niedziela, 31 lipca 2016

Flashback


Dziś mojewywody obchodzą czwarte urodziny.

Zleciało.

Rozpoczynając pisanie tego bloga nie zakładałam, że będę go nadal prowadzić za cztery lata. Co prawda nie zakładałam również, że nie będę go prowadzić, ale w każdym razie cieszę się, że dalej tu piszę. Jest dobrze. Kiedyś myślałam, że w pewnym momencie tematy po prostu mi się skończą i nie będzie po co blogować. Tematy się nie skończyły. Cały czas życie dostarcza mi inspiracji i pomysłów na posty, co jest świetne. Czasem zwykła, codzienna sytuacja sprawia, że w mojej głowie zaczyna kiełkować zarys nowego wpisu. Notuję wtedy słowa kluczowe, by w domu móc rozwinąć artykuł. Blogowanie mi się nie znudziło, pisanie i czytanie dalej jest niezwykle intrygujące. Teraz nawet bardziej niż przedtem, jestem na fali. Miewałam momenty, że publikowałam jeden wywód miesięcznie, nie mając specjalnie ochoty na przebywanie w blogosferze, ale nie chcąc, by w archiwum potworzyły (to słowo brzmi, jakby powstało od wyrazu 'potwór', a nie 'tworzyć') się dziury. Lekki przymus, brak weny... ale było warto. Chęci zawsze wracały, ja z bloga nigdy nie zniknęłam na dłużej niż miesiąc, a i to było w 90% przypadków związane z podróżami czy adaptowaniem się do nowych sytuacji w życiu. Właśnie mijają cztery lata od opublikowania tego błyskotliwego wpisu. Cieszę się, naprawdę.


jeden z moich dawnych nagłówków.
ach, te niuanse, right -> browar.

W moim życiu oczywiście zmieniło się mnóstwo, w zasadzie wszystko.

31 lipca 2012 roku mieszkałam w Paryżu, byłam trochę wyalienowana, bo nie ogarniałam jeszcze ażtakbardzodobrze francuskiego, byłam zagubiona, bo przyjechałam tam z rodzicami, a nie do końca z własnej woli, gromadziłam pewność siebie, chciałam być fajniejsza niż byłam, zaliczyłam I rok studiów, bałam się iść do pracy w strasznej francuskiej Francji [dlatego również założyłam bloga, aby przyćmić wyrzuty sumienia, że nic nie robię całymi dniami (wow, chyba właśnie się do tego przyznałam sama przed sobą)].
31 lipca 2016 roku mieszkam na Malcie, bo tak sobie wymyśliłam, skończyłam studia, pracuję sobie, odkładam $ na podróż do Azji/Australii/Nowej Zelandii. Jestem super, podejmuję satysfakcjonujące decyzje, cieszę się życiem. Jestem szczęśliwa.

Zdarza mi się złapać kilof, założyć hełm i zjechać na samo dno archiwum. Poczytać, co też ciekawego miałam do powiedzenia dwa, trzy, cztery lata temu. W większości przypadków uśmiecham się, pamiętam, co czułam pisząc poszczególne artykuły. Czasem zauważam, że mój punkt widzenia zdecydowanie się zmienił i teraz zupełnie inaczej podchodzę do pewnych spraw. Zdarza się też, że przybijam piątkę Binie z przeszłości, bo fajnie coś napisała. Mądrze. Na przykład:


19 kwietnia 2013

(...) dlaczego nie możemy po prostu zatrzymać się w swoim pędzie i zacząć cieszyć tym, co już osiągnęliśmy? Zawsze tylko przyszłość, jutro, za miesiąc, za 10 lat... Kiedyś zrobię to, tamto, zrealizuję swoje marzenia. A dlaczego nie dziś? Zawsze patrzymy wprzód, wyobrażamy sobie, że nagle, znikąd, pojawi się ten dzień, o którym marzymy... Dzień, gdy wszystkie problemy się rozwiążą, a my będziemy lżejsi i szczęśliwsi. Kiedy nadejdzie? Nigdy, bo cały czas myślimy o przyszłości, wyznaczamy sobie kolejne cele. I kiedy to się niby zmieni?

