Ani słowa po angielsku, ale pomogą ci znaleźć to, czego trzeba albo wysadzą w odpowiednim miejscu. Albania jest rajem dla autostopowicza, dwukrotnie nie zdążyliśmy się nawet zatrzymać w zatoczce, by zacząć łapać, a już ktoś na nas trąbił i zapraszał do samochodu. Nie brakowało jednak ludzi, którzy za przejazd chcieli opłatę. Spławialiśmy ich i minutę później siedzieliśmy już z kimś za darmo.

Albańczyków nie należy mylić z Cyganami, których jest w tym niewielkim kraju zaledwie 3%, ale szybko się mnożą. Są dość przerażający, mieszkają w strasznym syfie i domach zbudowanych z koców i bardzo natrętnie żebrzą. Po usłyszeniu odmowy zachowują się bardzo ordynarnie... Słyszeliśmy od miejscowych, że przyjezdni tak właśnie wyobrażają sobie całą Albanię, co jest bzdurą. Pewną egzotyką jest fakt, że Albania to kraj muzułmański. Wszędzie są meczety wzywające 5 razy dziennie na modlitwę a wieczorem na piwo chodzą sami mężczyźni, więc widok dziewczyny, zwłaszcza skąpo ubranej jest dla nich czymś.. ciekawym - nie polecam łażenia wieczorem w krótkich spodenkach. Na 99% nie stanie się nic złego, ale warto oszczędzić sobie komentarzy i gwizdów.

Uff, napisałam.. jednym tchem. Wróciła mi chęć do pisania! Jeszcze Wam oczy wypłyną od czytania o mojej podróży! ♥
Blog Widget by LinkWithin