środa, 23 sierpnia 2017

Trip raport VII - Kazachstan cz. 2



Pociag najgorszej klasy relacji Atyrau - Astana okazal sie bardzo luksusowy. Nie wiedzielismy, czego sie spodziewac, wiec mentalnie przygotowywalismy sie na najgorsze. Najmniej przyjemne okazalo sie pierwsze pol godziny, jeszcze przed odjazdem. W pociagu bylo strasznie goraco i spocilismy sie w 10 sekund, mimo prysznica, ktory przezornie wzielismy przed opuszczeniem mieszkania Timura. Nie bylo przedzialow, w wagonie byla po prostu masa ciasno ustawionych pietrowych lozek, a ku mojemu przerazeniu miejsce obok byla kobieta z rocznym dzieckiem. O zgrozo. Mimo wszystko posciel byla czysta, zapakowana prosto z pralni, dostalismy nawet swieze reczniki. Pociag ruszyl. Zaczal wiac przyjemny wiaterek, a my odswiezylismy sie w lazience. Mielismy ze soba po jednym mocnym ruskim browarze, znietrzezwilismy sie wiec odrobinke i poszlismy spac. Przez okno nie bylo widac nic. Jednolita czern.





Caly nastepny dzien splynal na graniu w karty, patrzeniu przez okno na bezkres, pisaniu (to wlasnie w pociagu przygotowalam wszystkie wpisy o Rosji, wczesniej nie bylo okazji), gadaniu, czytaniu. Na stacjach mozna bylo kupic jedzenie i picie, w pociagu nie bylo takiej opcji. Kupilismy sobie od jakiejs babinki kotlety i ziemniaczki na obiad (porcja dla 2 osob kosztowala ok. 4,50zl). Zapytalismy tez o browary, bo ile mozna podrozowac na trzezwo. Babuszki popatrzyly po sobie i jedna wyciagnela z siaty zimne (!) piwa, po ok. 4 zl za sztuke. Dwa razy drozej, niz w sklepie, ale tak to juz jest na nielegalu. Ruszylismy dalej. W nocy cos mnie tknelo i sie przebudzilam. Okazalo sie, ze za oknem czeka na mnie jeden z najbardziej niezwyklych wschodow slonca, jakie widzialam. Pomaranczowa kula ognia rzucajaca zolto-rozowa poswiate nad bezkresna laka. Cos pieknego. Na ostatnim etapie podrozy dolaczyl do nas Nurzan, ktory spedzal dwa dni w Kostanay (tak, pociag jechal niezlym zygzakiem zbierajac ludzi zewszad). To wlasnie on goscil nas pozniej w Astanie. Kumpel Nurzana odebral nas z dworca i pojechalismy do mieszkanka, w ktorym spedzilismy kilka kolejnych dni. Mama Nurzana ugoscila nas mantami, czyli gotowanymi na parze pierogami z miesem domowej roboty i nakarmila nas bardziej, niz czyjakolwiek babcia. Wyturlalismy sie z mieszkania i poszlismy zwiedzac.






Centrum Astany jest bardzo nowoczesne, przez miejscowych zwane Malym Dubajem. Mnostwo jest szklanych budynkow oraz oryginalnych budowli zaprojektowanych przez najznamienitszych architektow. Formy architektoniczne sa naprawde zaskakujace. Miejscowa Akademia Sztuk Pieknych wyglada jak wielka szklana psia micha, obserwaorium wyglada jak ogromna soczewka, a opera przyleciala chyba z kosmosu. Nad caloscia czuwa Bayterek Tower, czyli ogromny lizak. Centrum jest ladnie zaprojektowane, przyjemnie sie przemierza ta miejska dzungle. Astana bardzo sie rozwinela w ciagu ostatnich lat za sprawa organizowanego tam Expo 2017 Future Energy. Teren Expo jest ogromny i prezentowane sa tam rozne rozwiazania dotyczace wykorzystywania odnawialnych zrodel energii. Przyjezdza cala masa obcokrajowcow, a Kazachowie ewidentnie chcieli, by goscie z roznych stron swiata mieli jak najlepsze wyobrazenie o ich kraju. Koszt zorganizowania Expo sprawil, ze przestano w ostatnich latach budowac szkoly, szpitale i remontowac drogi, wiekszosc pieniedzy z budzetu panstwa bylo ladowane w stolice. W Astanie jest mnostwo roznorodnych dekoracji, od futurystycznych geometryczych posagow owiec, przez kameleony z zywoplotu az po wszechobecne wiatraki symbolizujace odnawialne zrodla energii. Niedaleko terenu Expo wybudowano wielkie nowoczesne osiedle mieszczace apartamenty dla gosci ze swiata. My jednak nie dalismy sie zwiesc i opuscilismy centrum. Znalezlismy mnostwo dzielnic, w ktorych w zasadzie nie ma normalnych ulic, a ludzie zyja w ubostwie. Dziwny kontrast, ogromne wrazenie, zwlaszcza, jak wlasnie wyszedles z Khan Shatyr - centrum handlowego, ktore wyglada jak gigantyczny krzywy namiot, a oprocz butikow miesci w sobie park dinozaurow, mini kasyno i, uwaga, ogrzewana plaze z piaskiem prosto z Malediwow.