24 marca 2013

Jak to się dzieje, że niektórzy ludzie się nie zmieniają? Nie ewoluują, nie otwierają umysłów, nie poszerzają horyzontów ani nawet nie zmieniają ciuchów? (...) w przeciągu 2 ostatnich lat zaobserwowałam zmiany u siebie i swoich znajomych. Odkrywamy się na nowo, dajemy się zainspirować, chcemy coś zrobić... Następnie wychodzimy na dwór, spotykamy jakiegoś beja, którego pamiętamy z podstawówki i się dziwimy. Brak jakiejkolwiek zmiany na zewnątrz, wewnątrz pewnie też. Czy naprawdę jest tak dużo ludzi nie pragnących... postępu?

21 września 2012

Prawie każde dziecko mówi, że chce dorosnąć. Ja chyba wyłamywałam się z tego schematu, dorosłe życie zawsze było dla mnie jakąś mroczną zagadką, której nie chciałam zgłębiać. Tak jest do teraz. Część moich znajomych zaczyna jakieś narzekanie na poziomie smut10000: "oo, tego nam już chyba nie wypada robić w naszym wieku"... W naszym wieku? 20 lat? Wszystko nam wypada! Zarówno odstawiać dziecinadę jak i udawać dojrzałych ludzi. Na narzekanie na temat wieku jeszcze będzie czas... (...) nie ma znaczenia to, co faktycznie robimy, ale to, jakie mamy odczucia na temat dzieci. Jeśli przestają nas jarać kreskówki, nie widzimy zabawy w poszukiwaniu skarbu ukrytego na podwórku i patrząc na grupkę dzieci myślimy "ach, jakie one naiwne i beztroskie" oznacza, że dopadła nas dorosłość i nic nam już nie pomoże.

14 stycznia 2014

Ludzie nie zadają sobie pytań. Dlaczego? Bo to wymaga angażu mózgu, posiadania własnego zdania, może podjęcia decyzji. Narzucony schemat tego nie wymaga, więc ludzie po prostu podążają utartą ścieżką. Tak jest prościej. Zresztą, baliby się poznać odpowiedzi na pytania. Nie chcieliby odkryć po kilkunastu latach tego swojego godziwego życia, że jednak nie spełniają się i nie są usatysfakcjonowani.

Cztery lata, wszystkiego najlepszego.
Zostaję.

poniedziałek, 25 lipca 2016

Malta express: osiedlowy lifestyle


Całe życie spędziłam w dużym mieście. Anonimowość to cecha podstawowa. Jeśli spotkasz znajomego na ulicy w Warszawie lub Paryżu, to masz super farta, zbijasz pionę, cieszysz się, że przypadkiem wpadłeś na kumpla na patelni, koło rotundy czy też pod palmą. Rzadka sprawa, znaleźć się z bliską osobą w tym samym miejscu w tym samym czasie. Kiedyś w paryskim metrze wpadłam na znajomego. Jaka była szansa? Pociągi odjeżdżają co kilka minut, więc nawet zakładając, że mniej więcej o tej samej godzinie jedziemy w tą samą stronę, mogliśmy się najzwyczajniej w świecie minąć - jedno z nas jechałoby kolejnym metrem, 2 minuty później. Moglibyśmy nawet podróżować tym samym składem, ale wagon dalej, i nigdy byśmy się nie zorientowali, że jesteśmy tak blisko. My jednak magicznie na siebie wpadliśmy. Cud!

Na Malcie cuda się skończyły. Cudem jest nie wpaść na znajomych.

W Vallettcie jest jak na osiedlu. Mieszka tu 6500 osób. Więcej przyjeżdża do pracy, ale tak czy siak, wszyscy się znają. Jeśli mam ochotę pójść na spacer i z nikim nie gadać, to muszę naprawdę dobrze zaplanować trasę. Odpada wiele ulic - tutaj pracuję, tam pracowałam, tu znam pana sklepikarza, tutaj jacyś upierdliwcy zawsze do mnie zagadują. Jeżeli nie chcę z nikim rozmawiać, zmuszona jestem pójść na rzadko uczęszczaną plażę albo wybrać jakieś syfiaste boczne uliczki, a i tam prawdopodobnie kogoś spotkam. Nie ma samotności, anonimowości. Z jednej strony jest to dla mnie nowe i ciekawe doświadczenie, z drugiej strony czuję się przytłoczona.


