piątek, 31 października 2014

Morze możliwości



Zastanawialiście się kiedyś, ile możliwości daje nam życie? To może i brzmi banalnie, ale ludzie są przyzwyczajeni do podążania utartymi ścieżkami, stosowania starych, dobrych schematów, zamiast szukać nowych rozwiązań. Kiedyś już pisałam o ludziach, którzy nie są szczęśliwi, o ludziach, którzy przeciskają się przez życie, nie zapytawszy nawet, czego w ogóle od niego chcą [dla zainteresowanych, tutaj. Jak to jest, że przyjmujemy wszystko, tak jak nam podają chociażby w szkole, niczego nie kwestionując? 

Osobiście życie zaskoczyło mnie wiele razy, a ja za każdym razem miałam wrażenie, że różne "niespodzianki" są niezwykle wyjątkowe. Wcześniej po prostu nie widziałam pewnych rozwiązań. Życie zmusiło mnie do studiów zaocznych i dopiero, gdy się na takowych znalazłam, zrozumiałam, że to faktycznie istnieje - a na dodatek bardzo dobrze funkcjonuje. Płynąc z ludźmi udającymi się standardowo na studia dzienne nie zastanawiałam się nawet, czy może lepiej byłoby pójść na zaoczne - to pytanie nigdy nawet nie zostało zadane, opcja została przez mój mózg skreślona zanim nawet na dobre się pojawiła. Gdy już trafiłam na studia zaoczne okazało się, że jest mnóstwo osób w takiej samej sytuacji jak ja, dla których rozwiązanie to było jasne od zawsze.


Wakacje za granicą - wielkie, drogie przedsięwzięcie, na które nie każdego było stać. To pokazało nam życie z rodzicami, ich potrzeba zaplanowania wszystkiego z wyprzedzeniem kilku miesięcy, przeglądanie ofert, kilkugodzinne pakowanie, załatwianie miliona spraw, włącznie z kupowaniem specjalnych oddzielnych ręczników "na wakacje". No i do pewnego wieku tkwiłam w przekonaniu, że kilkudniowe (a co dopiero dłuższe!) wyjazdy, zwłaszcza poza granice kraju to olbrzymie wydarzenie. Cóż. Z jakiegoś powodu nie szukałam alternatyw, przyjęłam wszystko tak, jak zostało mi podane. Bo tak po prostu jest. Dopiero niedawno okazało się, że nie dość, że do wyjazdu za granicę nie trzeba przygotowywać się tygodniami miesiącami, nie jest koniecznym planowanie i rezerwowanie biletów lotniczych/domków letniskowych z ogromnym wyprzedzeniem, to jeszcze można odwiedzić ładnych parę krajów i prawie nic za to nie zapłacić... Ale o tym już było nieraz. Zapraszam chociażby tutaj

Dlaczego zamykamy się na wszystko, co oferuje nam życie i "szara codzienność", przepuszczając to przez filtry nałożone na nas podczas procesu wychowania i edukacji? Tak jest, bo tak ma być, koniec. Gdy jednak zdecydujesz się wyjść poza kanon, postąpić niekonwencjonalnie, okazuje się, że satysfakcja jest olbrzymia, a na dodatek, że tak naprawdę twoje postępowanie nie jest teraz wcale takie wyjątkowe. Odważyłeś się wyjść poza strefę komfortu, zrobić coś nowego... A tysiące ludzi zrobiły to już przed tobą. Nie mówię tego, żeby kogoś zniechęcić - przeciwnie, mamy pionierów, którzy odkrywają i łamią schematy, a nadal żyją, mało tego, mają się świetnie. Odważmy się więc, zmieńmy coś! Żałuję, że sama zaczęłam dostrzegać ocean możliwości tak późno.

Często tkwimy w bzdurnych schematach, regułach. Nie można zjeść pizzy na śniadanie, bo pizza przeznaczona jest na obiad. Nie można wypić browara nad rzeką, bo jest październik. Nie można nie pójść na studia, bo będzie się miało zmarnowane życie. Nie można zatrzymać się i zastanowić nad sensem swojego istnienia, bo jeszcze okaże się, że zmarnowaliśmy jego ostatnich, let's say, 20 lat. A tego nie chcielibyśmy się dowiedzieć, bo potrzebowaliśmy olbrzymiej zgrzewki maści na ból dupy.

