czwartek, 29 września 2016

Do głowy by mi coś takiego nie przyszło


Kelneruję sobie na Malcie już od prawie pół roku. Czas leci jak szalony, ale to dobrze. Zbliżam się do różnych niezwykłych wydarzeń. Tych parę miesięcy pokazało mi, że ludzie to zgraja takich syfiarzy, imbecyli i bezczelnych kutasów, że aż się zdziwiłam. Bo ja nigdy nie przestanę się dziwić - zawsze będę wierzyć, że ludzie jednak nie są tacy straszni. I za każdym razem się rozczaruję.

Restauracja, ogródek rozstawiony na ulicy. Stoliki stoją równo, mają określoną liczbę krzeseł. W końcu jesteśmy na ulicy, nie można za bardzo wystawać. Cieszę się harmonią i w tym momencie przychodzi banda jakichś buraków, którzy zgarniają dodatkowy stolik odstawiony z tyłu, wystawiają go niemalże na środek ulicy, łapią się za ustawione w stos zapasowe krzesła, rozstawiają dookoła stołu i dumnie siadają. No jak można coś takiego odwalić? Zmuszona byłam podejść i wielce zdziwionych państwa rozczarować, że nie mogą tam zostać, że ten stół i krzesła nie mogą być w tym momencie rozstawione, bo zasłaniają wejście do sklepu, że w ogóle nie są państwo u siebie i do widzenia. Oczywiście nie mogłam tego powiedzieć dosadnie. W pracy jestem miłą, słodką, kulturalną dziewczynką, po pierwsze dlatego, że mimo wszystko moje nastawienie do świata jest pokojowe, a po drugie, jestem w pracy i muszę sobą coś reprezentować. Zrobienie burdy niestety odpada. A szkoda.

Siada jakaś pani przy stoliku. Standardowo podchodzę i próbuję zapytać, czy chciałaby coś zjeść, czy też przyszła się czegoś napić, bo od tego zależy, które menu muszę jej przynieść. Pogodnie zaczynam Hi, how are you? Nie za bardzo odpowiedziała, ale nie zraziłam się. Would you like t- MENU!, przerywa mi kobieta. Żadnego dzień dobry, proszę, dziękuję, pocałuj mnie w dupę. MENU. Jprdl. Do głowy by mi coś takiego nie przyszło. Ok kobieto, domyślam się, że nie przyszłaś tutaj podziwiać tłumów turystów, tylko w celach konsumpcyjnych. Ale serio, jak można nawet nie dać mi dokończyć zdania? Przecież przyniosę jej to cholerne menu, niech po prostu da mi szansę. Zwierzęta.

Niektórzy przychodzą na lunch i nie akceptują obsługi niewładającej ich językiem ojczystym. Co z tego, że są poza granicami swojego kraju. Jak jakiś Włoch (albo co gorsza Włoszka) (tak, to najczęściej są przedstawiciele tej właśnie nacji) zaczyna do mnie przemawiać po włosku i okazuje się, że ani nie rozumiem, ani nie staram się zrozumieć, zaczyna prychać, parskać, wzdychać, wzruszać ramionami i przewracać oczami. Ja naprawdę nie jestem w stanie tego ogarnąć umysłem.


