niedziela, 26 marca 2017

Konsekwencja i konsekwencje


Niekonsekwencja uważana jest za cechę negatywną, a ludzie niekonsekwentni za niegodnych zaufania. Wiedzę tę zaczerpnęłam z pozycji R. Cialdiniego Wywieranie wpływu na ludzi, o czym pisałam kiedyś tutaj. Gdyby ktoś zapytał mnie o zalety, których szukam u innych, nie wymieniłabym raczej konsekwentnego postępowania, gdyż nie jest to cecha, która automatycznie nasuwa się na myśl. Nie da się jednak ukryć, że jest cholernie ważna. Brak konsekwencji w myśleniu i postępowaniu może być tragiczny w skutkach i skończyć się nawet wykluczeniem z grona znajomych i kręgu zaufania.

Ludzie niekonsekwentni jawią się jako niezdecydowani. Słabi. Mowa o osobach, które coś postanawiają, dążą do czegoś, a nagle odpuszczają albo zaczynają robić wyjątki. Każdemu może zdarzyć się chwila słabości, ale wszyscy przecież mamy znajomego, który zawsze da się na coś namówić tylko dziś albo tylko ten jeden raz. Tego, który przedstawi swój punkt widzenia, a potem ustąpi. Tego, który nie spożywa alkoholu w tygodniu, ale dziś wyjątkowo da się przekonać do wypicia piwa. Albo pięciu. Tego, który nie pali, ale akurat ty go namówisz dziś na szluga. Tego, który je zdrowo i dba o siebie, ale właśnie teraz wpierdziela ociekającą tłuszczem pizzę. Pewnie, nie ma w tym nic złego - każdy robi wyjątki raz na jakiś czas, decyduje się na niemoralne przyjemności. Jesteśmy ludźmi. Problem polega na tym, że te osoby zawsze przypadkiem robią wyjątek, ciężko przyłapać je na przestrzeganiu własnych zasad. Znakomitym przykładem jest rodzic, który nie chce kupić swojemu dziecku lodów. Bo za dużo już dziś jadło słodkiego, bo jest jeszcze przed obiadem, bo niezdrowo, bo drogo, każda argumentacja jest dobra. Dzieciak jednak doskonale zna schematy postępowania mamy i wie, że po wygenerowaniu odpowiednio długiego płaczo-jęku dostanie swoje lody. Zawsze działa.

Ludzie często czynią jakieś założenia, a potem się ich nie trzymają. Dziwnie jest, gdy mówisz, że coś lubisz, albo, że się na tym znasz, a potem okazuje się, że jest zupełnie inaczej. Jeszcze gorzej, gdy zachowujesz się jak chorągiewka na wietrze - w określonym towarzystwie jesteś wesołkiem, gadasz o głupotach, serialach i memach, a rozmawiając z inną grupą znajomych zmieniasz się w nihilistę krytykującego sens istnienia oraz wszystko, czym kilka minut wcześniej się rzekomo jarałeś. Brzmi znajomo? Chorągiewki chcą mieć liczne grono przyjaciół, ale często kończą wykluczone z towarzystwa poprzez oszałamiającą niestałość swoich poglądów. Jasne, tylko krowa nie zmienia zdania, ale zmienianie go co 5 minut nie przyniesie niczego dobrego.


Kolejnym uniwersalnym znajomym jest ten, który wielbi pewną książkę, grę, serial, zespół... Kategorii jest nieskończoność. Nasz nieszczęśnik jednak dowiaduje się, że grupa jego znajomych w przeciwieństwie do niego nie ogląda Big Bang Theory, Metallikę odpuściła sobie bardzo dawno temu, a styl pisania Remigiusza Mroza uważa za naiwny. W tym momencie zaczyna się problem - nasz kolega jest zbyt mało konsekwentny i asertywny, żeby nadal z całą pewnością siebie lubić to, co krytykuje grupa ludzi, do których aspiruje. Przyznaje im więc rację, że żarty z serialu są denne, że Mettalica skończyła się wiele lat temu i że on wcale tak naprawdę nie czyta tych kryminałów. Znakomita metoda zjednania sobie ludzi, zwłaszcza, że wszyscy wiedzą, że twoje odczucia i postępowanie są odmienne od twoich najnowszych opinii. Sama kiedyś wpadłam w tę pułapkę. W podstawówce dzieci słuchały techno, disco polo i Britney Spears, a ja słuchałam Snoop Dogga i Eminema. Wstydziłam się tego, bo nikt nie podzielał moich gustów muzycznych, a ja przecież chciałam mieć koleżanki, chciałam mieć z nimi o czym gadać. Udawałam więc, że słucham tego, co inni. Aby pasować. Nie odstawać. Czy to zdało egzamin? Oczywiście, że nie - moje przebranie było kiepskie, grupa zorientowała się, że do nich nie należę i należeć nie będę. Na dodatek wyszłam na niekonsekwentną pizdę, która udaje, że nie lubi tego, co lubi, a co gorsza, wydawało jej się, że to mądre postępowanie.