Zatrzymajcie się. Myślcie. Korzystajcie. Jest z czego.

piątek, 24 października 2014

Bydło


Ludzie chyba nigdy nie przestaną mnie zadziwiać. Myśleliście, że tylko w Polsce jest bydło? Że tylko u nas mogłaby zdarzyć się scenka typu "idę do Ikei ze słoikiem, żeby nalać sobie darmowego ketchupu ze stoiska z hot dogami"? Że "od razu widać, że Polacy, bo taka wiocha"? Otóż nie. Bydło i wiocha są wszędzie. I wcale nie trzeba dużo szukać.

Parysz. Siedzisz sobie przy stanowisku sporej firmy ubezpieczeniowej na targach samochodowych. Twoim zadaniem jest zachęcenie ludzi do wzięcia udziału w konkursie, co jest chytrym pomysłem korpo na pozyskanie klientów. Robota niewdzięczna, ale ludzie sami się do ciebie złażą, bo na twoim biurku leżą różnokolorowe długopisy. Mogę sobie wziąć?, pyta jakaś przechodząca pani. Tak, proszę, pod warunkiem wzięcia udziału w losowaniu, odpowiadam. Aaa... a to konieczne, żeby dostać długopis? Krytycznym spojrzeniem obrzucam babsztyla. Z obu ramion dyndają jej promocyjne siatki i reklamówki, a w ręce dzierży już parę długopisów, cukierków i innych gratisów. Tak, madame, nie mamy tylu długopisów, żeby rozdawać je wszystkim, są zarezerwowane dla klientów i przyszłych klientów firmy. Widząc niezdecydowaną minę nadmieniam, że w loterii można wygrać iPhone'a 6. Kobieta dla świętego spokoju zgadza się na wypełnienie formularza i zgarnia w nagrodę 3 fanty i jeszcze buteleczkę wody. W trakcie, gdy z nią rozmawiam, do biurka podchodzi para staruszków i zwinnym gestem zwija z mojego biurka garść długopisów.

Ludzie, co do cholery jest z wami nie tak?!

Ja rozumiem, darmowe zawsze spoko. Jak częstują szampanem, nie odmawiasz. Ale no żesz do matki boskiej częstochowskiej, długopisy?! Ile można mieć długopisów? Widzisz długopisy i od razu łapczywie po nie sięgasz?! No bez przesady. Z przerażeniem stwierdziłam, że te zasrane długopisy rzeczywiście są niezłą zachętą, bo jak schowałam je pod biurko, żeby te pędraki mi ich nie kradły, to nagle zrobiło się pusto. Ludzie zrobią wszystko dla darmowego ołówka, lizaka, a nawet plastikowej reklamówki... Kiedyś, na luksusowych salonach rolnictwa, cieszących się najgorszą klientelą z jaką miałam wątpliwą przyjemność obcować, z lubością (i niemałym strachem) obserwowałam poczynania starych bab - kolekcjonerek śmieci. Tłusty paluch puka mnie w plecy (kto pani pozwolił włazić za biurko?! to prywatna przestrzeń!) i mówi, że nie ma reklamówek. Rzeczywiście, stojak stoi pusty, choć przed chwilą zdecydowanie nie brakowało na nim siatek. Tak, zwykłych, jednorazowych plastikowych siateczek. Leniwie otwieram karton i umieszczam na wieszaku pęk torebek. Dookoła mnie zgromadziło się już stado czujnych rekinów - łupieżców, bazarowe kumy ostrzą zęby na nadchodzący łup. Ledwie powiesiłam siatki na stojaku, a baby rzuciły się, jakby reklamówki były co najmniej z czekolady, a raczej ze złota. Rach, ciach, garściami, i pod pachę, i drugą łapą... Siatki. Plastikowe torebki. I co ty potem, babo, będziesz z nimi robiła?!