Dobre strony są takie, że przypominają się czasy wychodzenia na podwórko w dzieciństwie. Wiesz, gdzie szukać kumpli. 24-letnia Bina nie kieruje się na huśtawki, ale do pubu. Wiem, kto będzie siedział w którym miejscu o której godzinie, a nawet jakie piwo będzie spożywał. Pewniak. Jak chcę się pokłócić z rubasznymi Brytolami o to, czy ruch prawostronny jest normalny, a lewostronny głupi, czy odwrotnie, wiem gdzie się udać. Gdy mam ochotę pogadać z wesołym Włochem na tematy wszelkie, idę do swojej ulubionej knajpy. Wiem, gdzie szukać ekipy maltańskich ziomków, z którymi mogę godzinami dyskutować o piwie. W okolicy regularnie krąży też rozmowny Chorwat, z którym nie ma nudy. Zawsze mogę jeszcze przeparadować przed knajpami, w których pracuję/pracowałam i zamienić parę słów z kolegami. Nie muszę się umawiać, po prostu z góry wiadomo, kto gdzie jest i co robi. Ostatnio chciałam kupić sobie piwo i udać się na spacer po plaży. Nie wyszło. Zamiast wziąć jeden browar na wynos, niechcący zostałam na cztery, bo trafiłam w knajpie na niezawodną ekipę imprezowiczów. Niechcący poszłam na melanż. W moim poprzednim życiu nie byłoby to możliwe, bo jeśli w Warszawie/Paryżu nie chodzisz do jakiegoś baru przynajmniej raz w tygodniu, to barman i lokalsi absolutnie cię nie kojarzą. Nie ma przyjaznej atmosfery, nie ma z kim pogadać. Jeśli idziesz do knajpy sam, to automatycznie jesteś alkoholikiem. Na Malcie nigdy nie jesteś sam, zawsze trafisz na znajomych. Nawet niechcący. Ostatnio poszłam do pubu, w którym nie przesiaduję za często. Miałam wrażenie, że kojarzę barmana... Powiedział mi cześć. A no tak! To kumpel kumpla kogoś, z kim pracuję. Raz z nim gadałam po pracy. Sieć się rozciąga.

Świadomość tego, że nie muszę daleko szukać, jeśli chcę pogadać, napić się piwa ze znajomymi i pospędzać miło czas, jest super, ale miniaturowa skala Valletty często daje w kość. Plotkarze. Mnóstwo plotkarzy. Ludzi jest mało, każdy każdego zna, a nawet, jak nie zna, to wie o nim wszystko. Serio, jak na osiedlu. Defaultowo wiadomo, kto jak się nazywa, gdzie mieszka, z kim się spotyka. Zmieniłam pracę, przeszłam z restauracji do burger/whisky baru (coś dla mnie). W nowym miejscu wszyscy mnie kojarzyli, ja również znałam większość osób. Między jedną knajpą a drugą było kilka korelacji, ktoś zna kogoś, ktoś jest czyimś facetem, ktoś z kimś mieszka. Czego nie wiadomo oficjalnie, to zostanie dopowiedziane. Najgorsi pod tym względem są Serbowie. Na Malcie jest gazyliard Serbów i z jakiegoś powodu wszyscy się znają. Serio. Każdy Serb ma jakiś serboradar i wie, gdzie przebywają i pracują jego wszyscy fellow citizens. Do mojej knajpy przyszedł ostatnio pracować kolejny Serb. Przedstawiamy się sobie. My name is Sabina. Oooh, that Sabina! Ta, która pracowała z tym i z tamtym. I wszystko jasne. Dlaczego oni to robią? Ja nie założyłam żadnej komuny Cebulaków i serio, nie odczuwam takiej potrzeby...

