środa, 21 stycznia 2015

Wiem, czego chc.. nie. Wiem, czego nie chcę


Droga eliminacji zawsze była niezłym sposobem. Na wszystko. Egzaminy, testy, wybory życiowe. To nie, tamto na pewno nie, więc pozostaje "ta inna opcja". Jeżeli nie wiesz, co jest poprawną odpowiedzią, to po prostu odrzucasz to, co ci nie pasuje i w ten sposób podejmujesz decyzję. Sprytnie.

Rozmawiałam ostatnio z moim super kumplem płci żeńskiej na temat różnych aspektów naszej przeszłości. Padło zdanie, które (niestety niedosłownie) zapisałam sobie, wydrukowałam, oprawiłam w ramkę i powiesiłam nad łóżkiem, a teraz codziennie się do niego modlę. "W trakcie tego doświadczenia nie dowiedziałam się, czego chcę, ale dowiedziałam się, czego na pewno nie chcę". Czy to nie jest piękne? 

 ~lomo, grudzień 2014~

Filozofia ta aplikuje się do każdej dziedziny życia. Szkoły, studia, związki, przyjęcia, wyjścia ze znajomymi, praca, sposoby spędzania wakacji, chlanie. Wybierasz coś w swoim życiu, chociażby uczelnię. Jak masz niby wybrać? Skąd masz wiedzieć? Rozmawiasz z rówieśnikami, nauczycielami, rodzicami, samym sobą. Każda strona sugeruje co innego, nie wiesz, kogo masz słuchać. Ciężko ci się odwołać do jakichś doświadczeń, bo, cóż, jeszcze ich nie masz. Idziesz więc na czuja. Na kierunek, który, mogłoby się wydawać, zapewni ci wspaniałą przyszłość, świetny tytuł i w ogóle dostatnie życie. Wybór trochę z rozsądku... Nie. Po pół roku twoja kariera się kończy, bo po prostu jest nudno i nie tak jak być powinno. Ciężko, nie dlatego, że studia same w sobie są aż tak trudne, ale dlatego, że ty w ogóle nie odczuwasz motywacji, bo okazało się, że kierunek jest kompletnie nietrafiony. Dowiedziałeś się, że co prawda nie masz pojęcia, co chcesz studiować, ale wiesz, że ta gałąź całkowicie odpada. Gromadzisz doświadczenie, uczysz się samego siebie, swoich preferencji, widzisz, jak studia wyglądają w praktyce... Wiesz, na czym stoisz, wiesz, czego na pewno nie chcesz. Podejmujesz kolejną decyzję w oparciu o odrzucone opcje, ten drugi wybór jest o wiele bardziej celny.  I kończysz studia już za pół roku! Tak, opowiadam o swoim przypadku.

Powyższą metodę doświadczalną stosują ludzie otwarci, niebojący się ryzyka i zmian. Osoby zachowawcze po prostu obawiają się, że jak okaże się, że coś idzie nie tak, to już będzie za późno, gniją więc do końca życia ze swoją złą decyzją. Chcą być konsekwentni (psychologiczne mądrości! pamiętacie?), nie zmieniają więc swoich wyborów. Co więcej, nie pozwalają nawet uświadomić sobie, że ich decyzja była nietrafiona i konsekwencją jest nieudane życie, brak satysfakcji i frustracja. Sami ze sobą są nieszczerzy, nie dopuszczają do siebie negatywnych myśli. I wegetują.

~lomo, grudzień 2014~

Z drugiej jednak strony, nie należy za bardzo negować swoich własnych decyzji. Trzeba znaleźć złoty środek. Jeśli w każdym kolejnym wyborze będziemy doszukiwać się złych stron i szukać coraz lepszego rozwiązania, zginiemy. Lepsze jest wrogiem dobrego. Możemy wtedy skończyć jak ta samotna stara baba na ławce, która szukała idealnego męża, a tu nagle surprise, too late.

