sobota, 25 czerwca 2016

Malta express: luźne brednie, czyli wywód kelnersko-francusko-turystyczny


Czasem w życiu dochodzę do wniosku, że nic mnie już nie zdziwi. Podjęcie roboty w turystycznej knajpie w centrum stolicy Malty oczywiście dostarczyło mi jednak tylu wrażeń, że wypieram się wcześniejszego stwierdzenia. Ludzie po prostu nie przestaną mnie zadziwiać.

/archiwa mojewywody.pl
24 października 2014
Bydło

Ludzie chyba nigdy nie przestaną mnie zadziwiać. Myśleliście, że tylko w Polsce jest bydło? Że tylko u nas mogłaby zdarzyć się scenka typu "idę do Ikei ze słoikiem, żeby nalać sobie darmowego ketchupu ze stoiska z hot dogami"? Że "od razu widać, że Polacy, bo taka wiocha"? Otóż nie. Bydło i wiocha są wszędzie. I wcale nie trzeba dużo szukać. (czytaj dalej)

(^ zachęcam do przeczytania tego wpisu, śmieszne, sama się zdziwiłam, że taką śmieszną rzecz półtora roku temu napisałam)
/

Podczas szkolenia dotyczącego wysyłania zamówień do kuchni ze specjalnego komputerka dowiedziałam się, że w zasadzie możemy ingerować we wszystkie pozycje w menu, zmienić co tylko chcemy. Jest to użyteczne w momencie, gdy np. ktoś będzie na coś uczulony, zażyczy sobie bezglutenową wersję makaronu (lol) albo po prostu chce pizzę jakąś tam, ale bez tego, za to z dodatkowym czymś innym. Spoko. Dowiedziałam się nawet, że możemy zmienić typ makaronu - w karcie jest około dziesięciu makaronowych dań, każde skomponowane z określonym rodzajem kluseczek, bo kuchary wymyśliły sobie, żeby było tak, a nie inaczej. Zastanawiam się - po co więc ktoś miałby to zmieniać? Cóż. Kelneruję, krzątam się, zbieram zamówienia. Jakaś pani prosi o makaron. Wybrała sobie pozycję penne arrabiata - informuje mnie jednak, że nie lubi penne. Czy mogłaby to dostać z fussili? Dżiz. Jak można nie lubić penne? Makaron jak każdy inny. Zamieniła rurki na świderki. Może ktoś z Was mi wyjaśni tą fanaberię, bo ja naprawdę nie jestem w stanie tego pojąć. Okej, są dania, które je się z określonym kształtem makaronu - bolognese to zawsze spaghetti, a lasagna jest przekładana tymi makaronowymi płachtami. Jaki jednak ktoś ma interes w tym, żeby zamienić penne na fussili? Nie lubi penne? A lubi fussili? Przecież one są zrobione z tego samego, mają ten sam rozmiar i dają te same doznania smakowe. Filozofowie, pomóżcie!
Klasycznym, a nierzadko irytującym elementem szarej wakacyjnej maltańskiej kelnerskiej (morze epitetów) rzeczywistości są francuscy turyści. Zasuwasz z tacą, a tu bezceremonialnie zaczepia cię jakaś baba i zamawia po francusku sok pomarańczowy /raz spanikowana koleżanka, wiedząc, że mówię po francusku, spytała mnie, co to jest dy żju dorąż. pomogłam/. Inna kobieta pyta, czy mamy białe wino musujące. Ewentualnie informuje, że przesiada się do tamtego stolika, bo jest tam cień/słońce. Spoko, nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że kurna, nie jesteśmy we Francji. Tu się defaultowo nie mówi po francusku. Jako jedyny frankofon w mojej knajpie odpowiadam uśmiechnięta w ich języku. Spodziewam się entuzjazmu: oo, zrozumiano mnie, mimo, że nie podjęłam ani krztyny wysiłku, by powiedzieć choć jedno słowo po angielsku. Nie. Francuzka zakłada, że to oczywiste, że cały świat mówi po francusku, ona wręcz tego właśnie od niego oczekuje. (Wstaw tutaj dowolne przekleństwo). Raz nawet wlazła taka jedna i zapytała głośno, czy ktoś tu mówi po francusku. Nie muszę chyba dodawać, w jakim języku padło pytanie. Włączyłam swój najbardziej czarujący uśmiech i powiedziałam, że owszem, ja. Baba nie zdradziła żadnych oznak radości, przeciwnie, trwała w przyjętej wcześniej postawie roszczeniowej, zamówiła coś tam i wróciła do swojego stolika. Kurwica mnie bierze na tych ludzi. Oni naprawdę nigdy nie zrozumieją, że Francja kończy się we Francji, a potem trzeba podjąć jakikolwiek wysiłek. Gdy trafiają mi się naprawdę niemili klienci z tego kraju, udaję, że nie rozumiem. Znakomicie bawię się słuchając, o czym szczebioczą, zastanawiając się, jak zamówić butelkę wody. Chciałeś jechać na wakacje? To jedź. Tylko spróbuj chociaż nie zniechęcać do siebie całego świata od pierwszej sekundy. Jasne, zdarzają się również niezwykle czarujący Francuzi. Wystarczy, że powiedzą jedno yes, hi albo good morning, czasem po prostu na nich spojrzę, nie ma wątpliwości skąd przyjechali. Zagaduję po francusku, oni bardzo cieszą się, że będą mogli sobie z kimś pogadać w ojczystym języku. Korzystając z okazji wypytują mnie o jakieś atrakcje turystyczne, gdyż ze swoim angielskim nie czują się na tyle dobrze, by dyskutować z ludźmi (choć są i tacy, którzy świetnie władają tym językiem, co nieczęsto się zdarza wśród frenczmenów). Pytają, co Francuzka robi tutaj, dlaczego wyjechała. Zaczyna się dyskusja, że jestem z Polski i po raz 834920483806 streszczam historię swojego życia. Chwalą moją znajomość języka i odwagę, żeby zdobywać świat, życzą powodzenia, są serdeczni i uśmiechnięci. Można? Można. Czasem trafia się na przykład para ludzi koło sześćdziesiątki, którzy oczywiście z angielskiego nie są mocarzami, ale chociaż próbują. Zamawiają, bardziej lub mniej sprawnie, chcą się dogadać. Wykazują dobrą wolę. Gdy, słysząc ich trying hard odzywam się po francusku, z ulgą śmieją się i zaczynają rozmowę. Spoko. Wiem, że nie każdy miał okazję albo chęć nauczyć się obcych języków, zwłaszcza ludzie ze starszych pokoleń. Jeśli jednak przychodzisz oburzony, że nikt na Malcie nie mówi po francusku i, tak czy siak, będziesz wszystkich w tym języku zagadywał, to nie znajdziesz nikogo, kto ci odpowie. Na pewno nie mnie.