Cały czas nie wierzę, w jakim stopniu niektórym ludziom brak podstawowej kultury osobistej, manier oraz poszanowania dla cudzej pracy. Zawsze, gdy ja szłam do knajpy coś zjeść, byłam cierpliwa (bo ktoś szykuje jakieś pyszności specjalnie dla mnie, a nie jestem jedyną klientką tego miejsca, więc może to chwilę potrwać), bezproblemowa (zamawiałam tylko rzeczy, które oryginalnie były w menu - nie dodawałam składników, nie usuwałam, nic nie zmieniałam; dania zawierające nielubiane ingrediencje od razu eliminowałam i zamawiałam coś innego) i uprzejma. I wydawało mi się, że każdy taki jest. Naiwna. Tak, po raz kolejny mierzę ludzi swoją miarą - tym razem nie oczekuję od nich otwartości umysłów, ale zwyczajnej kultury osobistej. Teraz to ja pracuję w restauracji i zbieram zamówienia. Całe masy ludzi nie znają słów proszę, dziękuję, dzień dobry, do widzenia. Oni po prostu przychodzą do knajpy i przedstawiają swoje roszczenia. Czują się jak u siebie, przesuwają stoliki, jak im się żywnie podoba. Pytają, czy danie może przyjść pokrojone na kawałki (!). Zamawiają cheeseburgera bez sera (to akurat jest bardziej zabawne niż jakiekolwiek inne). Podchodzą do mnie w trakcie, gdy zbieram od kogoś zamówienie i życzą sobie, żebym im wykombinowała stolik dla pięciu osób. Albo przychodzą z półnagim, mokrym od wody z fontanny dzieckiem, które jest na dodatek całe umorusane lodami czekoladowymi którymi aktualnie jest średnio zainteresowane, ale lody się topią, więc trzeba zjeść. A rodzice sobie w tym czasie wypiją prosecco. Aha, jest około pięciu wolnych stolików. Nie różnią się niczym, ani komfortem ani walorami krajobrazowymi. Nasi goście usiądą jednak obowiązkowo przy tym, który nie został jeszcze posprzątany po poprzednich ludziach i będą mnie wołać, żebym zabrała im brudne szklanki sprzed nosa i wymieniła obrus. Do głowy by mi coś takiego nie przyszło. Robią skandaliczny syf. Brudzą tak, że gdybym specjalnie chciała nasyfić, to nie wiem, czy mogłabym stawać z nimi w szranki. Plamią, rozlewają, rozsypują żarcie dookoła stolika, mamlą serwetki i w efekcie rozrywają je na milion czepliwych kawałeczków, łamią wykałaczki na kilka kawałków i zostawiają, kiepują na glebę, mimo, że jest popielniczka na stole. Brak słów. Rzucają kawałki pieczywa gołębiom, które w 0,3 sekundy opanowują nasz ogródek. Nie dojedzą kilku frytek? Życzą sobie, żeby im zapakować na wynos. Bo mogą. Bo teraz oni są panami, a ja niewolnikiem. Raz jakiś dziad wstał od stolika, podszedł do mnie, wyciągnął kartę kredytową i zamachał mi nią przed twarzą oznajmiając, że chce zapłacić. Again, przez myśl by mi nawet nie przeszło, że można się tak zachować.

Kuchnia u nas jest zamknięta od 17 do 18. Kuchnia to też ludzie, 60 minut bez realizowania nowych zamówień to minimum w 14-godzinnym dniu pracy. O godzinie 17:10 przychodzą jacyś goście. Informuję ich uprzejmie, że kuchnia jest zamknięta. Ale przecież tamci ludzie jedzą!, złości się nasz gość. Drugi wariant: mówię im mogą państwo teraz zamówić tylko napoje, kuchnia jest zamknięta do 18. Reakcja: DLACZEGO?

Zdarza mi się oczywiście obsługiwać rodaków. Ostatnio coraz rzadziej daję po sobie poznać, że ich rozumiem. Dotychczasowe doświadczenia z polskimi stolikami nauczyły mnie, że lepiej się nie ujawniać. Nie zmienia to faktu, że oczywiście rozumiem ich wymiany zdań. Kiedyś jacyś zostawili dość mierny napiwek. Odpowiadam z uśmiechem - thank you very much! Cóż, normalka, jestem po prostu kulturalną osobą. Zresztą ciężko nie podziękować za dodatkowe pieniądze. Ooo, ucieszyła się - burczy ironicznie jakaś Grażyna. Fuj.

Czyjeś zamówienie trafiło na stolik. Widzę, że ta osoba je, ale ma jakąś nietęgą minę. Podchodzę zapytać, czy smakuje, czy wszystko w porządku, czy czegoś potrzeba. Tak, jasne, wszystko super. Skoro pani tak mówi... Potem przy płaceniu rachunku okazuje się, że coś było niedogotowane, albo że jakiegoś elementu zamówienia zabrakło, co niestety umknęło mojej uwadze. Czy oni naprawdę myślą, że ja ich pytam dla zabawy, albo że nie obchodzi mnie to, że coś nie gra?

Nikt się nie dziwi chociaż jakby nie liczyć
jeśli chodzi o zdrowy rozsądek mamy deficyt
świat się skrzywił, mało tego on krzywi się dalej
lecz nikogo nie dziwi ogrom tych szaleństw 

Skończyłam wylewać żale, dziękuję za uwagę.

sobota, 24 września 2016

Gorsza od lepszych


Na Malcie spotykam przeróżnych ludzi. Smutnych, szczęśliwych, bogatych, biednych. Takich, którzy mają relaks w życiu i tych, którzy męczą się w wyścigu szczurów. Ostatnio miewam do czynienia również z ludźmi, którzy z różnych powodów czują się lepsi ode mnie.

