piątek, 26 sierpnia 2016

Uwaga, Liebster


Szczerze mówiąc, myślałam, że już nie ma Liebstera. Wymarł jakieś dwa lata temu, kiedy sama się w to jeszcze bawiłam. Ostatnimi czasy zaobserwowałam jednak ponowny wzrost zainteresowania tą zabawą, blogerzy znów odpowiadają na pytania zadane przez innych i puszczają łańcuszek w internetowy świat. Nie ominęło to również mnie, przed Wami odpowiedzi na dwa zestawy pytań.

Od Marty z bloga Mikrożycie:

Jaka jest Twoja ulubiona postać z Harry’ego Pottera i dlaczego?
Prawdopodobnie nikogo nie zaskoczę, ani się nie wyróżnię, ale Snape. Za to, jaką niesamowitą postacią był przez cały czas. Za to, jak go podejrzewałam w Kamieniu filozoficznym, nie znosiłam w kolejnych częściach, prawdziwie znienawidziłam w Księciu Półkrwi. Za to, że go pokochałam na koniec sagi, gdy wyjaśniły się pewne sprawy. Za After all this time? Always. Za to, że kojarzę go z postacią jednego z moich ulubionych aktorów, Alanem Rickmanem, który w zbyt wielu filmach już niestety nie zagra.


► Kim chciałaś zostać w przyszłości jako dziecko?
UWAGA, dżokejką. Chciałam jeździć konno.

► Gdybyś mogła posiadać jakąś supermoc, co byś wybrała? Dlaczego?
Teleportację, z pasji do odkrywania. Śniadanie w Iranie /#rhymemaster/, relaks na plaży w Indonezji, trekking w Nowej Zelandii, przejażdżka konno po kirgiskich górach, shopping w LA, melanż w Brazylii, noc na Malediwach. Okej, może trochę za dużo atrakcji jak na jeden dzień, ale jaram się teleportacją.

► Jaki film zawsze poprawia Ci humor?
The Mask. Jim Carrey zawsze na propsie. Znam ten film na pamięć, ale obejrzałabym jeszcze raz.
No i Pulp Fiction. Pulp Fiction zawsze poprawia mi humor. I Inglorious basterds też.

► Czy masz jakiś własny sposób na to, jak się zrelaksować po trudnym dniu? Co to takiego?
Browary, muzyka, rozmowa, spacer. Zależy od poziomu trudności dnia.

► Gdybyś mogła urodzić się w innej epoce, jaką byś wybrała?
Momentami żałuję, że nie urodziłam się kilkanaście lat wcześniej, by móc bansować na Up in smoke tour, ale tak naprawdę cieszę się, że żyję we współczesnych czasach, kiedy podróżowanie jest łatwe, a każdy człowiek dysponuje niezwykłym wachlarzem możliwości.

► Czy wierzysz w przesądy? Jeśli tak, to w jakie?
Nie wierzę, aczkolwiek zdarza mi się chuchać na znalezione centy.

► Jakiego koloru nigdy, przenigdy na siebie nie założysz?
Raczej nie istnieje taki kolor, aczkolwiek unikam brązów i zieleni.

► Koty czy psy?
Mimo wszystko koty, choć jestem uczulona, nigdy żadnego nie miałam i raczej nie będę mieć. Ale koty są inteligentne, czyste i urocze, w przeciwieństwie do psów. 

► Jaka jest Twoja ulubiona pora roku? Dlaczego?
Lato, bo jest ciepło, słonecznie, chce się żyć.

► Twój ulubiony film na Boże Narodzenie to…?
National Lampoon's Christmas Vacation, głupi tytuł, a polski (W krzywym zwierciadle: Witaj Święty Mikołaju) jeszcze głupszy. W każdym razie bożonarodzeniowe perypetie rodziny Griswoldów. Tak, to druga głupia amerykańska komedia w jednym wpisie. Well. Odkąd pamiętam, z jakiegoś powodu moja rodzina puszczała ten film co roku w okresie świątecznym, więc miło mi się kojarzy. Podobnie jak Maskę, znam ten film na pamięć, ale zawsze co roku chętnie go oglądam.

Od Moniki z bloga Create your space:

► Zbliża się jesień. Jak zamierzasz ją spędzić?
Chodząc na plażę, opalając się i podziwiając palmy, bo mieszkam na Malcie, tyle wygrać.