Z Polakami pod pewnym względem jest podobnie. Zazwyczaj średnio im idzie rozmowa po angielsku, a gdy słyszę, że zaczynają się między sobą konsultować po polsku, przechodzę na mowę ojczystą. Jeśli dobrze radzą sobie z ingliszem, nie ujawniam, że jestem Polką. Wolę uchodzić za Maltankę lub przedstawicielkę dowolnej innej narodowości i nie narażać się na to, że zaraz będą mnie pytać, jak dojść do katedry świętego dżona. Raz zaczepił mnie klient, chciał coś zamówić, naturalnie po angielsku, ale wcześniej powiedział coś do Kasi/Marysi i tym sposobem dowiedziałam się, skąd pochodzi. Entuzjastycznie zagadałam po polsku. Reakcją wszystkich przy stoliku było zniesmaczone: o. Polka. Od tej pory raczej zgrywam tajemniczą cudzoziemkę, choć zdarzyło mi się uciąć miłe konwersacje z rodakami, którzy zgodnie z legendą chętniej rozmawiają z innymi Polakami za granicą niż u siebie. Polacy przynajmniej nie zaczynają mówić do wszystkich po polsku i nie oczekują, że ktoś ich zrozumie, w przeciwieństwie do Francuzów. Choćby nie wiem jak kaleczyli angielski, to będą próbować. To dobrze.