Brak konsekwencji przeszkadza nie tylko w kontaktach z innymi ludźmi, ale też w relacji z osobą, z którą spędzasz cały swój czas - czyli po prostu z tobą. Przyrzekniesz sobie, że będziesz poświęcać kilka godzin tygodniowo na trening? Że na słodycze pozwolisz sobie tylko w określonych sytuacjach? Że następnym razem po pijaku nie będziesz wysyłać głupich smsów do byłych? Trzymasz się tego... ale nagle się łamiesz. Odpuszczasz. Przestajesz. I jak się z tym czujesz? Kiedyś byłam bardzo asertywna. Mała Sabinka zdecydowanie nie była dzieckiem akceptującym cukierki od nieznajomych albo dającym się namówić na papierosa za szkołą. Nie miałam trudności z odmawianiem i postępowaniem według swoich ideałów, przychodziło mi to naturalnie. Problemy zaczęły się w momencie, gdy powiedzieć "nie" należało nie jakiemuś Sebie, ale na przykład szefowi. Możesz zostać dłużej?, pyta szef. Yyyyy jasne, nie ma problemu. A potem płacz i zgrzytanie zębami, bo przecież ja wcale nie chcę już dziś pracować. To dlaczego nie odmówiłaś? Bo to szef. Klasyka gatunku. Przejechałam się kilka razy na swojej głupkowatej miękkości, zastanowiłam się nad swoimi prawami i obowiązkami i zaczęłam odmawiać. Postanowiłam konsekwentnie dążyć do tego, żeby mi nikt nie właził na głowę. Zostaniesz po godzinach raz? Zostaniesz i drugi. Konsekwencja.

W pułapkę bycia niekonsekwentnym wpadamy z powodu obawy przed brakiem akceptacji. Chcemy się podobać, chcemy, żeby nas wszyscy lubili, chcemy być fajni i na luzie. To ślepy zaułek. Szacunek i sympatię wzbudzimy trzymając się swoich założeń i wartości, oczywiście w zakresie rozsądku. Zrozumiałam to z czasem, a przynajmniej tak mi się wydaje. Ciekawa jestem, co macie do powiedzenia w tej kwestii.

sobota, 18 marca 2017

Dzik z siłowni


Na siłownię chodzę już od 4 miesięcy. Nigdy się nie spodziewałam, że będę chodzić na siłkę, wyciskać siódme poty na maszynach, korzystać z bieżni (!) czy rozciągać się w pobliżu emanujących testosteronem samców. Stało się. Co więcej, uwielbiam to.

Od dawna lubię ćwiczyć. Dres w domowym zaciszu, trenerka z jutuba i cztery metry kwadratowe przestrzeni było moim ideałem. Działało, ale do czasu. W domu bardzo łatwo sobie odpuścić. Motywacja musi być utrzymana na najwyższym poziomie, żeby kopiować ruchy internetowej gwiazdy fitness od początku do końca, nawet podczas męczących czy w jakiś sposób irytujących ćwiczeń. Poza tym ile można? Swoje ulubione treningi z yt znam na pamięć, a gdy szukam nowych, to zazwyczaj mi się nie podobają. Tkwiłam więc ze swoją małą pulą odpowiednich ćwiczeń. Zaczęłam odpuszczać. W domu zimno. Nie chce mi się.

Siłownia to niezwykłe miejsce, gdzie po prostu chce ci się ćwiczyć. Motywacja musi zacząć się wcześniej - trzeba ogarnąć dupsko i tu przyjść. Na szczęście jeszcze nie miewam z tym problemów. Gdy tylko przekroczę próg sali, w sportowych ciuchach i sportowym warkoczu, wiem, że z radością spędzę tu najbliższą godzinę lub półtorej.


