środa, 22 lipca 2015

Dlaczego Gruzja?


Na to pytanie, podobnie jak na większość pytań dotyczących mojej osoby, moich zachowań i pomysłów, nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Może poza "nie wiem", ale ta nie brzmi dość satysfakcjonująco.


O Gruzji marzę od dawna. Wymyśliłam kiedyś, że koniecznie chcę tam pojechać, bez jakiegoś określonego powodu. Zaczęłam się potem interesować tym krajem i mój entuzjazm nie osłabł, wręcz przeciwnie. Niezwykłe widoki, piękne góry, przesympatyczni ludzie. Pyszne jedzenie, gościnność, wino, słońce... Czego więcej mi potrzeba?


Naczytałam się sporo o Gruzinach, ich luźne i entuzjastyczne podejście do życia bardzo mi odpowiada. Ile można jednak czytać? Muszę się przekonać na własnej skórze, jak tam jest. 


W Gruzji będę już dziś wieczorem, więcej o tej podróży tutaj. Wybieram się z niezawodnym towarzyszem podróży, z którym w zeszłym roku podbiliśmy Bałkany. Lecimy do Kutaisi, a potem zwiedzamy autostopem. Przemieścimy się do Armenii i Iranu, do którego właśnie wyrabiamy wizy. Szykuje się niezwykła, magiczna wręcz podróż, która powinna przebić wszystkie poprzednie. Taki właśnie był plan - być dumnym z każdej odbytej podróży, a następnym razem wyruszyć w jeszcze lepszą.

Nie będę nic więcej pisać, bo przecież sama nawet nie wiem, o czym piszę. Dziś wyruszam do Gruzji, potem będę opowiadać. Wyjazd wiąże się z chwilową abstynencją blogową, ale będę dawać znaki życia na Facebooku, zapraszam. Życzę wszystkim fantastycznych wakacji.

wtorek, 14 lipca 2015

Pracowici, ale mało zdolni


Jak to jest, że niektórzy muszą się napracować, nagimnastykować, wyrwać sobie wszystkie włosy z głowy i wylać z siebie hektolitry potu, aby coś osiągnąć, a innym wszystko przychodzi łatwo, naturalnie? Że są ludzie, którzy mają po prostu talent do załatwiania spraw, zdawania egzaminów i ogarniania życia bez najmniejszego wysiłku?

Odwróćmy pytanie, bo osobiście uważam, że to normalne (i fajne), że tacy obrotni ludzie istnieją. Intryguje mnie raczej ta druga strona medalu - ludzie pracowici, ale mało zdolni. Każdy z nas miał w szkole albo na studiach taką Mariolkę (z góry przepraszam wszystkie Mariolki, nic osobistego, moja Mariolka miała inaczej na imię, zbieżność przypadkowa; po prostu wygodnie będzie mi się operowało jakimś kryptonimem, padło akurat na ten), która pilnie wszystko notowała, przychodziła na wszystkie wykłady, nawet te w piątek o 19, miała kalendarzyk z zaznaczonymi wszystkimi kolokwiami, sprawdzianami, konsultacjami. Gdy na korytarzu ktoś poruszył temat nadchodzącego egzaminu, to się ożywiała, mówiąc, że już wypożyczyła książkę z biblioteki. Po zakończonej klasówce, gdy wszyscy wychodzili z klasy i chcieli odetchnąć, Mariolka wypytywała, co napisali w szóstym, i czy to dziwne, że w podpunkcie b) wyszło jej siedemnaście miejsc po przecinku. Tak, Mariolka, dziwne, wychodził ładny wynik, a Ty najwidoczniej coś zjebałaś. Jak zwykle zresztą. Mariolka lubiła uczyć się rozwiązań zadań matematycznych na pamięć i kompletnie traciła głowę, gdy treść zadania odrobinę się zmieniała. Mariolka miała piękne notatki ze wszystkiego, napisane przesłodkim, dziecinnym, zaokrąglonym pismem, wszystkie tematy i pojęcia podkreślone i otoczone rameczką. Mariolka była niezwykle sumienna, zawsze przygotowana, w domu spędzała całe dnie i noce na wkuwaniu, przed egzaminami ręce jej się trzęsły ze stresu. A potem i tak miała marne wyniki. Dlaczego? Bo była po prostu tępa.