Praca w restauracji obfituje w mnóstwo losowych zdarzeń, na przykład babcię, która zamawia espresso i szklankę lodu. Dopytałam, czy na pewno o to jej chodzi - prawdopodobnie coś źle usłyszałam. Nie, espresso i szklanka lodu. Okej. Spełniłam zachciankę po czym ukradkiem obserwowałam, co kobiecina zamierza zrobić. Powąchała espresso, chwilę się nad nim zastanowiła, po czym wlała je do szklanki pełnej kostek lodu. Wymieszała, wysączyła. Niech będzie. Inna babcia, kwalifikująca się do wagi piórkowej, samotnie opędzlowała olbrzymi stek i poprawiła szarlotką. Jeszcze inna zaczęła się zbierać po położeniu pieniędzy na spodeczek z rachunkiem, który wcześniej jej przyniosłam. Keep the change!, zawołała uśmiechnięta kobiecina. Wyszła, ja spojrzałam na gotówkę: 5€20. Należność: 5€45. Keep the change, dzięki laska, na moim koncie ląduje minus dwadzieścia pięć centów napiwku. Mój błąd, trzeba było spojrzeć, ile się dostało, zanim kobieta opuściła lokal. Mimo wszystko, gdy słyszę, że mam zachować resztę dla siebie, naturalnie nie spodziewam się, że na spodeczku nie ma wystarczającej ilości pieniędzy. Napiwki to ogólnie bardzo miła sprawa, której perspektywa dodatkowo motywuje mnie do dbania o gości: obsługiwania ich z uśmiechem, zapowiadania podawanych potraw, pytania, czy wszystko w porządku, bycia cały czas w pobliżu. Najbardziej hojni są Amerykanie, zaraz po nich Brytyjczycy. Z Włochami, Francuzami i Hiszpanami jest bardzo różnie. Maltańczycy często zostawiają zwierzęce tipy w wysokości np. 13 czy 21 centów (oczywiście samymi brązowymi monetami). Klasyk - nie chcę wydawać wartościowych pieniędzy, ale w sumie wypadałoby coś zostawić, więc pozbędę się kilku miedziaków z portfela. Grosz do grosza...

Mam plakietkę z imieniem. Tak, to straszne, wiem. Niestety muszę. Oczywiście ktoś się musiał kopnąć drukując moje imię. Na szczęście na plakietce nie widnieje znienawidzona przeze mnie Sabrina, ale za to germańsko-francuskie Sabine. Wkurza mnie to, bo rubaszne dziady chlejące browary od 9 rano wołają mnie Sabiiineee, a to nawet nie jest moje imię. Obsługuję Francuzów, przemawiam płynnym frenczem. Oni na to: faktycznie, masz na imię Sabine, mogliśmy się domyślić, że jesteś Francuzką. Nie, nie jestem. W imieniu jest błąd. Mam na imię Sabina. Skąd jesteś? Z Polski. /wybałuszone gały/ To jakim cudem mówisz po francusku bez akcentu? Mieszkałam we Francji. Ach, to jasne! Urodziłaś się tam? Nie, przeprowadziłam się na 4 lata w wieku 19 lat. No ale mówiłaś wcześniej po francusku? Nie, nauczyłam się dopiero na miejscu. Jak to? I tak dalej. Schemat rozmowy jest niemal zawsze identyczny, odbyłam ją miliard razy mieszkając w Paryżu, teraz historia zatoczyła koło. Niemcy z kolei widzą moją plakietkę i pytają, szprist du dojcz, Sabine?... Uch. Oczywiście prosiłam już, żeby zrobili mi normalną plakietkę, ale mnie olano. Muszę się tym porządniej zająć.

Mogłabym, jak widać, pisać i pisać, ale sobie daruję. Pozbieram materiały na następny raz. Peace.

piątek, 17 czerwca 2016

Stephen King "Mroczna Wieża"


 Więc idź, są światy inne, niż ten.

(nie ma spoilerów chyba)

Czasami, zwłaszcza jeśli człowiek wie, że będzie ciężko,
najlepiej jest zacząć od razu. I niech się dzieje, co chce.

