poniedziałek, 23 lutego 2015

Dziewczyny nie da się poderwać


Rozczula mnie zjawisko grupki facetów zastanawiających się, jak wyrwać dupeczki. Czy lepiej zagadać, zatańczyć, przyczaić się, udawać niezainteresowanego... Tysiące rozkmin, milion strategii. Wszystko na marne. Dlaczego? Bo dziewczyny nie da się poderwać.

Z dziewczynami sprawa jest o wiele prostsza, niż wielu facetom się wydaje. Techniki podrywu nie zdadzą się absolutnie na nic, jeśli laska po prostu was przekreśla. Nie spodobałeś się jej? Możesz wypruć sobie żyły i stanąć na rzęsach, ofiarować jej cały świat, zabrać w najromantyczniejsze miejsce i zrobić wszystko, co tylko możesz, a ona i tak cię oleje. Dziewczyna to nie jest gra komputerowa, w której wbijasz kolejne levele: najpierw ją poznasz, potem sprawisz, że cię polubi, potem będzie o tobie myślała, a jak będziesz się dostatecznie starał, to w końcu się z tobą umówi. Nie.

Faceci zdają się nie rozumieć, że to nie oni wybierają dziewczynę, to ona wybiera ich. Ok, po prostu wybierają się nawzajem. W naszym społeczeństwie przyjęte jest, że to samiec zdobywa samicę, nie odwrotnie. Przyzwyczajenie kulturowe. Jest to błędnie interpretowane, mężczyźni zdają się wyobrażać sobie, że dziewczyny są bezwolne, a w podrywaniu mogą przeszkadzać tylko okoliczności albo konkurencja innych samców. Nie rozumieją, że mogą się po prostu nie podobać i to jest właśnie powodem ich romantyczno-seksualnej klęski.

Uwierz mi, dziewczyna ma swoje zdanie na twój temat. Podobasz się jej lub nie. Jeśli masz szczęście i wpadłeś jej w oko, to nawet, jak zrobisz coś głupiego, to ona i tak będzie tobą zainteresowana. Jeśli ona nie bierze cię pod uwagę, to nawet twoje zajebiste metody podrywu obgadane z kumplami nie przyniosą żadnych rezultatów.


Jak spodobać się dziewczynie? Bądź sobą. Każda laska ma inny gust i po prostu sama (często podświadomie) oceni, czy w ogóle dopuszcza cię do zawodów, czy nie. Niekoniecznie od razu. Nie mówię o powierzchownym "podobaniu się" od pierwszego wejrzenia. Takie rzeczy wychodzą w praniu. Wygląd jest o tyle istotny, że zdążymy go ocenić, zanim ktoś w ogóle powie nam "cześć". Sama uroda jeszcze o niczym nie świadczy, dochodzi do niej mimika, gestykulacja, sposób poruszania, wypowiadania się. To wszystko widzimy bardzo szybko i już na tym etapie wiemy (z pewnym, hmmm sporym, ryzykiem błędu), czy dana osoba podoba nam się, czy nie. Potem dochodzi gadka i poznawanie charakteru. Jeśli dostałeś zielone światło, to będziesz się podobał, nawet, jeśli pierwsza historia, jaką uraczysz nowo poznaną dziewczynę to opowieść o tym, jak przekłuwałeś sobie wczoraj pęcherze na stopach.

Jasne, czasem po paru tygodniach, miesiącach, latach (!) zaczyna nam się podobać facet, którego początkowo w ogóle nie brałyśmy pod uwagę, albo (wasza zmora) traktowałyśmy jako "przyjaciela". Co się wydarzyło? Cóż, nic nie jest stałe. My się zmieniamy. Wy się zmieniacie. Poznajemy się lepiej. Pojawiają się nowe okoliczności. Jednak zapewniam, że fakt, że w końcu jej się spodobałeś, to nie dlatego, że sprzedałeś jej parę świetnych tekstów i wdrożyłeś sekretne taktyki wyrywania. Gdyby ona tego nie chciała, to twoje starania na nic by się nie zdały.