Typowy korposzczur czuje się lepszy od takich ludzi jak ja. Zarabia więcej, ma rodzinę, bezpieczną przyszłość. Poradził sobie w życiu, wspina się po szczeblach kariery. Kim ja dla niego jestem? Menelem bez szkoły, który tuła się po świecie. Co z tego, że skończyłam studia, skoro chwilowo nie korzystam ze swojego wykształcenia? Osoba taka nie dopuszcza do siebie myśli, że po pierwsze, ja jestem jak najbardziej szczęśliwa i postępuję świadomie, a tym bardziej nie zaakceptowałaby faktu, że ja czuję się oświecona, zadowolona i wolna, a owego korposzczura mam za więźnia jego własnego życia. Przecież to bezsensowne, niedopuszczalne. Oni się dorobili, ja jestem nigdzie. Oni odkładają na emeryturę, ja jestem w dupie. Oni mają plan na najbliższych 10 lat, ja za parę miesięcy wyjadę w podróż dookoła świata i każdy dzień będzie przygodą, niesamowitą tajemnicą do odkrycia. Bo tak chcę, o czym już mówiłam.

oni układają sobie życie, żul Sabina obkleja
szafę etykietami od browarów. priorytety.

Nasuwa się pytanie, czy ci ludzie naprawdę są szczęśliwi? Kiedyś uważałam, że to niemożliwe. Kto cieszyłby się życiem zasuwając do nudnej korporoboty w biurze, pracując z idiotami, jeżdżąc furą kupioną za wszystkie oszczędności, wieczory spędzając przed tv w domu kupionym na kredyt? Mając dokładną wizję niemalże całego życia, głównie uzależnionego od wychowywania dzieci, posyłania ich do szkół i na obozy i wydawania na nie pieniędzy? Powiedziałam, że ludzie nie zadają sobie pytań. Gdyby zapytali siebie 'czy jestem szczęśliwy?', 'czy się spełniam?' i udzielili sobie szczerej odpowiedzi na to pytanie, to trafiliby do psychiatryka, bo okazałoby się, że wcale nie chcą tak żyć. Nie chcieli podążać tą ścieżką, ale społeczeństwo i stereotypy ich do tego zmusiły, a oni mieli za mało jaj i silnej woli, by się temu oprzeć. Zamulają w biurze, a woleliby grać na katarynce i jeździć po świecie. Albo robić cokolwiek innego... ale jest już za późno. Cóż.

Na podstawie kilku sytuacji stwierdziłam ostatnio, że mimo wszystko są ludzie, którzy faktycznie cieszą się takim życiem i jest ono dla nich pisane. Czują moc, bo zarabiają na rodzinę, furę i dom. Czy po prostu postępują zgodnie z narzuconym przez społeczeństwo i tradycje wzorcem? Może, ale wygląda na to, że się spełniają. Istnieje też ogromna ilość osobników, którzy z różnych powodów obrali wąski tor i tego się trzymają. Są ludzie, którzy są wprost stworzeni do tego, żeby być synem właściciela restauracji, mieć pieniądze znikąd, puszyć się jak paw i wozić z łasymi na hajs dziewczętami młodszymi od nich o dekadę. Są ludzie, którzy zakładają jakąś podejrzaną biznesfirmę w internecie, robią podejrzane interesy i mają z tego jakieś podejrzane pieniądze, mieszkają 3500 km od swojej drugiej połówki (która w innym kraju zajmuje się dokładnie tym samym), tęsknią za sobą i cierpią, ale nie chcą się razem wprowadzić, bo każde musi doglądać interesów w swojej części świata. Bo przecież są poważnymi dorosłymi ludźmi i muszą troszczyć się o dostatnie życie dla swojej przyszłej rodziny. Odpowiednio poukładali sobie priorytety w życiu. Na dodatek oczywiście planują dziecko i odstawiają wszelkie używki, żeby ich (otyłe) ciała były doskonałymi producentami plemników i komórek jajowych. Bez sensu kompletnie, nic się nie trzyma kupy, mnóstwo wyrzeczeń, zero radości z życia, ale co ja tam wiem. Przecież jestem dziewczyną, która zamiast iść do poważnej pracy w zawodzie, przyjechała sobie na Maltę, jest kelnerką, opala się, łoi browary i na dodatek odkłada pieniądze na podróż do Nowej Zelandii. Niepoważna jakaś, a na pewno bez perspektyw.