Od dawna chciałam sięgnąć po tę siedmioczęściową sagę. Zapowiadała się intrygująco, lektura składająca się z kilku książek opisujących losy tych samych bohaterów to, jak każdy wie, czad, a poza tym napisał ją Stephen King, więc po prostu musiałam ją przeczytać. Oczywiście zwlekałam z tym ładnych kilka lat, jak to mam w zwyczaju. W każdym razie, jak powiedziałam, że coś zrobię, to tak będzie (prawda, mamo?). Może jutro, może za tydzień, może w następnym stuleciu, ale zrobię to.

 To, co zraniło cię raz, może zranić cię dwa razy.  

Pierwszy tom, zatytułowany Roland, otworzyłam z wielkimi nadziejami. Sądziłam, że wciągnie mnie od pierwszych stron, że pochłonę go w ułamek sekundy i totalnie się uzależnię. Tak jednak się nie stało. Miałam wrażenie, że fabuła rozkręca się powoli, że tak naprawdę nic się nie dzieje. Najbardziej jednak denerwował mnie fakt, że nie wiadomo, o co chodzi - Roland, rewolwerowiec, przemierza pustynię, by dotrzeć do Mrocznej Wieży. Okej. Podąża za człowiekiem w czerni. Okej. Nie wiadomo, kim jest Roland, kim jest typ w czerni, czym jest Wieża, po co oni tam idą, co się w ogóle dzieje. Oczywiście, żeby było ciekawiej, przez parę kolejnych tomów dalej nie wiemy, o co chodzi z Mroczną Wieżą. Po prostu przyzwyczajając się do lektury automatycznie przyjmujemy do wiadomości, że Roland, wraz z ekipą, którą zbiera w międzyczasie, zmierza do Mrocznej Wieży, że Mroczna Wieża jest najważniejsza. Spoko.

Człowiek, który nie potrafi podzielić się używką,
powinien z niej zrezygnować.

Akcja toczy się w Świecie Pośrednim i nie tylko. Świat ten różni się od naszego, choć zauważalne są pewne podobieństwa. Robi się ciekawie, gdy od drugiego tomu, Powołania trójki, bohaterowie zaczynają w magiczny sposób podróżować między Światem Pośrednim a znanym nam Nowym Jorkiem. Roland pochodzący ze Świata Pośredniego ma problemy z odnalezieniem się w naszych realiach, podobnie jak Nowojorczycy, którym zdarzy się trafić do rolandowej rzeczywistości, są nieco zagubieni. King, jak to ma w zwyczaju (za co bardzo go cenię), niezwykle dokładnie kreuje wszystkie światy i postacie oraz bezbłędnie ujmuje problemy bohaterów związane ze znalezieniem się w kompletnie nieznanym miejscu i czasie, otoczonych kompletną nowością - potworami, dziczą, współczesną technologią... Ave.

Niech twój pierwszy dzień w piekle
trwa dziesięć tysięcy lat i będzie najkrótszym.

Najbardziej podobały mi się tomy IV i V, Czarnoksiężnik i kryształ oraz Wilki z Calla. Najlepiej mi się je czytało, czuć było tą charakterystyczną Kingową lekkość pióra, dopracowanie wszystkich postaci, ich zachowań, sposobów myślenia i wypowiadania się. Przez większość tomu czwartego znajdujemy się w kompletnie innych realiach, duży ułamek tej powieści to retrospekcja, opowiedzenie dawnych dziejów głównego bohatera, co jest ciekawym oderwaniem od żmudnej wędrówki to Mrocznej Wieży (z którą nadal nie wiadomo, o co chodzi). Od tomu piątego fabuła się zagęszcza, sytuacja się komplikuje - King zaczyna bawić się w podróżowanie w czasie, nieskończoną ilość równoległych wszechświatów, z których tak naprawdę tylko jeden jest prawdziwy, zaczyna się "ratowanie" bohaterów, którzy zginęli w jednej rzeczywistości, ale w drugiej są still alive... Zabiegi czasem dziwne, czasem fajne, czasem niepokojące, czasem upierdliwe. Oczywiście nie brakuje klasyków: punkt kulminacyjny, niezwykle ważny moment, zaraz dowiemy się, jakie to kluczowe zdarzenie ma konsekwencje... nieee, pan Stephen zabierze nas teraz do swoich notatek, które zajmują jeden gruby (ostatni...) rozdział szóstego tomu pt. Pieśń Susannah. Zamiast wyjaśnić, co się wydarzy, King w formie pamiętnika opowiada, co zainspirowało go do stworzenia niektórych wątków, postaci, obiektów, sytuacji w całej sadze. Oprócz tego mówi, jak borykał się z pisaniem wszystkich kolejnych części, wliczając kilkuletnie przerwy. Wydarzenia związane z Mroczną Wieżą znajdziemy dopiero w kolejnym, ostatnim tomie, zatytułowanym tak, jak cała seria. Ugh.