A więc to prawda, ludzie przychodzą na różne wydarzenia tylko po to, by obłowić się i nazbierać darmowych fantów. Gdyby to było jeszcze coś fajnego, ale... Cóż, najwidoczniej mamy inne standardy. Przeciętnym Francuzom plastikowe torebki i długopisy z logo firmy ubezpieczeniowej wydają się dość zajebiste i warte zażartej walki.


Ludzie nie mają skrupułów, to już wiemy. Nie mają też mózgów, a już na pewno oczu. Wracamy do salonów rolniczych, jestem w punkcie informacyjnym. Ludzie podchodzą, aby dowiedzieć się, gdzie znajdą to i owo (bo oczywiście samodzielne zajrzenie do katalogu lub rzucenie okiem na plan jest zbyt challenging). Nie patrząc na zalegający przy moim biurku tłumek osób, przez kolejkę przepycha się jakaś baba pytając, gdzie tu są toalety. Na początku dziwiło mnie to, bo centralnie, na przeciwległej ścianie kilkadziesiąt metrów za moimi plecami był olbrzymi czerwony znak z narysowanymi ludzikami, międzynarodowym oznaczeniem kibli. Uprzejmie wskazałam kierunek szanownej damie, a ona bez słowa pognała, pewnie na numer dwa. W momencie, gdy okazało się, że około 30% wszystkich pytań stanowi właśnie prośba o pomoc w zlokalizowaniu toalet (w tym jedno bezcenne: siku kupa to gdzie?), zaczęłam się zastanawiać, o co w ogóle chodzi - czy im wszystkim naprawdę jest łatwiej przepchnąć się przez tłum poirytowanych ludzi i zawracać głowę ewidentnie zajętej lasce niż po prostu... rozejrzeć się? Cóż, idźmy dalej. "Paryżanie" (w tym wypadku głównie ci pochodzący z Gwadelupy, Martyniki, Reunion i innych terytoriów zamorskich Francji), mieszczuchy, nie widzieli w swoim życiu na oczy typowych europejskich zwierząt hodowlanych, więc przybywają na nasze ukochane salony rolnicze w poszukiwaniu krów i kur. Problem w tym, że zamiast spojrzeć na plan i nie przeszkadzać mi (dobra, na to już straciłam nadzieję), to bezceremonialnie podchodzą do biurka i zadają pytanie złożone z jednego słowa: kury? Zapomnijcie o dzień dobry, proszę, dziękuję, cokolwiek. KURY? Gdyby nie to, że muszę trzymać fason w obawie przed kontrolą, stanęłabym na wysokości zadania i poziomie rozmówcy i pokazałabym kierunek palcem. Niestety. Z gracją i teatralnym uśmiechem objaśniam po raz sto siódmy dziś, że kury są w pawilonie czwartym. Nie zdążyłam skończyć, a "rozmówca" już się oddalił. Po co, kretynie, zadajesz pytanie, skoro nawet nie słuchasz odpowiedzi?! Nie mam jednak czasu się nad tym zastanawiać, bo uwagę moją zaprząta już kolejna pytająca, tym razem: Nie znalazłam krów, gdzie tu są krowy? Na parterze, proszę pani (zastanów się idiotko, czy ktoś wprowadzałby zwierzęta na piętro?!). O, a jak mogę tam zejść?! No kurna, może najlepiej schodami?! Są za panią! Pani poszła, a za nią pojawia się następna. Warto zauważyć, że przez cały czas tu była, więc na pewno słuchała, co mówię poprzedniej osobie i na pewno nie spyta o to samo. Ha! Naiwna ja. Zgadnijcie: Gdzie znajdę krowy?

Krowy znalazłam, w olbrzymich ilościach. Większość z nich pałęta się wolno po różnych salonach i wystawach, taszczy siaty i zbiera darmowe długopisy.

niedziela, 19 października 2014

Psychologicznie


Dzisiejszy wywód, jak zwykle zresztą, będzie miał charakter very nieprofesjonalny, ale postaram się przedstawić w ciekawy (haha) sposób swoje najnowsze psychologiczne odkrycie. Zawsze interesowałam się psychologią, osobowościami, emocjami, ale nigdy poważnie się za to nie zabrałam. Niedawno jednak, pod wpływem Taty, postanowiłam sprawdzić swój typ osobowości. Przypominam, że mój wywód jest laicki i subiektywny.

