poniedziałek, 22 lutego 2016

Muzyka, która działa


Ostatnio studiując zawartość swojej szafy zauważyłam, że mam tylko dwie koszulki, które wyrażają mój gust muzyczny. Jest to t-shirt przedstawiający grafikę z okładki albumu The Division Bell Pink Floyd oraz koszulka wydawnictwa DobrzeWiesz. Kiedyś pisałam tu o zespole The Cure, którego muzyka niezwykle na mnie wpływa, odnajduję w niej siebie. Od wielu lat towarzyszą mi również Floydzi, którym dziś poświęcę parę linijek.

learning to fly, a momentary lapse of reason, 1987 

Do muzyki Pink Floyd dojrzewałam dość długo, stopniowo. Oczywiście najpierw, kilka lat temu, przekonałam się do Dark Side of The Moon, bo nie ma tam utworów, które trwają po 15 minut i nie wiadomo, o co chodzi. Potem na szczęście doceniłam niezwykły kunszt Floydów, ta muzyka po prostu działa. Porusza. Chwyta za serce. Sprawia, że chce ci się żyć, bo na świecie jest piękno. Nie tylko takie wizualne, ale takie piękno dla uszu. Albumy Floydów to dzieła, słuchając których można po prostu leżeć na podłodze z zamkniętymi oczami. Klimat jest cudowny, czasem delikatny, czasem wzniosły, czasem refleksyjny. Czasem bardzo ciężki. Teksty są niezwykłe, w albumach często opowiedziane są historie, przemyślenia, wszystko składa się w spójną całość i jakoś podejrzanie dobrze pasuje do mojego życia. Floydzi wzruszają, uskrzydlają, skłaniają do refleksji. Serio, jak oni pięknie grają.

To martyr yourself to caution
Is not going to help at all
Because there'll be no safety in numbers
When the Right One walks out of the door
Lost For Words, The Division Bell

Every year is getting shorter, never seem to find the time
Plans that either come to naught or half a page of scribbled lines
Time, Dark Side of the Moon

And no one sings me lullabies
And no one makes me close my eyes
So I throw the windows wide
And call to you across the sky
Echoes, Meddle

Run to the bedroom, in the suitcase on the left
You'll find my favourite axe
Don't look so frightened
This is just a passing phase
Just one of my bad days
One of My Turns, The Wall

Across the clouds I see my shadow fly
Out of the corner of my watering eye
A dream unthreatened by the morning light
Could blow this soul right through the roof of the night
There's no sensation to compare with this
Suspended animation, a state of bliss
Learning to Fly, A Momentary Lapse of Reason



Po drugiej stronie mojej głowy siedzi sobie i nawija Łona. Tam raczej muzycznie nie ma się w co wsłuchiwać (choć Webber klei coraz lepsze bity, a The Pimps naprawdę dają radę), ale przecież nie od tego mamy rap. Pierwszy kontakt z twórczością Łony miałam w liceum. Od razu wrażenie zrobiły na mnie przewrotne puenty, elokwencja i refleksje tego ziomka. Zmieńmy świat, wszystko zależy od nas, otwórzmy głowy. Wielu kawałków tego artysty jednak jeszcze wtedy kompletnie nie rozumiałam, przyszedł na nie czas później. Łona ma niezwykły talent do dobierania takich słów, by słuchało się przyjemnie, ale żeby z tyłu głowy zostały zasiane grubaśne przemyślenia. Ta muzyka intryguje, czasem pociesza, odpowiada na pytania, wprowadza słuchacza do kręgu osób, które zauważają więcej pozornie błahych spraw, niż większość społeczeństwa. Łona bardzo trafnie komentuje różne wydarzenia, opowiada anegdotki, które niosą przesłanie. Nie, nie lubię jakiegoś umoralniania, ale Łonson jest po prostu tak mądry, że go słucham.



Kiedy wszyscy wokół ciebie równiuteńko idą,
Przyjacielu, ty bądź uprzejmy mieć wątpliwość;
I kiedy bronisz prawdy mając ją za jedynie prawdziwą,
Ty bądź uprzejmy mieć wątpliwość;
I gdy już wierzysz, że twoja perspektywa jest jedyną perspektywą,
Ty bądź uprzejmy mieć wątpliwość
Miej Wątpliwość, Absurd i Nonsens

Nie pytaj nas o miłość, mamy to przećwiczone
Bo to pokolenie ją zgubiło na melanżu razem z telefonem (...)
Nie pytaj o życie, o sens, o żadną z tych dziedzin
Nie pytaj co w nas siedzi, to raczej nie jest pokolenie odpowiedzi
Nie zadawaj nam pytań, w których problem czyha, bo kto wie co wzniecisz
A jeśli już musisz, zapytaj nas co słychać - "aaa, jakoś leci"
Nie Pytaj Nas, Cztery i Pół

Mam marzenie i doskonale wiem co z nim robić,
Systematycznie rzucam sobie kłody pod nogi.
I z radością odwlekam realizacji termin,
W końcu o czym miałbym marzyć gdybym kiedyś je spełnił?

