sobota, 25 czerwca 2016

Malta express: luźne brednie, czyli wywód kelnersko-francusko-turystyczny


Czasem w życiu dochodzę do wniosku, że nic mnie już nie zdziwi. Podjęcie roboty w turystycznej knajpie w centrum stolicy Malty oczywiście dostarczyło mi jednak tylu wrażeń, że wypieram się wcześniejszego stwierdzenia. Ludzie po prostu nie przestaną mnie zadziwiać.

/archiwa mojewywody.pl
24 października 2014
Bydło

Ludzie chyba nigdy nie przestaną mnie zadziwiać. Myśleliście, że tylko w Polsce jest bydło? Że tylko u nas mogłaby zdarzyć się scenka typu "idę do Ikei ze słoikiem, żeby nalać sobie darmowego ketchupu ze stoiska z hot dogami"? Że "od razu widać, że Polacy, bo taka wiocha"? Otóż nie. Bydło i wiocha są wszędzie. I wcale nie trzeba dużo szukać. (czytaj dalej)

(^ zachęcam do przeczytania tego wpisu, śmieszne, sama się zdziwiłam, że taką śmieszną rzecz półtora roku temu napisałam)
/

Podczas szkolenia dotyczącego wysyłania zamówień do kuchni ze specjalnego komputerka dowiedziałam się, że w zasadzie możemy ingerować we wszystkie pozycje w menu, zmienić co tylko chcemy. Jest to użyteczne w momencie, gdy np. ktoś będzie na coś uczulony, zażyczy sobie bezglutenową wersję makaronu (lol) albo po prostu chce pizzę jakąś tam, ale bez tego, za to z dodatkowym czymś innym. Spoko. Dowiedziałam się nawet, że możemy zmienić typ makaronu - w karcie jest około dziesięciu makaronowych dań, każde skomponowane z określonym rodzajem kluseczek, bo kuchary wymyśliły sobie, żeby było tak, a nie inaczej. Zastanawiam się - po co więc ktoś miałby to zmieniać? Cóż. Kelneruję, krzątam się, zbieram zamówienia. Jakaś pani prosi o makaron. Wybrała sobie pozycję penne arrabiata - informuje mnie jednak, że nie lubi penne. Czy mogłaby to dostać z fussili? Dżiz. Jak można nie lubić penne? Makaron jak każdy inny. Zamieniła rurki na świderki. Może ktoś z Was mi wyjaśni tą fanaberię, bo ja naprawdę nie jestem w stanie tego pojąć. Okej, są dania, które je się z określonym kształtem makaronu - bolognese to zawsze spaghetti, a lasagna jest przekładana tymi makaronowymi płachtami. Jaki jednak ktoś ma interes w tym, żeby zamienić penne na fussili? Nie lubi penne? A lubi fussili? Przecież one są zrobione z tego samego, mają ten sam rozmiar i dają te same doznania smakowe. Filozofowie, pomóżcie!
Klasycznym, a nierzadko irytującym elementem szarej wakacyjnej maltańskiej kelnerskiej (morze epitetów) rzeczywistości są francuscy turyści. Zasuwasz z tacą, a tu bezceremonialnie zaczepia cię jakaś baba i zamawia po francusku sok pomarańczowy /raz spanikowana koleżanka, wiedząc, że mówię po francusku, spytała mnie, co to jest dy żju dorąż. pomogłam/. Inna kobieta pyta, czy mamy białe wino musujące. Ewentualnie informuje, że przesiada się do tamtego stolika, bo jest tam cień/słońce. Spoko, nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że kurna, nie jesteśmy we Francji. Tu się defaultowo nie mówi po francusku. Jako jedyny frankofon w mojej knajpie odpowiadam uśmiechnięta w ich języku. Spodziewam się entuzjazmu: oo, zrozumiano mnie, mimo, że nie podjęłam ani krztyny wysiłku, by powiedzieć choć jedno słowo po angielsku. Nie. Francuzka zakłada, że to oczywiste, że cały świat mówi po francusku, ona wręcz tego właśnie od niego oczekuje. (Wstaw tutaj dowolne przekleństwo). Raz nawet wlazła taka jedna i zapytała głośno, czy ktoś tu mówi po francusku. Nie muszę chyba dodawać, w jakim języku padło pytanie. Włączyłam swój najbardziej czarujący uśmiech i powiedziałam, że owszem, ja. Baba nie zdradziła żadnych oznak radości, przeciwnie, trwała w przyjętej wcześniej postawie roszczeniowej, zamówiła coś tam i wróciła do swojego stolika. Kurwica mnie bierze na tych ludzi. Oni naprawdę nigdy nie zrozumieją, że Francja kończy się we Francji, a potem trzeba podjąć jakikolwiek wysiłek. Gdy trafiają mi się naprawdę niemili klienci z tego kraju, udaję, że nie rozumiem. Znakomicie bawię się słuchając, o czym szczebioczą, zastanawiając się, jak zamówić butelkę wody. Chciałeś jechać na wakacje? To jedź. Tylko spróbuj chociaż nie zniechęcać do siebie całego świata od pierwszej sekundy. Jasne, zdarzają się również niezwykle czarujący Francuzi. Wystarczy, że powiedzą jedno yes, hi albo good morning, czasem po prostu na nich spojrzę, nie ma wątpliwości skąd przyjechali. Zagaduję po francusku, oni bardzo cieszą się, że będą mogli sobie z kimś pogadać w ojczystym języku. Korzystając z okazji wypytują mnie o jakieś atrakcje turystyczne, gdyż ze swoim angielskim nie czują się na tyle dobrze, by dyskutować z ludźmi (choć są i tacy, którzy świetnie władają tym językiem, co nieczęsto się zdarza wśród frenczmenów). Pytają, co Francuzka robi tutaj, dlaczego wyjechała. Zaczyna się dyskusja, że jestem z Polski i po raz 834920483806 streszczam historię swojego życia. Chwalą moją znajomość języka i odwagę, żeby zdobywać świat, życzą powodzenia, są serdeczni i uśmiechnięci. Można? Można. Czasem trafia się na przykład para ludzi koło sześćdziesiątki, którzy oczywiście z angielskiego nie są mocarzami, ale chociaż próbują. Zamawiają, bardziej lub mniej sprawnie, chcą się dogadać. Wykazują dobrą wolę. Gdy, słysząc ich trying hard odzywam się po francusku, z ulgą śmieją się i zaczynają rozmowę. Spoko. Wiem, że nie każdy miał okazję albo chęć nauczyć się obcych języków, zwłaszcza ludzie ze starszych pokoleń. Jeśli jednak przychodzisz oburzony, że nikt na Malcie nie mówi po francusku i, tak czy siak, będziesz wszystkich w tym języku zagadywał, to nie znajdziesz nikogo, kto ci odpowie. Na pewno nie mnie.