Istnieje 16 typów osobowości, podzielonych według 4 kryteriów: skąd czerpiesz energię (introwertyk/ekstrawertyk, Introvert/Extravert), jak gromadzisz informacje (poprzez zmysły/intuicję, Senses/iNtuition), jak podejmujesz decyzje (poprzez myślenie/pryzmat uczuć, Thinking/Feeling) i w jaki sposób działasz (osądzanie/obserwacja, Judging/Perceiving). Tak, wiem, to wszystko brzmi trochę zawile i sucho, dlatego odniosę się do swojego własnego przykładu. Na podstawie testu MBTI okazało się, że jestem typem ENTP, czyli innowatorem. Moje ekstrawertyczne ja nieznacznie góruje nad tym introwertycznym, na świat patrzę bardziej intuicyjnie niż na podstawie faktów, przy podejmowaniu decyzji kieruję się bardziej rozumem niż sercem, choć w tej kategorii byłam nieco confused - w moim przypadku thinking przewyższa feeling zaledwie o 1% czyli w zasadzie umiem zrównoważyć głos serca i rozsądku. Z kolei obserwacja króluje u mnie zdecydowanie nad osądzaniem.

Nadal niejasne? Wiem. No to po kolei:

Introvert/Extravert.

Zawsze mnie to zastanawiało. Kiedyś (tu) nawet o tym pisałam - łączę cechy obu typów, pozornie sprzecznych. Introwertyk woli być sam, ekstrawertyk wśród ludzi. Introwertyk poczyta książkę w domowym zaciszu, ekstrawertyk pójdzie na imprezę. Introwertyk najpierw myśli, potem działa, w przeciwieństwie do ekstrawertyka. Nigdy nie wiedziałam, który typ bardziej pasuje do mnie... Przeważył fakt, że ekstrawertyk "ładuje swoje akumulatory" będąc z ludźmi, a introwertyk potrzebuje wyciszenia po całym dniu spędzonym w szkole czy pracy. Ja nawet wracając do domu szukam od razu kontaktu z siostrą albo siadam do komputera by wysłać parę wiadomości do znajomych. Dlatego jestem typem E.

Sensing/iNtuitive.

Tu też miałam problem - w jaki sposób postrzegam świat, poprze zmysły czy intuicję? I znów, odpowiedź nie była oczywista. Z jednej strony zawsze patrzę na fakty i skupiam się na szczegółach, czyli bardziej S. Z drugiej, lubię puszczać wodze wyobraźni, jestem aktywna zrywami i nieregularnie oraz podążam za instynktem. Cechy N nieznacznie przeważyły.

Thinking/Feeling.

Czyli: czy przy podjęciu decyzji będziesz kierować się surowymi faktami, prawdą i sprawiedliwością, czy do głosu dojdą emocje? Serce czy mózg? Jak wspomniałam, moja osobowość plasuje się niemal na środku. Z jednej strony lubię dyskutować i argumentować, staram się być obiektywna, szczera i bezpośrednia, zawsze biorę pod uwagę logikę. Jednocześnie emocje grają dużą rolę przy podejmowaniu decyzji... Thinking zwyciężyło bardzo nieznacznie. Tak więc T.

Judging/Perceiving.

Jedyna kategoria, w której od początku nie miałam najmniejszych wątpliwości. Ludzie z kategorii J uwielbiają planować, podążać za procedurami, są niezwykle poukładani, punktualni i lubią podejmować decyzje i myśleć schematycznie. Jak może zauważyliście, jestem kompletnym przeciwieństwem opisanego przykładu. Olewam zasady i konwencje, najpierw komputer, potem lekcje, a w wakacje miesięczna spontaniczna podróż stopem do Turcji. Obserwacja. Bo tak. Zdecydowane P.

Czy wszystko jasne? Jestem Innowatorem, ENTP, jednym z szesnastu typów osobowości. Mój typ stanowi około 5% populacji, a 70% ENTP'ów to mężczyźni. Jesteśmy kreatywni, pełni pomysłów, zmotywowani do działania, ciekawscy, energiczni. Potrafimy być złośliwi i zaborczy. Nie mamy problemów z asertywnością, obiektywnością, wyobraźnią, stosowaniem logiki i niezależnym działaniem. "Znamy się" na ludziach, szybko potrafimy ich rozgryźć. Lubimy wyzwania i spontan. Jak to wszystko czytałam, to miałam wrażenie, że czytam o sobie (#lamejokes, ba dum tss).