Czuję się szczęśliwa. Lepsza od tych ludzi? To mocne i niemiłe słowo, ale chyba tak właśnie się czuję. Otworzyłam się na możliwości i robię dokładnie to, co chcę. Każdy z nas zaczyna z innym pakietem startowym, jedni rodzą się w bogatych domach, inni w rodzinach bardzo religijnych, konserwatywnych, mają wpajane różne poglądy, obracają się w konkretnych środowiskach. Nie wiem, kim byłabym teraz, gdybym od urodzenia była ustawiona i byłoby wiadomo, że nigdy nie muszę pracować, albo robić to dla zasady, bo pieniędzy dla mnie i kolejnych kilku pokoleń na pewno nie zabraknie. Cieszę się z poziomu świadomości, który osiągnęłam i mam wrażenie, że ci ludzie nie dotrą do tego etapu. Nie mają takiej potrzeby albo ochoty. Biorą to, co zasugerowało im życie i podążają jakąś opartą na tradycji i kulturowych wzorcach ścieżką. Nie myślą, jak by to było rzucić wszystko i pojechać w Bieszczady, albo zrobić cokolwiek innego. Ja myślę, próbuję różnych rzeczy i biorę pod uwagę cały wachlarz opcji. I tym się szczycę.

poniedziałek, 19 września 2016

Autopilot


Mycie zębów to zazwyczaj dla mnie czas relaksu, moment, aby zastanowić się nad sobą, zaplanować podróż, przemyśleć świeżo rozpoczęty dzień czy też oddać się refleksji na temat listy zakupów. Czasem mycie zębów jest mniej przyjemne i konstruktywne, mowa o tym o 4 nad ranem po powrocie z melanżu, gdy podpieram się ze zmęczenia rzęsami o umywalkę. W każdym razie jednak mycie zębów jest dla mnie czynnością oczywistą i naturalną, w końcu wykonuję ją 2 razy dziennie od... ilu lat? W jakim wieku dzieci zaczynają sobie same myć zęby? Znów na jaw wychodzi mój brak szeroko pojętej wiedzy na temat dzieci. Zapytałam wujka Google, ale w sumie bałam się wejść w jakikolwiek z rezultatów, więc załóżmy, dla okrągłego rachunku, że myję sobie sama zęby od dwudziestu lat.
20 lat x 365 dni x 2x dziennie = 14600. Po kilkunastu tysiącach razy jestem w stanie stwierdzić, że na pewno dopadła mnie w tym aspekcie rutyna. Zaatakowała mnie do tego stopnia, że jak ostatnio chciałam sobie świadomie umyć zęby, to się pogubiłam.

Kilka dni temu szczotkując zęby z niewiadomego powodu zaczęłam się na tym skupiać. Było bardzo dziwnie. Przecież ręka sama chodzi tak, jak powinna. Okej: pozwolę jej działać, ale będę to kontrolować. Dół: prawa strona, lewa strona. Góra: prawa, lewa. Teraz boki zębów. Teraz przód. Cała procedura od nowa. Ruchy koliste, posuwiste, takie, srakie, na wszystko przychodzi pora podczas mojego czternastotysięcznego rytuału mycia zębów. Co tu dużo mówić - nakładanie pasty na szczotkę i płukanie paszczy również zawsze wygląda tak samo. Nasze ciało po prostu jest tak do tego przyzwyczajone, że samo zrobi za nas zaprogramowaną robotę, nie musimy się angażować. Jeśli będziemy chcieli coś zmienić, to zrobi się nieswojo.