Z Polakami pod pewnym względem jest podobnie. Zazwyczaj średnio im idzie rozmowa po angielsku, a gdy słyszę, że zaczynają się między sobą konsultować po polsku, przechodzę na mowę ojczystą. Jeśli dobrze radzą sobie z ingliszem, nie ujawniam, że jestem Polką. Wolę uchodzić za Maltankę lub przedstawicielkę dowolnej innej narodowości i nie narażać się na to, że zaraz będą mnie pytać, jak dojść do katedry świętego dżona. Raz zaczepił mnie klient, chciał coś zamówić, naturalnie po angielsku, ale wcześniej powiedział coś do Kasi/Marysi i tym sposobem dowiedziałam się, skąd pochodzi. Entuzjastycznie zagadałam po polsku. Reakcją wszystkich przy stoliku było zniesmaczone: o. Polka. Od tej pory raczej zgrywam tajemniczą cudzoziemkę, choć zdarzyło mi się uciąć miłe konwersacje z rodakami, którzy zgodnie z legendą chętniej rozmawiają z innymi Polakami za granicą niż u siebie. Polacy przynajmniej nie zaczynają mówić do wszystkich po polsku i nie oczekują, że ktoś ich zrozumie, w przeciwieństwie do Francuzów. Choćby nie wiem jak kaleczyli angielski, to będą próbować. To dobrze.

