czwartek, 21 kwietnia 2016

Malta express - pierwsze wrażenia


Niedawno przeniosłam się na Maltę. Pomysł ten pojawił się nagle i niespodziewanie, decyzja została podjęta szybko, odpowiednie działania wyegzekwowane natychmiast. Jestem na Malcie, mieszkam w Valletcie, czyli w stolicy.

Valletta to jedna z najmniejszych stolic europejskich, mniejsze od niej są tylko Vaduz (stolica Liechtensteinu), San Marino, Monako i Watykan. Całą Maltę zamieszkuje prawie pół miliona ludzi, w Valletcie jest ich zaledwie sześć i pół tysiąca. Zdziwiła mnie ta statystyka, spodziewałam się znacznie większego skupiska ludzi. Valletta to gęsta krzyżówka prostopadłych ulic, szerokość całego miasta to ok. 600m, długość to nieco ponad kilometr. Stało się tak, że tu właśnie zamieszkałam, mogłam więc zapoznać się z tym miastem. Mieszkając na terenie miasta do każdego punktu można dojść w max. pół godziny, a wtedy trzeba się już naprawdę wlec i iść okrężną drogą. Zwiedzenie całej Valletty i odkrycie wszystkich jej sekretów trwa jakieś dwa dni (wliczając spędzenie jednego na fantastycznych skałkach nad morzem). Stolica Malty skrywa w sobie na przykład knajpę z belgijskimi browarami (z czego bardzo się ucieszyłam). Valletta to kościoły, katedry, turyści. Jeżeli nie jesteś fanem żadnego z powyższych, to nie masz tu nic szczególnego do zobaczenia. Mimo tego miasto od razu mi się spodobało. Plan regularnych kwadratów i prostych ulic umożliwia łatwe odnalezienie się, architektura jest przeurocza, wybrzeże piękne, ludzie sympatyczni. Turyści skupiają się na dwóch głównych ulicach, które prowadzą z jednego końca miasta do drugiego, czyli od morza do pętli autobusowej łączącej stolicę z resztą wyspy. Woda otacza Vallettę aż z trzech stron, w niektórych miejscach można zejść na skaliste wybrzeże. Jest tam przecudownie, spędzam tam czas czując się jak na wakacjach i dziwiąc się, jak to możliwe, że mieszkam w takim miejscu.

Malta jest upalna. Już jest gorąco, a wiem, że będzie o wiele goręcej. Chodzę w szortach i bluzkach na ramiączka, czyli tak, jak lubię najbardziej. Jem pyszne warzywa i owoce, które nie umywają się do tych, które można dostać u nas w sklepach. Cukinie, pomidory, banany, cytrusy... Czad. Chodzę na piechotę z miasta do miasta, gdyż cała populacja Malty nadawałaby się do zamieszkania w jednym większym mieście, ale ta mała wysepka (a konkretnie trzy wysepki) ma swoją specyficzną skalę. Każda dzielnica jest osobnym miasteczkiem, które rozrosły się tak, że bezpośrednio się stykają. Autobusy są szalone, istnieją przystanki, gdzie zatrzymują się linie jadące w kierunku obu pętli i trzeba pytać, dokąd kierowca zmierza, aby uniknąć pomyłki. Na dodatek każdy autobus przejeżdżający w pobliżu miasteczka Msida obowiązkowo zahacza o szpital Mater Dei, robiąc tam półpętlę i zgarniając masę dziadków. Na Malcie, wyspie o nieregularnych kształtach, czasem łatwiej jest pokonać dystans drogą morską, promem, niż tkwić w spóźnionym autobusie stojącym w korkach. Kolejna ciekawostka - na dorosłego Maltańczyka przypada statystycznie ponad jeden samochód, co mniej więcej oznacza, że wszystkie drogi są cały czas zatkane, nie tylko w ścisłych godzinach szczytu. Piesze wycieczki też nie zawsze się sprawdzają. Przy próbie przemieszczenia się z jednego miasteczka do drugiego zdarza się, że chodnik nagle się kończy, więc można albo zejść na drogę szybkiego ruchu, albo wdrapać się na zakrzaczony murek. Czasem na środku chodnika wyrasta olbrzymia kamienna kolumna albo schodki prowadzące do budynku. Nie ma miejsca, żeby przejść. Interesujące. Podobnie dziwny jest maltański język, który przypomina włoski połączony z arabskim charczeniem. Jednak niemal każdy Maltańczyk posługuje się płynnie językiem angielskim. Jest to tutaj drugi język urzędowy, więc z łatwością można się wszędzie porozumieć. Angielski to pozostałość po brytyjskich kolonizatorach, podobnie jak ruch lewostronny (wciąż ćwiczę odruch patrzenia w prawo) i czerwone budki telefoniczne.