pic not related

Tak samo jest z myciem ciała czy rąk, wycieraniem ręcznikiem i prawdopodobnie wieloma innymi czynnościami, z jakiegoś powodu przychodzą mi do głowy tylko te kosmetyczne. Innych rzeczy nie robię aż tak często w dokładnie identyczny sposób. Autopilot, który uaktywnia się, gdy wchodzisz do łazienki jest tak silnie zaprogramowany, że świruje, gdy chcesz coś zrobić po swojemu. Czy tylko mi zdarzają się akcje w stylu "nie mam czasu na mycie włosów, wskoczę szybko pod prysznic i po dwóch minutach wyskakuję", po czym łapiesz się na tym, że masz już mokre włosy i nakładasz na nie szampon, bo standardowo pozwoliłaś autopilotowi działać? Śmiesznie robi się również, jak masz np. skaleczoną rękę albo dziąsło. Myjesz się... ała. Muszę pamiętać, żeby nie moczyć tego palca/omijać prawą górną trójkę. Kończy się tak, że i tak co chwila zadajesz sobie ból, bo przecież autopilot wie, co ma robić, to twój problem, że coś cię boli. Jeśli wyłączysz autopilota, to musisz sam się myć, a to jest upierdliwe. Co prawda oszczędzisz skaleczoną część ciała, ale musisz cały czas skupiać się na namydlaniu, spłukiwaniu, odkręcaniu/zakręcaniu wody. Nie możesz się zrelaksować i oddać rozmyślaniom, jak to zwykle robisz pod prysznicem, a musisz się myć. Bez sensu.

Jedziecie na autopilocie? W jakich sytuacjach?
Może praca, przygotowywanie posiłków, rozmowy z mamą?
Słucham.

poniedziałek, 12 września 2016

A przynajmniej tak mi się wydaje


Ostatnio sformułowałam w głowie schemat postępowania, który wdrożyłabym, gdybym znalazła się w określonej sytuacji. Przemyślenia oparłam na przykładzie osoby, która moim zdaniem fatalnie radzi sobie w życiu, podejmuje kretyńskie decyzje, nie ma zainteresowań, odżywia się w absolutnie bezsensowny sposób i skończę już wymieniać, bo po pierwsze zrobi się za długi akapit, a po drugie dopadnie mnie wkurw. Wzięłam pod lupę pewne działania tej osoby, po czym obmyśliłam swoją alternatywę - jezu, przecież to takie oczywiste, ja bym na jej miejscu zrobiła tak, tak i tak. Przymknęłam oczy, kontemplując, jak satysfakcjonujące są moje rozwiązania, po czym mózg podrzucił mi jeszcze jedno zdanie. Brzmiało ono: a przynajmniej tak mi się wydaje.

Przyłapałam się na tym, że mam tendencję do upraszczania różnych sytuacji i zakładania, że inni są debilami i nie ogarniają podstawowych rzeczy, dlatego są grubi, nie mają szczęścia w miłości i zaharowują się w robocie za marny grosz. W większości przypadków pewnie mam rację, aczkolwiek stwierdziłam, że muszę starać się patrzeć na ludzi przez pryzmat ich osobowości i doświadczeń, a nie mojej beztroski. Ja na twoim miejscu postąpiłabym inaczej... A przynajmniej tak mi się wydaje. Nie jestem tą osobą, nie jestem na jej miejscu. Może np. jej silne emocje względem kogoś nie pozwalają podejmować racjonalnych decyzji? Mi oczywistym wydaje się pewne działanie, ale ta osoba ma zawężony punkt widzenia. Może na jej miejscu też nie potrafiłabym zrobić tego, co w tej chwili wydaje mi się oczywiste? Nie zmienia to faktu, że zazwyczaj mam wrażenie, że moje rady/sugestie/przemyślenia faktycznie są słuszne, a osoba, którą biorę pod lupę jest zagubiona. Albo głupia.

Stephen King, Duma Key

Świetnym przykładem są osoby doradzające innym w kwestiach związków. Sama jestem takim ekspertem, łapałam się za głowę, gdy moje przyjaciółki niepotrzebnie odstawiały sceny zazdrości albo tolerowały prostackie zachowania swoich facetów, oraz gdy kumple na całej linii pieprzyli robotę i skreślali swoje szanse u jakiejś laski. Jak ty możesz z nim wytrzymać, otwórz oczy, nie daj się tak traktować - standardowe teksty. Ale ja go kocham - standardowa odpowiedź. Absolutnie nierozumiana przez zimnokrwistych, niezaangażowanych emocjonalnie doradców, ale kluczowe dla naszej ofiary toksycznego związku. Na jej miejscu dawno zerwałabym z tym dupkiem. A przynajmniej tak mi się wydaje.