Dno - poziom, z którego nie możesz upaść niżej,
chyba że weźmiesz łopatę i zaczniesz kopać.

King Mroczną Wieżę określa jako swoje opus magnum - cóż, faktycznie, jest to niezwykle złożona, wielowątkowa opowieść, posiadająca parę niezwykłych cech - nawiązania do wielu innych powieści autora, nawet przechwycenie jednego bohatera z Miasteczka Salem, który opowiada, co wydarzyło się po sytuacji opisanej w tejże powieści i jak znalazł się w realiach Mrocznej Wieży, którą akurat mamy w rękach. Fajne. Sam King przewija się jako bóg, stwórca... Odważnie, ciekawie, szacunek. Świetnie mi się czytało całą serię (oprócz pierwszego tomu, który trochę męczyłam, ale na szczęście nie zrezygnowałam z sięgnięcia po kolejne), polecam fanom Kinga, długich, złożonych opowieści, fantastyki, podróżowania w przestrzeni i czasie, koncepcji równoległych wszechświatów. Jest przygoda, trochę przemocy i miłości, trochę smutku i cierpienia, nie brakuje napięcia, ciekawych zwrotów akcji, retrospekcji, standardowych Kingowych zaburzeń chronologii i odciągania uwagi czytelnika od tego, co ważnego się dzieje, by opowiedzieć, co akurat robią jacyś nudni drugoplanowi bohaterowie. Dla mnie super, mimo, że żadnej z części tej serii nie zakwalifikowałabym do swoich ulubionych książek. Dotarłszy do końca ostatniej części zdecydowanie ucieszyłam się, że nie odłożyłam Mrocznej Wieży po przeczytaniu pierwszego tomu. Warto było. Zdecydowanie polecam, sama spędziłam z Mroczną Wieżą prawie 4 miłe miesiące. Daję mocne 8/10.

Człowiek w czerni uciekał przez pustynię,
a rewolwerowiec podążał w ślad za nim.

piątek, 10 czerwca 2016

Sabina stajl


Jestem straszną pierdołą, niezdarą, sierotą, fujarą, gamoniem, nazywajcie to jak chcecie. Najgorsze jest to, że mam wrażenie, że jest tak dopiero od niedawna. Okej, nie od wczoraj, ale przecież nie zawsze byłam taką ofiarą losu. Nie do końca wiem, kiedy to się zaczęło. To pewnie jedna z cech charakterystycznych tej przypadłości.

Kto wycierając imbryk pełen świeżutkiej herbatki niechcący wrzucił gąbkę do środka? Ja. Kto cały czas podczas spaceru wpada na swoich towarzyszy? Ja. Kto opuszczając pomieszczenie zaczepił się szelką plecaka o klamkę? Ja. Kto, śpiewając dla zabawy z siostrą, niechcący walnął ją głową? -_- Ja. Kto ciągle słyszy pytania "nogi cię bolą?", "jesteś zmęczona?", "czemu tak dziwnie idziesz?", "czemu tak dziwnie stoisz?", "masz coś ze stopami?" Ja (nic mi nie jest, przynajmniej nie w nogi). Kto nie mógł się podnieść z łóżka, bo w jakiś dziwny sposób przytrzasnął cielcem swoje długie włosy, które strasznie ciągnęły przy najdrobniejszym ruchu? Ja. Kto przenosząc krzesło walnął się nim w krocze? Ja (potem próbowałam odtworzyć tę sytuację i naprawdę nie mam pojęcia, jakim cudem tego dokonałam, to było po prostu niemożliwe). Kto wrzucił zapalniczkę do rzeki, próbując nią otworzyć browar? Ja. Kto zrobił to dwa razy na tym samym wyjeździe? Ja. Kto zahaczył czajnikiem o kubek, który zaczął się przewracać (w stronę ściany) i próbując ocalić sytuację zrzucił sobie ów kubek (pełen wrzątku) na stopę? Ja. I do dziś mam po tym ślad. Piętno pierdołowatości. Może będzie ze mną już na zawsze.