ENTP we własnej osobie

Poznanie mojego typu osobowości było ciekawym doświadczeniem, w końcu wiem, że jestem bardziej ekstra- niż introwertykiem. Mój typ osobowości reprezentuje też Nikola Tesla () i Thomas Edison, także mam doborowe towarzystwo. Ponadto, jak się okazuje, moja mama reprezentuje kompletnie odwrotny typ niż ja, ISFJ, znany szerzej jako syndrom Matki Teresy. Teraz, skoro już oficjalnie wiem, że jestem kreatywna, energiczna, ciekawa świata, impulsywna i pełna pomysłów, będzie mi się żyło, podróżowało, piło browary i projektowało jeszcze lepiej. Zmotywowało mnie to do napisania jednego, a nawet pary wywodów. A może bardziej zainteresuję się psychologią?

Zainteresowanych testem odsyłam tutaj. Tu z kolei polskie tłumaczenie. Odpowiedzenie na 72 pytania zajmuje kilka(naście) minut i na pewno nie daje profesjonalnych rezultatów, ale zawsze można dowiedzieć się o sobie czegoś ciekawego.

wtorek, 14 października 2014

Soul Rap


Dzisiaj wywód muzyczny. Raperski. Na horyzoncie pojawiła się bardzo fajna nowa płyta, na temat której właśnie rozkminiam.



Ja swoje refleksje przenoszę na bloga, chłopaki do muzyki. Na Soul Rapie nie brakuje kawałków skłaniających do przemyśleń, jak choćby Dopóki nie będzie za późno. Utwór ten zgrał się z moimi jesiennymi rozkminami na temat przemijania. Bardzo ciekawy jest otwierający płytę kawałek Czym jest twój świat. Uwielbiam uczucie, gdy po przesłuchaniu utworu zaczynam zastanawiać się nad wszystkim po kolei i czuję motywację do działania.

Lubię rap w zasadzie od zawsze, ale Soul Rap polecam również osobom, które do tego gatunku są nieprzekonane. Jak sam tytuł wskazuje, na krążku nie brakuje soulowych brzmień i bardzo NIEraperskich sampli, jak choby mojego ukochanego The Power of Love. Bardzo miłe dla ucha skrecze i bity, propsy za produkcję. Wszyscy ciasnogłowi ludzie przekonani, że rap to monotonne nawijanie do jednostajnego bitu powinni otworzyć oczy po przesłuchaniu tego albumu. Zresztą, co ja mówię, przecież zamknięte umysły i tak pozostaną zamknięte. 


Nie odmówię piwka, czyli Big chill! Kawałek imprezowo-melanżowy, choć nie do końca. Bardzo ciekawa kombinacja: utwór, który z chęcią nucę na browarowym posiedzeniu ze znajomymi, a zarazem analizuję tekst zwrotek: stres, rozluźnienie, problemy życia codziennego i... ryzyko zostania menelem.


Kawałkiem, który chyba najbardziej pozytywnie mnie zaskoczył i nieomal skłonił do napisania wywodu na podobny temat (może faktycznie do tego dojdzie!) są Perspektywy. Puściłam go dwa razy z rzędu i delektowałam się z zamkniętymi oczami. Polecam gorąco - Igo, Ado i Rolo dzielą świetnymi obserwacjami na temat punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Dwie sytuacje postrzegane na przeróżne sposoby przez kilka osób. Propsy za rozkminę oraz... za zabawę głosem i flow, jestem fanką wersetów kebabowych.

Podsumowując - rap, soul, ciepłe brzmienia, impreza i fajne przemyślenia w jednym. Jest przekaz, jest moc, jest czil, czego chcieć więcej?
Więc nie bądź hejterem i daj mi trochę propsów,
bo daję tobie rap poświęcając się po prostu!

czwartek, 9 października 2014

Paradoks podróży w czasie


Jak większość osobników obdarzonych bogatymi pokładami barwnej, bujnej wyobraźni, zastanawiam się czasem, co by było, gdyby. A dziś, konkretnie, co by było, gdybyśmy mogli podróżować w czasie.