Życie w takim otoczeniu to dla mnie kompletna nowość i na razie się nią cieszę. Dobrze jednak, że opuszczam to miejsce za kilka miesięcy, bo oszalałabym. Potrzebuję anonimowości - czy to w wielkim mieście, czy to w kompletniej dziczy. Małe miasteczka zostawiam innym.

poniedziałek, 18 lipca 2016

Bo chcę


Ostatnio często słyszę pytania i wątpliwości na temat moich decyzji życiowych. Skończyłaś studia w Polsce i przyjechałaś na Maltę pracować jako kelnerka? Dlaczego nie szukasz pracy w zawodzie? Wolisz tu zapieprzać w upale za 5€ za godzinę niż siedzieć w wygodnym biurze i projektować? Po co tu w ogóle jesteś?

Odpowiedź jest prosta.

Bo chcę.

Ludzie się pogubili i zapomnieli, po co jest życie. Oświecam: życie jest po to, żeby było przyjemnie, żeby z niego korzystać, żeby się cieszyć, umilać czas sobie i innym. Życie nie jest po to, by postępować wbrew sobie i na dodatek cały czas marudzić. Zgraja Serbów z mojej pracy łapie się za głowę, jak słyszą, że jestem z Polski. Masz europejski paszport? I siedzisz na Malcie? Możesz robić wszystko, jechać wszędzie, po co pracujesz tutaj? Bo chcę. Jak się dowiedzą, że na dodatek mam skończone studia, to kręcą głową i mają za skończoną idiotkę. Bo kto wolałby pracować na Malcie jako kelnerka niż w Polsce/gdzieś jako architekt wnętrz? Ja. Chwilowo, nie będę przecież przez całe życie latać z tacą. Jednak właśnie to mnie teraz uszczęśliwia i daje mi satysfakcję, postępuję więc w ten a nie inny sposób.

Jestem na Malcie, bo zbieram pieniądze na podróż dookoła świata. Pierwotnie miałam wyjeżdżać w tym roku, żadnej Malty nie było w planach. Projekt jednak rozrósł się, a w podróż nie jadę sama, więc trzeba było dopasować rzeczywistość do swoich potrzeb. Potrzeba było funduszy. Oszczędzanie w Polsce? Słabo. Francja? Jasne, ale mój towarzysz nie zna języka, szkoda czasu, trzeba jechać do jakiegoś inglisz spiking kantry trzepać hajs. Wielka Brytania, Irlandia? Nie, dziękuję, miliony Cebulaków, deszcz i deprecha. Stany, Australia? Za daleko, za drogo, skomplikowane procedury. No to może... Malta? Nie, żebym była wcześniej na Malcie, ale wiedziałam, że angielski jest tu językiem urzędowym, zbliża się sezon wakacyjny, będzie robota w jakiejś knajpie. Chwilę pomyśleli, kupili bilety, niecały miesiąc po wypowiedzeniu słowa Malta (w kontekście przeprowadzki) po raz pierwszy, byli już na wyspie. Mieszkanie i praca znalazły się bardzo szybko. I na co ja mam tu narzekać? Siedzę na słonecznej Malcie, zarabiam całkiem przyjemne pieniądze, opalam się, piję browary, jestem tu z kimś, kogo kocham, wszyscy szczęśliwi. Nie wolałabyś pracować w zawodzie? No właśnie nie, nie wolałabym. Na to jeszcze przyjdzie czas, a teraz mam luz i relaks w życiu, siedzę w totalnie wychillowanym państwie, odkładam kasę na podróż. Biegam z tacą. No i dobrze! Robię to z uśmiechem.

to ja i moja rzeczywistość

Moja decyzja mimo wszystko wydaje się wielu osobom nieracjonalna, żeby nie powiedzieć głupia. Mam ochotę wtedy odwrócić pytanie - skoro tak strasznie cierpisz na tej okropnej Malcie, dlaczego nie zrobiłeś studiów? Słaba matura? Idź na prywatne. Nie masz pieniędzy? Masz, bo pracujesz na Malcie... Jak ci się nie podoba, to coś zmień, przestań krytykować moje wybory, żeby poczuć się lepiej... Pewnego dnia wyżaliłam się parze Szwajcarów, którzy jedli wieczorem w restauracji, w której pracuję. Nie było dużego ruchu, a miło się gadało, więc spędziłam dobre pół godziny dyskutując z emerytami z Genewy. Kobieta powiedziała mi bardzo mądrą i miłą rzecz: słusznie postępujesz! na bycie poważną i pracowanie w biurze jeszcze będziesz miała czas. teraz jesteś młoda, korzystaj, rób, co ci się podoba. Gdy powiedziałam, że koledzy z pracy krytykują moją decyzję i uważają, że Malta jest beznadziejna, babka odparła: im się nie podoba, bo mają takie nastawienie. ty przyjechałaś tu, bo chciałaś, masz zbliżającą się perspektywę podróży, cieszysz się życiem, więc zawsze będzie ci się podobało! oni traktują pobyt tutaj jak ciężką karę i z góry przekreślają każdą możliwość szczęśliwej egzystencji, bo po prostu taki mają styl. ty jesteś inna, pozytywna. Właśnie! Ja po prostu robię to, bo chcę.