~widoczek maltański z dziadem w łódce~
Jak już wiadomo, obecnie pracuję jako kelnerka. Bycie niezdarą nie jest sprzyjającą okolicznością. I znów, kto niemalże wpadł na niosącą tacę koleżankę, nie zastanawiając się, jaka będzie jej trajektoria, i doprowadził do katastrofy? Ja. Kto niósł dwa talerze w lewej ręce i olbrzymi plater w drugiej, zawadził platerem o bar i zrzucił na glebę żarcie (z jednego z talerzy z lewej ręki, plater ocalał, jakby ktoś chciał poznać szczegóły)? Ja. Kto, słysząc "zanieś szklanki do stołu, przy którym siedzi pan X, krytyk i pięć grubych ryb" stłukł jedną ze szklanek będąc już niemal u celu? Ja. Kto chodził z wielkim siniakiem na udzie, bo zahaczył raz o róg stołu? Ja (siniak nie chciał zejść przez dłuuugo, bo cały czas go poprawiałam). Kto potknął się o nogę od krzesła, niosąc zamówienie do stolika? Ja. Kto potknął się o nogę od stołu, niosąc zamówienie do stolika? Ja. Kto potknął się o nogę od parasola, niosąc zamówienie do stolika? Ja. Mogłabym wymieniać dłużej, nie tylko historie z potykaniem się o nogi. Moja niezdarność kiedyś mnie zgubi, czasem się zastanawiam, dlaczego ja tam w ogóle pracuję. Coraz lepiej idzie mi z równowagą i noszeniem dużych ilości talerzy i napojów, ale nogi od stołów, blaty i koledzy z pracy cały czas na mnie czyhają, powodując, że zdarza mi się coś upuścić i narobić siary. Ludzie czekają na jedzenie, kuchnia musi je robić od nowa, ja muszę się tłumaczyć i robić walk of shame przed całą klientelą i personelem, słabo. To się nie skończy dobrze.

Kiedyś śmiałam się z oferm, które przewracają się wkładając spodnie na stojąco, ciągle się o coś uderzają, rozlewają napoje albo plamią się jedzeniem. Teraz jestem jedną z nich. Okej, całkiem nieźle idzie mi niebrudzenie się żarciem, ale to oczywiście też mi się zdarza. Moja skłonność do niezgrabnego powodowania (zazwyczaj) niegroźnych katastrof zyskała już miano Sabina Stajl.


JAKIEŚ RADY?

Peace.

piątek, 3 czerwca 2016

Odizolowana


Będąc na Malcie odcięłam się w pewien sposób od rzeczywistości, która do tej pory mnie otaczała. Nie, nie specjalnie - regularnie kontaktuję się ze znajomymi, którzy przecież w dalszym ciągu są ważną częścią mojego życia. Nie pierwszy raz oddaliłam się od przyjaciół na >1000km na nieokreślony czas. Wyprowadzka do Paryża w 2011 roku była pod tym względem trudna, ale sprawiła, że tym razem było mi łatwiej. Skoro kumple wtedy pozostali kumplami, wiem, że tym razem nie będzie inaczej. Dystans jest oczywiście utrudnieniem w utrzymywaniu znajomości, część z nich nie jest w stanie przetrwać. Te najważniejsze jednak są niezawodne - spotkamy się za miesiąc/rok/wieczność, zbijemy pionę, szybko wymienimy niusy z ostatnich wieeelu dni, a po chwili będziemy gadać, jakbyśmy widzieli się wczoraj. Ta świadomość jest czadowa.

przychodzę na skałki podziwiać takie zachody słońca.
nie ma na co narzekać.