Mój sposób postrzegania jest raczej nieskomplikowany. Jest dobrze i fajnie - ok, jedziemy dalej. Coś jest nie tak? Zmieniamy to. Simple as that. Zawszę będę tak postępować i moje życie zawsze będzie piękne, a przynajmniej tak mi się wydaje. Może zdarzy się coś, co wywróci moje poglądy do góry nogami i zostanę korposzczurem albo pustelnikiem? Albo, co gorsza, matką? Nie wiem. W każdym razie planuję zawsze żyć w zgodzie ze sobą i być szczęśliwa.

wtorek, 6 września 2016

Wszędzie dobrze, nie mam domu


Przysłowie wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej nigdy nie miało dla mnie zbyt dużego sensu. Jasne, dom, obiadki od mamy, swój komputer, wszystko spoko, ale nigdy nie czułam jakiejś drastycznej przynależności do konkretnego mieszkania, budynku. Jasne, możemy zacząć się spierać o definicję, przecież nie chodzi o sam kwadrat, tylko o rodzinną atmosferę. Mimo, że moje relacje z rodziną zawsze były co najmniej dobre, nie odczuwałam ogromnej ulgi, ukojenia i ciepła domowego ogniska w momencie przekroczenia progu.

Bo dom po prostu był, to było naturalne.

Malta. dom. chwilowo.

Myśli w stylu "gdzie jest mój dom i dlaczego nie tu? brakuje mi go" pojawiły się we wrześniu 2011, w momencie przeprowadzki do Paryża. Zamieszkaliśmy z rodziną w mieszkaniu tymczasowym, gdzie mieliśmy spędzić koło miesiąca, zanim znajdziemy sobie właściwy appartement. Mieszkanie to było wyposażone - dziwne uczucie, na stałe mieszkać gdzieś, gdzie nie ma twojego stołu, tostera, kubka na szczotkę do zębów. Nigdy nie mieszkałam w żadnym akademiku, nie przeprowadzałam się na studia, więc ta sytuacja była obca i nieprzyjemna. Na dodatek kwadrat ów należał do pary dziadów, wszędzie były zdjęcia starych ludzi i ich wnuczków, staromodne komody były zawalone jakimś losowym syfem, w każdym możliwym miejscu była masa obleśnych bibelotów, z czystością też kiepsko. Nie chciałam tam żyć.

Po miesiącu wynieśliśmy się do kolejnego przejściowego mieszkania - udało nam się znaleźć to docelowe, ale miało ono być oddane do użytku dopiero za 3 tygodnie, tak więc znów musieliśmy się gdzieś zaczepić. Kolejna przeprowadzka, kolejne otoczenie. Dziwna sprawa. Tęskniłam za domem. Tym w Polsce. Tym, w którym mogłam usiąść na swoim ulubionym miejscu przy stole, oglądać telewizję w wygodnej pozycji, zamulać przy swoim kompie.

W końcu udało nam się zamieszkać w tym ostatecznym miejscu, na południu Paryża. Ciężarówką przyjechały nasze meble. Urządziliśmy się, okazało się, że jest przyjemnie. Znów miałam swój pokój, ze swoimi rzeczami (swoją drogą, niesamowite, jak bardzo ludzie potrafią przywiązać się do zwykłych, nawet bezużytecznych przedmiotów), domową kanapę, nasz telewizor, mamine dekoracje, skrzynkę z kablami i narzędziami należącą do taty (puderniczkę). To jednak nie było to... Wciąż czułam, że mój prawdziwy dom jest w Polsce, w mieszkaniu, w którym spędziłam dobrych kilkanaście lat, większość swojego życia. Na święta wybraliśmy się tam i... było strasznie.

To nie był mój dom. Nie było rzeczy, mebli, atmosfery. Panowała straszna duchota, było mnóstwo kurzu. Mama nie dopuściłaby do takiego stanu! Nie mieszkamy tu, it's official. Nie ma mojego krzesła i biurka. Niby są w Paryżu, w domu, ale przecież.. powinny być tu! One należą do tego miejsca! W tym momencie przestałam dobrze czuć się w moim dawnym domu. On przestał nim być. Z drugiej strony... ten paryski jeszcze nie zaczął. Po tułaczce i trzech przeprowadzkach okazało się, że tak naprawdę nie mam domu. Nie czuję go. O dziwo, uczucie to po pewnym czasie okazało się całkiem przyjemne.

