czwartek, 14 września 2017

Trip raport XII - Kirgistan cz. 3


Obudzilismy sie wypoczeci - to byla pierwsza od dluzszego czasu noc spedzona w namiocie na dziko, podczas ktorej nie terroryzowaly nas pojawiajace sie znikad krowy. Kierowalismy sie na wschod, nad zalew Toktogul. Przed nami bylo blisko 90 km do trasy Biszkek - Osz, a potem jeszcze 130 km. Nie jest to duza odleglosc, ale pierwszy odcinek byl dosc wymagajacy. Zlapalismy stopa na jakies 10 km, do wioski Aral, potem drogi rozwidlaly sie. Ruch samochodow byl zerowy, wiec zaczelismy spacer, zeby nie umrzec z nudow. Bylo wczesnie, wychodzilismy z zalozenia, ze w koncu ktos bedzie ta gorska sciezka jechal (w koncu na mapie wyglada jak glowna trasa a w poblizu nie ma zadnych innych drog). Szlismy wzdluz rwacej rzeki i podziwialismy krajobrazy. Po godzinie pojawil sie pierwszy samochod - lokalny dziadek pokazal, ze nie jedzie nigdzie daleko i nas nie zabral. Faktycznie, po kilkunastu minutach juz wracal. Nastepny kierowca nas zignorowal. Niedlugo potem uslyszelismy, ze nadjezdza kolejne auto. Byl to maly busik/dostawczak. Zauwazylismy, ze jest w nim duzo miejsca. Wyciagnelismy kciuk... i zlapalismy stopa az do glownej drogi! Pokonanie tych 80 km zajelo prawie 3 godziny, ale widoki zapieraly dech w piersiach. Kreta droga, rzeka i oczywiscie gory. Kirgiskie krajobrazy sa niezwykle roznorodne. Co kilka kilometrow widoki zmienialy sie calkowicie. Mijalismy gory szare, zielone, brazowe, piaskowe, czerwone, pomaranczowe i zolte. Byly gory gladkie i postrzepione, wysokie i niskie, skaliste i obrosniete roslinnoscia. Przez cala droge rozgladalam sie na boki cieszac sie, ze tu trafilam. W koncu dotarlismy do glownej trasy laczacej dwa najwieksze miasta w kraju.





Na tym odcinku droga wyprostowala sie i prowadzila przez rozlegle faliste laki. Podziwialismy krajobrazy, ktore sa chyba wizytowka Kirgistanu. Stada koz, owiec, krow i oczywiscie koni pasacych sie spokojnie na soczyscie zielonej trawie. Mnostwo przyczep i jurt, ktorych wlasciciele sprzedawali rozmaite mleczne wyroby. To wszystko na tle niesamowitych, wysokich gor o osniezonych szczytach. Sielanka.

Dotarlismy nad zalew Toktogul - dzielo ludzkich rak, spory akwen zasilany glownie przez malowniczo polozona rzeke Naryn. Posililismy sie w wiosce, w ktorej bylismy niemala atrakcja dla localsow i rozbilismy namiot.












Nastepnego dnia zmierzalismy do Jalal Abad, trzeciego najwiekszego miasta w Kirgistanie. Trafilismy tam na hotelowy deal zycia - za rownowartosc 22 zl wynajelismy dwuosobowy pokoj z lazienka na korytarzu. Warunki w kiblu byly dosc spartanskie, ale za to wifi dzialalo znakomicie. Jalal Abad lezy bardzo blisko granicy z Uzbekistanem i nie ma w nim absolutnie nic ciekawego. Atmosfera nieszczegolnie przypadla mi do gustu, czulam sie obserwowana bardziej, niz gdziekolwiek wczesniej, a na Siwego nakrzyczano jak nieroztropnie wyszedl z hotelu w szortach. Podczas naszej wizyty wlezlismy na wzgorze, by podziwiac nudna panorame miasta (w okolicy nawet nie ma za bardzo gor) i zjedlismy pyszne szaszlyki.




W piatkowy wieczor, dzien przed wyjazdem, bardzo dobrze pilo nam sie browary, w efekcie czego kolejnego dnia nie mielismy checi do zycia ani tym bardziej autostopowania, kupilismy wiec warte 3 zł bilety na busik do oddalonego o 50 km miasteczka Uzgen, w ktorym chcielismy zobaczyc mauzolea z 12 wieku.



Zwiedzanie muzealnego kompleksu zajelo 15 minut. Zobaczylismy 3 niewielkie, pieknie zdobione mauzolea z czasow dynastii Karakhanidow i wzdrapalismy sie na stary minaret. Umieralismy na kacu i nie mielismy na nic ochoty, chcielismy znalezc miejsce do spania, ale lokalsi namowili nas na wyjazd do Osz - w Uzgen nawet nie bylo za bardzo gdzie zostac na noc. Pojechalismy kolejnym busem za 3 zl i trafilismy do miasta, w ktorym znajduje sie najwiekszy odkryty bazar w Centralnej Azji oraz gora Sulayman Too, jedyny zabytek wpisany na liste swiatowego dziedzictwa znajdujacy sie na tylko i wylacznie na terenie Kirgistanu - bo np. Jedwabny Szlak Kirgizi dziela z Chinczykami i Uzbekami. Bazar jest oczywiscie wielki i glosny i mozna sie na nim zaopatrzyc we wszystko, od jedzenia, przez ubrania i elektronike po dywany. Sulayman Too oferuje widok na miasto niemal identyczny, jak w Jalal Abad - Osz jest jednak bardziej rozlegle. Na gorze jest takze muzeum, jednak odpuscilam sobie te rozrywke. Zeszlam zboczem przez opuszczony, spalony muzulmanski cmentarz, prezentujacy sie smutno na tle najwiekszego kirgiskiego meczetu, nazwanego rowniez Sulayman Too. Miasto Osz nie jest zbyt pociagajace, ale stanowi przystanek wielu podroznikow podrozujacych przez Kirgistan, Uzbekistan i Tadzykistan.