Dobra, nie o tym miało być. Przylatując na Maltę nie miałam pojęcia, co mnie tu czeka. Czy uda się szybko znaleźć mieszkanie, pracę? Czy uda się w ogóle znaleźć mieszkanie i pracę? Gdzie? Jak? Wszystko stało pod wielkim znakiem zapytania, ale po sześciu dniach wraz z moim handsome towarzyszem mieliśmy już ogarniętą chatę i robotę. Można? Można. Odrobina farta, oczy szeroko otwarte, ręka na pulsie, wszystko dało się szybko załatwić. Moje życie na przestrzeni tygodnia kompletnie się zmieniło. Codziennością stało się słońce (), plaża, palmy. Tuńczyk. Kelnerowanie. Wieczorne spacery bez konieczności wkładania pięciu bluz i legginsów pod spodnie. Picie browarów z widokiem na morze. Nurkowanie (dobra, takie lamerskie, z rurką, bo jestem cieniasem i nie nurkuję tak na serio z butlą). Wszystkie te elementy były oczywiście nieobecne podczas mojego poprzedniego życia, w Paryżu, a także tego ostatniego, w Warszawie. Na ich miejscu było spotykanie się z niezawodnymi ziomkami, spędzanie dziennie 2-3 godzin w śmierdzącym transporcie miejskim z żulami, opędzanie się od ankieterów, dłubanie w nosie, czekanie na nocne, przygotowania do obrony (jak dobrze, że to już za mną) (a dyplom dalej leży nieodebrany w dziekanacie). Większość tych czynności nie miała oczywiście niezwykłego charmu, który otacza mnie na słonecznej wyspie. Nie ma codziennego gadania przez telefon/picia piwa z ulubionymi ludźmi, za czym oczywiście tęsknię. Z drugiej strony, na odizolowanej od wszystkiego Malcie gdzieś rozpłynęły się wszystkie problemy. Zniknęły głupie ploty trawiące ekipę znajomych, gdzie każdy ma swoje za uszami, knuje, nadaje na innych. Nie ma zgraj Januszy podróżujących o 6 rano autobusem z wózkiem pełnym firanek. Nie ma pośpiechu, stresu, głupiej gonitwy, zazdrości, rywalizacji. To wszystko zostało w dużych miastach, a ja mieszkam sobie w miejscu, gdzie populacja nie sięga nawet 6 tysięcy (a wcale nie jest wiochą, ale stolicą tego niewielkiego państewka). Życie na Malcie toczy się powoli, ale wesoło. Relaks, słońce, uśmiechy. Ludzie są sympatyczni, nie szukają problemów tam, gdzie ich nie ma. Słyszałam jednak już kilkakrotnie pogląd, że Malta to iluzja. Od przyjezdnych, nie od localsów. Pierwszy miesiąc jest super, bo chodzisz na plażę i cieszysz się życiem. Potem robi się gorzej, bo nie masz co ze sobą zrobić, codziennie oglądasz tych samych ludzi, kojarzysz całe miasto pod każdym względem, znasz wszystko na pamięć. Nudzisz się. Dostajesz pierdolca, bo jesteś uwięziony na tej wyspie. Tak prawią zamuleni Serbowie z mojej pracy, którzy przylecieli na Maltę rok temu w poszukiwaniu pieniędzy. Cóż, nie podzielam tego poglądu. W Valletcie jestem co prawda dopiero od niespełna dwóch miesięcy, ale mam wrażenie, że będę w stanie cieszyć się całym czasem spędzonym tutaj. To chyba kwestia podejścia - zakładasz, że życie jest super, więc takie jest. Kreujesz swoją własną, zajebistą rzeczywistość. Oni nastawiają się negatywnie i szukają smutku i nostalgii, więc oczywiście je znajdują. Ja szczerze polecam życie na Malcie, zwłaszcza, jeśli chcesz sobie przyjechać na rok, popracować w knajpie i poopalać. Jest naprawdę fajnie. Nie chciałabym tu zostać na zawsze, ale póki co upajam się tą spokojną atmosferą i świetną pogodą. 9/10, would recommend.
Blog Widget by LinkWithin