► Jaki masz znak zodiaku i co on o Tobie mówi?
Baran. Aż sprawdzę, co mówi! Wchodzę na tajemniczą stronę pt. Astromagia. Hihi.

Ludzie spod tego znaku lubią ryzyko, pociągają ich miejsca niedostępne i niebezpieczne: wysokie góry, lodowce, wulkany, pustynie; a także tory wyścigowe, autostrady. /podróże i austostopy, nieźle
Najlepiej spełniają się jako: policjanci, wojskowi, sportowcy (boks, karate, zapasy, żużel), dyrektorzy, kierowcy, mechanicy samochodowi, przedsiębiorcy, strażacy, alpiniści, podróżnicy. /kilkanaście kompletnie niezwiązanych ze sobą profesji, elo. w każdym razie znalazłam podróżników
To dzieci żywiołu ognia, mają więc niespożyte zasoby energii i entuzjazmu, a także pogodny stosunek do świata. Ich ogromna chęć życia domaga się nieustannej aktywności. Niechętnie przebywają przez dłuższy czas w jednym miejscu, pasjami podróżują i szukają przygód.

Haha. Udało mi się wśród tych astrobredni znaleźć parę cech i opisów pasujących do mnie, co nie zmienia faktu, że nigdy nie zrozumiem idei horoskopów i astrologii. Piszesz horoskop? Opisz ogólnikowo kilka różnych sytuacji dotyczących pracy, zdrowia i rodziny, a na pewno komuś się coś spełni. Wystarczy spojrzeć na wyżej wypisany przekrój zawodów, w których rzekomo mogłabym się sprawdzić. Geez.

► Z czym kojarzy Ci się Twoje dzieciństwo?
Z wakacjami w Chorwacji, jeżdżeniem na nartach i graniem na kompie.

► Human, czy ścisłowiec? 
Ścisłowiec, zdecydowanie.

► Wierzysz w przeznaczenie, czy uważasz, że życiem rządzą przypadki?
Skłaniam się ku przypadkom, choć czasem, gdy zdarzy się coś ważnego lub niezwykłego, to przyjmuję, że tak miało być. Mimo wszystko uważam, że mam za duży wpływ na własne życie, by faktycznie podporządkować je jakiemuś przeznaczeniu.

► Jak wyglądałby Twój wymarzony dzień?
Chwilowo bez konkretów, ale czekam na podróż życia, która odbędzie się w przyszłym roku, wtedy każdy dzień będzie tym wymarzonym.


► Widzisz połowę szklanki pełną, czy pustą?
Na pewno nie jestem pesymistką, ale raczej nie nazwałabym siebie optymistką. Ja po prostu jestem pozytywnie nastawiona i wiem, co mogę zdziałać, aby być szczęśliwą osobą.

► Kiedy miewasz "napad weny" to...
Piszę bloga, czasem rysuję. Notuję myśli i pomysły, by później móc zrobić z nich użytek.

► Częstotliwość kłamstw na tydzień?
Nie wymyślam dziwnych historii, nie okłamuję najbliższych. Mimo wszystko kłamię prawdopodobnie dość często, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Każdy to robi. How are you? Fine. Albo Już idę, zaraz będę.

► Od czego zaczynasz każdy dzień?
Każdy dzień zaczyna się inaczej, nie mam żadnej rutyny.

► Jaka codzienna czynność sprawia, że jesteś szczęśliwa?
Czytanie, pisanie, picie, jedzenie. Chodzenie, jeżdżenie, siedzenie, leżenie. Odnajduję źródła szczęścia cały czas.

Edit (25.09): od Patrycji z bloga Zielona Małpa:

► Jaka była najgorsza książka, jaką czytałaś/czytałeś w życiu?
Albo jakieś Mickiewiczowskie cierpienia albo jakiś szmatławiec dla młodzieży. Niewiele jest książek, które faktycznie mi się nie podobały, nie jestem w stanie teraz przytoczyć żadnego tytułu. Jak mi coś wpadnie do głowy, to poinformuję.

► Seriale czy filmy?
Stanowczo filmy. Nie oglądam ich zbyt często, ale mam awersję do seriali. Nie lubię tasiemców, które urywają się w najciekawszym momencie i zmuszają do obejrzenia kolejnego odcinka.