Świadomie podejmuję decyzje. Jak każdy popełniam błędy i nie lubię się do nich przyznawać, bo kto ma ochotę powiedzieć szczerze sobie i innym, że coś zjebał? Drogą eliminacji szukam cudownej metody na swoje życie. Oczywiście, nadal nie wiem, czego chcę, ale wiem, że nie chcę być ograniczana. Nie chcę siedzieć w miejscu. Nie chcę zgnuśnieć. Nie chcę się smucić, zwłaszcza bez powodu (hobby milionów Polaków). Nie chcę siać fermentu. Nie chcę się zagubić i zatrzymać. Power! 

czwartek, 15 stycznia 2015

Czym jest miłość?


Uwaga, Bina, gówniara, lat 22, będzie pisała o miłości. I tak lepsze to niż 14-latki wypowiadające się o trudnościach w życiu. Do tego wpisu zainspirowała mnie Lina, która sama niedawno rozpisała się na ten temat.

What is love? Baby don't hurt me, don't hurt me, no more. No właśnie, ten nieśmiertelny hit przekazuje bardzo mądre słowa. Ranienie w miłości jest raczej nieprzyjemne, ale chyba nieuniknione. A może jednak? 


Kiedyś się zakochałam. Za mocno. Za bardzo się zaangażowałam. Nie zorientowałam się, że jakieś chore uczucie tak mnie wchłonęło, że byłam w stanie przymknąć oko na jakieś hardkorowe akcje, których "na trzeźwo" nigdy bym nie wybaczyła. Uczucie to kosztowało mnie wiele łez, na szczęście praktycznie nic poza tym. Lekcja? Nie zakochiwać się. Nie zakochać się do nieprzytomności i, przede wszystkim, nie cierpieć. Nie pozwalać się doprowadzać do łez. Dżiz, przecież to tylko facet!

Postawiłam na luz. Okazało się, że można kochać i być kochanym bez spinania dupy. Czymże jest miłość, jak nie czuciem się swobodnie w towarzystwie drugiej osoby? Możliwością wspólnego spędzania czasu na totalnym relaksie? Wspólnym piciem browarów przed kompem? Śmianiem się z drugiej osoby, jak się przewróci? Kończeniem po sobie nawzajem zdań? Mobilizowaniem się? Wiedzą, co bawi drugą osobę, i, oczywiście, korzystaniem z tej wiedzy? No i przede wszystkim zrozumieniem. Szczerością. Jesteśmy dorośli, rozmawiajmy. Dlaczego tak niewielu z nas to rozumie? Jeśli kogoś kochamy (a nawet o wiele mniej, rozmowa jest wskazana zawsze, z każdym), to podzielmy się z nim swoimi myślami. Nie dawajmy mu się domyślać, bo nie, on się nie domyśli, że twoje skwaszone spojrzenie i całodzienny foch związane są z tym, że zobaczyłaś przez ramię jak on pisze smsa do koleżanki z pracy.

Można kochać bez popadania w jakieś skrajności. Kocham, bo to mnie (i drugą osobę, oby) uszczęśliwia, dlaczego więc mam popadać w jakąś czarną rozpacz? Miłość czasem generuje negatywne emocje, staram się jednak ich uniknąć. Silna zazdrość i tęsknota to zdecydowanie nie to, czego mi potrzeba w życiu.

Nie umiem jednoznacznie zdefiniować miłości, bo sama na różnych etapach swojego życia różnie ją odczuwałam. Miłość do mamy, taty, siostry, siebie, przyjaciela, Harry'ego Pottera, Roberta Smitha, wypatrzonej w internecie papugi, burgera z sosem z pleśniowego sera. Są różne rodzaje miłości, jakim cudem mam to wsadzać do jednego worka?

Życzę miłego dnia, pełnego miłości. Ale takiej rozsądnej. Szczęśliwej.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Wspomnienia 2o14


Na pewno jeszcze nie znudziły Wam się posty o podsumowaniach, przedstawiam więc mój. Jest on wynikiem otwarcia słoika ze wspomnieniami, które skrzętnie zapisywałam przez cały rok. Przydarzyło się coś dobrego? Na kartkę, i do słoja. Robiłam to już rok temu, w celu zapoznania się ze słoikowo-wspomnieniową akcją 2013 zapraszam tutaj.