Dzięki siłowni lepiej poznałam swoje ciało. Odkryłam partie mięśni, o których istnieniu nie miałam pojęcia, dopóki nie okazało się, że bolą jak cholera. Wzmacniam plecy, żeby mieć lepszą postawę. Ćwiczę nogi i pośladki. Dbam też o brzuch i ręce, a nawet o klatę i barki bo od tego są ciężarki. Za każdym razem staram się używać wszystkich partii mięśni, żeby nie skisły jak u starego dziada. Biegam! Traumatyczne przeżycia z podstawówki sprawiły, że zawsze trzymałam się tak daleko od biegania, jak tylko mogłam. Na siłowni jednak mrugnęła do mnie bieżnia. Okazało się, że wcale nie musi być tak źle, a na dodatek można ustawić urządzenie pod szalonym kątem i mozolnie wspinać się pod górę, co bardziej mi się podoba niż właściwy bieg. Zaprzyjaźniłam się z maszyną imitującą wchodzenie po schodach (moja siłkowa nomenklatura raczej ssie), z wiosłami i z wieloma innymi sprzętami angażującymi rozmaite części ciała.

Często słyszę "a po co ty chodzisz na siłownię? przecież jesteś chuda!" albo "tobie to by się przydało przybrać parę kilo, a nie wytapiać tłuszcze". Autorzy tych błyskotliwych tekstów to prawdopodobnie ci sami myśliciele, którzy śmieją się widząc tęgie osoby uprawiające jogging.

Siłownia jest fantastyczna, pozwala zrozumieć mechanizmy sterowania własnym ciałem, wyzwala energię i endorfiny. Gdy widać efekty ćwiczeń, satysfakcja jest niezwykła. Polecam każdemu - chłopakom, dziewczynom, młodszym, starszym, grubszym i chudszym. Na siłce wbrew pozorom widuje się różnorodnych ludzi ze wszystkich powyższych kategorii. Dla każdego znajdzie się coś miłego, nie wiem, czemu siłownia koniecznie musi się kojarzyć z pakowaniem, budowaniem masy, rzeźbą i koktajlami białkowymi. Ona po prostu jest miejscem celebracji. Czym innym jest troszczenie się o własne ciało?

piątek, 10 marca 2017

Autostop, kirgiskie góry, lasy deszczowe i ocieplane gacie, czyli zarys wielkiej przygody

Wielkimi krokami zbliża się podróż życia.

Głównym celem pobytu na Malcie było zaoszczędzenie pieniędzy na jeżdżenie dookoła świata. Zarys był dość konkretny - pracować do wiosny 2017, a wczesnym latem wyjechać. Niedługo stuknie rok na Malcie, czas leci jak szalony. Do powrotu do Polski zostało dwa i pół miesiąca, a do początku podróży trzy z ogonkiem. Jestem podekscytowana.

Do autostopowej wycieczki do Azji i Oceanii przymierzam się nieśmiało od paru lat, ale teraz mam oszczędności, ogar i znakomitego towarzysza.

Wyruszamy w połowie czerwca. Jedziemy przez kraje bałtyckie na północ, do Finlandii dostaniemy się promem z Estonii. Pierwszy dzień lata zamierzamy spędzić robiąc ognisko z Finami w okolicach Helsinek. Stamtąd udamy się na wschód. Zwiedzimy Sankt Petersburg i Moskwę. Niestety omijamy wschód Rosji, ale wbijamy się do Kazachstanu, podziwiać jeziora i góry. Następnie będziemy napawać się kirgiskimi krajobrazami. Stamtąd wkroczymy do tajemniczych Chin, które napawają mnie pewną dozą niepokoju. Potem udamy się na południe i odwiedzimy kraje takie jak Tajlandia, Wietnam, Kambodża, Laos. Następnie znajdziemy się w Malezji, Singapurze i niesamowicie zróżnicowanej Indonezji. Gdy zakończymy część azjatycką, poszukamy transportu do Australii. Moim największym marzeniem i chwilowo ostatnim miejscem na liście jest Nowa Zelandia.

Podróż zajmie co najmniej pół roku. Ruszamy wczesnym latem, żeby mieć dobre warunki atmosferyczne w Europie wschodniej. Kirgistan będzie przyjemny w sierpniu i wrześniu, Chiny jesienią. W Azji południowo-wschodniej wypadałoby się znaleźć w późnym październiku, a nawet w listopadzie, po porze deszczowej. W Australii lato jest w grudniu i styczniu. Chcemy podążać za słońcem.