Genialne połączenie mrówczej pracowitości z brakiem polotu i ogarnięcia. Zguba. Okupione potem i łzami wysiłki idą na marne, przecież Mariolka nie opuszcza ani jednego wykładu, a następnie spędza 3 dni wolne na próbach opanowania materiału. Na egzamin przychodzi również jakiś ewidentnie zmelanżowany typ, którego nikt nigdy nie widział, a prowadzący pyta, czy typ jest na pewno z tej grupy. Typ na luzie potwierdza, siada, pisze, wychodzi, zalicza. Mariolce frustracja wycieka z oczodołów.

Czy Mariolka powinna więc olać to i przychodzić na egzamin nieprzygotowana i liczyć, że się uda? Nie o to chodzi. Mariolka po prostu nie umie funkcjonować bez procedur takich, jak kilkudniowe wkuwanie i zaznaczanie notatek gwiazdkami i kolorowymi liniami. Mariolka jest niestety za mało spontaniczna, by przejrzeć materiał na chillu, zrozumieć go, a potem odpowiadając na pytania otwarte zwyczajnie używać mózgu. Mariolka musi się nauczyć na pamięć, bo inaczej się pogubi.

Chciałabym teraz powiedzieć, że współczuję takim Mariolkom, ale nie będę kłamać. Jeżeli ktoś angażuje się w pracę/naukę tak bardzo, że nie ma życia, a potem i tak oblewa albo ledwo się prześlizguje, to niestety nie wzbudza to mojego szacunku. Również w sytuacji, gdy Mariolka ma same piąteczki, ale potem okazuje się, że wyznawała zasadę ZZZ - zakuć, zdać, zapomnieć i dzień po egzaminie już nie wie, co na nim było. Tak. Egzaminie z nauk ścisłych. Najważniejsze, że wykształcenie wyższe zostało osiągnięte.

sobota, 4 lipca 2015

nieSwobodnie


Czy czujesz się swobodnie? W towarzystwie rodziny, przyjaciół, ukochanej/ukochanego, swoim własnym? Tak? ... na pewno?

Każdy chyba przechodził przez okres potrzeby przypodobania się innym. W mniejszym lub większym stopniu. Potrzeba akceptacji przez rówieśników jest bardzo silna, uaktywnia się szczególnie w dzieciństwie i okresie dorastania, w szkole. Każdy ma jakieś fajne koleżanki czy kolegów, którzy trzęsą tą budą i wszyscy chcą ich znać. Chcemy być tacy, jak oni, szukamy więc sposobu na bycie fajniejszym. Udajemy, że interesujemy się kosmetykami lub piłką nożną, mimo, że w rzeczywistości obchodzi nas to tyle, co zeszłoroczny śnieg... Jednak, skoro grupa szkolnych liderów o tym nawija, to znaczy, że coś jest na rzeczy i po prostu warto o tym rozmawiać. Ubieramy się na kolorowo/czarno/w miniówki/wąskie spodnie, zależnie nie od tego, co nam pasuje, ale co jest na topie. Podlizujemy się tym fajnym "znajomym", nie rozumiejąc jeszcze, że wywołamy odwrotny skutek. Ja zawsze byłam takim outsiderem, który chciał być fajny, popularny i mieć dużo znajomych, ale mu nie szło. Miałam dobrą przyjaciółkę, ale pewnie gdybym miała możliwość, to bym ją wymieniła za tabun fajnych kumpli. Chciałam być taka jak inni, ale cóż, nie byłam. Jak czasem zaszalałam i uzewnętrzniłam swoje gusta poprzez chociażby strój, to byłam wyśmiewana. Odcinałam się od szarego tłumu, więc dzieciaki uznawały za stosowne nabijanie się ze mnie. Te popularne, fajne dzieciaki, do których chciałam należeć. Swoją drogą, ciekawe, czy oni byli naprawdę tacy fajni. Czy serio mieli naturalny talent do przyciągania do siebie ludzi i bycia cool, czy też odgrywali jakąś rolę? Czy byli sobą? Czy czuli się swobodnie?