Praca w restauracji obfituje w mnóstwo losowych zdarzeń, na przykład babcię, która zamawia espresso i szklankę lodu. Dopytałam, czy na pewno o to jej chodzi - prawdopodobnie coś źle usłyszałam. Nie, espresso i szklanka lodu. Okej. Spełniłam zachciankę po czym ukradkiem obserwowałam, co kobiecina zamierza zrobić. Powąchała espresso, chwilę się nad nim zastanowiła, po czym wlała je do szklanki pełnej kostek lodu. Wymieszała, wysączyła. Niech będzie. Inna babcia, kwalifikująca się do wagi piórkowej, samotnie opędzlowała olbrzymi stek i poprawiła szarlotką. Jeszcze inna zaczęła się zbierać po położeniu pieniędzy na spodeczek z rachunkiem, który wcześniej jej przyniosłam. Keep the change!, zawołała uśmiechnięta kobiecina. Wyszła, ja spojrzałam na gotówkę: 5€20. Należność: 5€45. Keep the change, dzięki laska, na moim koncie ląduje minus dwadzieścia pięć centów napiwku. Mój błąd, trzeba było spojrzeć, ile się dostało, zanim kobieta opuściła lokal. Mimo wszystko, gdy słyszę, że mam zachować resztę dla siebie, naturalnie nie spodziewam się, że na spodeczku nie ma wystarczającej ilości pieniędzy. Napiwki to ogólnie bardzo miła sprawa, której perspektywa dodatkowo motywuje mnie do dbania o gości: obsługiwania ich z uśmiechem, zapowiadania podawanych potraw, pytania, czy wszystko w porządku, bycia cały czas w pobliżu. Najbardziej hojni są Amerykanie, zaraz po nich Brytyjczycy. Z Włochami, Francuzami i Hiszpanami jest bardzo różnie. Maltańczycy często zostawiają zwierzęce tipy w wysokości np. 13 czy 21 centów (oczywiście samymi brązowymi monetami). Klasyk - nie chcę wydawać wartościowych pieniędzy, ale w sumie wypadałoby coś zostawić, więc pozbędę się kilku miedziaków z portfela. Grosz do grosza...

Mam plakietkę z imieniem. Tak, to straszne, wiem. Niestety muszę. Oczywiście ktoś się musiał kopnąć drukując moje imię. Na szczęście na plakietce nie widnieje znienawidzona przeze mnie Sabrina, ale za to germańsko-francuskie Sabine. Wkurza mnie to, bo rubaszne dziady chlejące browary od 9 rano wołają mnie Sabiiineee, a to nawet nie jest moje imię. Obsługuję Francuzów, przemawiam płynnym frenczem. Oni na to: faktycznie, masz na imię Sabine, mogliśmy się domyślić, że jesteś Francuzką. Nie, nie jestem. W imieniu jest błąd. Mam na imię Sabina. Skąd jesteś? Z Polski. /wybałuszone gały/ To jakim cudem mówisz po francusku bez akcentu? Mieszkałam we Francji. Ach, to jasne! Urodziłaś się tam? Nie, przeprowadziłam się na 4 lata w wieku 19 lat. No ale mówiłaś wcześniej po francusku? Nie, nauczyłam się dopiero na miejscu. Jak to? I tak dalej. Schemat rozmowy jest niemal zawsze identyczny, odbyłam ją miliard razy mieszkając w Paryżu, teraz historia zatoczyła koło. Niemcy z kolei widzą moją plakietkę i pytają, szprist du dojcz, Sabine?... Uch. Oczywiście prosiłam już, żeby zrobili mi normalną plakietkę, ale mnie olano. Muszę się tym porządniej zająć.

Mogłabym, jak widać, pisać i pisać, ale sobie daruję. Pozbieram materiały na następny raz. Peace.

26 komentarzy:

  1. Ojejeku, ale mnie ci Francuzi wkurzyli. Nawet gdybym chciała pojechać do Francji to z duszą na ramieniu, bo co jeśli się zgubię i nikt mi nie pomoże? Któregoś dnia pojadę na pewno, ale stereotypy o Francuzach nie pomagają:) Fajne historie, dobrze się czyta :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kurwa te francuskie szmaty mnie tak wkurwiają, że ja pierdole. Jiż chuj z tym że wiecznie pierdolą po francusku w swoim kraju do turystów, ale do kurwy nędzy jak są gdzieś indziej to niech pierdolą po angielsku. Skurwysyny. Dobrze, że wyjebałaś z tego Paryża xD

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Polski to trudny język - szczególnie jak jesteś Polakiem na filologii polskiej gdzie musisz zapierdalać z tymi głoskami i chuje muje dzikie węże. Ach kurwa, jebać Francuzów. JEBAĆ XD

    OdpowiedzUsuń
  5. Super historia i mimo wszystko zazdroszczę podróży!
    Zapraszam do mnie:
    http://nesiness.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. Maltańczycy i ich miedziaki lekko mnie wkurzyły za Ciebie :) no bo co Ci po tych groszach? Ech... i nie dziw się, że ludzie Cię podziwiają że tak szybko się języka nauczyłaś :) sama Cię podziwiam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Widać za jakich ciemniaków mają nas za granicą, skoro wszyscy są w głębokim szoku, iż Polka zna francuski. :P
    Generalnie babcie w Twoich opowiadań rozłożyły mnie na łopatki. :P

    OdpowiedzUsuń
  8. PAMIĘTAM TAMTEN WPIS. I aż mi się łezka w oku kręci, bo to oznacza że czytam tego bloga już szmat czasu (a przynajmniej dla mnie 2 lata to szmat czasu xd).

