poniedziałek, 25 lipca 2016

Malta express: osiedlowy lifestyle


Całe życie spędziłam w dużym mieście. Anonimowość to cecha podstawowa. Jeśli spotkasz znajomego na ulicy w Warszawie lub Paryżu, to masz super farta, zbijasz pionę, cieszysz się, że przypadkiem wpadłeś na kumpla na patelni, koło rotundy czy też pod palmą. Rzadka sprawa, znaleźć się z bliską osobą w tym samym miejscu w tym samym czasie. Kiedyś w paryskim metrze wpadłam na znajomego. Jaka była szansa? Pociągi odjeżdżają co kilka minut, więc nawet zakładając, że mniej więcej o tej samej godzinie jedziemy w tą samą stronę, mogliśmy się najzwyczajniej w świecie minąć - jedno z nas jechałoby kolejnym metrem, 2 minuty później. Moglibyśmy nawet podróżować tym samym składem, ale wagon dalej, i nigdy byśmy się nie zorientowali, że jesteśmy tak blisko. My jednak magicznie na siebie wpadliśmy. Cud!

Na Malcie cuda się skończyły. Cudem jest nie wpaść na znajomych.

W Vallettcie jest jak na osiedlu. Mieszka tu 6500 osób. Więcej przyjeżdża do pracy, ale tak czy siak, wszyscy się znają. Jeśli mam ochotę pójść na spacer i z nikim nie gadać, to muszę naprawdę dobrze zaplanować trasę. Odpada wiele ulic - tutaj pracuję, tam pracowałam, tu znam pana sklepikarza, tutaj jacyś upierdliwcy zawsze do mnie zagadują. Jeżeli nie chcę z nikim rozmawiać, zmuszona jestem pójść na rzadko uczęszczaną plażę albo wybrać jakieś syfiaste boczne uliczki, a i tam prawdopodobnie kogoś spotkam. Nie ma samotności, anonimowości. Z jednej strony jest to dla mnie nowe i ciekawe doświadczenie, z drugiej strony czuję się przytłoczona.


Dobre strony są takie, że przypominają się czasy wychodzenia na podwórko w dzieciństwie. Wiesz, gdzie szukać kumpli. 24-letnia Bina nie kieruje się na huśtawki, ale do pubu. Wiem, kto będzie siedział w którym miejscu o której godzinie, a nawet jakie piwo będzie spożywał. Pewniak. Jak chcę się pokłócić z rubasznymi Brytolami o to, czy ruch prawostronny jest normalny, a lewostronny głupi, czy odwrotnie, wiem gdzie się udać. Gdy mam ochotę pogadać z wesołym Włochem na tematy wszelkie, idę do swojej ulubionej knajpy. Wiem, gdzie szukać ekipy maltańskich ziomków, z którymi mogę godzinami dyskutować o piwie. W okolicy regularnie krąży też rozmowny Chorwat, z którym nie ma nudy. Zawsze mogę jeszcze przeparadować przed knajpami, w których pracuję/pracowałam i zamienić parę słów z kolegami. Nie muszę się umawiać, po prostu z góry wiadomo, kto gdzie jest i co robi. Ostatnio chciałam kupić sobie piwo i udać się na spacer po plaży. Nie wyszło. Zamiast wziąć jeden browar na wynos, niechcący zostałam na cztery, bo trafiłam w knajpie na niezawodną ekipę imprezowiczów. Niechcący poszłam na melanż. W moim poprzednim życiu nie byłoby to możliwe, bo jeśli w Warszawie/Paryżu nie chodzisz do jakiegoś baru przynajmniej raz w tygodniu, to barman i lokalsi absolutnie cię nie kojarzą. Nie ma przyjaznej atmosfery, nie ma z kim pogadać. Jeśli idziesz do knajpy sam, to automatycznie jesteś alkoholikiem. Na Malcie nigdy nie jesteś sam, zawsze trafisz na znajomych. Nawet niechcący. Ostatnio poszłam do pubu, w którym nie przesiaduję za często. Miałam wrażenie, że kojarzę barmana... Powiedział mi cześć. A no tak! To kumpel kumpla kogoś, z kim pracuję. Raz z nim gadałam po pracy. Sieć się rozciąga.