► Gdybyś mogła/mógł wygrać prywatny koncert dowolnego zespołu (z dowolnym składem, żyjącym i zmarłym), kogo byś wybrała?
Floydów. Floydów. Tak, Floydów. Na przykład tych z Pompeii.

► Jakie jest twoje najpiękniejsze wspomnienie?
Może podróż do Gruzji i Iranu? Może jakieś miłosne uniesienia? Staram się nie wkładać nic do szufladki "najpiękniejsze wspomnienie", raczej spodziewam się, że dopiero będę ją zapełniać.

► Czego najbardziej bałaś się w dzieciństwie?
Że się ktoś włamie do domu, jak mamy nie będzie i mnie porwie. Albo, że mama będzie, ale włamywacz ją zabije i mnie porwie. Grubo, wiem, ale naprawdę się tego bałam.

► Kim chciałaś zostać, kiedy byłaś dzieckiem?
Jak wyżej, profesjonalnym jeźdźcem konnym. Pfff.

► Kawa z mlekiem czy czarna? Z cukrem czy bez? A może herbata?
Zielona herbata, może być smakowa. Z cukrem albo miodem. Kawa? Porządne flat white z brązowym cukrem.

► Jaki jest twój ulubiony smakołyk?
Ciężko stwierdzić. Żelki? Orzechy? Czekolada? A może coś większego, pizza i burgery?

► Czego nie zjadłabyś za żadne skarby tego świata łącznie z Chinami Ludowymi?
Jeśli chodzi o rzeczy ogólnie przeznaczone do jedzenia to chyba nie ma niczego takiego. Mogłabym spróbować aligatora, węża albo małpy (przepraszam autorkę pytań!♥). Prawdopodobnie jednak nie przekonałabym się do robactwa, psa albo niektórych podrobów (jakichś móżdżków i innych obrzydlistw).

► Dzień bez czego jest dniem straconym?
Chciałoby się napisać browara, ale już bez przesady.
Dzień bez pławienia się w swojej filozofii szczęśliwego życia jest dniem straconym.

► Sposób na poprawę humoru w deszczowe dni?
Mnóstwo! Blogowanie, rozmawianie, granie w karty, picie piwa, przytulanie.

Pytania, które ja zadaję:

► Co daje Ci blogowanie?
► Na ilu (których) portalach społecznościowych masz konto?
► Leżenie plackiem na rajskiej plaży czy wyczerpujący trekking w malowniczych górach?
► Gdybyś miał(a) okazję pogadać z kimkolwiek, nawet z osobą dawno zmarłą albo postacią fikcyjną, kto by to był?
► Co najbardziej chciał(a)byś posiadać? Coś materialnego, ale nie pieniądze.
► Gdybyś miał(a) wpływ na miejsce swoich narodzin, gdzie przyszedłbyś/ przyszłabyś na świat?
► Jak często robisz zdjęcia, co najczęściej fotografujesz?
► W jakie miejsce w Polsce najbardziej chcesz się wybrać?
► W jakim zakątku świata chciał(a)byś spędzić dzień, a w jakim noc?
► Tęsknisz za przeszłością, czy może czekasz na przyszłość? Uzasadnij (3p) <--- /haha, wasze nauczycielki też formułowały pytania w ten sposób?/
► Jak i kiedy trafiłeś/-aś na mojego bloga?

Nie typuję nikogo konkretnego, bo się wstydzę. Zresztą nie chcę się naprzykrzać i wciągać Was do zabawy na siłę, bo wiem, że niektórzy bardzo tego nie lubią. Jeśli ktoś chce odpowiedzieć na pytania, to go oficjalnie wytypuję. Będzie mi bardzo miło, jeśli się zabawicie. Odpowiadajcie na blogach lub tu, w komentarzach. Chętnie sobie poczytam.

_____________________________
//Update//

W zabawie biorą udział:

MonotematycznaOna, która odpowiedziała w komentarzach
Grabowska, która się rzuca, czekam, aż odpowie na pytania. :D
Śpioszek, która odpowiedziała w komentarzach 
Tina, która odpowiedziała w komentarzach

Dziękuję! Czekam na więcej.

piątek, 19 sierpnia 2016

Boję się dzieci


Macierzyństwo, ciąża, ogólnie dzieci, to dla mnie tematy spowite pewną niesmaczną tajemnicą. Tematy, do których wolę się nie zbliżać. Mam 24 lata i przez całe swoje życie ani razu nie pomyślałam, że chciałabym być mamą, mieć coś rosnącego w brzuchu, rodzić i wychowywać. Boję się dzieci. Serio. Uważam, że jedną z najgorszych rzeczy, jakie mogłyby mi się przydarzyć ever, byłoby zajście w ciążę.