Kolejna część Malta Expressu już wkrótce. Chwilę tu zamierzam posiedzieć, nazbiera się przemyśleń.

piątek, 1 kwietnia 2016

Jesteśmy dorośli


Kiedy byłam mała, wyobrażałam sobie czasami dużą, dorosłą Sabinę. Abstrahując od tego, że bałam się tej całej dorosłości (a może właśnie dlatego?) spodziewałam się, że moment, kiedy będę miała poważne, ogarnięte życie, po prostu nadejdzie. Że wszystko zrobi się samo. Cóż, nie zrobiło się.

Chodząc do szkoły miałam tendencję do wizualizowania sobie przyszłości - zarówno niedalekiej, jak i tej nieco bardziej odległej. Nieubłaganie zbliża się moment, kiedy skończę 24 lata. Teraz oznacza to dla mnie wciąż młodość i beztroskę - brak stałej pracy, jakieś tam oszczędności, plany podróżnicze, wyjścia na piwo. Pojawiają się takie upierdliwości, jak rozliczanie PITów (ogarnianie zarobków zagranicznych, łączenie podatku francuskiego z polskim i inne skomplikowane pierdy, sic), kupowanie jedzenia za własny hajs, brak legitymacji studenckiej (wciąż  nie mogę się przyzwyczaić) czy podejmowanie odpowiedzialnych decyzji, ale cóż. Czuję się świeżo i młodo, nie mam zmartwień dorosłych ludzi, kredytów, mężów, dzieci, tryskam energią i cieszę się z drobnych rzeczy. Jak byłam gnojem, to na pewno spodziewałam się, że w wieku 24 lat będę już jakaś DOROSŁA i WAŻNA. Nie wiem, jak dokładnie to wtedy rozumiałam, ale na pewno uważałam, że po prostu w pewnym wieku ludzie jakoś naturalnie zaczynają być duzi. Albo zgorzkniali.

Jak skończyłam 18 lat, poczułam się staro. Oficjalna dorosłość. Jak skończyłam 20 lat, poczułam się staro. Dwója z przodu. Jak skończyłam 21 lat, poczułam się staro - można legalnie pić alkohol w Stanach! Najwyższy czas pojechać w moją licealną podróż marzeń, do Los Angeles. 7 kwietnia 2016 znów poczuję się staro - pamiętam, jak kiedyś na lekcji angielskiego uczyliśmy się o tym, jak określić, ile ktoś ma lat. Jak ktoś ma między 41 a 43, to jest in his early fourties. 44-45 - in his mid-fourties. 46-49 - late fourties. Tak więc zdążyłam się już przyzwyczaić do moich early twenties, a teraz nieuchronnie przychodzi czas na mid-twenties. Wcale mi się to nie podoba.

Cóż, apparemment mamy tyle lat, na ile się czujemy. Mam kumpla, który w wieki 28-29 lat objechał świat i przeżył przygodę życia. Inny ma 39, nie związał się z nikim na stałe, nie ma nudnych rodzinno-dorosłych obowiązków, utrzymuje się z fotografowania ludzi i rzeczy. Obaj wyglądają na max. 25 lat. Mnie wciąż nieznajomi biorą za nastolatkę, a baby w monopolowym proszą mnie o dowód tak samo często, jak kiedy miałam 18 lat. Skoro więc wyglądam jak dzieciak i tak się czuję, to może nadal nim jestem?




taka jestem dorosła.

Granica dorosłości/starości cały czas się przesuwa. W podstawówce myślisz, że gimbusy to już duzi, poważni ludzie, MŁODZIEŻ. W liceum z pewnym szacunkiem patrzysz na studentów. Na trzecim roku studiów oczywiście śmiejesz się, jakie z pierwszoroczniaków są dzieci, a jak przypadkiem zapędzisz się do liceum, to nie możesz uwierzyć, że jak sam byłeś takim pierdkiem, to myślałeś, że jesteś dorosły. Młodsza siostra zawsze będzie dzieciaczkiem, nawet, gdy nie wiadomo kiedy skończyła 19 lat, poszła na studia, znalazła sobie chłopaka. Mam prawie 24 lata i dawno przestałam wierzyć, że kiedyś nagle stanę się dorosła, będę miała dom z ogrodem, psa i poważną pracę. Może kiedyś faktycznie tak się stanie, ale mój sposób postrzegania życia będzie musiał ulec najpierw znacznym zmianom. Nieprędko to nastąpi.

Macie tyle lat, na ile się czujecie? Czujecie się na tyle, ile macie lat? Może jesteście stetryczałymi dziadami zamkniętymi w ciałach nastolatków? A może energicznymi, młodymi duszami, mimo, że powoli zaczynają wam się pojawiać zmarszczki? Słucham.
Blog Widget by LinkWithin