środa, 25 maja 2016

Malta express - Gozo: Dwejra


Ekipa maltańska wyruszyła ostatnio na eksplorację. Dobra, to nie było ostatnio, ale ja się tutaj zabieram do pisania jak największy leniwiec. Nieważne. 

Standardowy Malta Team składa się z dwojga piwoszy odkrywców podróżników, ale na Gozo, czyli północną wyspę, wybraliśmy się w składzie wzbogaconym o moją siostrę, która wpadła na tydzień sprawdzić, jak sobie radzimy. Słyszeliśmy dużo dobrego o drugiej z trzech maltańskich wysp, postanowiliśmy więc przekonać się o jej uroku na własne oczy. Piękne plaże, kolebka starożytnych cywilizacji (świątynie sięgające 3600 bifor krajst), oszałamiające widoki. Oczywiście nie mogło pójść tak łatwo - trafiła nam się słaba pogoda (zaraz mnie zlinczują, bo tak naprawdę przez większość dnia było pięknie, ale wiał straszny wiatr, urywało łeb, co pokrzyżowało plan wygrzewania się na słońcu jak jaszczur), a zwiedzanie starożytnych świątyń niestety przekroczyłoby nasz skromny budżet. Jeszcze tam wrócimy, jak będziemy bogaci. Tym razem jednak po prostu pokręciliśmy się po miasteczkach, a na dłużej zostaliśmy w miejscowości (miejscowości? tam nie było NIC, poza jedną klockowatą wieżą sprzed X lat oraz foodtruckiem z browarami) o nazwie Dwejra. Od kiedy podróżuję zaczęłam doceniać piękne widoki i urok natury - górki, skałki, morze, drzewka, kwiatki. Nie spodziewałam się jednak, że to, co ma do zaoferowania Dwejra będzie aż tak rewelacyjne.

/różnice pogodowe na przestrzeni pół godziny/

Widoki cudowne, relatywnie mało ludzi, czego chcieć więcej? Dwejra oferuje nam między innymi dostęp do takich cudów jak Azure Window, czyli Lazurowe Okno, które wygląda jak elegancki widoczek z pocztówki. Chciałam oczywiście zdjęcie BEZ LUDZI, ale aż tak dobrze nie ma, zawsze jakiś Francois czy inny Jose (albo Janusz) wejdzie w kadr, żeby móc podziwiać atrakcję z odległości 20 metrów mniejszej niż ty, skutecznie uniemożliwiając ci zrobienie idealnego zdjęcia. Na górze okna (na górnej framudze, hihi) te małe kropeczki to również ludzie, którzy mimo surowych zakazów wleźli na skały. Wandale. Dobrze, że ich wiatr nie zdmuchnął do morza.


Obracając się plecami do Azure Window zobaczymy następny porywający widoczek (Dwejra taka praktyczna, wszystko w zasięgu paru kroków). Inland Sea, czyli zatoka, która jest połączona z morzem tylko małym korytarzykiem, jaskinią, którą widać na zdjęciu poniżej. Morze Śródziemne znajduje się z drugiej strony tej skały, ale przez niewielkie przejście do zagłębienia wpływa woda, tworząc niezwykłe, zielonkawe bajoro. Fale wypływają z jaskini, rozchodzą się po powierzchni wody i wracają. Widoczek naprawdę egzotyczny, chapeau bas.


Ze względu na wspomniany wcześniej brak funduszy (mówiąc ściślej, brak woli do ich wydawania) nie widziałam na Gozo w zasadzie nic poza Dwejrą. W każdym razie warto się było przepłynąć stateczkiem, żeby móc podziwiać Inland Sea, Azure Window, wzburzoną toń morza, stada jaszczurek i oryginalną skalną roślinność. Na zakończenie cyklu zdjęć z odwróconą Sabiną przedstawiam zdjęcie z odwróconą Sabiną truchtającą jak przypałowiec w kierunku morza. Dziękuję za uwagę i pozdrawiam z Malty!

niedziela, 15 maja 2016

Malta express - kelnerka w Valletcie

(to się w ogóle tak odmienia?)