Nie wiem nic o dzieciach. Serio. Nie mam pojęcia, w jakim wieku wyrastają im zęby, kiedy zaczynają mówić, chodzić, palić papierosy. Jak muszę nawiązać kontakt z dzieckiem to absolutnie nie wiem, jak się za to zabrać. Zgrywać ciotkę Sabinę? A może gadać normalnie, jak z kumplem? Nie no, przecież zaraz zacznę kląć, tak nie można. Jestem sparaliżowana i włącza mi się strasznie piskliwy głosik. Powiedziano mi 'o co ci chodzi, przecież dzieci to mali ludzie. traktuj ich jak ludzi'. Niby ludzie, a jednak nie. Nie wiem, jak do nich podejść, co robić. Widzę przed sobą dziecko. Zastanawiam się, czy ma 5 lat, czy 8. Czy zna takie słowa jak kwiatek, stół, internet, najebka, dekadencja, kosmopolityzacja. Dzieci są dla mnie mistyczne, ale bynajmniej nie w taki sposób, bym chciała się w to zagłębiać. Jasne, też byłam dzieckiem i inni musieli sobie ze mną radzić. Mama mi czasem opowiada, jak to było, kiedy krzyczałam, piszczałam, byłam chora. Szczerze? Współczuję jej. Wolałabym mieć świadomość, że zawsze byłam duża i nikt nie musiał mi zmieniać obleśnych pieluch. Mam młodszą o 5 lat siostrę, której dorastaniu towarzyszyłam przez cały czas. I wiecie co? I tak o tym dorastaniu i istocie bycia dzieckiem nie wiem nic. Siostra to siostra, z nią zawsze dało się znaleźć jakiś język, nie trzeba było się nad tym zastanawiać. Byłam też zbyt mała, by skupiać się, czy ona rozwija się prawidłowo i tak dalej. Teraz widzę jakieś dziecko i nie mam pojęcia, czy jest wygadane, jak na swój wiek, za stare na pieluchy/wózek, a może tępe. W moim otoczeniu nie ma dzieci, więc nie mam skąd się dowiedzieć. I dobrze.


Jakaś fejsbukowa znajoma została mamą? W znakomitej większości przypadków ukrywam publikowane przez nią posty. Słodkie zdjęcia bobasów wykonane przez słynnych baby photographerów? Fuj. Blogi parentingowe? Omijam szerokim łukiem, jeszcze bardziej niż te prawnicze. Wolałabym w ogóle nie zbliżać się do sfery dzieci. Knajpa, w której pracuję jest usytuowana przy głównym placu w Valletcie. Są na nim fontanny, a dokładniej woda tryska strumieniami bezpośrednio z ziemi, można tam wleźć. Coś jak przed Arkadią, pozdro Muranów. Przychodzą rodzice z bachorami, rozbierają je do naga i puszczają, żeby sobie pobiegały. Uważam, że to skrajnie obrzydliwe. Jak można takie porno-pedo scenki prezentować ludziom? Nie chcę patrzeć na te patykowate, nierozwinięte seksualnie ciałka. Nie wyobrażam sobie wystawienia swojego ewentualnego dziecka na coś takiego. W miejscu publicznym. W środku miasta. Ludzie to debile. Istnieje wiele gatunków rodziców, które potępiam. Rodzic, który siedzi w restauracji/poczekalni/sklepie/gdziekolwiek i udaje, że nie widzi, że jego bachor biega jak opętany, wkurwia wszystkich, dotyka rzeczy, których nie powinien, czasem nawet coś niszczy. Serio, jak to piszę, to mam ochotę walnąć w ekran. Rodzic, którego dziecko jest tłuste i ma zepsute zęby. Rodzic, który obojętnym tonem powtarza 'Kacperku, przestań. Kacperku, tak nie wolno'. Rodzic niekonsekwentny, który mówi bachorowi, że dziś nie ma lodów/grania na kompie, a w momencie, gdy gówniarz uderzy w ryk, zgadza się na wszystko. Rodzic niesamodzielnego, zapłakanego dziesięciolatka, który zachowuje się, jakby był 5 razy młodszy, niż jest. I jak ty, idioto, przygotowujesz swoje dziecko do życia?

