środa, 11 października 2017

Trip raport XX - Wietnam cz. 2


Do Bai Chay, miasteczka polozonego nad zatoka Ha Long dojechalismy po poludniu. Lal deszcz. Sprawial wrazenie, jakby nigdy nie zamierzal przestac. Nie byla to wymarzona pogoda na zwiedzanie cudow natury... Ubralismy plecaki w przeciwdeszczone kondomy, sami wskoczylismy w japonki i peleryny i zaczelismy brodzic w kierunku hostelu. Kolejny dzien mial wygladac tak samo.

Ha Long Bay to chyba najbardziej znana atrakcja w Wietnamie. Jest to niezwykle malownicza zatoka, gdzie z morza wyrastaja tysiace skalistych, obrosnietych wysp. Krajobrazy sa cudowne, ale odwiedzanie Ha Long nie ma sensu bez poplyniecia lodka do zatoki i podziwiania wysp z bliska i z roznych stron. Setki agencji turystycznych w Wietnamie organizuja wycieczki do zatoki. Programy rozne, jedno- lub nawet trzydniowe ze spaniem na jachcie, zarciem, zwiedzaniem jaskin... Brzmi troche spoko, a troche dziadosko, w kazdym razie cena wycieczki (program bieda za $25 za osobe, cos godnego uwagi za $60 i wiele wiecej) stanowila budzet dla nas obojga na co najmniej pare dni. Na domiar zlego slyszelismy mnostwo zlych opinii, wycieczki nie spelnialy oczekiwan i czesto cos sie nie zgadzalo z programem... Omijanie atrakcji lub bycie zakotwiczonym na lodce ze zgraja emerytow (w srodku zatoki z setkami innych jachtow dookola) przez kilka godzin. Cruisery wiec odpadaly... Zaczelam przekopywac internet w poszukiwaniu cebulackich opcji. Z pomoca przyszedl mi blog Rostkow, ktorzy opisali swoja tania wycieczke. Wystarczylo udac sie do malego portu kilkanascie kilometrow od miasteczka. Stamtad mozna bylo poplynac zwyklym pasazerskim promem na glowna wyspe archipelagu - Cat Ba. Cena - $3.50 za osobe, zapierajace dech w piersiach widoki, zero statkow w polu widzenia, tylko niesamowita natura. Satysfakcja gwarantowana.




Do portu dotarlismy rano na skuterze, podrzuceni przez jednego z typow, ktorzy na widok turysty pytaja "motobajk?" i imituja ruch dodawania gazu na motorze. Autobusu niestety nie bylo. W porcie bylismy przed 9, wtedy mial odplywac prom. Okazalo sie jedna niestety. ze sezon zimowy nastapil w Ha Long wczesniej, niz sugerowal internet - z poczatkiem wrzesnia, a nie z koncem. Najblizszy prom dopiero o 11:30... Ostatni powrotny o 16, a plynie sie godzine, co oznacza maksymalnie 2.5 godziny na wyspie. Zdecydowalismy sie plynac. W koncu chodzilo glownie o rejs. Mglisty i wietrzny ranek robil sie coraz bardziej przyjemny. Po wczorajszych ulewach nie bylo nawet sladu.

Godzinny rejs z portu Tuan Chau do polnocnego brzegu wyspy Cat Ba byl fantastyczny. Wysokie, oble skaly pietrzyly sie dookola, kazda z nich dzika i pelna roslinnosci rosnacej na cieniutkiej warstwie gleby pokrywajacej gory.

Po dotarciu na wyspe wszyscy wsiedli do autobusu i taksowek jadacych na drugi koniec wyspy, do miasteczka o tej samej nazwie - Cat Ba. Kierowcy oczywiscie bardzo namolnie nas zachecali do wsiadania, ale odpuscilismy. Miasteczko jest ponoc turystycznym portem, gdzie przyplywaja wszyscy pasazerowie statkow wycieczkowych... Nie mielismy duzo czasu do ostatniego promu, postanowilismy wiec sie nie oddalac i nie marnowac czasu na dojazd do oddalonego o 25 km miasteczka. Zdecydowalismy sie po prostu polazic po opustoszalej okolicy portu. Decyzja okazala sie byc doskonala.

Szlismy droga prowadzaca wzdluz morza i podziwialismy duze, kolorowe motyle spijajace nektar z kwiatow. Nie moglismy sie napatrzec na roznorodne, egzotyczne drzewa. Odeszlismy zaledwie kilkaset metrow od portu, a juz wiedzielismy, ze warto bylo tu zostac. Nagle zobaczylismy drabine prowadzaca na jedno ze wzgorz. Stroma, waska, dluga drabine. Ekscytacja i chec zobaczenia zatoki z gory wygraly ze strachem. Krecil sie tam jakis straznik. Pozwolil nam po prostu wspiac sie po drabinie.

Wyprawa byla meczaca i wymagala ciaglej koncentracji, ale udalo nam sie osiagnac szczyt bez zadnych przygod (poza zobaczeniem weza na samym dole). Dotarlismy. Widok byl obledny.






Po zejsciu na ziemie (ktore oczywiscie bylo wyzwaniem) udalismy sie na dalszy spacer. Wypatrzylismy dlugi, drewniany pomost prowadzacy przez zatoczke do malej pagody przytulonej do skal. Przespacerowalismy sie, w dalszym ciagu podziwiajac widoki i obejrzelismy malenka swiatynie. Wyszlo slonce.