Paryska chata po paru tygodniach zastąpiła mi dom. Nauczyłam się tego mieszkania. Potrafiłam po nim chodzić po ciemku z zamkniętymi oczami, zaczęłam na nowo rozpoznawać kroki domowników [a na nowej w moim życiu wykładzinie (fuj) to nie było wcale takie oczywiste], słyszałam, jak ktoś wchodzi z klatki schodowej i wkłada klucz w zamek. Wchodząc do mieszkania czułam zapach domu. Te wszystkie czynniki kreują atmosferę bezpieczeństwa, sprawiają, że czujesz się jak u siebie. Dom w Polsce został wyposażony w komplet najtańszych mebli z Ikei, żeby coś w nim stało i dało się tam funkcjonować, jak się przyjedzie na święta. Nigdy jednak nie odzyskał tego dobrego, dawnego klimatu. Cóż, taka kolej rzeczy.

Obecnie mieszkam na Malcie ze świadomością, że nie mam żadnego domu. Ten paryski już nie istnieje, wynajęty został komuś innemu. Siostra i rodzice wyprowadzili się, na dodatek w różne strony. Dorosłe życie, uch. Meble zostały częściowo zachowane, częściowo sprzedane. W polskim domku jest całkiem fajnie, gdyż spędziłam tam pół roku przed przyjazdem do Valletty i stworzyłam nową atmosferę, a przynajmniej namiastkę. Jest inaczej, gdyż domownicy byli inni. Ciekawiej. Na Malcie nie czuję się jak w domu, ale nie mam potrzeby tak się czuć. Mam gdzie mieszkać, lubię to miejsce, aczkolwiek nie mogę go nazwać domem ze względu na maltańskiego współlokatora, przy którym nie czuję się swobodnie. W głowie mam świadomość, że Malta to etap, droga, a nie cel. Za parę miesięcy mnie tu nie będzie. Chwilowo mimo wszystko tu mieszkam. Zabrałam ze sobą kilka sentymentalnych rzeczy, które pomagają kreować klimat. Jest dobrze, dlaczego miałoby nie być?

No i wyszedł niechcący jakiś wpis chronologiczno-historyczny, ale cieszę się, że to podsumowałam. Wszędzie dobrze, nie mam domu. Nie czuję się przywiązana do żadnego miejsca. Chcę podróżować, odkrywać, zwiedzać. Szykuję się do kilkumiesięcznej podróży, podczas której oczywiście nie zahaczę o dom. I to właśnie jest świetne - będę miała poczucie robienia słusznej rzeczy, bez backgroundowej tęsknoty za domem. Którym domem? Ten w Polsce stoi pusty, tego w Paryżu nie ma, rodzina rozsiana po Francji. Nie ma dokąd wracać. Trzeba iść naprzód. Ahoj przygodo!

czwartek, 1 września 2016

10 lat


Dziś mija 10 lat od otwarcia mojego pierwszego bloga. Niedawno Moje Wywody obchodziły czwarte urodziny, teraz minęła dekada od rozpoczęcia mojej blogowej kariery. Wow.

Czyżby to Apollo zstąpił z nieba, promieniejąc swą boskością?
Cóż, prawie. Radek ćwiczył na WFie bez koszulki.

Dalej mam dostęp do wszystkich swoich archiwalnych wpisów. Nierzadko czuję się zażenowana czytając je, ale z drugiej strony dobrze to na mnie wpływa. Mój pierwszy blog był typowym internetowym pamiętnikiem, przeglądanie wpisów z kwietnia 2007 czy sierpnia 2009 przypomina mi różne sytuacje, osoby, odczucia. Swojego pierwszego bloga prowadziłam przez nieco ponad 3 lata. Zaczęłam jako zakompleksiona czternastoletnia gimnazjalistka. Z moich wpisów czuć było na kilometr, że jestem straszną pizdą, która nie ma znajomych, chociaż by chciała, nie wie, co ma ze sobą zrobić i na siłę stara się być fajna. Trochę słabo, ale z drugiej strony... Wydaje mi się, że większość blogerów tak zaczyna. Nasz internetowy świat staje się odskocznią, miejscem, gdzie możemy być super, a jacyś szkolni znajomi ze starszych klas nie będą nas gnoić i śmiać się z naszych okularów, czerwonych spodni czy fullcapa. Ostatnio usłyszałam: Bina, ja mam wyrobioną opinię na temat wszystkich ludzi prowadzących blogi. Wszystkich, więc ciebie również. Wy po prostu w ten sposób leczycie swoje kompleksy. Te słowa trochę zbiły mnie z pantałyku, wręcz zabolały - ej, przecież jestem fajna, nie muszę leczyć swoich kompleksów poprzez uzewnętrznianie się w internecie. Kiedyś jednak zdecydowanie tak właśnie było, wyraźnie widzę to przeglądając posty sprzed dekady. Tylko na blogu byłam cool girl, tylko tam pisałam fajne i zabawne rzeczy, a ludzie mi przyklaskiwali. W prawdziwym życiu sukcesem był dzień bez przytyków i dissu ze strony rówieśników. Na blogu otwierałam się i zapominałam o tych wszystkich matołach. Gimbaza ryje banię.