Jakiś czas temu uświadomiłam sobie (a dokładniej, dałam sobie uświadomić), że istnieje nieskończona ilość rzeczywistości. Każdy tworzy rzeczywistość, w której żyje. Wcześniej uważałam, że rzeczywistość jest jedna, bezwzględna. Nie. Każdy człowiek kształtuje ją przez pryzmat swoich doświadczeń, poglądów, upodobań. Jeśli uważasz, że życie jest piękne, to jest. Jeśli uważasz, że jesteś we wszystkim beznadziejny, to jesteś. To, co uważamy na temat życia, staje się prawdą. Jeśli uważasz, że twoje decyzje są dobre, to są. Jeśli uważasz, że nie jesteś w stanie się nauczyć czegoś nowego, to nie jesteś. Dla mnie określona muzyka, ubrania, przedmioty, książki są piękne i interesujące, kogoś innego kompletnie nie pociągają. Tak samo jest z podejściem do życia. Ja po prostu zabieram się za wszystko z uśmiechem i cieszę się, że sobie kelneruję na Malcie. Inni zamulają i płaczą, ale nie mają lepszego pomysłu. Bo założyli, że ich życie jest do dupy. Więc jest.


Kształtujcie swoją rzeczywistość, a będzie doskonała.
Dlaczego?
Bo tego chcecie.

poniedziałek, 11 lipca 2016

Binowe warkocze


Dziś bardzo nietypowo, chciałabym przedstawić kilka moich uczesań. Nie, nie zacznę zaraz robić recenzji lakierów do paznokci i prezentować outfit of the day. Po prostu mam długie włosy, z którymi chciałam robić coś ciekawego, ale nie miałam pomysłu na uczesania. Ostatnio zaczęłam praktykować plecenie różnorodnych warkoczy, a z rezultatów byłam coraz bardziej zadowolona. Postanowiłam je zaprezentować.
Życzę miłego oglądania. 

N°1 Asymetryczny warkocz francuski

Nie będę pisać, jak się plecie francuski warkocz, bo to bez sensu. Ja się nauczyłam go robić dzięki temu filmikowi.
Warkocz zaplotłam asymetrycznie, zaczynając nad lewą skronią. Kontynuowałam z tyłu głowy, skończyłam na dole z prawej.

N°2 Kok


Uczesanie trochę nadęte, jednak właśnie w taki kok musiałam czesać się przez parę lat pracowania jako hostessa, więc dopracowałam go doskonale. Fryzura jest dość elegancka, trochę sztywniacka. Urozmaiciłam ją warkoczami.
Z jednej strony głowy zgarnęłam nieduże pasmo włosów znad skroni i zaplotłam w cienki warkoczyk. Związałam, aby się chwilowo trzymał. Wszystkie włosy sczesałam do tyłu, w ciasny kucyk. Zgarnęłam również mały warkoczyk. Związałam gumką, po czym rozpuściłam mały warkoczyk tak, aby biegł wzdłuż głowy, ale nie było go w kucyku. Na kuca założyłam wypełniacz do koka. Takiego pączka, wiecie. <o takiego> Pochyliłam głowę do przodu i rozrzuciłam wszystkie włosy tak, aby równomiernie układały się wokół donuta. Założyłam na to gumkę (hahaha). Całe wystające włosy delikatnie zgarnęłam na jedną stronę, zaplotłam luźny warkocz, owinęłam wokół pączka i przymocowałam wsuwkami do koka.