Świadomość tego, że nie muszę daleko szukać, jeśli chcę pogadać, napić się piwa ze znajomymi i pospędzać miło czas, jest super, ale miniaturowa skala Valletty często daje w kość. Plotkarze. Mnóstwo plotkarzy. Ludzi jest mało, każdy każdego zna, a nawet, jak nie zna, to wie o nim wszystko. Serio, jak na osiedlu. Defaultowo wiadomo, kto jak się nazywa, gdzie mieszka, z kim się spotyka. Zmieniłam pracę, przeszłam z restauracji do burger/whisky baru (coś dla mnie). W nowym miejscu wszyscy mnie kojarzyli, ja również znałam większość osób. Między jedną knajpą a drugą było kilka korelacji, ktoś zna kogoś, ktoś jest czyimś facetem, ktoś z kimś mieszka. Czego nie wiadomo oficjalnie, to zostanie dopowiedziane. Najgorsi pod tym względem są Serbowie. Na Malcie jest gazyliard Serbów i z jakiegoś powodu wszyscy się znają. Serio. Każdy Serb ma jakiś serboradar i wie, gdzie przebywają i pracują jego wszyscy fellow citizens. Do mojej knajpy przyszedł ostatnio pracować kolejny Serb. Przedstawiamy się sobie. My name is Sabina. Oooh, that Sabina! Ta, która pracowała z tym i z tamtym. I wszystko jasne. Dlaczego oni to robią? Ja nie założyłam żadnej komuny Cebulaków i serio, nie odczuwam takiej potrzeby...

Życie w takim otoczeniu to dla mnie kompletna nowość i na razie się nią cieszę. Dobrze jednak, że opuszczam to miejsce za kilka miesięcy, bo oszalałabym. Potrzebuję anonimowości - czy to w wielkim mieście, czy to w kompletniej dziczy. Małe miasteczka zostawiam innym.

36 komentarzy:

  1. Całe życie mieszkam w Radomiu, czyli ni to Łorso, ni to jakaś Pipidówa. Jednak ogólnie przez to, że sporo się udzielałam/udzielam w różnego rodzaju przedsięwzięciach, wspólnotach itp., to znajomych i znajomych moich znajomych spotykam dość często (no dobra - prawie zawsze). Przez miesiąc pracowałam pod Warszawą i pomieszkiwałam u brata i cały czas miałam wrażenie, że jestem brudna, ptak na mnie narobił albo mam podarte ciuchy, bo ludzie się na mnie dziwnie patrzą. A ja po prostu byłam nowa ;) Osobiście chętnie spróbowałabym życia w Valletcie, bo jestem trochę spragniona kontaktów z nowymi ludźmi i ciepłego morza, choć w sumie za dwa miesiące przeprowadzam się do Wrocławia i będę miała na to szansę (no dobra, bez ciepłego morza - za to niedaleko do gór, nawet lepiej, a ciepłe morze będę miała w sierpniu). No ale wiadomo. Teraz jest teraz :P

    OdpowiedzUsuń
  2. O nie, nie, nie, to nie dla mnie. Mieszkając w Lublinie, wcale nie takim wielkim mieście, naprawdę rzadko kiedy wpadam na kogoś znajomego, ale gdy ma to miejsce, to najczęściej wtedy, gdy wyglądałam najgorzej #typowo

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja właśnie za brak anonimowości nienawidzę mojego miasta,które liczy ledwo 5 tyś mieszkańców. Chociaż nie znam wszystkich okazuje się,że prawie wszyscy znają mnie wtf? Jestem odludkiem i nie mam znajomych ze szkoły więc rzadko spotykam kogoś "znajomego".

    OdpowiedzUsuń
  4. Sama spędziłam większość życia na wsi i wiejskie plotkary to coś strasznego! W sumie dopiero w Krakowie nauczyłam się nie przejmować opinią innych. U mnie trzeba było być zrobionym nawet jeśli szło się do sklepu po chleb.

