wtorek, 10 listopada 2015

Belgia


Podczas ostatniej autostopowej wycieczki po Europie zatrzymałam się na parę dni w Belgii. Nie zwiedziłam wiele, zaledwie Brukselę i Antwerpię, ale udało mi się wyrobić sobie punkt widzenia. Frytki, zabawna francuszczyzna, ser, czekolada, chill, deszcz... browary!


Belgijskie piwa to temat na osobny akapit. Mieszkając we Francji mam niestety wbrew pozorom bardzo ograniczony dostęp do belgijskich browarów. Francuzi zdecydowanie nie są piwoszami, nie sprowadzają więc złocistych specjałów zza północnej granicy. A jak już sprowadzają, to te najmniej godne uwagi. W Belgii możemy przebierać w piwach, z których zdecydowana większość jest po prostu świetna. Najczęściej dostępne są w butelkach o objętości 33cl. Są to więc... małe piwa, ale trzeba brać poprawkę na to, że najsłabsze z nich mają 8 punktów ataku (często zdarza się i 12%), więc klepią w dekiel. Smaki są bardzo wyraźne, kolor bursztynowy, napoje są zacne i esencjonalne. Po wycieczce na Oktoberfest podniosły się moje piwne standardy. Belgia jak najbardziej im sprostała. Nie powiem, że je podniosła, bo po prostu ich piwo ma kompletnie inny charakter niż to, co piję na co dzień. Szacunek.


Architektura zarówno w Antwerpii jak i Brukseli przykuła moją uwagę. Rzadko kiedy zachwycam się ryneczkiem czy innym starym miastem, ale tym razem nie przeszłam koło nich obojętnie. Wąskie belgisjkie kamieniczki cieszą oko, często ozdobione są niewielkimi rzeźbami albo złoconymi posążkami. Miasta są wizualnie bardzo przyjemne, czuć zarówno klimat ocierający się o Paryż, jak i ewidentnie holenderskie, czasem wręcz skandynawskie, wpływy.

Do ciekawostek zaliczam fakt, że po brukselskich parkach i podmiejskich lasach latają papugi. Zielone, egzotyczne aleksandretty, które 50 lat temu opuściły zoo, po czym skubane świetnie się zaaklimatyzowały, rozmnożyły i zaczęły być postrzegane jako szkodniki. Masy jaskrawych ptaszysk siedzą w koronach flandryjskich drzew i skrzeczą w charakterystyczny sposób. Okazuje się, że nie muszę jechać do południowo-wschodniej Azji albo do Ameryki środkowej aby zobaczyć dziko żyjące papugi.

Beka z Belgów. Nabijają się z nich zarówno Francuzi, jak i Holendrzy. Jedni i drudzy twierdzą, że Belgowie, typowo belgijskie zachowania oraz mowa stanowią mieszankę delikatniej francuszczyzny z holenderskim porządkiem. W państwie wiatraków i tulipanów nasłuchałam się ludzi parodiujących Belgów. Mówili po niderlandzku, jednak z wyraźnym francuskim akcentem. Będąc w Antwerpii nie zwróciłam na to uwagi, ale belgijska mowa skontrastowana z oschłymi niderlandzkimi głoskami faktycznie zalatywała frenchem. Z kolei Belgowie z południa, którzy na co dzień posługują się właśnie językiem francuskim, brzmią moim zdaniem bardzo zabawnie i rozkosznie, wplatają niderlandzkie wyrazy i nadają każdemu słowu kanciastego, północnego charakteru.


Belgia, konkretnie Antwerpia i Bruksela zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie. Poznałam przyjaznych ludzi, zobaczyłam ciekawe miejsca, nażarłam się pyszniutkich fryteczek, a przede wszystkim, napiłam się znakomitego piwa. Szczerze polecam te miejsca, zarówno fanom siedzenia w pubach lub imprezowania, jak i koneserom uroków architektury. Zmieniłabym jednak pogodę, włączyłabym jakieś podgrzewanie i olbrzymi wiatrak, który przepędziłby deszczowe chmury, bo akurat pod tym względem północne rejony Europy totalnie ssą. W każdym razie, propsy dla Belgii!
Blog Widget by LinkWithin