N°3 Dwa warkocze holenderskie
Holender to odwrotność francuza. Warkocz jest na wierzchu, zamiast chować się do środka. Gdy opanujesz technikę plecenia francuskiego warkocza, wyobraź sobie, że wywijasz pasma w drugą stronę, niż normalnie. Potem zabierz się za plecenie. Uda się. Nie oglądałam żadnych filmów instruktażowych, nie prosiłam o pomoc. Po prostu zrozumiałam algorytm i się automatycznie nauczyłam.
Holenderski warkocz jest moim zdaniem bardziej efektowny od francuskiego, aczkolwiek trochę trudniej go wykonać, gdyż ciężko jest skoordynować ruchy i nie wypuścić żadnego pasma. Tutaj zrobiłam przedziałek na środku i zaplotłam dwa warkocze.

N°4 Aureola

Ta fryzura odegrała epizodyczną rolę w tym poście. Pojawiałam się tu na zdjęciach zawsze odwrócona, Shelter zasugerowała, że to dlatego, że chcę zaprezentować fryzurę. Nie było to prawdą, aczkolwiek byłam mile zaskoczona czytając pod tamtym wpisem kilka komplementów na temat moich warkoczy.
Aureola jest bardzo prosta w wykonaniu, a daje świetny, elegancki efekt. Na dodatek jest wygodna, nic nie uwiera, włosy nie powiewają dookoła twarzy, kuc się nie majta.
Zrobiłam równy przedziałek na środku głowy, następnie zaplotłam dwa symetryczne warkocze, zaczynając ciasno za uszami. Następnie chwyciłam z tyłu głowy lewy warkocz prawą ręką i przeciągnęłam go na czubek głowy. Przypięłam płaskimi wsuwkami. Analogicznie, w lustrzanym odbiciu postąpiłam z prawym warkoczem. Umocowałam tak, by wsuwki były jak najbardziej ukryte pod włosami.

N°5 Lina
Dwupasmowa wersja warkocza. Ciekawy efekt, fryzura równie szybka i prosta, jak zwykły warkocz.
Zawiązałam włosy w gładkiego kuca (moich włosów się nie da tak zawiązać, więc i tak mam wszędzie małe sterczące włoski). Podzieliłam je na dwa pasma. Oba skręciłam w tą samą stronę. Potem zaczęłam je owijać wokół siebie w przeciwnym kierunku, niż pojedyncze pasmo było skręcone. To jedyny sposób, aby lina się trzymała. Na końcu związałam gumką.

N°6 Warkoczyki
To było moje pierwsze, acz na pewno nieostatnie podejście do warkoczyków na całej głowie. Zrobiłam dwa przedziałki w niewielkiej odległości od siebie, symetrycznie od środka głowy. Przedziałki ciągnęły się od czoła aż do karku. Wszystkie włosy z lewej strony związałam w przypałowy wysoki kucyk, aby nie przeszkadzały. To samo zrobiłam z prawą stroną. Z wydzielonego na środku głowy pasma zaplotłam ciasny francuski warkoczyk, który związałam małą kolorową recepturką. Zestaw 6497528 takich gumeczek we wszystkich kolorach tęczy można nabyć w dowolnym sklepie z akcesoriami do włosów, podobnie jak wymienione wyżej wsuwki do koka czy też pączek wypełniacz. Następnie rozpuściłam lewą stronę, wydzieliłam kolejny przedziałek tak, by warkoczyk był podobnej szerokości do pierwszego. Zawiązałam przeszkadzające włosy, zaplotłam francuski warkocz. Postąpiłam podobnie z prawej strony. Czynność powtarzałam, dopóki nie skończyły się włosy. Wyszły mi trzy warkoczyki z lewej, trzy z prawej i środkowy, czyli w sumie siedem. Niedużo, ale nie chciałam stawiać sobie za wysoko poprzeczki za pierwszym podejściem. Następnym razem na pewno zdecyduję się na większość ilość pasm, dziewięć, może jedenaście. Jeśli ktoś lubi przedziałki na środku głowy bardziej niż ja, to może również pleść parzystą ilość warkoczyków. Im więcej warkoczy, tym lepiej, bo włosy są ciaśniej zaplątane i nie mają jak się wymknąć. Moje warkoczyki zaczęły wyglądać kiepsko po paru godzinach, noc też im nie pomogła. Mycia by nie przetrwały. Rozpuściłam je już po dwóch dniach, ale nie żałuję. Plecenie ich zajęło mi tylko godzinę i piętnaście minut, więc zdecydowanie było warto.

