środa, 30 grudnia 2015

Defaultowo brzydcy


Ostatnio wzięłam pod lupę ludzi, którzy lubią przejmować się swoim wyglądem, (niską) jakością swojego życia, a następnie zwalić całe zło świata na... nie wiem, cokolwiek, kogokolwiek. Wszystko, byleby nie wziąć odpowiedzialności za swoje niepowodzenia.



Marudne to, strasznie lubi ponarzekać.

Dziś skupię się na wyglądzie. Na wyglądzie, przez pryzmat którego oceniamy ludzi (nawet nieco mimowolnie) od pierwszych sekund znajomości. Gruby, monobrew, rudy, boskobrody, zapuszczone paznokcie, niebieskie oczy, czarujący uśmiech. Każdy z nas dysponuje mnóstwem cech, wrodzonych jak i nie, takich, na które mamy wpływ, oraz takich, których nie zmienimy. Wbrew pozorom mamy ogromny wpływ na swój wygląd, a ludzie zdają się o tym zapominać. Najprościej jest narzekać na genetykę albo zwalać swoje sadło na "grube kości" czy też "przysadzistą budowę ciała". Z drugiej strony, ludzie niestety często wpadają w kompleksy z powodu cech wyglądu, na które zwyczajnie nie mają wpływu, jak za niski wzrost, za duży łeb, za szeroko rozstawione oczy, za długie palce. Większość z nich na pewnym etapie swojego życia zaczyna jednak rozumieć, że pewnych spraw po prostu nie da się zmienić (a zresztą po co ktoś tak naprawdę miałby je zmieniać?) i się do nich przyzwyczaja, a co sprytniejsi robią z nich atuty. Każda laska zna chyba kolesia, za którym pożądliwie ogląda się każda kobieta, mimo, że on ma 165cm wzrostu. Są dziewczyny, które przykuwają uwagę wszystkich facetów, choć nie uchodzą za stereotypową piękność. Kluczem jest pogodzenie się z tym, czego i tak nie damy rady w sobie zmienić. Problem pojawia się, gdy tłusty pasztet marudzi, że nikt go nie lubi, bo jest tłustym pasztetem. Zapuszczony brzydal płacze, że jest zapuszczonym brzydalem. Nie urodziliście się grubi, zarośnięci, brudni czy przygarbieni, więc są to zmiany odwracalne. Ludzie, nie wiedzieć czemu, nie czają, że otyłość da się wyleczyć, w większości przypadków lataniem na siłownię i ogarnianiem diety, a brwi można rozdzielić raz na zawsze za pomocą pęsety. Prościej jest zaszyć się za ścianą swoich kompleksów i wpierdzielić kolejną czekoladę. Na pewno?


Nasze życie, podejście, przygody (lub ich brak), stres, doświadczenia, wszystko to wpływa na nasz wygląd. Stare baby w autobusie wyglądają jak wściekłe, wygłodniałe sepy, bo przez całe życie marszczą brwi i ogólnie się krzywią. Od pewnego wieku po prostu przestaje im to schodzić z twarzy, na której paskudny grymas jest już odciśnięty na zawsze. Zdarza się, że ludzie mają blizny. Wypadek, wojna, albo rozbijanie czołem deski po pijaku na melanżu. Niektórzy są bladzi, przykurczeni i łysiejący, bo życie zrzuciło na nich jakiś straszny ładunek, z którym nie mogą sobie poradzić. Inni mają wokół oczu całkiem urocze zmarszczki, które uwydatniają się, gdy ta osoba szeroko się uśmiecha. Nasz organizm zbiera nasze doświadczenia i oddaje je na różne sposoby. Rodzice i dziadkowie przekazują nam wiele cech. Nie wpłyniemy na swój kolor skóry, wzrost, kształt twarzy. Narzucone defaultowo. Trzeba się do tego przyzwyczaić, bo inaczej będzie nam wiecznie źle. Zaraz potem pojawia się jednak spektrum możliwości, cech, które możemy edytować, kształtować, wybierać. No powiedz, nie zainteresowałaś się kiedyś jakimś ciekawie brzydkim mężczyzną, bo "coś w sobie miał"?