Przenoszenie się w czasie jest stosunkowo oklepanym tematem, powstało na ten temat mnóstwo książek, filmów, spekulacji, dokumentów i pijackich rozmów. Pozwólcie mi to jednak rozgrzebać raz jeszcze.

Ludzie wyobrażają sobie powrót do przeszłości na różne sposoby:
a) przenoszą się kilka dni/lat/wieków wstecz i stają się nową częścią ówczesnej rzeczywistości mogącej mieć wpływ na przyszłość (teraźniejszość?). Spotykają ludzi, którzy wtedy żyli, mogą wpaść na samych siebie.
b) raczej cofają czas - przeszli przez coś, ale chcą to zmienić, więc cofają się w czasie. Znów są tą samą osobą, w tej samej sytuacji, ale mają świadomość, jakie konsekwencje poniesie ich decyzja, więc postanawiają postąpić inaczej.

O ile punkt drugi jest dość łatwy do zrozumienia, to pierwsza opcja zawsze przyprawiała mnie o tęgie rozkminy. No bo... z technicznego punktu widzenia to jest po prostu niemożliwe. Jasne, ja doskonale wiem, że wszystko jest możliwe, ale tutaj mimo wszystko tworzy się paradoks.


Jeżeli przeniesiemy się w czasie, schowamy i będziemy po prostu obserwować to, co się dzieje, nic się nie wydarzy. Ale co, jeśli zaczniemy ingerować w stare dzieje? Zmienimy bieg historii, a konsekwencje tego odczujemy później. Posłużę się trochę wyświechtanym przykładem, ale potrzebuję oprzeć swój słowotok na czymś konkretnym, a nic lepszego nie przychodzi mi akurat do głowy. #loveharry

Harry w "Więźniu Azkabanu" prawie został nad jeziorem pokonany przez dementorów, jednak od strony lasu nadbiegł wyczarowany przez kogoś patronus i przepędził napastników. Potem Harry i Hermiona przenieśli się w czasie. Widzieli samych siebie sprzed trzech godzin, biernie uczestniczyli w wydarzeniach... Gdy jednak przyszedł moment, w którym w lesie pojawia się wybawca - nikogo nie było. Harry zrozumiał, że to on sam, z przyszłości, wyczarował tego patronusa i uratował swoje przeszłe ja. Tak więc zrobił. Jego jeleń przepędził dementorów.

I tu pojawia się problem: jak to w ogóle jest możliwe? Harry mówi, że w momencie, gdy zorientował się, że to on sam musi rzucić czar, zestresował się, ale z drugiej strony, wiedział, że na pewno mu się to uda, bo... już widział siebie samego, robiącego to. A co, gdyby Dumbledore jednak nie zasugerował Harry'emu i Hermionie przeniesienia się w czasie? Nie, musiał to zrobić, w końcu Harry został uratowany przez kogoś. A ten ktoś był nim samym nadciągającym z przyszłości. A co, gdyby Harry na brzegu jeziora zgłupiał i nie wyczarował patronusa? Czy umarłby (ok, stracił duszę), bo dementorzy zaatakowali jego przeszłe ja? Wychodzi na to, że już w przeszłości, czyli jak Harry i Hermiona przeżywali wszystko po raz pierwszy, na kartach historii zapisane były również ich czyny z przyszłości - Hardodziob i Syriusz zostali uwolnieni, a Macnair rąbnął siekierą w płot, przez co wszyscy uwierzyli, że zabił hipogryfa.