Jesteśmy wychowywani w świecie pełnym tabu, niestosownych tematów, zasad, to wypada robić, tamtego nie. Rodzice, nauczyciele i inni uczniowie powtarzają bezmyślnie to, co sami wynieśli z domów, nikt się nad niczym nie zastanawia. Jako dzieciak jesteś wychowywany w określony sposób, potem nagle okazuje się, że już jesteś dorosły, ale dalej wstydzisz się rozmawiać na pewne tematy i wolisz udawać, że pewne kwestie nie istnieją. Mam znajomych, którzy obdarzają mnie karcącym/oburzonym spojrzeniem albo wręcz zwracają uwagę, jeśli łyknę sobie zdrowo browarka, a potem beknę. Bo tak się nie robi. Bo to obleśne. Bo śmierdzący menel się tak zachowuje, a młodej dziewczynie po prostu coś takiego nie przystoi. I ci ludzie naprawdę wierzą w to, że bekanie jest gorszące. To są ci sami ludzie, którzy przez 5 lat związku udają, że nigdy nie chodzą do kibla na numer 2, nie pytają innych o poglądy na temat aborcji, nie śmieją się z żartu, który jest 10/10 śmieszny, ale występuje w nim słowo papież, rumienią się, jak usłyszą słowo "seks" oraz łapią się za głowę i zatykają swoim dzieciom uszy, jak na spacerze miną grupkę wulgarnej młodzieży okupującą ławkę.

to ja jak jestem sobą

Nie znoszę takiego pruderyjnego podejścia. Czy ci ludzie naprawdę chcą całe życie udawać? Zamykać się na pewne tematy, jakby nie istniały? Kiedyś bardzo ostrożnie podchodziłam do tematu nowych znajomości. Bo co będzie, jak kogoś zranię swoimi poglądami albo swoją bezpośredniością. No cóż, najwyżej zranię, a ten ktoś nie będzie chciał mnie znać. I dobrze, bo po co mi koleżanka, przy której nie mogę być sobą?

Chcę być sobą. Jestem sobą. Otaczam się ludźmi, którzy lubią mnie, a nie jakąś dziwną wersję mojej osoby, która zachowuje się w nieco odmienny sposób, niż ja bym tak naprawdę chciała. Nie znoszę nie czuć się przy kimś swobodnie, ale niestety taka sytuacja jest czasem nieunikniona - zwłaszcza, gdy z jakiegoś powodu muszę być miła dla osoby, która mi kompletnie nie odpowiada. Bina, fałszywcu, jakaż to sytuacja każe ci się komuś przymilać? Sięgnijmy do mojego świata, autostopu. Podwozi mnie dziadek o bardzo specyficznych poglądach, z którymi bardzo chętnie bym polemizowała, ale nie mogę, bo nie chcę stracić cierpliwości i dać się wysadzić gdzieś pod Kielcami, do Warszawy jeszcze daleko. Włącza mi się wtedy znienawidzony przeze mnie cienki głosik, nad którym nie umiem zapanować. Przyjaciele od razu wiedzą, kiedy ja tak naprawdę nie wiem, co robić i co mówić i jestem zestresowana lub przytłoczona sytuacją. Zaczynam mówić piskliwie. Żena.

Olejcie konwenanse i zachowujcie się tak, jak chcecie!
Czy życie nie będzie wtedy prostsze i piękniejsze?
Blog Widget by LinkWithin