Napiszcie, czy Wam się podobało, chętnie poczytam, która fryzura najbardziej przypadła Wam do gustu. Ha, robię bjuti post, muszę poczytać opinie! Następnym razem wracam w klasycznym stylu i piszę jakiś konkretny wywód.

Ten wpis dedykuję Edycie,
która plotła mi moje pierwsze francuskie warkocze
i zaszczepiła we mnie zamiłowanie do tego rodzaju uczesań.

poniedziałek, 4 lipca 2016

Urban game


...bo stwierdziłam, że gra miejska brzmi dziadowsko. Urban game to zabawa w szukanie wskazówek w terenie, ukrytych wiadomości, podpowiedzi. Dążenie do celu gry.
A przynajmniej tak mi się wydaje, że na tym właśnie polega urban game, ktoś kiedyś mi o tym opowiadał, nie jestem pewna, cóż.

Od początku. Kiedy byłam mała (punkty ujemne za rzewne rozpoczynanie wpisu) lubiłam szykować rodzicom laurki na wszelkie okazje, czasem również kompletnie bez okazji. Kilka takich okazów dalej gdzieś jest. Ale ile można wręczać identyczne laurki w ten sam, nudny sposób? Pewnego dnia wymyśliłam, że zamiast laurki dam mamie karteczkę z nazwą jakiegoś mebla albo miejsca w domu. Szafka koło lodówki, parapet w sypialni, kanapa, biurko. We wskazanym miejscu była oczywiście kolejna podpowiedź, nagrodą za przejście całej gry było znalezienie mnie za drzwiami mojego pokoju (hmmm, ta dyskrecja, gdy przez całą zabawę podążałam megapodekscytowana za mamą, by zobaczyć, czy znajdzie wszystkie karteczki, a gdy znalazła ostatnią, to leciałam na zbity pysk ukryć się w miejscu na niej podanym), z laurką w dłoniach. Fajne, nie? Wiadomo, gra była upierdliwa, ale jej przygotowanie było rewelacyjną zabawą, a moje wysiłki były zawsze doceniane.
Ha, pamiętam, jak moja młodsza siostra spapugowała po mnie ten pomysł (jak każda młodsza siostra ever) i schowała kartkę "łożko rodziców" w łóżku rodziców, h3h3h3.

Niedawno pomysł zaplanowania podobnej gry jakoś losowo przeszedł mi przez myśl. Pokrążył chwilę po mojej głowie, przez jakiś czas szukał wyjścia, ale jednak zdecydował się zostać. Zaczął kiełkować... i urósł do znacznych rozmiarów. Postanowiłam znów, po latach, stworzyć grę w szukanie podpowiedzi, ale nie w domu. W całym mieście.

Valletta, jak wspominałam tutaj, jest raczej kieszonkowym miastem. Na dodatek po jego głównych ulicach poruszają się dziennie tysiące ludzi, ale wystarczy oddalić się o 30 metrów i jest kompletnie pusto. Opuszczone budynki, opustoszałe plaże, sekretne miejsca do picia browarów i podziwiania zachodów. Smutną, acz charakterystyczną cechą wielu mało znanych miejsc w Valletcie jest to, że zawsze są tam te same śmieci. Idziesz na plażę z oczkiem wodnym i wiesz, w którym miejscu zastaniesz butelkę po ice tea oraz gdzie leży korek od wina. Raz siedząc sobie właśnie tam otworzyłam z hukiem browar. Kapsel odbił się od skał gdzieś nade mną i spadł kilka metrów dalej. Byłam pod wrażeniem swojego wyczynu i z daleka podziwiałam ów kapsel, który zresztą został zbadany przez kraba przechadzającego się brzegiem w poszukiwaniu pożywienia. Podniósł kapsel, trochę go poobracał, spróbował, olał. Nieważne. Miałam zabrać ten kapsel, bo nie jestem śmieciarą, ale akurat wygodnie rozsiadłam się na gniotących w dupę skałach i nie chciało mi się wstać. Potem oczywiście zapomniałam. Następnego dnia kapsel był nietknięty. Wzięłam go do ręki. Skoro nikt nie przejmuje się losowymi rozrzuconymi przedmiotami. to czy ktoś znajdzie ukryty przeze mnie liścik? Jasne, kapsel czy pusta butelka to śmieci, nikt się do nich nie chce dotykać. Zwitek papieru może być bardziej kuszący, ale założyłam, że uda mi się ukryć wszystkie podpowiedzi tak, bo tylko adresat je odkopał.