Nie wiem, czy byłabym dobrym rodzicem. Może w głębi serca boję się, że bym nie podołała? Łatwo krytykować rodziców-debili i mamę Madzi, ale może dzieciak wychowany przeze mnie skończyłby jak kompletny przegryw? Słabo byłoby mieć taką świadomość. W każdym razie nie obawiam się tego, gdyż absolutnie nie wyobrażam sobie, że miałabym rodzić. Nawet być w ciąży. Ból, mdłości, rozstępy, obwisłe cycochy, ogólna obleśność. Ciąża odstręcza mnie przez czysty egoizm i miłość do siebie i swojego ciała. Poród? Jak słyszę, że kobiety zwijają się z bólu po kilkanaście godzin, to od razu mówię nie, dziękuję. Niejednokrotnie czyjeś matki (moja chyba też, nie jestem pewna) mówiły mi, że moment, gdy zobaczyły tego malutkiego człowieczka, który właśnie z nich wyszedł, był najpiękniejszą chwilą w ich życiu. Serio? A potem jest tylko gorzej. Zero przespanych nocy, brak życia i dylematy, gdzie karmić piersią, jak już się jest w terenie. Horrendalne zmęczenie, wydatki, odpowiedzialność, przecież to dziecko musi wyjść na ludzi. Ja po prostu nawet w 1% nie czuję się gotowa na coś takiego.

Ludzie mówią, że moment, w którym zapragnę dziecka, kiedyś się pojawi. Cóż, jakoś się nie pojawia. Znam dziewczyny w moim wieku, które są matkami kilkulatków. Część moich przyjaciółek wychodziła z tego założenia, co ja - dzieci fuj, ciąża ble. Teraz w sumie powoli przygotowują się do zakładania rodzin. Zostałam sama w zbudowanej przeze mnie oazie ludzi, którzy nie chcą nikomu przekazywać swoich genów i przez całe życie mieć fun i relaks. Trudno. Mam nadzieję, że nie zachce mi się potomstwa jak będę miała 40 lat i będzie za późno na rodzenie zdrowych dzieci.

piątek, 12 sierpnia 2016

Stare dobre czasy


Raz na jakiś czas trafiam na blogach na wpis o tym, że listy są super. Sama kiedyś wspomniałam o tym, że wszechobecne smsy, wyparłszy tradycyjną korespondencję, totalnie pozbawiły wymienianie wiadomości klimatu.

8 grudnia 2012

Zamiast tradycyjnej korespondencji wysyłamy maile i smsy, które oczywiście są krótsze i przekazują zaledwie 1% uczucia, które zawieramy pisząc do kogoś prawdziwy, piękny list. W smsie nie możemy zobaczyć charakteru pisma, poczuć miękkości i zapachu papieru, no i oczywiście trzeba się zawrzeć w 160 znakach, żeby nie dopłacać 20 gr do kolejnej wiadomości. Przecież można usunąć ze środka kilka epitetów, spacji, albo wręcz liter ze środka wyrazów - odbiorca i tak powinien zrozumieć, o co nam chodziło. /czytaj dalej/




Smsy nie mają charakteru, bywają upierdliwe. Ludzie nagminnie robią błędy ortograficzne, nie dbają o interpunkcję, używają obleśnych skrótów, byleby było szybciej. Nie ma Ciebie, Tobie, jest cb i tb. A w listach te formy grały tak ważną rolę. Przez smsa nie można wyrazić żadnych uczuć, bo stają się płytkie. Ludzie jednak zdają się tego nie zauważać, wyznają sobie miłość albo zrywają ze sobą za pomocą wiadomości tekstowych. Trochę żenada. Na klawiaturze telefonu nie wystukasz przecież długiego poematu. Na komputerze możesz to zrobić, ale druga osoba odbierze to w ramce Gmaila albo innej onetpoczty i będzie czytała te wypociny na tle spamu, reklam i newsletterów. Gdzie są listy? Gdzie faktura papieru, niedbały (albo właśnie piękny!) charakter pisma, delikatne zagięcia kartki, odcisk ust, rysunki, własnoręcznie wykonane ozdoby? W tej formie można wyrazić tęsknotę, uczucie, opowiedzieć coś ważnego. Nie traci to wtedy na wartości, a otrzymany list schowamy do archiwum w szufladzie, a nie skasujemy niechcący razem z promocją z Empika. Listy są... cenne. Dobre. Romantyczne.