Nie Gadaj Tyle, Nic Dziwnego


Słuchaj, dwie sprawy - raz, że pamiętam o spotkaniu
A dwa, że nie dam rady
I marne szanse, że ogarnę całą tę akcję
Więc może po prostu pozostańmy w kontakcie 
Jesteśmy w Kontakcie, Cztery i Pół


Choćby było nie wiem jak źle, nie poddawaj się
Choćby zaszła jakaś straszna awaria
Pamiętaj, fruzie wolą optymistów
A nawet jeśli nie, to dobrze wierzyć w ten optymistyczny wariant 
Fruźki Wolą Optymistów, Koniec Żartów

Tli się, ale już gaśnie płomyk dla mnie
I tak strasznie boli, że czas mnie goni nieustannie
Czas co włączył ogrzewanie tak niecnie
A może krzyknąłem właśnie - "chwilo, trwaj wiecznie!"
Kaloryfer, Cztery i Pół

Umysły tak zniewolone,
Że trzeba je otwierać łomem, są mi znajome,
To jest bardzo ciężki kawałek chleba
Wytrych robię ja, kształt mu nadaje Webber
Efekt słyszysz na swoim sprzęcie
Tylko broń Boże nie otwieraj głowy, bo stracę zajęcie

Włamywacz, Koniec Żartów

środa, 10 lutego 2016

Leń umyślny


Jak to jest, że ja nie zabiorę się za żadne obowiązki, dopóki naprawdę nie stwierdzę, że muszę? Przeglądając blogi lifestylowe trafiam na pierdyliard porad dotyczących organizowania czasu, ogarniania nauki, koncentrowania się na ważnych rzeczach. Czytając to stwierdzam, że to w sumie całkiem mądre - poukładasz sobie elegancko rzeczy na swoim białym biurku, przyrządzisz w pięknym kubku jakiś napój sprzyjający wyciszeniu i koncentracji i oddasz się słodkim obowiązkom. Jak już skończysz, nadejdzie czas na przyjemności. I tabliczkę czekolady. I opublikowanie tej pięknej scenerii na insta.

Otóż nie. Kiedyś faktycznie byłam dość sumienna - odrabiałam prace domowe (oczywiście w zakresie rozsądku), czytałam lektury na czas (niektóre), sprzątałam pokój raz na tydzień (bo mama kazała). Moje podejście na przestrzeni lat ulegało smutnej zmianie. Powoli, ale systematycznie. Teraz osiągnęło chyba punkt krytyczny. Szukałam wyjaśnienia, pytałam siebie, do czego myśmy doszli, i chyba znalazłam. Jak wspominałam tutaj, odkąd nie otaczają mnie czułe, acz stanowcze w zakresie bycia Perfekcyjną Panią Domu skrzydła matki, pozwalam sobie na więcej, niż dotychczas. Sprzątam, jak uznam, że jest brudno (w matczynej skali moment ten określony zostałby katastroficznym), zmywam, jak nie mam na czym jeść lub przygotowywać posiłków, uczę się, jak termin drastycznie się zbliża - choć przecież miałam na to pół roku. Rozgraniczam jednak sferę "domową" i "naukową" - teraz ja zarządzam domem i robię to po swojemu. Obciachu nie ma, potrafię o niego zadbać, ale nie zawsze mam na to czas... albo ochotę, bądźmy szczerzy. Nie usłyszę nic złego, jeśli wyjmę zawartość szuflady na podłogę w celu znalezienia jednej pierdoły, a potem nie schowam jej przez najbliższe 48 godzin. To się nazywa wolność. Ciężko jednak mianem wolności określić stres towarzyszący powtórce materiału z kilku lat, bo nagle się okazało, że obrona za tydzień - a taki moment nadejdzie za parę dni.


Lubię swój system. Jasne, zasuwanie z materiałem nie jest przyjemne, ale z drugiej strony... Miałam parę miesięcy luzu, więc kilka dni stresu wydaje się być rozsądną ceną. Lubię ten system, bo nigdy mnie nie zawiódł. Do egzaminów i zaliczeń zazwyczaj podchodziłam na luzie, a wszystko zawsze się udawało. Od dziecka mam łatwość opanowywania materiału i naturalną ciekawość, która sprawia, że szybko przyswajam (interesujące) informacje. Tydzień przed sesją czy oddaniem pracy dyplomowej zawsze był ciężki, bo nagle okazywało się, ile jest jeszcze do zrobienia i trzeba było spiąć dupę. Niemiła sytuacja, ale za to uczucie, które następowało po zakończeniu się egzaminów - bezcenne. Uczucie leserowania wcześniej - też całkiem fajne. Naprawdę lubię ten system. 