Dziękuję Aneczko za te wspaniałe telefoniczne rozkminy.
Słucham teraz Was!

środa, 18 lutego 2015

Kwestionariusz


Od czego rozpoczynacie nowe znajomości? Jak i gdzie poznajecie ludzi? Czy istnieją jakieś schematy? Naturalną odpowiedzią na trzecie pytanie wydaje mi się odpowiedź nie, ale chyba jestem w mniejszości. Cóż, zacznę od różnorodnych okoliczności poznawania osób.

Szkoła, uczelnia, praca. Standardowe miejsca, gdzie po prostu jesteśmy skazani na pewną grupę osób, więc siłą rzeczy nawiązujemy z nimi relacje - przyjazne lub wrogie, słabe albo bardzo silne, ktoś nam się podoba, ktoś nas drażni, do kogoś odczuwamy bezwarunkowy szacunek. Szkolne znajomości są dość wygodne, bo można je rozwijać w spokojnym tempie, bo tak czy siak się widujemy. Defaultowo poznajemy imiona (i często nazwiska) ludzi, więc nie musimy ich o to pytać. Mamy pewność (a przynajmniej dużą szansę), że jutro znów zobaczymy się z tymi osobami.

Internet. Mój mały świat, kiedyś bałam się internetowych znajomości (bo w gazecie pisali, że to bardzo niebezpieczne!), ale okazało się, że właśnie połączenie z siecią przysporzyło mi wielu niezwykłych kontaktów. Mówię oczywiście głównie o blogu (macham do BKWA, dziękuję za wszystkie dotychczasowe spotkania, czekam na następne! pozdrawiam nasze jednostki w Warszawie, Jaworznie, Radomsku, Katowicach, Krakowie i reszcie Polski, Wielkiej Brytanii, Holandii, wszystkich innych, nie bijcie jak o kimś zapomniałam! Tak naprawdę to w głębi serca pamiętam!). Blogowe znajomości (jak być może wiecie) (znów uzależniłam się od nawiasów), są o tyle ciekawe, że poznając osobę na żywo, w zasadzie sporo już o niej wiemy. Jasne, spotkanie może okazać się zaskakujące, ale w głowie mamy już pewien obraz osoby. Wspólny język, tematy. Wiemy, że będzie dobrze.
Innym, oczywistym dla mnie źródłem internetowych znajomości jest, rzecz jasna, Couchsurfing, dzięki któremu poznałam mnóstwo niezwykłych osób we wszelkich zakątkach Europy, zaprzyjaźniłam się z kimś, a nawet kiedyś zakochałam. Internet pomógł mi odnaleźć się w Paryżu i utrzymać przyjaźnie z Polski.


ZZ, czyli Znajomi Znajomych (nie, tym razem nie mówię o knajpie na Wilczej). Impreza, spotkania wśród ziomków, jakieś wyjścia, i poznajemy ludzi, z którymi mamy wspólnych znajomych. Od razu więc pojawiają się tematy, pozytywne nastawienie - jeśli przyjaźnisz się z tą osobą, co ja, to automatycznie mamy spore szanse się dogadać. Ta okoliczność poznawanie ludzi jednak różni się od powyższych, gdyż nie mamy automatycznie podanych informacji o nowej osobie (chyba, że nasi znajomi ogarnęli jakąś niezwykłą inaugurację i opowiadali nam o sobie nawzajem). Musimy sami wszystko zbadać. Podobnie jest, jak poznajemy ludzi we wszelkich innych okolicznościach - na ulicy, na melanżu, losowo. I tu pojawia się temat, który mnie fascynuje.


Ludzie często mają niezwykłą potrzebę przeprowadzania jakiejś nieformalnej ankiety, kwestionariusza z nowym znajomym. Pytają o imię, wiek, szkołę, życiowe zajęcie, pochodzenie i to, co jedli na śniadanie. Wypełniają jakiś niewidzialny formularz, bo jak tu żyć bez informacji, co studiuje nasz nowy rozmówca, albo w której dzielnicy miasta mieszka!