Patrząc na człowieka jesteśmy w stanie wiele o nim powiedzieć. Niekoniecznie mamy rację, ale jego wygląd podpowiada nam wiele rzeczy. Wygląd, który pozornie nie jest ważny, bo liczy się wnętrze (oczywiście!), ale w rzeczywistości gra dużą rolę w odbiorze drugiej osoby. Możemy być niżsi niż Clint Eastwood oraz nigdy nie dołączyć do grona kulturystów, ale po prostu pogódźmy się z tym. Nie nawołuję do podniesienia poziomu urody przeciętnego Janusza czy standardowej Grażyny, ale po prostu chciałabym, żeby dobrze żyli z tym, jak wyglądają. Wtedy wszystkim będzie lepiej. Amen.

czwartek, 10 grudnia 2015

Future self


Myślicie o sobie samych z przyszłości, czy też nie? Ja różnie. Niestety zazwyczaj zapominam o Binie, która będzie tu za godzinę, jutro, za tydzień. Czasem ją też zwyczajnie olewam. Dbam o tą, która jest tu i teraz.

Dziś zrobię to, to, i to i to i to i to i to i to i to i to i to. O, zrobiłam tylko trzy z wymienionych rzeczy, ale w sumie spoko, sumienie uśpione. Coś tam zrobiłam. Teraz się mogę zająć czymś innym, a resztą będę martwiła się później.

W sumie powinnam zostawić to żarcie na jutro, bo nie będzie mi się chciało iść rano do sklepu... Ale teraz mam na nie ochotę, więc je po prostu zjem.

Mam parę obowiązków, zacznę więc od tych najłatwiejszych i najprzyjemniejszych, bo tych ciężkich mi się nie chce robić, zrobię to później.


Zrobię to tak z grubsza, a na jutro zostaną tylko poprawki.

Już jestem naebana, ale wypiję browar, skoro dajo.


Znane? Masakra! Może ja po prostu jakoś częściowo mimowolnie i nieświadomie postępuję w myśl zasady carpe diem, nie oglądam się na nic, korzystam z chwili, a resztą niech się inni martwią? Problem w tym, że ci inni to ja. Ja z przyszłości. Bina, która zmaterializuje się za określony czas i będzie musiała walczyć z górą niezmytych garów, bo trzeba coś upichcić a patelnia jest brudna i zaschnięta na dnie zlewu. Będzie musiała zwiększyć obroty, bo czas na zrobienie projektu się kończy, a wczoraj się nie chciało, bo fajniej było robić cokolwiek innego. Będzie kleiła od nowa makietę, bo zrobiła to po łebkach, bo może wytrzyma. Nie chciało jej się wcześniej przykładać.

pic not related

A może ja się zasugerowałam słowami słynnego mędrca Paulo Coelho, o tym, że ludzie, którzy skupiają się na przyszłości, nie przeżywają ani przyszłości ani teraźniejszości? A może moim ulubionym cytatem Goethego, nothing is worth more than this day. You cannot relive yesterday. Tomorrow is still beyond your reach. Ja po prostu skupiam się na tym, co się dzieje, i sobie żyję i się cieszę, a potem ponoszę konsekwencje. Może powinnam to zmienić? A może tak, a może nie, a może jutro, niech Sabinka z przyszłości mi to ogarnie.

wtorek, 1 grudnia 2015

Fotopolo


Nie wiem, czy to odpowiednie słowa, ale smuci mnie sposób dokumentowania fotograficznego we współczesnych czasach. Mam na myśli fakt, że mamy aparaty cyfrowe, które pozwalają na zrobienie nieskończonej ilości zdjęć i usunięcie ich (lub, co gorsza, nieusuwanie) bez żadnych konsekwencji. Było to bardzo spoko, gdy cyfrówki były jeszcze młode i nagle na wakacjach nie trzeba było zamykać się w ciasnej kliszy, a zdjęcia zobaczyć od razu, a nie dopiero po wywołaniu. Problem zaczął się, gdy pojawił się wielki boom na social media i ludzie chyba zapomnieli, po co robią zdjęcia. Okazało się, że fotek nie strzelamy po to, by je mieć dla siebie, ale żeby pokazać je największej ilości osób i żeby dostać od nich górę lajków i innych serduszek.