Z Osz wybralismy sie w podroz w kierunku Chin. Zebralismy sie strasznie pozno, liczylismy wiec na nocleg w namiocie w poblizu granicy (ok. 250 km dalej) i wycieczke za granice nazajutrz. Zlapalismy stopa. Kierowca jechal niedaleko, ale umowil nas ze swoim kumplem, ktory jechal ciezarowka kilkadziesiat kilometrow dalej. Na zachod slonca udalo nam sie dojechac do jakiejs niemal bezimiennej miejscowosci, z ktorej do granicy wciaz mielismy 100 km. Powoli sie sciemnialo, ale nadciagal samochod...  Moze zawioza nas do Sary Tash? Zatrzymali sie. W srodku byl starszy muzulmanin z wnuczkiem. Mezczyzna mial raczej marudne usposobienie, ale zabral nas i zaoferowal nocleg u siebie. Nie chcial, zebysmy w zimna noc spali w namiocie, a na dodatek mieszkal az 50 km dalej - od jego mieszkania dzieliloby nas juz tylko 50 km do granicy. Z ulga i wdziecznoscia przystalisny na propozycje. Faktycznie bylo chlodno i wietrznie - znajdowalismy sie na 3200 m n.p.m, a po drodze przejezdzalismy przez przelecz polozona az na 3600m. Dojechalismy na miejsce. Mezczyzna mieszkal z zona i liczna rodzina w chatce pozbawionej elektrycznosci. Byl to ich domek letniskowy, na zime przenosza sie gdzies do miasta. Domek polozony byl z dala od cywilizacji, przy samej drodze. Byla tez jurta oraz budyneczki, w ktorych nocowaly zwierzeta. Zostalismy zaproszeni do chatki. Gospodyni rozpalila w piecu, podala herbate i pieczywo oraz odgrzala plov. Jedlismy spokojnie przy watlym swietle lampki zasilanej chyba energia sloneczna. Czulismy sie dziwnie, nie chcielismy naduzywac goscinnosci ludzi, ktorzy sami zyli w tak skromnych warunkach... Oni jednak zachecali nas do jedzenia i czucia sie swobodnie. Rozmawialismy na wiele tematow, dostalismy nawet od muzulmanina lekcje Biblii, ktory twierdzil, ze Jezus byl prorokiem, a nie synem bozym (ja sie nie znam). Gospodarz powiedzial, ze goscil tu rowniez innych podroznikow, z Francji, Niemiec i Stanów. Zasugerowal spanie w izbie, ale wspomnial tez o jurcie. Zaswiecily nam sie oczy. Jasne, ze chcemy spac w jurcie! Mezczyzna przestrzegl, ze w nocy bedzie zimno. Zapewnilismy, ze to nie problem, ze przeciez spimy w namiocie, ze mamy dobre spiwory i grube ciuchy. Decyzja zapadla.


Nocne niebo nad Pamirem to cos pieknego. Wszystkie konstelacje i smigajace po niebie perseidy z ogonami widac bylo lepiej, niz kiedykolwiek. Po obserwacji poszlismy spac. Jurta byla przepiekna, cala konstrukcja byla starannie przepleciona kolorowymi, wzorzystymi tasmami, ktorych konce byly zaplecione w warkocze. Byly rowniez ozdobne wisiory z koralikami. Dzielo sztuki.

Noc rzeczywiscie byla zimna. Dokladnie mowiac byl przymrozek. A przeciez jeszcze w poludnie bylismy w Osz, gdzie temperatura przekraczala 30 stopni... Ubralismy sie w najgrubsze rzeczy i zakiblowalismy w spiworach. Warto bylo.




O 5 rano, przed wschodem slonca obudzil nas gorliwie modlacy sie gospodarz. Wstalismy, dostalismy na sniadanie herbate i chleb z kajmakiem (czyli wyrobem mlecznym bedacym w polowie drogi miedzy smietana a maslem) i ustawilismy sie przy drodze, by lapac stopa. Ruch byl znikomy, kierowcy ciezarowek nie chcieli nam pomoc. W koncu, juz w pelnym blasku slonca zatrzymalismy samochod osobowy. W srodku oprocz kierowcy siedzialo troje mlodych Izraelitow, ktorzy rowniez jechali do Chin. Jakos sie scisnelismy i ruszylismy w kierunku Panstwa Srodka.

6 komentarzy:

  1. już powiedziałam mojemu Mężowi, że ja chcę do Kirgistanu :D zakochałam się!
    ps: zazdroszczę widoków, zwłaszcza nieba. tego nie lubię we współczesnym świecie: wiecznie światła, że nieba nocą nie widać :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Kirgijskie widoki zapierają dech :)) 💋

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak długiej relacji byś nie napisała, to dla mnie ona zawsze jest za krótka. :D Świetnie się czyta i ogląda te zdjęcia.

    OdpowiedzUsuń
  4. Aż jestem ciekaw tego rozgwieżdżonego i czystego nieba o które tak ciężko u Nas ... jak narazie to Kirgistan podoba mi się najbardziej z Twych opowieści ;)

    OdpowiedzUsuń

pisz co chcesz, ale ZASTANÓW SIĘ DWA RAZY ZANIM POPROSISZ O OBSERWACJĘ BO PRZYJDĘ I CIĘ ZJEM

Blog Widget by LinkWithin