Oraz... niepraktyczne.

Kto to widział, żeby we współczesnych czasach czekać 3-5 dni, aż ktoś otrzyma słowa, które do niego adresujesz? Listy nie mają racji bytu, bo pragniemy komunikować się na bieżąco. Jakaż to musiała być radość, kiedy wynaleziono elektroniczne formy korespondencji. My dzisiaj tęsknimy za klimatem listów, dawniej ludzie w ogromnej ekstazie odrzucali papeterię i pióra, aby przesiąść się na telefon, później na maila i smsy. Cóż za szybkość! Można wysłać parę słów, druga osoba odbierze je natychmiast. Nie trzeba pisać długiego listu (szkoda papieru i czasu, skoro już wysyłam, to się postaram i stworzę coś porządnego), bo po co, można wysłać parę bezsensownych wiadomości. I wymienić informacje w czasie rzeczywistym. Elektronika jest cudowna! Współcześnie listy nadają się już tylko do wymieniania newsów (albo raczej informacji na temat tego, co u mnie/co u ciebie, bo ciężko nazwać to newsami kilka dni później, gdy list dotrze do adresata), rozmawiania o zainteresowaniach, ideach. Są to rzeczy, które mogą poczekać. Czekać w nieskończoność. Jesteś w podróży, daleko od domu? Nie napiszesz listu, dorwiesz internet i połączysz się na skajpie. Tęsknisz? Zadzwonisz. Chcesz się szybko skontaktować? Wyślesz smsa. Zamierzasz opisać daleko zamieszkałemu kumplowi, co u ciebie? Napiszesz maila. Listy to przeżytek.
a ja Wam mówię, kiedyś będziecie wspominać kutasy z messengera

Piszę listy. Odbieram listy. Nie dzieje się to często, ale regularnie. Lubię to. Mają one jednak dla mnie charakter sentymentalny. Korzystam z tradycyjnej poczty dlatego, że jest to przyjemne i klimatyczne, a nie, żeby wymienić się informacjami. Z moimi korespondentami i tak przecież gadam elektronicznie, nagrywam wiadomości głosowe. Jeśli mamy sobie coś ciekawego do powiedzenia, to wygodniej jest w ten sposób. Listy są super, ale nie są niezastąpione. Ich gwiazda dawno już zgasła. Takie czasy.

piątek, 5 sierpnia 2016

Malta express: Malta autostopem


Autostopem zawsze i wszędzie. Zjeździłam już tyle miejsc w ten sposób, co z Maltą? Przez pierwsze 3 miesiące nie próbowałam tego środka transportu, gdyż stwierdziłam, że nie ma to wielkiego sensu. Całkowita powierzchnia Malty jest mniejsza niż Warszawa, a po mieście nie podróżuje się przecież stopem. Cała Malta jest obsługiwana przez system miejskiej komunikacji autobusowej, na dodatek wiele linii ma pętle w Valletcie, gdzie mieszkam. Skoro można gdzieś dojechać autobusem za drobniaki, nie jeździ się stopem. Zwłaszcza na kilkukilometrowych odcinkach. Proste. Ostatnio okazało się jednak, że nie wszędzie można dotrzeć za pomocą komunikacji, uruchomiony został więc kciuk.

Saint Peter's Pool. W internecie funkcjonująca jako jedna z najpiękniejszych plaż na wyspie. Zdecydowaliśmy się tam wybrać, uprzednio sprawdzając autobusy. Zaskoczenie: nie ma bezpośredniego połączenia. Więcej: żadna linia nie jedzie w pobliże plaży, jakaś jedna zagubiona zahacza o przystanek 500m od celu. Pół kilometra to oczywiście niedużo, już nie takie spacery odbywaliśmy w skrajnych upałach. Jedziemy. Oczywiście mój brak ogaru w połączeniu z tajemniczym autobusem, którego nie było w rozkładzie (a kierowca zapewnił, że jedzie do miejscowości obok plaży) sprawił, że wylądowaliśmy ładnych parę kilometrów od celu. Trochę z dupy. Dobra, co robić? Łapiemy stopa.