    OdpowiedzUsuń
  5. Hah, to co piszesz w sumie mi jest trochę znajome, sama mieszkam w miasteczku o takiej samej pojemności - 6500. I wszyscy się kojarzą :D Ja juz się przyzwyczaiłam, często jest to denerwujace, ale jeszcze czesciej po prostu normalne/Karolina

    OdpowiedzUsuń
  6. co kto lubi, jak sama piszesz są plusy i minusy takich małych miejscowości, gdy czasem dzieje się coś złego, warto nie być anonimowym i móc szybko uzyskać jakąś pomoc

    OdpowiedzUsuń
  7. Też bym się czuła troszkę przytłoczona, czasami lubię odpocząć w ciszy i spokoju :)

    OdpowiedzUsuń
  8. ja właśnie takiego czegoś nie lubię. nienawidzę, kiedy każdy o każdym wszystko wie, chociaż nie do końca jest to prawdą. afuj! :<

    OdpowiedzUsuń
  9. ja jestem rpzyzwyczajona do braku anonimowości ;) jestem z małego miasteczka i dopiero jak wyjechalam na studia do takiego mini Lublina, dziura jak nie wiem, mało ludzi, a i tak ide gdzieś i nikogo nie znam i to jest cudowne ;D w moim małym Nisku gdziekolwiek bym nie poszła to każdy MNIE ZNA, no niestety kiedys było tak, że znałam wszystkich, wszyscy znali mnie, teraz jak jestem w Lublinie od 5 lat to nagle te bachory urosły i nie kojarzę nikogo, ale że siostra uczy w szkole, a mama jest dyrektorem innej szkoły to niestety wszyscy mnie ogarniają xD dlatego nigdy nie chce tam wrócić żeby mieszkać na stałe ;D

    OdpowiedzUsuń
  10. Anonimowość ma swoje plusy i minusy, tak samo jak rozpoznawalność, sama nie wiem co wolę... i średnio mam porównanie.

    OdpowiedzUsuń
  11. Brzmi to troszkę jak relacja z serialu - z jednej strony super i fajnie, ale domyślam się, że może dawać w kość. Cenię w dużym mieście właśnie to, że u większości ludzi mam czystą kartę. Z drugiej strony teraz wygląda to już inaczej niż kiedy przeprowadzałam się do Poznania kilka lat temu. Praca w jednej branży i studia zrobiły swoje, nawet w mojej firmie pracuje jednocześnie kilka moich koleżanek z roku...

    OdpowiedzUsuń
  12. W sumie taka większa wieś :) Więc nic dziwnego, że wszyscy wszystkich znają :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Cóż - jestem osobą, która często potrzebuje chwili spokoju, ciszy i kontemplacji, dlatego chyba musiałabym poruszać się kanałami, aby uniknąć przytłoczenia :D. Nie oznacza to jednak, że nie wybrałabym się tam chętnie! No, ale wiadomo... Czas pokaże, co z tego wyjdzie :)

    OdpowiedzUsuń
  14. na wsi to dopiero każdy o każdym dużo wie! wyjdź z domu to Cię moment namierzą... w mieście jest inaczej, ludzie się tak nie znają, nie szpiegują. Przynajmniej takie mam wrażenie...

    OdpowiedzUsuń
  15. Ja lubię być anonimowa i w Twoim położeniu bardzo bym się męczyła :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Mimo, że mieszkam w niewielkim mieście, nie czuję, żeby każdy każdego znał. Chętnie bym spróbowała życia w takiej Valetcie. Może i by mi się spodobało, a może nie. Jednak przynajmniej mogłabym się przekonać.

    OdpowiedzUsuń
  17. Zapraszam do mojej wioseczki - tu ludzie powiedzą Ci o Tobie więcej , niż mogłabyś sobie wyobrazić:)

    OdpowiedzUsuń
  18. Spędziłam wcześniej tego roku trochę czasu w jednym z najmniejszych państw Europy. Lokalny znajomy opowiadał mi ucieszną historyjkę o tym, jak to jego kumpel usiłował rozkręcić tamże erotyczny biznes. Poległ na całej linii, bo zapomniał, że w miejscu, w którym wszyscy znają wszystkich, wieści szybko się rozniosą i trafią też do jego rodziny... Ot, uroki małych społeczności :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Chyba też bym oszalała. Lubię swoich znajomych, lubię się z nimi spotykać, ciesze się jak jestem w innym mieście, za granicą i spotkam kogoś znajomego, ale lubię też posiedzieć, pospacerować w samotności ...

    OdpowiedzUsuń
  20. Pewnie początkowo to całkiem przyjemne doświadczenie znać wszystkich i mieć z kim zagadać :D ale rzeczywiście na dłuższą metę to może męczyć zwłaszcza kiedy człowiek zwyczajnie ma ochotę pobyć sam ze sobą i ze swoimi myślami. Dzięki, że miałam okazję dowiedzieć się, że tak to tam funkcjonuje ;)

    OdpowiedzUsuń
  21. Jak uroczo - jak w mojej małej wsi :D Choć jak Przeprowadziłam się do Krakowa - właśnie anonimowośc była jedną z faniejszych rzeczy :)
    Mam znajomych, którzy przypadkiem spotkali się... w Kanadzie.