Nie rozumiem i nie zrozumiem. O ile imię wydaje się dość podstawową informacją, to okazuje się, że można naprawdę sporo dowiedzieć się o kimś wcale nie wiedząc, jak ta osoba się odzywa. Wpadacie na siebie, zaczynacie nawijać... I jakoś tak idzie. Albo widzicie się na każdej imprezie, macie wspólne wspomnienia, a nagle zdajecie sobie sprawę, że nie macie na temat tego człowieka tak "ważnej" informacji jak imię, że też o kierunku studiów nie wspomnę. Czy nie lepiej rozpocząć spontaniczną rozmowę na bieżący temat, zamiast zamulić "hej, no to co tam studiujesz"? Uważam, że lepiej gromadzić informacje na bieżąco, na drodze znajomości, zamiast zasypywać nowych ludzi gradem sztywniackich pytań. Nie poznamy od tego osoby lepiej. Wyluzujmy i pogadajmy o czymś ciekawszym. Proszę.

czwartek, 12 lutego 2015

Diss na Walentynki


Nie lubię nic robić "na zawołanie". Nie lubię wymuszonych sytuacji. Nie lubię spiny. Walentynki są do dupy.

Nie jest tajemnicą, że nie przepadam za różnorodnymi świętami, proszonymi kolacjami i innymi rodzinno-oficjalnymi spędami. Wszystkie te sytuacje kreują napiętą atmosferę, każdy chce dobrze wypaść, a okazja czegoś od nas wymaga. Urodziny wymagają radości, że znów się postarzeliśmy a nasza śmierć jest o rok bliżej. Wigilia Bożego Narodzenia wymaga rodzinnej czułości i uśmiechu w podzięce za nieudane prezenty (wszystko to jest okupione oczywiście krwiożerczą i hajsożerczą walką o takie właśnie podarki dla "najbliższych"). Sylwester wymaga super nastroju do zabawy. Walentynki wymagają okazywania uczuć.


Ale... dlaczego mamy to robić akurat wtedy?

Dookoła wszystkich świąt i "dni" (dzień matki, dziecka, farmera) narosła otoczka sztucznej radości i miłości. Super, jest jeden dzień w roku. kiedy trzeba na pokaz cieszyć się, że ma się dziewczynę/tatę/babcię i im to okazać. Po co robić to spontanicznie przez cały rok, skoro można odczekać do określonej daty w kalendarzu, kupić bukiecik i mieć stres z głowy na cały kolejny rok.

Uwielbiam okazywać uczucia. Dawać i otrzymywać prezenty. Jeść pączki. Nie oznacza to jednak, że będę miała na to ochotę akurat kolejno w Walentynki, święta i Tłusty Czwartek, zwłaszcza, gdy całe otoczenie sugeruje, że właśnie tym powinnam się zająć. Nie. Spokojnie. Wszystko w swoim czasie. Lekko. Spontanicznie. Fajnie, że chrześcijanie wymyślili sobie, że 14 lutego będziemy się wszyscy kochać i obściskiwać, szkoda tylko, że naturalnie wszyscy robią na tym biznes i cała magia gdzieś prysła w powodzi czerwonych serduszek. Świetnym przykładem jest premiera fifti szejds of grej. Pamiętacie moją recenzję książki? Jeśli obejrzę film i przeżyję, to prawdopodobnie również się ustosunkuję.

Wszystkie te święta sprawiają, że się stresujemy. Co kupić/przyszykować chłopakowi na Walentynki? Babci na urodziny? Rodzicom na rocznicę? Bratu na święta? Czy naprawdę o to chodzi? Mamy przeżywać miłe momenty czy biegać z kurwikami w oczach w poszukiwaniu prezentów? Chyba nie na tym ten miły relax polega. Ludzie gdzieś zgubili definicję i za bardzo wkręcili się w sztywne daty i materialistyczną potrzebę ofiarowania czegoś... A ta druga strona musi przecież cieszyć się z upominku, nawet, jeśli nie ma na to ochoty.