Na początku było dziwnie. Ruch lewostronny. Pierwszy raz łapałam w państwie, gdzie samochody jeżdżą nie tą stroną ulicy, którą powinny, a kierowcy siedzą na miejscu pasażera. Osobliwa sprawa. Zastanawiałam się, co nasi potencjalni dobrodzieje myślą na nasz temat - odległości na wyspie to kilka, kilkanaście kilometrów. Są autobusy. Po co te dzieciaki łapią, szkoda im 2€ wydać na bilet? Z drugiej strony, może właśnie dobrze, że wyspa jest tak mała. Jeśli wpuszczę ich do samochodu i okaże się, że coś nie gra, to w najgorszym wypadku spędzimy razem tylko kilkanaście minut, a nie 100km na autostradzie. Tak naprawdę nie zdążyłam porządnie wszystkiego rozważyć, bo po niecałej minucie zatrzymał się samochód. Sympatyczny Włoch (z kierownicą po normalnej stronie) zawiózł nas z uśmiechem w okolice plaży. Wysadził nas dwie zatoczki przed naszym celem, co było świetnym posunięciem, bo mieliśmy okazję podziwiać kilka ładnych widoków przed dotarciem do St. Peter's Pool.


Sama plaża, jak to zwykle bywa, nie była tak spektakularna jak na zdjęciach, bo była zawalona ludźmi. Ciężko się dziwić, bo widok jest cudowny. Co gorsza jakaś Grażyna odpaliła naraz 4 grille z biedrony i piekła jakieś kiełbasy, a samozwańczy plażowy dj puszczał przypałowe nuty przez głośnik, żeby umilić czas nie tylko sobie, ale też wszystkim innym. Awesome. Nie posiedzieliśmy na słynnej plaży, udaliśmy się 200m dalej, w miejsce nie mniej urokliwe, ale zdecydowanie bardziej puste.

ludziów jak mrówków, jak to mawia moja mama

Wracając znaleźliśmy się w tej sytuacji, co na początku. Chcemy normalnie pojechać autobusem, ale jego nie ma. Przystanek jest daleko. Upał, zmęczenie. Może uda się złapać kogoś, kto podrzuci nas do autobusu? Po chwili wystawiania lewego (!) kciuka zabrała nas maltańska mama z dwójką dzieci i podrzuciła do miasteczka. Zalegliśmy na przystanku. Maltański klasyk - autobusy jeżdżą, jak chcą, nie ma to nic wspólnego z rozkładem. Linia, która teoretycznie kursuje raz na godzinę mija nas drugi raz w ciągu kwadransa, a autobus do Valletty w ogóle się nie pojawia. W końcu przyjeżdża. Maltański klasyk vol. 2 - pojazd się zatrzymuje, ktoś wysiada, kierowca przez uchylone drzwi mówi, że tylko jedna osoba może wsiąść, bo jest pełno. Ekstra. Poza nami na przystanku były same pary, więc nie wsiadł nikt. Kierowca chyba nigdy nie widział pełnego autobusu. Tam było pusto! Zapraszam do Warszawy... Następny autobus za nie wiadomo ile. No to co - łapiemy. Po paru minutach zatrzymały się dwie Francuzki w wypożyczonym samochodzie. Blue Grotto, oznajmiły. Jedziemy! Blue Grotto to spektakularna maltańska atrakcja, której do tej pory nie mieliśmy okazji odwiedzić. Jest to jaskinia, do której wpływa się łódką. Czy coś. Nie wiem, bo nie byłam. Ucieszyliśmy się, że w sumie kompletnie przypadkiem jedziemy zwiedzić coś nowego. Nic jednak z tego nie wyszło, bo było względnie późno i łódki już nie kursowały. Cóż. Grzecznie poczekaliśmy na autobus i wróciliśmy do Valletty.

widoczek z okolic Blue Grotto

Chyba już nigdy nie zwątpię w autostop. Życzliwi i przygodowi ludzie są wszędzie, trzeba tylko nie bać się ich poszukać.
Blog Widget by LinkWithin