Dokładnie dziesięć lat temu, w moim pierwszym blogowym poście ever, pisałam:

Najbardziej nie lubię polskiego…:P Te koszmarne lektury…
I surowe oceny… I wrzeszczący babsztyl…:/:/ Już mi słabo.
Może chociaż dowiem się, jakie podręczniki będą mi potrzebne..:P

Smutne dziecko, głupie problemy. Na moim pierwszym blogu roiło się od emotikonek, wielokropków, narzekania na szkołę. Widać, że nie mam na siebie pomysłu i czuję się ograniczona przez wszystko po kolei. 14-letnia Sabinka boi się życia i ludzi, jest świętoszkowata, zakompleksiona, samolubna i zarozumiała, a alkohol i narkotyki uważa za największe zło, tematy tabu zresztą. Czytam i czytam te wpisy z 2006 roku i naprawdę cieszę się, że dotarłam do takiego etapu świadomości, na jakim jestem teraz. Dziś mogę wszystko, jestem szczęśliwa. Kiedyś zdecydowanie się na to nie zapowiadało.

17 lutego 2009

Szkolne miłości… Temat – rzeka! Mogłabym o tym napisać co najmniej powieść, dwa hymny, sonet, odę, baśń i ze cztery fraszki. Ograniczę się jednak, bo nikt nie zniósł by moich wywodów.

^słowa klucze padły już ponad 7 lat temu

3 lata później, u schyłku mojego pierwszego bloga, byłam już za połową liceum i byłam zdecydowanie bardziej otwarta i zadowolona z życia. Zaczęłam wychodzić ze skorupy gimnazjalnych kompleksów, kiedy to wszyscy mnie kojarzyli (a ja nikogo, typowe) i śmiali się z tego, że nie mam cycków, że jestem kujonem, albo że mam na imię Sabina. Liceum było super. Ewolucję mojej osobowości i sposobu myślenia wyraźnie widać na blogu. Idąc do klasy maturalnej zapisałam kilka postanowień noworocznych: pielęgnowanie licealnych przyjaźni, przykładanie się do ważnych przedmiotów (mhm, ta, jasne), honorowe olanie wosu i historii (to mi się akurat na pewno udało). Znalazłam nawet relację ze swoich siedemnastych urodzin. Ach.

made in 2006. trochę skisłam, jak to znalazłam.
z drugiej strony, proszę docenić ten blog'onetowy glitterowy vibe.
niektórzy z Was na pewno pamiętają te błyszczące trendy.
jest grubo.

Chęci do pisania bloga opuściły mnie jesienią 2009 roku. Trzecia klasa liceum, studniówka, matura, najdłuższe wakacje życia (bzdura, teraz mam wakacje non stop), rok na Polibudzie i wyprowadzka do Paryża nie zostały udokumentowane w blogosferze. Do pisania powróciłam latem 2012 roku, na to-ja-spadam.blogspot.com, czyli... tutaj. Obecną domenę nabyłam później. Od początku nie zamierzałam prowadzić pamiętnika, wolałam zapisywać swoje spostrzeżenia i przemyślenia. Jak już wspominałam w czwarte urodziny bloga, czuję duży postęp. Jestem zadowolona z tego, co piszę teraz - jest lepiej, niż w 2012 roku. W 2012 było lepiej niż w 2009 oraz dużo lepiej, niż w 2006. Tak to chyba powinno wyglądać.

Analizowanie moich blogowych wypocin sprzed dziesięciu lat przypomina mi, kim byłam wtedy i pomaga docenić sytuację, w której jestem teraz oraz moje obecne podejście do życia. Nie rozumiem ludzi, którzy kasują swój dawny blogowy dorobek. Nawet, jeśli twoje stare posty są głupie, to warto po paru latach do nich wrócić i się odnieść. To naprawdę wzbogacające doświadczenie.

Pozdrawiam blogosferę.
Blog Widget by LinkWithin