    OdpowiedzUsuń
  22. Jeśli przyjdzie mi mieszkać z powrotem w moim rodzinnym mieście to właśnie tego się obawiam - braku anonimowości. Nie jest to co prawda bardzo malutkie miasto jednak sporo ludzi się zna i często można się natknąć na jakąś znajomą twarz, a nie zawsze ma się na to ochotę.

    OdpowiedzUsuń
  23. Sabina to jest tak, nie mówią o Tobie, znaczy, że nie żyjesz haha, to plus metropolii. W mojej wiosce wszyscy mnie znają: blondi Półka:) pozdrawiam
    eksperyment- przemijania. blog. onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  24. Też bym się tak źle czuła. Nie jestem z Warszawy ale z Katowic i również zawsze ginę w tłumie. Dodatkowo nie lubię rzucać się w oczy... Kiedy ktoś kogo ledwo kojarzę (lub wcale) zna nawet moje imię jest mi już źle. A jak usłyszę jeszcze jakąś historię o sobie :o Nie pokazuję jednak po sobie, żebym się tym martwiła i przejmowała.

    OdpowiedzUsuń
  25. Mieszkam w małym miasteczku, ale brak tu takiej przyjaznej atmosfery. Plot nie znoszę, ale przyznam, że nic sobie z nich nie robię. Ja właśnie nie lubię tej anonimowości. Duże miasta mnie męczą.
    Uśmiałam się przy fragmencie z Serbami. ;)

    OdpowiedzUsuń
  26. Nierealne, graniczące z cudem spotkania - klasyka gatunku. Tak czy siak, wolę duże miasto i anonimowość, niż znajomość 9/10 wsi, co juz przeżyłam

    OdpowiedzUsuń
  27. Ja mieszkam ogólnie w małym mieście i również wszyscy się tu znają. Gdzie nie wyjdę, po kilku dniach dostaję pytania, gdzie byłam, co robiłam, ktoś mnie widział. Zdecydowanie wolę duże miasta gdzie można być choć trochę bardziej anonimowym.

    Jestem w szoku, że Twój facet założył facebooka po tylu latach egzystencji bez niego :D Co go do tego skłoniło? Social media zabierają wolność, czasem nawet nie wiemy kiedy stajemy się ich więźniami.

    OdpowiedzUsuń
  28. komplemencik od Biny
    +874531 do fejmu!

    OdpowiedzUsuń
  29. Pochodzę z małego miasta i doprowadza mnie do szału "małomiasteczkowość" POWIETRZA! :D Wystarczy, że zdarzy Ci jakakolwiek wtopa i wypiszą Ci to na grobie. Na całe szczęście we Wrocławiu nikt nie zwraca na Ciebie uwagi.

    OdpowiedzUsuń
  30. Ja całe życie mieszkałam w mieście z czterdziestoma tysiącami mieszkańców. Raczej wiedzieć wszystko o wszystkich i jeszcze kojarzyć twarze graniczyłoby z cudem. Mimo wszystko na moim i pobliskich osiedlach jednak się znaliśmy - szczególnie rówieśnicy. Bardzo lubię ten moment kiedy wracając pieszo do domu w ciągu 20 minut drogi spotykam mnóstwo znajomych i czas powrotu staje sie dwa razy dłuższy. Tutaj w Krakowie mi tego brakuje. Choć powoli się przyzywczajam. Coraz częściej udaje mi się spotkać kilku znajomych na moim osiedlu i nawet mam już ulubione panie sąsiadki. Dlatego to jest łatwiejsze. Ale rozumiem, że brak anonimowości może Ci przeszkadzać tym bardziej, że przez całe życie mieszkałaś w dużym mieście. Ale wszystko ma swoje plusy i minusy. :)