Zastanówcie się. Jak kocha, to się nie obrazi, że nic nie macie. A może nawet doceni fakt, że jesteście na luzie. A może zabierze was wtedy na piwo i burgera, bo co może być bardziej romantycznego?

No dobrze, make love i szczęśliwych Walentynek! 

wtorek, 3 lutego 2015

Wielkie Tabu


Są takie tematy, które po prostu nie działają. Poprawka. Oczywiście, że działają, ale tylko w określonym (wąskim) towarzystwie. Towarzystwie, które nie przejmuje się tym, co ludzie powiedzą.

Jak to jest, że o większości czynności wykonywanych przez 100% społeczeństwa, takich jak jedzenie, picie, sen, ubieranie się, słuchanie muzyki, czy przeglądanie się z uwielbieniem w lustrze można normalnie gadać, a o innych nie? Już nie powiem o jakich, bo jeszcze ze zgorszenia uciekniecie z mojego bloga i nigdy tu nie wrócicie.

No dobrze. Jednak zacznę. Jednym z tych tematów jest oczywiście seks. Słowo na dźwięk którego stare baby w autobusie zatykają sobie usta (bo jak można wypowiedzieć je w miejscu publicznym!), a dzieciaki się śmieją, choć oczywiście nawet nie wiedzą z czego. Seks, który jest tak naturalny, jak picie wody, przygotowywanie obiadu, kładzenie się do łóżka i sikanie (o nie!!! kolejny zakazany temat). Rodzice rzadko z nami o nim rozmawiają, bo nie wiedzą jak, zresztą przecież i tak dowiemy się w szkole. Nie, nie na lekcji przyrody w IV klasie, prędzej na korytarzu.

Są też rzeczy, których NIE WYPADA robić. Nie możemy się zachować tak lub inaczej, bo to nam NIE PRZYSTOI. Nie znoszę tych określeń. Dziewczynie nie wypada usiąść w rozkroku. Nie wypada jej też za głośno się śmiać. A co dopiero całować się z nieznajomym. Ludziom powyżej ok. 13 roku życia nie wypada przesiadywać na placu zabaw. Poważnym biznesmenom nie wypada się wygłupiać. Nikomu, ale to nikomu nie wypada się upić. A dlaczego? Bo... Co ludzie powiedzą? Całe osiedle patrzy. Sąsiedzi będą gadać.

ludzie w tramwaju będą gadać

Zauważyłam (z niemałą pomocą), że nawet, jeśli zrobimy coś z tych zakazanych czynności z akapitu wyżej, to ludzie nie będą gadać, jeśli tylko my sami mamy do tego odpowiednie podejście. Łapiąc się drastycznego przykładu (i ocierając się o tematy nierówności i niesprawiedliwości), dziewczyna, która przespała się z typem na imprezie uchodzi za łatwą. Why? Bo marudzi potem wszystkim koleżankom, że dała się wykorzystać, że on nie dzwoni. Że była pijana. Że żałuje. A co robi typ? Typ, który jest dokładnie w takiej samej sytuacji - również przeleciał osobę, której nie zna, więc też powinien uchodzić za łatwego, puszczalskiego itd? Otóż typ nie przejmuje się takimi pierdołami i nie kreuje wokół siebie aury pokrzywdzonego, więc automatycznie ludzie mają do niego większy szacunek.

Wykluczenie ze społeczeństwa to największa kara dla człowieka. Wszyscy mamy potrzebę akceptacji, nawet przechodząc okresy buntu. Nikt nie jest samowystarczalny i tak czy inaczej będzie musiał współpracować z innymi ludźmi. Chcemy być lubiani, a żeby być lubianym, nie można za bardzo odstawać. Chyba, że zamiast bycia lubianym przez wszystkich, wybierzemy bycie lubianym przez określoną, wąską grupę ludzi. Ludzi, którzy nie boją się gadać o tym, co z różnych religijno-tradycyjno-zaściankowych powodów jest Wielkim Tabu.
Blog Widget by LinkWithin