    BINA JAK MOŻESZ NIE ROZUMIEĆ RÓŻNICY MIĘDZY KLUSECZKAMI A ŚWIDERKAMI? TY IGNORANTKO XDDDD
    A tak serio, to się zaczęłam mega śmiać, jak to przeczytałam. Bina, robisz mi dzień XDDD ♥ No i ja też tego nie rozumiem. Ale mogę Ci powiedzieć, jaka jest różnica między penne a pene. I błagam, nigdy nie czytaj penne jak pene. Chociaż i tak wszyscy to robią, a my w rodzinie już nawet przestaliśmy cisnąć z tego bekę. No ale to jednak jest trochę przypał, jak chcesz makaron, a prosisz o penisa, nie? Tak więc nazwę makaronu zawsze czytaj z podwójnym "n". Tina radzi XD

    W ogóle to znowu śmiałam się przez cały czas czytania notki. Dzięki, Bina, naprawdę uwielbiam Twojego bloga :D A z tą plakietką, to może sobie markerem e na a zamień? XDDD O ile się da... w każdym razie mam nadzieję, że Ci ją szybko wymienią. Mi w imieniu nigdy nikt nie zrobił błędu (ciężko by było, Martyna to takie normalne i popularne imię xd), ale w nazwisku już tak, więc wiem że to wkurza.

    ___
    Na bloga raczej nie wrócę, przynajmniej nie w najbliższym czasie. Nawet dzisiaj przywróciłam wrong-wonderland, napisałam post, opublikowałam go, usunęłam go, a potem usunęłam bloga znowu XD I nie planuję póki co nowego, bo to było dla mnie dość toksyczne i nie czułam się dobrze pisząc.

    OdpowiedzUsuń
  9. Czy od tego czasu zmienił się Twój pogląd o Francuzach?Ja jakkolwiek bym się nie starała wciąż nie potrafię zrozumieć, jak oni sobie radzą gdziekolwiek poza Francją. Bardzo specyficzny naród.

    OdpowiedzUsuń
  10. Rozumiem, że ktoś nie lubi penne, bo sama za nim nie przepadam, ale jego zamiana na (wybacz posłużę się bardziej laickimi określeniami :D) świderki albo kokardki to totalny bezsens, bo makaron będzie dokładnie tak samo twardy... Ot logika :D

    OdpowiedzUsuń
  11. te Francuzy to trochę dziwni.. nawet w UK nie dziwią się, że ktoś ma dobry akcent (choć tam to tylko obcokrajowcy mają chyba dobry, haha:D), a tutaj taka jakby lekka ignorancja?

    Co do plakietki- nie bój żaby.. nazywam się Karolina, moje nazwisko to jedna z pozycji AGD czy tam RTV zawsze, ale to zawsze mam błąd :D

    OdpowiedzUsuń
  12. Pracowałam jako kelnerka na promie w Szwecji i to nie Szwedzi byli tymi, co najtrudniej się było z nimi dogadać...
    pozdrawiam, mikrouszkodzenia.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  13. hah rurki na świderki mnie rozwaliły:D
    niestety bycie uprzejmym jest najwyraźniej ponad możliwości niektórych

    też podziwiam, że tak dobrze w krótkim czasie nauczyłaś się francuskiego, który jak słyszałam jest trudnym językiem

    OdpowiedzUsuń
  14. Moim zdaniem wszystko zależy od klasy danego człowieka lub jej braku. Francuzi są straszni, o tym akurat słyszałam. Z jednej strony idzie się załamać, ale to zamiłowanie do własnego języka i kultury bywa wręcz podziwu godne. Ot, Francja-elegancja :P
    Nie rozumiem różnicy między penne, a fusilli, chociaż makaronami mogłabym żywić się 24/7 xD

    OdpowiedzUsuń
  15. uwwielbiam takie historie hahaha akcja z makaronem mega śmieszna, ale ja np uwielbiam kokarkdi hahaha mimo, że wiem że to jest to samo co cala reszta innych makaronów to jak mogę biorę kokardki są rozkoszne! hahaha zazdroszczę Ci mówienia po francusku... nawte sobie nie wyobrażasz! musze się przenieść do Francji na 4 lata :DDD