Tym razem zabawa nie została przygotowana dla mamy czy taty, a prezentem nie była laurka. Zabawa przeniosła się z domu do miasta, laurka zmieniła się w zestaw domowych głośników, których tak bardzo nam w naszej maltańskiej chatce brakowało. Obdarowany został mój towarzysz byłych oraz nadchodzących wojaży, najlepszy ziom do picia browarów i grania w karty, druga połowa ekipy maltańskiej, czyli po prostu mój ukochany. Wręczyłam mu papierek z najgorszą smutną karykaturą gościa z Piły... i zabawa się zaczęła.


 Początek był niewinny. Poinformowałam w liściku, że w lodówce znajduje się czekolada. Czekolada z kolei zawierała wskazówkę do piwa w zamrażalniku... I notatkę "chyba już wiesz, na czym będzie polegała ta zabawa". Kolejna karteczka informowała, że przenosimy się na zewnątrz. Na plażę! Należało odszukać serce wyryte przez Japońców w skale. Jest jedno takie w Valletcie i główny bohater gry od razu wiedział, dokąd się udać. Nikt nie wie, czym oni je wykuli, bo jest cholernie głębokie. Podpowiedź zawierała też rysunek barana, który widnieje na kapslach piwa, które lubimy sobie spożywać. W pobliżu serca w skale niby przypadkowo walał się taki właśnie kapsel. Leżał koło kępki śródziemnomorskich zarośli, w których ukryty był liścik (proszący o zabranie kapsla, nie śmiecimy).


Droga do sukcesu prowadziła następnie przez opuszczony domko-składzik ozdobiony przez hooligansów napisem RIOT, szczelinę w murze, kupkę kamieni w zagięciu murka, a nawet pewien bardzo konkretny krzak. Każde z tych miejsc wydawało się przypadkowe, losowa osoba raczej nie zabrałaby się za eksplorację gałęzi krzaku w poszukiwaniu przywiązanej karteczki, nie zaglądałaby też w wyrwy w murze ani nie ruszała randomowego stosu kamieni. Chowaniu wszystkich podpowiedzi towarzyszyło dużo emocji - co, jeśli wiatr zdmuchnie liścik? Jeśli zabierze go jaszczurka, kot, albo, co gorsza, obleśny gołąb? Może jakieś bawiące się dziecko natknie się na wskazówki? Z drugiej strony byłam bardzo z siebie dumna, czułam, że wszystko przetrwa na swoim miejscu przez niecałe 24 godziny, czyli do momentu rozpoczęcia zabawy. Jak się później miało okazać, tak właśnie się stało.



Nieszczęsny bohater gry trochę się wkurzał i marudził, bo "wysłałam go w taki upał biegać po całym mieście", nie wziął ze sobą wody, bo nie spodziewał się takiej skali przedsięwzięcia. Wkurw osiągnął szczyt, gdy ostatnia podpowiedź zapraszała z powrotem do domu, a prezent był ukryty pod łóżkiem. Oczywiście nie mogłam odpuścić sobie napisania "ha, widzisz, mogłeś w ogóle nie wychodzić z domu". Na szczęście znalezienie upragnionych głośników, napicie się wody i odsapnięcie sprawiło, że obdarowany mimo wszystko był bardzo zadowolony. Swoją drogą, to zabawa miała być super, a prezent tylko wisienką na torcie, no ale cóż.

Życzę wam kreatywnie spędzanych dni,
róbcie fajne rzeczy, cieszcie się
i uszczęśliwiajcie innych.
Blog Widget by LinkWithin