Miałam krótką przygodę z instagramem. Bo fajnie, bo czemu nie. Wstawiałam tam jakieś rzeczy, obserwowałam znajomych. Większość z nich wstawiała zdjęcia, na które absolutnie nie miałam ochoty patrzeć, no ale cóż, to moja koleżanka, ona mnie followuje, nie wypadałoby teraz jej olać. Niewygodne. Instagram zaczął mi jeszcze bardziej ciążyć, gdy przyłapałam się na tym, że codziennie szukam okazji, obiektu do sfotografowania, fajnej stylówki, bekonu na patelni, czegokolwiek, co mogłabym z dumą zaprezentować rosnącej rzeszy fanów. Niewygodne. Niezręczne. Nieprawidłowe... niefajne. Zaczynałam być więźniem tej głupawej społeczności, nikt tak naprawdę nie wie po co. Punktem wyjścia miał być blog i sprawianie, by ludzie, którzy przypadkowo trafią na moje konto na insta weszli na mojewywody. Nie zadziałało, gdyż wśród moich zacnych obserwatorów nie brakowało jakichś Turasów, losowych Latynosów i nie wiadomo, kogo jeszcze. Polacy, których miałam na insta trafili tam, bo link był na blogu. Bez sensu. Odwrotnie. Instagram usunęłam pod wpływem impulsu, stwierdziwszy, że nie potrzebne mi to w życiu. Decyzji nie pożałowałam ani razu.

o, a to jest zdjęcie, które zrobiłam na Mazurach i będę się chwalić, bo ładne

Clau zwróciła mi uwagę na ciekawy fenomen. Zaczęłam jęczeć, że współcześnie ludzie wstawiają zdjęcia swoich obrzydliwych bachorów, obrzmiałych cyców, tandetnych śpioszków iiiiii w ogóle fu, nie będę na to patrzeć, jak tak można, niszczą dziecku życie od pierwszych dni życia zakładając mu konto na fejsie i tylko czekają na morze uprzejmych komentarzy i buziaczków od internetowych znajomych. Clau powiedziała, że przecież zawsze tak było. Ludzie od zawsze lubili chwalić się zdjęciami dzieci, tak samo, jak dwudziestoma milionami niezwykle nudnych fotek z wakacji. Nie istniał jednak internet, więc żeby zalać swoich biednych znajomych powodzią fociaczków, trzeba było zaprosić ich do domu na specjalne posiedzenie przy herbatce, wyciągnąć siedem albumów i zacząć pokaz. Tu Marcysia dwa dni po urodzeniu, tu Marian na Trzech Koronach, tu Grażyna Wieloryb opala cielsko na plaży. Ludzie zawsze mieli potrzebę pokazania, co im się udało, gdzie byli, co fajnego zrobili. Fejsbuk im to po prostu ułatwił, ale tego nie zapoczątkował. Co nie zmienia faktu, że współcześnie ekshibicjonizm fotograficzno-myślowy osiąga jakieś obleśne apogeum.

Robię zdjęcia. Fotografuję żarcie, by pochwalić się mamusi, co dziś ugotowałam, bo od jakiegoś czasu jestem samodzielną gosposią. Cykam zdjęcia, gdy podróżuję, bo oglądanie ich sprawia mi potem olbrzymią przyjemność, przenosi z powrotem do miejsc, które odwiedziłam, wywołuje uśmiech. Znajomym wysyłam szczątkowe ilości, żeby wiedzieli, co u mnie, gdzie jestem, co zwiedziłam, kogo poznałam. Jeśli poproszą o więcej, chętnie pokażę. Zazwyczaj nie proszą. Nie dziwię się. Wolę je oglądać sama albo z współtowarzyszami podróży, tak jest po prostu najfajniej. Robię zdjęcia podczas codziennych sytuacji, picia piwa, grania w gry planszowe, spaceru po mieście. Potem, gdy przeglądam rolkę z aparatu /pfff/ przypominam sobie, co się działo i robi mi się miło na sercu. Wstawiam co jakiś czas zdjęcia na fanpage'a bloga. Dlaczego? Bo od tego jest fanpage. Wydarzyło się coś, z czego jestem zadowolona, zrobiłam lub zobaczyłam coś, co chciałabym pokazać ludziom? Pokazuję. Rzadko, ale jednak. Zwłaszcza, jeśli jest to związane z blogiem. Blogowy facebook to jedyne miejsce, w którym dzielę się ze światem swoimi prywatnymi zdjęciami. Nie chcę powielać tego na różnych social media, bo po co?

Gdy robiąc zdjęcie myślisz ale będzie góra lajków! albo ciekawe, z którym filtrem najlepiej będzie wyglądało na insta, to robisz to źle. Nie po to się robi zdjęcia. Amen.
Blog Widget by LinkWithin