Historia zatacza koło: postać z przyszłości musi coś zrobić, bo postać z przeszłości wie, że postać z przyszłości to zrobi. Hawking powiedział, że dlatego przenoszenie się w przeszłości nie może zadziałać. Hawking to jest jednak mądry facet.

czwartek, 2 października 2014

Stopem najlepiej


O podróżowaniu autostopem było już nieraz i nie dwa (choćby tu), jednak Lennyk zasugerowała mi kolejny post na ten temat. Rozważyłam, zajęło mi to dwanaście sekund, i zdecydowałam się napisać o paru ciekawych przypadkach i autostopowych przygodach, które przydarzyły mi się tego lata, i nie tylko. Wspominałam, że podczas bałkańskiego wypadu prowadziliśmy swego rodzaju rankingi podwózek. Będę się dziś rozwodzić o tych szczególnych, zaskakujących, szczęśliwych i nie tylko momentach, które mogą się zdarzyć tylko autostopowiczom... W ruch idzie mój nieoceniony dziennik podróży.

Zbawienny stop: ludzie, którzy nas ocalili z sytuacji powszechnie znanej jako "jestem w dupie". :słuchaj:

Słowacja. Deszcz. Syf. Stoimy przy drodze pod jakąś podejrzaną budą wydającą redbulle i rosół. Mamy się dziś dostać na południe Węgier do naszego Couchsurfingowego gospodarza, ale szanse bledną, przed nami wciąż kilkaset kilometrów, a dzień powoli się kończy... Stoimy przemarznięci pod przeciwdeszczową folią, ludzie bynajmniej nie zamierzają wpuścić mokrych dzieciaków do swoich samochodów. I nagle... Wielkie combi na węgierskich numerach. Za kierownicą wąsaty typiarz. "Sam jechał! Mógł nas zabrać!" Rzeczywiście, zatrzymał się kawałek dalej. Okazało się, że jest Węgrem, który studiował polonistykę i znakomicie posługuje się naszym językiem. Polska kultura chyba też mu się udzieliła, bo miał typowe wąsy, spłowiałe polo wetknięte w spodenki i fav set sandały+skary. Był jednym z najmilszych ludzi, których spotkaliśmy podczas miesięcznej podróży, jechał do miejscowości Vas na północy Węgier i zasugerował, żebyśmy do Segedynu (naszej destinejszyn) pojechali pociągiem właśnie stamtąd. Był to jeden z dwóch razów, kiedy "oszukaliśmy" i kawałek trasy przejechaliśmy innym środkiem transportu niż stop. Węgier sprawdził rozkłady na telefonie, podrzucił nas na stację zahaczając o bankomat, byśmy mogli wypłacić forinty, udzielił paru wskazówek, załadował do pociągu i jeszcze zostawił swój numer, abyśmy skontaktowali się z nim w razie jakichkolwiek kłopotów. Mega wdzięczność!

Stambuł. Dotarliśmy do 13-milionowego miasta, teraz trzeba tylko znaleźć dom naszego gospodarza z Coucha. W każdym mieście do tej pory nam się udawało bez problemu, ale to dlatego, że były kilkakrotnie mniejsze... Gównowóz z sianem wysadził nas gdzieś na środku autostrady przecinającej miasto. Wdrapaliśmy się na jakieś skrzyżowanie i próbowaliśmy się zorientować, co dalej... Oznakowanie żadne, autobusy jeżdżą jak chcą, ciężko z kimkolwiek się dogadać. Taksówki nas oblegają, ale przecież nie chcemy zapłacić jakiejś kosmicznej ceny za przejechanie kilku kilometrów po mieście, skoro z Polski do Turcji dojechaliśmy niemal za darmo... Nagle zza pleców słyszymy "do you need help?" i odwracamy się jak na komendę. Turecki pan biznesmen zainteresował się dwójką zagubionych białych dzieci z wielkimi plecakami i karimatami. Zaproponował podrzucenie do najbliższej stacji metra i wyjaśnienie, jak dostać się do naszego celu... Wow! Wszystko potoczyło się jeszcze lepiej - mężczyzna zawiózł nas aż pod same drzwi miejsca, do którego zmierzaliśmy. Nie wiedzieliśmy nawet, jak wyrazić nasze podziękowania.