O tej podróży myślę o tak dawna, że niemal na pamięć znam średnie warunki klimatyczne w różnych miejscach, przykładowe ceny jedzenia w dalekiej Azji, znam techniki łapania stopa w różnych krajach oraz widzę siebie zwiedzającą Rygę, błąkającą się po Moskwie, maszerującą dookoła górskich jezior w Kirgistanie, kupującą pająki na straganie w Kambodży i uciekającą przed wszystkim w Australii. Ułatwia mi to fakt, że ktoś to już zrobił. Asia i Adam z Na nowej drodze życia wybrali się 3 lata temu w podobną podróż, z której jeszcze nie wrócili. Zwiedzili te kraje, które my mamy w planie oraz o wiele więcej. Nie byli zresztą pierwszymi ani ostatnimi, którzy zrobili tę trasę stopem. To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że chcę to zrobić. Bo to fantastyczny pomysł. Bo można.


Podróże to moja największa pasja. Połączenie autostopu, namiotu, tanich hosteli, miejscowego jedzenia, couchsurfingu, zaprzyjaźniania się z localsami i podróżnikami to moja ulubiona kombinacja. Przejechałam już w ten sposób dwukrotnie Europę zachodnią, podbiłam Bałkany, zwiedziłam Gruzję, Armenię i Iran. Teraz czas na spełnienie wielkich marzeń, zobaczenie Kirgistanu, Tajlandii, Nowej Zelandii. Na trasie morza, góry, jeziora... Plan jest nieco rozmyty, ale chyba już wszyscy wiedzą, że ja się nie nadaję do planowania. Mam pojęcie o tym, co chcę zobaczyć na początku naszej trasy, natomiast kompletnie nie wiem, jak będzie wyglądała podróż po Chinach czy Indonezji. Nie martwię się. Autostopowe doświadczenie podpowiada, że brak planu to najlepszy plan - wtedy łatwiej skorzystać z przypadkowej okazji na trasie, dać się ponieść i zwiedzić niezwykłe miejsca, o których byśmy się nie dowiedzieli ślepo ufając papierowemu przewodnikowi.

Nieśmiało zaczęliśmy przygotowania do wielkiej podróży. Czy zorganizowanie czegoś takiego to wielki problem? Cóż, wypadałoby się zaszczepić na kilka paskudztw, trzeba załatwić ubezpieczenie oraz wizy do Rosji i Chin (Kazachstan zniósł obowiązek wizowy od początku bieżącego roku, a pozostałe państwa na trasie nie wymagają wizy albo da się ją łatwo wyrobić w podróży). Musimy kupić termoaktywne gacie w Decathlonie, wojskowe karimaty składane w kostkę, coby nieporęcznych rulonów nie wozić, porządne skarpety, wodoodporne pokrowce na plecaki i inne pierdoły. Ja się jeszcze rozglądam za tabletem, żeby mieć normalny dostęp do bloga. Organizacją transportu nie trzeba się zajmować, gdyż będziemy się przemieszczać autostopem. Zakwaterowanie? Namiot, profil na couchsurfingu i oszczędności na hostele młodzieżowe. Wszystko na spontanie.

Jeszcze przez ponad dwa miesiące będę cieszyć się życiem na Malcie, ale coraz więcej czasu będę poświęcać dumaniu nad podróżą. Z pewnością poinformuję, co ze sobą zabieram oraz będę przybliżać koncept w miarę tego, jak będzie się tworzył. Jesteśmy w kontakcie. A ja nie mogę się doczekać.

piątek, 3 marca 2017

Wrodzona Sabina


Jak powszechnie wiadomo, dużo rozmyślam. Zastanawiam się nad poważnymi kwestiami oraz nad kompletnymi pierdołami. Szukam doświadczeń. Chłonę wiedzę. Czytam klasyki brytyjskiej literatury. Wspominam. Poświęcam czas, żeby odnaleźć w internecie model samochodu, który pamiętam z podróży do Iranu (Saipa Saba, jeśli ktoś chce wiedzieć) i czytam o tej marce. Przeglądam artykuł o rasach człowieka albo spontanicznie czytam całą historię Floydów na Wikipedii. Bardzo łatwo jest jednak mnie zagiąć - reflektuję głównie nad otoczeniem i ideami, ale nie nad swoim charakterem. Gdy bliska mi osoba wytknie mi pewną cechę, zwróci uwagę na moje postępowanie albo wskaże lukę w moim rozumowaniu, często zacinam się i nie wiem, co mam dalej z tym zrobić.