Z Astany wybralismy sie na dwudniowa autostopowa wycieczke do Burabay. 200 km na polnoc od stolicy w srodku stepu jest kilka samotnych gorek i jezior, a co za tym idzie wielki kurort turystyczny. Miasteczko bylo dosc przykre, ceny wysokie, a na kazdym kroku zaczepiani bylismy przez kierowcow taksowek i wlascicieli pokojow do wynajecia. Ucieklismy stamtad i poszlismy sciezka przez las wzdluz jeziora. Widoki byly fantastyczne, a my spedzilismy dwa dni chodzac i podziwiajac i dwie noce spiac w namiocie nad sama woda. To byl zdecydowanie najlepszy sposob, by w pelni cieszyc sie pieknym krajobrazem.






Do Astany wrocilismy z sympatycznym Turkiem, ktory od kilku lat mieszka w Kazachstanie. W stolicy poznalismy Aide, ktora studiuje w Warszawie i spedzilismy razem mile popoludnie gawedzac po polsku i po angielsku. Dom Nurzana i jego mamy byl pierwszym przystankiem w tej podrozy, gdzie porozumiewalismy sie po rosyjsku. Do tej pory w trasie operowalam moim kiepskim rosyjskim, ale w miastach na Couchu gadalismy po angielsku, co zawsze witalam z ulga - wreszcie moglam wyrazic sie tak, jak chcialam i nie musialam czuc sie glupio proszac o powtorzenie pytania. Dzieki Nurzanowi i jego mamie zrobilam jednak duze postepy z moim rosyjskim, a takze czynnie uczestniczylam w gotowaniu tradycyjnych dan. Co ciekawe, czlonkowie rodziny Nurzana, rdzenni Kazachowie, porozumiewali sie miedzy soba po rosyjsku, a czasem mieli problem ze znalezieniem odpowiednich slow po kazachsku. Aida przyblizyla nam ten problem. Czesc Kazachow uczy sie w rosyjskich szkolach i to ten jezyk staje sie de facto ich jezykiem ojczystym. Sama Aida przyznala, ze glownie mowi po rosyjsku, ze nie zna "akademickiego" kazachskiego. Wczesniej myslalam, ze jest raczej odwrotnie, ale okazuje sie, ze wszystko zalezy - w sklepach i autobusach Kazachowie porozumiewaja sie miedzy soba czasem po rosyjsku, jednak zauwazylam, ze najczesciej ma to miejsce w dużych miastach. 

Po paru milych dniach pozegnalismy nasza kazachska rodzinke i pojechalismy szukac przygod na poludniowym wschodzie kraju, ktory zdecydowanie jest najciekawszym i najbardziej zroznicowanym regionem.

5 komentarzy:

  1. To śmieszne, ale nada dziwi mnie, gdy wrzucasz fotki z dalekiej podróży, na których... piszesz na klawiaturze i w ogóle masz dostęp do internetu :P Sama wyjeżdżając gdziekolwiek tracę łączność ze światem, często absolutnie, bo pada też zasięg, i podróżowanie po świecie nadal kojarzy mi się z martwą ciszą, brakiem internetu i bardzo drogimi połączeniami telefonicznymi. Może czułabym się bezpieczniej, gdybym miała dostęp do neta w podróży? Muszę to poważnie przemyśleć, jeżeli pojadę gdzieś dalej. Bo tak ogólnie to lubię moje wyłączenie, dzięki temu lepiej wypoczywam na wakacjach :D
    Ej, ten pociąg wygląda dość swojsko :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Widoki są na prawdę ładne. Co do wschodu słońca sama miałabym kiedyś okazję zobaczyć wschód w górach, tak zupełnie przypadkowo. Piękny widok! Dotychczas wschód widziałam jedynie z okien mojego pokoju, gdzie widok jest nieciekawy. Ja z kolei spotkałam się z chłopakiem z Ukrainy,który lepiej mówił po rosyjsku albo w ogóle mylił sobie ukraiński z rosyjskim.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nigdy nie jechałam pociagiem z łózkami, nie wiem, czy zmruzylabym oko ze strachu, czy mnie nie okradna :) Fajnie, ze robisz postepy w rosyjskim ;) powodzenia na dalszym odcinku!

    OdpowiedzUsuń
  4. Cieszyszymy się, ze podróż Wam sie szczęśliwie układa! Trzymamy kciuki za nowe przygody i prosimy o częstsze wpisy na blogu :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Panie Marcinie, dziekujemy za cieple slowa! Milo wspominamy wspolna podroz, od ktorej wszystko sie zaczelo. Wkrotce ukaze sie dalsza relacja z Kazachstanu i Kirgistanu, a my pozdrawiamy juz z Chin! :)

    OdpowiedzUsuń

pisz co chcesz, ale ZASTANÓW SIĘ DWA RAZY ZANIM POPROSISZ O OBSERWACJĘ BO PRZYJDĘ I CIĘ ZJEM

Blog Widget by LinkWithin