    OdpowiedzUsuń
  31. Ja całe życie mieszkałam w mieście z czterdziestoma tysiącami mieszkańców. Raczej wiedzieć wszystko o wszystkich i jeszcze kojarzyć twarze graniczyłoby z cudem. Mimo wszystko na moim i pobliskich osiedlach jednak się znaliśmy - szczególnie rówieśnicy. Bardzo lubię ten moment kiedy wracając pieszo do domu w ciągu 20 minut drogi spotykam mnóstwo znajomych i czas powrotu staje sie dwa razy dłuższy. Tutaj w Krakowie mi tego brakuje. Choć powoli się przyzywczajam. Coraz częściej udaje mi się spotkać kilku znajomych na moim osiedlu i nawet mam już ulubione panie sąsiadki. Dlatego to jest łatwiejsze. Ale rozumiem, że brak anonimowości może Ci przeszkadzać tym bardziej, że przez całe życie mieszkałaś w dużym mieście. Ale wszystko ma swoje plusy i minusy. :)

    OdpowiedzUsuń
  32. Ja znałam wszystkich do momentu wyjścia z gimnazjum. Do szkoły średniej poszłam do średniej wielkości miasta i tam już ciężej było spotkać znajomych - chociaż w tygodniu nauki, na trasie szkoła - pks co chwilę się na kogoś natrafiało. Idąc na studia do Poznania nawet nie liczyłam na to, że spotkam kogoś znajomego i tak też było. Trzy lata totalnej anonimowości. Powiem Ci, że rozumiem za czym tęsknisz. Czasem fajnie iść ulicą i czuć się samotnym w tłumie. Nikt Cie nie zna, nie zaczepia. Pozwala to z pewnością odetchnąć, nie uciekając na pustkowie. :)
    A takie przyjazne relacje na Malcie są na prawdę godne pozazdroszczenia, ale jak wiadomo - wszystko musi mieć umiar. :D

    OdpowiedzUsuń
  33. Cóż za cudowna kraina!
    Znam to skądś. Mieszkam w niewielkim miasteczku i każdy praktycznie każdego kojarzy, coś tam usłyszał, a kolejne rzeczy od siebie dodał... Duże miasto, mniej problemów? i więcej luzu?

    OdpowiedzUsuń
  34. Ja siedziałem w Autobusie 175 i jechałem na lotnisko Okęcie przywitać znajomych. A tu autobus staje bo wieczorny przejazd rolkarzy przez Warszawę. Strasznie się wkurzyłem. Teraz robią to lepiej bo jedna połowa jezdni ma być wolna.

    Ciekawy temat. Ja będąc w Bułgarii nad Morzem Czarnym roku 1974 z kolegą z podwórka na radzieckim wodolocie spotkałem parę z mojej szkoły! A mój podwórkowy kolega(teraz w USA) spotkał we Włoszech znajomego dentystę. A nie mógł go spotkac w Warszawie na Żoliborzu.
    Lubię anonimowość. Warszawa w sumie to daje. Jak się wszyscy znają i wszystko o wszystkim wiedzą to nie dla mnie. Kiedyś znajomy na kierowniczym stanowisku w małym polskim mieście powiedział mi, że zwolnił z pracy pracownika. I dodał " w naszym mieści on nigdzie pracy nie dostanie!" A w Warszawie ja kilka razy posłałem wiązkę nieuczciwemu pracodawcy i na drugi dzień pracowałem gdzie indziej. Podobają mi się Twoje obserwacje z Malty. Warszawskie, wielkomiejskie pozdrowienia! :)

    OdpowiedzUsuń
  35. Na Korfu było tak samo i mega podobało mi się, że nie muszę się z nikim umawiać a zawsze mogę gdzieś wyjść i kogoś spotkać i miło spędzić czas. Ale wkurwiało mnie plotkowanie i to, że wszyscy wszystko wiedzą.

    OdpowiedzUsuń
  36. Moje Jaworzno niby jest małe, łatwo tu wpaść na znajomych, ale nie jest na tyle małe, że wiem kto kiedy i gdzie apotyka się na piwie. Lublin za to jest większy, i czasami brakuje mi znajomych twarzy mijanych na ulicy... ale do każdej zmiany trzeba się przyzwyczaić :D
    Opuszczasz to miejsce za kilka miesięcy? Ooo Malta express dojeżdża do końcowej stacji ? :(

    OdpowiedzUsuń

pisz co chcesz, ale ZASTANÓW SIĘ DWA RAZY ZANIM POPROSISZ O OBSERWACJĘ BO PRZYJDĘ I CIĘ ZJEM

Blog Widget by LinkWithin