Mój system wyposażony jest w alarm. Gdy tak się obijam, w pewnym momencie zaczyna świecić mi się czerwona lampka, nierzadko, jak jestem wśród znajomych, na imprezie, w podróży, ogólnie na luzie. Lampka przypomina, że zbliża się jakiś termin, ważny moment, w każdym razie czas, żeby coś zrobić, nauczyć się, dokończyć. Wtedy przy najbliższej możliwej okazji zabieram się za obowiązki. Robię tyle, ile uznam za stosowne, lampka gaśnie (wszystko zależy od tego, ile mam faktycznie rzeczy do zrobienia i kiedy jest deadline) i wszystko wraca do normy.

Każdy ma swoje sposoby na organizowanie sobie życia. Niektórzy wybiorą planner, przeznaczanie dziennie ileś tam czasu na obowiązki, sumienne ogarnianie bieżących spraw. Inni zajmą się sobą, wodzeniem palcem po mapie, drobną działalnością artystyczną, pisaniem bloga i rozwojem osobistym - a potem skumulują cały wysiłek na przestrzeni kilku dni. Jestem szczęśliwym przedstawicielem drugiej grupy. Polecam. Na własną odpowiedzialność.

czwartek, 4 lutego 2016

Uwaga, powierzchownie


Dziewczyny mają łatwiej, o tym wszyscy wiedzą. Nie muszą nic robić, a i tak będą miały tłum adoratorów. Idą na imprezę, jest cudownie. Wieczór, noc. Problem pojawia się w momencie, gdy trzeba zmyć makijaż.
/Bina, weź, znowu generalizujesz, mówisz o jakichś powierzchownych głupotach, strasznie superfiszyl, w życiu nie jest tak jak ci się wydaje/

Kobiety uwielbiają się szykować. Stroić, ubierać, malować. Chcą się podobać i dobrze im to wychodzi. Wiedzą, jak podkreślić swoje atuty. Znają swoje ciało i twarz, wiedzą, co mają najlepszego, a co wypadałoby zatuszować. Oczywiście doskonale zdają sobie sprawę z tego, jak to należy zrobić. Idą na imprezę. Są przepiękne. A potem... nadchodzi poranek.

Faceci nie mają z tym problemu. Ich poranne problemy z wyglądem kończą się, zanim w ogóle zdążą się zacząć. Mężczyzna zawsze wygląda tak samo, chyba, ze należy do kudłaczy, którym po godzinach plączą się włosy. Ok, może wyglądać na trochę niewyspanego lub skacowanego, ale to w końcu żaden kłopot, przecież nikt po imprezie nie wygląda świeżo. Poza tym podkrążone oczy potrafią wyglądać sexi. Idealnie, jeśli facet rano weźmie prysznic i założy świeże ciuchy, wtedy jest nie do zdarcia.

Laska nie. Laska musi przypłacić wieczorne szykowanie się porannym naprawianiem szkód. Na pewno istnieje jakieś równanie opisujące prostą zależność, im bardziej byłaś piękna wieczorem, czyli im dłużej się szykowałaś i im większej użyłaś ilości specyfików, tym trudniej będzie ci rano dojść do ładu. Włosy z pozasychanym lakierem. Podkowy z makijażu pod oczami. Zatęchła cera, do której przez podkład nie docierało powietrze. Zaczerwienione oczy - spanie z mascarą nie popłaca. Ciuchy o poranku też nagle wyglądają jakoś tysiąc razy gorzej niż wieczorem.

laska nakłada tapetę.jpg

Poimprezowe śniadanie. Uczestniczą w nim faceci z imprezy i dziewczyny, które po chwili zastanowienia udaje nam się dopasować do postaci, z którymi bawiliśmy się dzień wcześniej. Zaskoczenie: piękne loki zamieniły się w syfiasty kucyk, sukienka w rozciągnięty t-shirt, olśniewająca twarz w schabowego. Czy naprawdę warto jest oszukiwać siebie i innych?

Dziewczyny często odbywają wielogodzinne przedimprezowe rytuały w celu upiększenia się. Malują się, stroją jak Bijons i chcą błyszczeć. Błyszczeć jaśniej, niż inne samice. Tylko... po co? Jeśli spodobasz się facetowi taka zrobiona, to chyba rano będzie zgrzyt, jeśli on ujrzy twoje prawdziwe oblicze?

Jestem laską, jasne, że zdarzyło mi się przyjść na imprezę z pięknym fryzem, boskim makijażem i w cudownych ciuchach. Po paru godzinach zabawy, gdy czar zaczynał pryskać, robiło mi się coraz dziwniej, że nie jestem już tak piękna, jak miałam być. Gubiłam się. Gdy przychodzę na melanż w dresie, jeansach i warkoczu, bez mascary i eyelinera, jest jakoś prościej. Jestem po prostu w stanie utrzymać tę stylówkę przez najbliższe 24h, co jest praktyczne.

Jestem okrutna, dziękuję za uwagę.
Blog Widget by LinkWithin