Granica turecko-grecka. Godzina 21. Zamierzamy przejść ją na piechotę, tak, jak robiliśmy prawie za każdym razem - TIR, który nas tu przywiózł, utknął w olbrzymiej kolejce. Celnik jednak zatrzymał nas i powiedział, że przechodzenie tędy na piechotę jest nielegalne (ach, to historyczne tło, karabiny, żołnierze i druty kolczaste) i, że musimy wsiąść do jakiejś fury. Próbowaliśmy przez ponad pół godziny, ludzie nie chcieli nas słuchać. Chyba mieli nas za jakichś podejrzanych biedaków. Wielu z nich nie miało w ogóle miejsca w samochodzie, a ci, którzy mieli, szukali jakichś wymówek. W końcu, zdezorientowani, zrezygnowani i pogryzieni przez komary dostrzegliśmy swoją szansę - wielki VW na macedońskich numerach. Na przednich siedzeniach brodaty, nieco groźnie wyglądający ojciec z synem, wyraźnie nas obserwujący. Czas spróbować! W końcu nam się poszczęściło, ziom nie tylko przewiózł nas przez granicę, ale jeszcze podrzucił prawie do samych Saloników, bo jechał tędy do Skopje. Było wesoło, typ cisnął 180km/h nocą pustą autostradą, na kierownicy miał otwarty Koran i coś śpiewał. Wysadził nas o 1 w nocy na parkingu, gdzie spędziliśmy noc w namiocie, a następnego dnia z samego rana dotarliśmy do celu. Niesamowicie się cieszyliśmy, że droga, którą musielibyśmy pokonać tego dnia, została przejechana nocą.

Podejrzany stop: "dziwne, że oni nas w ogóle zabrali."

Bośnia i Hercegowina. Bośniacka para na szwedzkich numerach, o których pisałam ostatnio. Podrzucili nas 30 km z Trebinje do Dubrovnika, ale miałam wrażenie, że wcale nie chcą tego robić. Przynajmniej kierowca, który siedział pod pantoflem swojej żonki. Laska cały czas się mądrzyła i wywyższała, może chciała pokazać, jaką jest litościwą panią, że zabiera biedne dzieci nie mające pieniędzy na "normalne podróżowanie"?

Bośnia i Hercegowina, cofamy się w czasie, bo dopiero jedziemy do Trebinje. Na stację benzynową wjeżdża Opel na olsztyńskich numerach. Wyprzedzaliśmy go wcześniej, jego kierowca ewidentnie trząsł portkami na górskich zakrętach. Wysadzeni na stacji czekaliśmy w deszczu na swoją szansę i ucieszyliśmy się, gdy zobaczyliśmy, że rodacy przyjechali zatankować. Nie lubię łapać stopa poprzez pytanie ludzi, czy chcą mnie zabrać, ale startowanie do Polaków za granicą to co innego. Pouśmiechaliśmy się chwilę i jechaliśmy ściśnięci z 10 tonami bagaży polskiej 3-osobowej rodzinki jadącej na wakacje do Czarnogóry. Po krótkim czasie okazało się, że są op prostu bardzo mało asertywnymi ludźmi - siedzieliśmy już z nimi w samochodzie, ale wyszło na to, że ewidentnie nie byli zachwyceni naszym towarzystwem. Siedząca na tylnym siedzeniu mama odsuwała się, jakbym była trędowata, a z przedniego siedzenie kilkuletni Jasiu pytał taty, dlaczego nas zabrał. Cóż.


Podróż była długa, opowieści jest dużo. Do wyjątkowych podwózek zaliczam też:
*Serba, który powiedział, że Sarajewo jest słabe i w zamian zabrał nas do kompletnie innego miasta, z którego łatwiej wyjeżdżało nam się następnego dnia.
*lodziarę w Czarnogórze, której kierowca słuchał na cały regulator serbskich hitów o legalizacji zielska. :słuchaj: <- Bina górnik internetowy, nie spoczęła, póki nie znalazła
*Albańczyka z Macedonii, który przewiózł nas ze Skopje aż do samej Sofii, ufff!
*Rosjanina, który po 2,5h oczekiwania na granicy węgiersko-serbskiej podrzucił nas do Belgradu... Jechaliśmy 200km/h, nasze nadszarpnięte morale zostało cudownie podbudowane i dostaliśmy niesamowitego kopa energii.

im więcej o tym piszę, tym bardziej znowu chcę gdzieś jechać!

PS to jest mój dwusetny wywód.
pozdrawiam i dziękuję za obecność i zainteresowanie
Blog Widget by LinkWithin