Poszło o bałagan. Nie, nie było żadnej gargantuicznej afery, w końcu każdy wie, że odkąd nie mieszkam z mamą, to moje rzeczy lądują na podłodze znacznie częściej, niż kiedyś. Oraz naturalnie częściej, niż powinny. Dlaczego ty zawsze musisz zostawiać rzeczy na środku?!, pada pytanie. Poczułam się niesprawiedliwie potraktowana, w końcu on również zostawia ciuchy na podłodze. Tak, ale moje rzeczy nie leżą w przejściu! Nawet, jeśli są na ziemi, to nie tam, gdzie bym normalnie chodził. A twoją torbę muszę specjalnie omijać. Popatrzyłam na niego wzrokiem Newtona, który dostał w łeb jabłkiem. Faktycznie! Nawet, jeśli on zostawia stertę gratów na glebie, to one nikomu nie wadzą, bo śpią sobie spokojnie pod krzesłem albo za fotelem. Moje natomiast śmieją ci się prosto w twarz ze środka pokoju, a ramiączka od stanika i paski od torebek próbują złapać cię za kostkę za każdym razem, gdy za bardzo się zbliżysz. Byłam tak pochłonięta tym odkryciem, że pozwoliłam sobie na tekst Wiesz, ja nigdy tak na to nie patrzyłam. Odpowiedziało mi zszokowane spojrzenie. Jak można nie widzieć różnicy między spokojną stertą skarpetek w nieuczęszczanym miejscu a poplątanymi spodniami, które bezczelnie utrudniają dostęp do szafki? Otóż wyobraźcie sobie, że ja naprawdę nigdy nie zwróciłam na to uwagi. Dla mnie wszyscy ludzie rzucający ciuchy na podłogę byli tak samo winni.


offtop
Malta to kraina kotami płynąca
jak widać, sezon szortowy został już rozpoczęty

Uderzyło mnie ostatnio, jak bardzo rozmaite sposoby postrzegania świata mają różni ludzie. Zawsze o tym wiedziałam, ale teraz widzę to coraz wyraźniej. Niektórzy są na pewne kwestie uczuleni, inni kompletnie nie zwracają na nie uwagi. W tym momencie pozdrowiłabym kolegę barmana z pracy, gdyby tylko umiał mówić po polsku i byłaby szansa, że zajrzy na mojego bloga. Jeden z kelnerów niósł ostatnio butelkę białego wina, zamówioną przez parę kontemplującą wieczór przy jednym z naszych stolików. Poprosił mnie, żebym zgarnęła z baru wiaderko z lodem i mu przyniosła. Nie ma problemu. Podchodzę do kontuaru i proszę chłopaków, żeby mi któryś przygotował cooler, jak będzie miał chwilę. Dwóch ziomków popatrzyło na mnie z mieszanką konsternacji i rozbawienia, okazało się oczywiście, że stoję centralnie nad kubełkiem z lodem, który został uprzednio przyszykowany i czeka sobie, aż się ktoś nad nim zlituje i go zabierze. Jest to przykład sytuacji, które zdarzają mi się na okrągło. Gdy to do mnie dotarło i najprawdopodobniej zrobiłam minę wyrażającą więcej, niż tysiąc słów, jeden z kolegów porównał mnie do barmana, którego wspomniałam na początku tego akapitu. Wiecznie confused, nie zawsze wie, co się dookoła niego dzieje, gapcio. Ludzie z pracy wrzucają nas do jednego wora - oszołomów, którzy nie ogarniają. Znajomi zastanawiają się, jak to jest możliwe, że my po prostu funkcjonujemy w tak skrajnie odmienny sposób, na dodatek bardzo nieadekwatny w tej branży. Mówimy, zanim pomyślimy, prosimy o przysługę zanim się zorientujemy, że została nam już oddana, wykonujemy gwałtowne ruchy albo odwracamy się bez ostrzeżenia, zderzając się z kelnerem podążającym naszym śladem. Patrząc na pełne gracji życie innych stwierdzam, że można było tego uniknąć, ale z drugiej strony... Wymieniam pierdołowate cechy kolegi barmana, żeby jakoś się usprawiedliwić, udowodnić, że nie jestem jedyną osobą na świecie (ani nawet w tej knajpie!), która odbiera i nadaje na innych falach. Co wy macie w głowie?!, pada pytanie, a ja się cieszę, że poznałam osobę z mojej kategorii. Dlaczego nie możesz się czasem zastanowić? Być bardziej obecna? Rozejrzeć się? 

Nie wiem. Ja po prostu mam inny filtr. Co innego jest dla mnie istotne, a pewne rzeczy schodzą na dalszy plan, mimo, że zdecydowanie nie powinny. Miałam już przez to problemy z uczelniami, bankami i urzędami. Może kiedyś to się zmieni. Na razie nadaję temu miano skryptu wrodzonej Sabiny.
Blog Widget by LinkWithin