Od prawie miesiąca jestem już na Malcie. Czas płynie szybko, a od czasu poprzedniej publikacji dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy, przeżyłam kilka maltańskich przygód i powoli zaczęłam przyzwyczajać się do faktu, że codziennie mogę sobie skoczyć na dwie godzinki na plażę, w końcu jest tylko 5 minut od domu. Tym razem chciałam praktycznie podsumować, co się u mnie dzieje. Jak, pod paroma względami, wygląda życie w stolicy Malty.
Zostałam kelnerką. Praca czekała na mnie od zaraz, zaczyna się sezon, jest duże zapotrzebowanie na kelnerów, barmanów, różnych animatorów, recepcjonistów, ochroniarzy, sprzedawców pierdół. Pracuję w restauracji usytuowanej centralnie (choć w mojej skali, po życiu spędzonym w Warszawie i Paryżu w zasadzie wszystko w Valletcie jest usytuowane centralnie, gdyż jest to bardzo niewielkie miasto). Jest popularnym turystycznym miejscem, ma duży ogródek, nie wyróżnia się niczym specjalnym. Jedzenie i ceny są przeciętne, kelnerzy wiecznie nieskładnie biegają, ponieważ w godzinach szczytu, gdy wszystkie stoliki są zajęte, to z trudem nadążamy z obsługą, nawet, gdy jest nas ośmioro. Typowa wakacyjna knajpa. Zarobki w tej branży na Malcie to 5€ za godzinę, czyli dwa razy mniej niż we Francji, za to 1.5-5 razy więcej niż w Polsce. Dochodzą do tego napiwki, które czasem podwajają dzienną stawkę, co przynosi już całkiem przyjemne pieniądze. Wszyscy kelnerzy na koniec zmiany oddają napiwki do kryształowego pucharka, gdzie są dzielone po równo pomiędzy wszystkich, również tych kelnerów, którzy nie zbierają zamówień => nie przyjmują pieniędzy => nie dostają napiwków, a także barmanów. Czy ten komunistyczny system jest dobry? Sami oceńcie. Oprócz tego za każdym razem wychodzę z pracy z jakimś żarełkiem, od wrapa z kurczakiem przez sałatkę, kanapkę, makaron z sosem, aż po pizzę. Przyjemnie wpływa to na redukcję kosztów życia.

Zakupy spożywcze to zagadkowa sprawa, zdarza się kupić masę produktów za grosze, a czasem wydamy parę euro w zasadzie na nic. Trzeba umiejętnie robić zakupy - owoce i warzywa kupować na straganach, pieczywo w małych sklepikach, słodycze (Cadbury!) w sklepie ze słodyczami (), ale po ser, konserwy czy detergenty warto już wybrać się do supermarketu. W Valletcie nie jest to łatwe, gdyż najbliższy duży sklep znajduje się parę kilometrów za miastem, trzeba więc doliczyć 3€ na bilety autobusowe. Dobrze jest więc robić coś, czego ja kompletnie nie ogarniam, czyli przygotować listę zakupów, uwzględnić na niej wszystkie dziedziny życia codziennego, wybrać się do supermarketu raz, a dobrze, a potem mieć spokój przez kilka tygodni i martwić się tylko bieżącymi sprawami, takimi, jak świeży chleb i pomidory. Ceny żywności są wyższe niż w Polsce, niższe, niż we Francji. Logiczne. Przywołam swój ulubiony przykład - Cisk, czyli lokalne piwo dostępne wszędzie, kosztuje ok. 1,50€ za półlitrową puszkę (butelki to niestety rzadkość), a fancy browarki sprowadzane z Belgii lub Niemiec to już wydatek rzędu 3-6€ za sztukę.

Na mieście można zjeść tanio i smacznie. Klasyczny zapychacz, czyli ftira, kosztuje ok. 2,50€. Jest to buła z tuńczykiem/kurczakiem/czymś innym z sałatą, oliwą z oliwek, sosem, oliwkami, fasolą... Są różne wersje, podawane na kilka sposobów. Taka śródziemnomorska, zdrowa wersja kebsa. Kawałek pizzy można dostać nawet za 90 centów, ale nie polecam tego na dłuższą metę, gdyż z jakiegoś powodu każda pizza sprzedawana na kawałki na Malcie (w budach, gdzie na witrynie leżą koło lokalnych przysmaków) jest niesamowicie tłusta, sztywna i podejrzana. Warto za to na przykład kupić pastizzi (za 30-50 centów), czyli małe ciasteczko z nadzieniem z ricotty albo z groszku. Jego większe wersje a także ciasto z mięsem i inne wynalazki kosztują zazwyczaj koło 1,50€, a w upalnym klimacie służą jako posiłek i pozwalają zapomnieć o głodzie na parę godzin. Na zjedzenie pizzy, makaronu lub burgera w restauracji musimy przeznaczyć co najmniej 10-12€, na świeże ryby 20€. W każdym razie każdy dusigrosz da radę najeść się za niewielkie pieniądze.

Następnym razem zdam relację z jednodniowej wycieczki na Gozo, czyli północną wyspę. Na razie wszystkie tematy, które przychodzą mi do głowy związane są z Maltą, ale gdy zaakceptuję to, że naprawdę mogę sobie wieczorkiem wypić browara na murku patrząc na słońce zachodzące nad Morzem Śródziemnym i że nie jestem na wakacjach, tylko tak teraz wygląda moja codzienność, to może coś się zmieni. Chwilowo pozdrawiam słonecznie.
Blog Widget by LinkWithin