    OdpowiedzUsuń
  16. Szkoda,ze stereotyp Francuzow "nie mowiacych" po inglisz to prawda.
    Facet mojej kuzynki uwielbia muzyke Dawida Podsiadlo ;) chociaz niezna angielskiego i polskiego.
    W restauracji mozesz zamienic makaron rurki na swiderki (osobiscie nie lubie xd),a w kawiarni (sieciowce) nie dodstane kawy z mlekiem bezlaktozowym :(.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  17. tak lubię Paryż (marzy mi się) a francuzi to...tacy dziwni ludzie? Załamałaś mnie :(
    w sumie uśmiałam się czytając, ale będąc na twoim miejscu zastanawiałabym się czy śmiać się czy płakać xD/Karolina

    OdpowiedzUsuń
  18. No proszę, jakie zarozumiałe Francuziki. Grunt, że poza nimi są jeszcze inni, ciekawsi ludzi, którzy rozumieją, że świat nie kręci się tylko wokół nich ;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To wbijaj, 5 sierpnia jedziemy do Szczyrku na dwudniowe wesele xD

      Usuń
  19. Również myślałam, że ludzie nie potrafią mnie już niczym zaskoczyć. Głupia byłam! Pracując z ludźmi różnego kalibru często zadaję sobie pytanie. Co ja tu robię? Szkoda nerwów:)

    OdpowiedzUsuń
  20. No i patrz, wróciłam jednak :)
    http://echoesandsilent.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  21. Francuzi to ignoranci pełną parą. I myślą, że są panami całego świata. Kiedyś w liceum uczyłam się francuskiego. Bardzo często nauczycielka opowiadała o ich kulturze, stylu bycia. Troche też poczytałam - nie mam dobrego zdania :) Język jest okropny, choć może dlatego tak uważam bo sama go nie czułam i nieźle kaleczyłam.
    Ciekawe historie tam masz. Ludzie njgdy nie przestaną zaskakiwać...:)

    Je suis Ola. Zaczynam po przerwie, zapraszam :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Och, jak przyjemnie się Ciebie czyta!
    Co do francuzów, to tylko raz miałam do czynienia z obywatelem tegoż kraju. Na szczęście starał się porozumiewać w języku angielskim i jakoś się dogadaliśmy. To znaczy wylał gorzki hejt na Polaków, bowiem w jego mniemaniu kompletnie nie przykuwamy wagi do tego, co jemy, ładujemy w siebie najgorszej jakości półprodukty i w restauracjach to samo próbujemy wcisnąć turystom. BO ONI, FRANCUZI, TO KAŻDĄ CENĘ ZAPŁACĄ, byle jedzeni miało najwyższą jakość ;)

    OdpowiedzUsuń
  23. Cały fragment o Francuzach jest mistrzostwem świata, nie mogłabym tego lepiej ująć! Swoją drogą, podziwiam Twoją cierpliwość wobec klientów, bo ja bym chyba w końcu wybuchła :D

    OdpowiedzUsuń
  24. Serio można nalać sobie ketchupu w Ikea za darmo ? -.-
    A ja mam inną sytuację z Niemcami . Spędziłam z lubym Sylwestra na jednej z dyskotek w naszym mieście czyt. Hannoverze . W cenie biletu (który jak na Sylwestra był droższy ^^) miał być szwedzki stół . O 22 30 go otworzyli i wtedy się zaczęło ... Z parkiety znikli wszyscy . Zostały pustki . Ludzie stali w dłuuuuuuugich kolejkach a na talerze zakładali wszystko jednocześnie czytaj mięso i owoce ... Ja przeczekałam sobie aż każdy z tego "tłumu głodnych " zje i poszłam na spokojnie zjeść 20 mon później . Najpierw mięso na nowy talerz owoce. Nie wiem może myśleli że zabraknie . Aczkolwiek sami Niemcy śmieją się z tego, że nie potrafią się zachować przy szwedzkich stołach bądź all inclisive więc jest ok :)

    OdpowiedzUsuń
  25. Zbieraj te materiały, bo jestem ciekawa dalszych spostrzeżeń. :) Fajnie się czytało. :)

    OdpowiedzUsuń

pisz co chcesz, ale ZASTANÓW SIĘ DWA RAZY ZANIM POPROSISZ O OBSERWACJĘ BO PRZYJDĘ I CIĘ ZJEM

Blog Widget by LinkWithin