2014 obfitował i w niezwykłe, niezapomniane przygody, będące wynikiem działań, na które wcześniej bym się nie odważyła, jak choćby pamiętna miesięczna podróż stopem po Bałkanach. W 2013 roku odbyłam krótszą autostopową wycieczkę, a w 2015 planuję oczywiście jakąś jeszcze bardziej ambitną. Wracając do minionego roku, cieszę się, bo udało mi się być od pewnego momentu szczęśliwą i pewną siebie, tak jak planowałam. Zawsze starałam się taka być, ale czasem nie wychodziło. W drugiej połowie roku udało mi się odblokować i zacząć przenosić góry. Najeździłam się trochę i nalatałam, zdobyłam kolejne bezcenne autostopowe doświadczenia, poznałam niezwykłych ludzi, zobaczyłam wiele fantastycznych miejsc, o których istnieniu wcześniej miałam mgliste pojęcie. Udało mi się, może nie na długo i nie w dużym stopniu, ale jednak, dotrzeć do Azji, czyli zrealizować plan pod tytułem "postawienie stopy poza Europą", o czym od dawna marzyłam.

Z losowych statystyk, odwiedziłam w tym roku 15 państw, nie licząc Polski i Francji, przeczytałam 13 książek, czyli pobiłam statystycznego Polaka na głowę, ale i tak nie czuję się dobrze ze swoim wynikiem, a także wypiłam chyba z milion browarów, co mogło przyczynić się do faktu, że przytyłam 4 kilo, więc wyglądam mniej jak kościotrup. 

Nie brakowało dramatów (first world problems), które skumulowały się późną wiosną, ale wszystko dzielnie zniosłam i "odbiłam" sobie w kolejnych miesiącach. Ten rok był też rokiem inspiracji, odkryłam mnóstwo rzeczy, które mi się podobają, przygód, których chciałabym kiedyś posmakować, zaprojektowałam kilka wielkich podróży, które zacznę realizować w drugiej połowie 2015. 2014 podsumowuję jako dość burzliwy, ale niesamowicie pozytywny rok, pełen cudownych i emocjonujących doświadczeń.

Dobra, konkrety.



Zgromadziłam aż 73 karteczki, czyli o 6 więcej niż w zeszłym roku. Sukces. Ten rok miał być lepszy, no i był! Licząc świstki papieru (oraz bilety, banknoty, metki, paragony i cały inny syf, na którym notowałam) nie byłam pewna, czy faktycznie będzie ich więcej niż w 2013. Czytanie przysporzyło wielu uśmiechów: "a no taaaak!", "haha rzeczywiście!", "jak mogłam zapomnieć?!" "jeeeej, to było ekstra!". Przypomnienie sobie wszystkich maleńkich sukcesów i uśmiechów z minionych 365 dni to rewelacyjny moment. Wydarzyło się mnóstwo niesamowitych historii, jako najwspanialszy miesiąc zapamiętałam oczywiście sierpień (11 wspomnień). Wtedy właśnie 4 tygodnie spędziłam przedzierając się stopem przez Bałkany, co samo w sobie jest niezwykłym wspomnieniem, ale zdecydowałam się wybrać kilka konkretnych momentów z podróży i zakonserwować je w słoiku. Część szczęśliwych wspomnień z 2014 roku stała się z perspektywy czasu nieistotna albo wręcz w pewien sposób bolesna, ale są one rekompensowane przez morze wspaniałych momentów spędzonych z cudownymi ludźmi oraz podczas podróży.

Kolejny słoik, oznaczony oczywiście 2o15, już zawiera kilka karteczek. Postaram się pobić kolejny rekord! I oby każdy kolejny rok był lepszy od poprzedniego.
Blog Widget by LinkWithin