Wracajac ogladalismy wyspy w jeszcze piekniejszej odslonie - skapane w blasku popoludniowego slonca. Bylismy z siebie bardzo dumni, zobaczylismy to, co chcielismy, a nawet duzo wiecej. Zorganizowana wycieczka nie zapewnilaby nam takich atrakcji, a odchudzilaby nasze portfele. Stanowczo polecam ten sposob zwiedzania zatoki Ha Long.




Z Bai Chay zmierzalismy do Dong Hoi, miasteczka ulokowanego na wybrzezu, w poblizu interesujacego parku narodowego. Wybralismy sie tam nocnym autobusem. To byla nasza glowna forma transportu po Wietnamie. Niska cena (zwlaszcza, ze nocna podroz uwalnia od problemu szukania noclegu - swoja droga namiot w porze deszczowej to sliska sprawa), calkiem wygodne kuszetki, wifi, wzgledna gwarancja dotarcia na miejsce... To wszystko oferowal nam autobus. Dystanse w Wietnamie sa duze, a bariera jezykowa dosc uporczywa, mniej jednak, niz brak zrozumienia idei autostopu. Po paru miesiacach stopowania bylismy tym troche zmeczeni. W Wietnamie odpoczywalismy.

Okazalo sie jednak, ze nasz autobus jechal az do Da Nang i tam wlasnie docieral o poranku, co oznaczalo, ze o nasz cel ocieral sie o 2 nad ranem. Wyladowalismy w srodku niewielkiego miasteczka po nocy, majac nadzieje na zrealizowanie 3 punktow: znalezienie czegos do jedzenia, kupienie browarow i zobaczenie wschodu slonca na plazy. Na poczatku brzmialo skomplikowanie, ale wszystko poszlo zaskakujaco latwo. Znalezlismy uliczke z otwartymi knajpkami i o 3 nad ranem zjedlismy z lokalsami zupe pho. W barze zaopatrzylismy sie tez w zimniutkie browarki i udalismy sie na pobliska plaze. Ksiezyc w niezwyklym ksztalcie wlasnie wstawal i uciekal przed Wenus - planete zidentyfikowalismy pozniej na podstawie map nieba. Niedlugo pozniej zaczelo sie rozjasniac i doswiadczylismy fenomenalnego wschodu slonca na wietnamskiej plazy. Byla 5:45, a nad morzem bylo oprocz nas sporo ludzi, ktorzy przyszli sie wykapac o swicie. Wstalo slonce. Ludzie poszli. Zrobilo sie goraco.





Znaczaca czesc naszego pobytu przesiedzielismy wlasnie na tej plazy (w okolicach zachodu, na sloncu splonelibysmy jak skwarki). Plaza byla piekna i piaszczysta, woda ciepla i przejrzysta, na piasku lezalo mnostwo muszelek. Miasteczko Dong Hoi nie jest miejscem ani turystycznym, ani interesujacym. Najbardziej emocjonujacym doswiadczeniem byla przejazdzka na darmowych hostelowych rowerach. Uczestniczenie w ruchu ulicznym w Wietnamie na pojezdzie jednosladowym pozbawionym silnika to hardkor. Bylo wesolo. W Dong Hoi jedlismy mnostwo pysznosci (ktore w sumie ciezko mi opisac) i pilismy soki z owocow. Wszystko jest swieze i pelne smaku, kazde danie zachwycalo. Wietnam rozpieszcza podniebienia. 



Pojechalismy rowniez na wycieczke do parku narodowego. Nie odwiedzalismy jaskin, ale przeszlismy sie po lakach i wzdluz rzeki i podziwialismy niezwykle krajobrazy.



Z Dong Hoi skierowalismy sie do Hoi An. Zdecydowalismy sie kupic tanie bilety na pociag - podroz ta miala dostarczyc niezwyklych wrazen i pieknych widokow. Nie moglismy sie juz doczekac.

6 komentarzy:

  1. Oglądam zdjęcia i się zachwycam, pięknie!

    OdpowiedzUsuń
  2. te widoki zawsze zapierają mi dech w piersiach.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zbieram szczękę z podłogi, nigdy nie mogłam się napatrzeć na te wyspy, a Wy pokazaliście je od innej strony jeszcze. Kiedyś tam pojadę!

    OdpowiedzUsuń
  4. Zdecydowanie chcę do Wietnamu ;)) 💋

    OdpowiedzUsuń
  5. Dzień dobry, Bina :) Po pierwsze, masz prześliczny szablon. Po drugie - ktoś tu się obkupił w domenę! Dorastamy <3
    Czyli nie tylko ja tak mam, że zawsze szukam jak najtaniej. Często, gdy kupuję w jakimś sklepie, jednocześnie sprawdzam np. na Picodi czy nie ma kuponów zniżkowych :D Prawdziwe krakowskie skąpiradło.
    Drabina na wzgóze ciekawie skonstruowana i świetny sposób na zachęcenie turystów do zobaczenia jeszcze większej ilości pięknych rzeczy. Oczywiście tych turystów, którzy nie pojechali do miasteczka, ale na własną rękę starają się coś zobaczyć. Widoki stamtąd rzeczywiście obłędne. Autobus z kuszetkami, super :) Gdy myślę o spaniu w autobusie to zawsze w pozycji na siedząco, ale zawsze to jakiś oddech po spaniu w namiocie. Nie trzeba rano suszyć.
    Cudo muszle <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Ekstra tam jest, przepiękne zdjęcia😉Tylko pozazdrościć naprawdę, ah...

    OdpowiedzUsuń

pisz co chcesz, ale ZASTANÓW SIĘ DWA RAZY ZANIM POPROSISZ O OBSERWACJĘ BO PRZYJDĘ I CIĘ ZJEM

Blog Widget by LinkWithin