niedziela, 30 kwietnia 2017

Jak zostałam introwertykiem


Mam na imię Sabina i jestem introwertykiem.
Nikt się tego nie spodziewał, a zwłaszcza ja sama.

Nigdy nie byłam imprezową duszą towarzystwa, nie byłam otoczona wianuszkiem koleżanek i nie chciałam być w centrum uwagi. Mimo wszystko lubiłam być wśród ludzi. Przyjaciół. Znajomych. Kolegów. Dniami i wieczorami spotykałam się z ziomeczkami, a gdy nie było takiej możliwości, kontaktowałam się z nimi przez internet. Samotny wieczór oznaczał, że zajmowałam się czymś odgrodzona od ludzi, ale telefon lub komputer z włączonymi komunikatorami były zawsze pod ręką. Rozmowom, tym ważnym i błahym, mądrym i debilnym, krótkim i długim, zapamiętanym i zapomnianym nie było końca. Jazda godzinę autobusem po to, by wypić dwa browary z kumplem, a potem wracać nocnym była oczywistością - przecież warto, posiedzimy chwilę razem, pogadamy. Chciałam być z ludźmi.

A potem zaczęłam pracować w ruchliwej knajpie.

Po roku użerania się z chamskimi klientami i nieogarniętym personelem doszło do tego, że po trudniejszej zmianie moje kontakty z dowolną osobą kończą się co najmniej katastrofą. Czasem mam ochotę załadować się do armaty i wystrzelić na księżyc, żeby nie musieć z nikim rozmawiać. Na szczęście jednak nie muszę tego robić, bo w przytulnej Valletcie zawsze znajdzie się jakaś opuszczona skała z widokiem na morze, gdzie można kontemplować brak żywej duszy.

Dopiero niedawno odkryłam, jak atrakcyjne jest połączenie koca, zielonej herbaty, słuchawek i youtuba. Ze spotkań towarzyskich rezygnuję po to, by właśnie teraz pisać te słowa. Napawam się śpiewem ptaków i dudnieniem rozładowywanych taczek.

Nagle okazało się, że siedząc samemu można czytać, słuchać, tworzyć. Możesz wyżywać się artystycznie i podżerać słodycze i nikt cię nie będzie oceniał. Nawet piwo czasami smakuje lepiej w samotności, bo możesz swobodnie delektować się czarem chmielu na języku, bez słuchania o byłych dziewczynach, przyszłych mężach, niezaszczepionych psach i nadgodzinach. Bez towarzystwa jest po prostu niekiedy lepiej.




ja i moja kulinarna mama z bloga 3zDania,
która niedawno z całą ekipą odwiedziła mnie na Malcie
 
Mój pociąg do samotności ma prawdopodobnie dwie niezależne przyczyny. Jedną jest wspomniana praca. Codziennie przez kilka, kilkanaście godzin spotykam spieszących się turystów, matki z płaczącymi dziećmi, aroganckich biznesmenów i agresywne stare baby. Obsługuję ich z uśmiechem, za co czasem odpłacają się pretensjami, bucowatym zachowaniem i popędzaniem mnie. Przez wiele miesięcy mnie to nie ruszało - ot, praca jak każda inna. Jeśli pracowałeś jako kelner, barman, recepcjonistka albo kasjer to wiesz, o czym mówię. Ludzie potrafią przyjść i wylać ci wiadro pomyj na łeb za coś, czego nie zrobiłeś. Zdarza się, że klienci czekają na jedzenie dłużej niż powinni albo, co gorsza, proszą o burgera no tomato, ja to odnotowuję, kucharz jednak w pośpiechu nie zauważył i wysłał żarcie z pięknymi, soczystymi plastrami pomidora. Inny kelner też nie widzi, że na papierku jest napisane no tomato i niesie felernego burgera do stolika. Klienci dostają szału. Ja muszę się wtedy przed nimi płaszczyć i przepraszać, żarcie wraca do kuchni i ogólnie atmosfera jest kiepska. A jeśli akurat mija trzydziesta ósma minuta od wbicia zamówienia dla innego stolika, a dwa talerze makaronu dalej się nie pojawiły, to nie wiem, co mam ze sobą zrobić i wstydzę się pokazać rozjuszonym gościom przy stolikach. Po zakończonej zmianie pragnę więc udać się do krainy zen, gdzie nikt mnie nie znajdzie i nie będzie prosił o burgera bez pomidorów.

Druga przyczyna jest naturalna - przyjaciele są daleko. Mam kilka koleżanek i kolegów na Malcie, w większości poznanych w pracy. Lubimy się, widujemy się od czasu do czasu, ale to nie to samo. Znajomi, jeśli chcą się spotkać po ciężkim dniu, mają więc dużą szansę przegrania chociażby z Fazowskim i jego beztroską podróżą po Afryce.

Za niespełna miesiąc przestanę biegać z tacą. Może na zawsze. Może tylko na kilka miesięcy. Zacznę za to podróżować po Azji, więc na zaszywanie się z kocykiem nie będzie miejsca. Z uśmiechem czekam na eksplozję przygód i znajomości. Coming soon.

wtorek, 18 kwietnia 2017

Kujon


Lubię się uczyć. Interesuje mnie poszerzanie horyzontów. Pasja do nauki i poznawania nowych rzeczy nasila się tym bardziej, im więcej czasu mija od ukończenia wszelkich szkół. Wiadomo, nie możemy się naprawdę cieszyć czymś, do czego jesteśmy zmuszani. Ludzie tracą zapał do uczenia się i czytania, a co gorsza część z nich go nigdy nie odzyskuje. Chyba nie mam w gronie znajomych ludzi, którzy by nie czytali książek, ale przecież skądś się wziął ten statystyczny Polak, który stroni od lektury. Szkoda. Nikomu nie życzę wpadnięcia w tą pułapkę.

Chcę się rozwijać. Nie czytam czasopism naukowych, nie chodzę na wykłady (może bym chodziła, gdybym mieszkała w innym miejscu), nie jestem kopalnią wiedzy. Jestem za to ciekawa. Zdarza się, że moje myśli zaczynają brykać i zmuszają mnie do przeczytania artykułów dotyczących spraw, którymi się na co dzień nie zajmuję. Jeśli jednak nagle nawiedzi mnie refleksja typu ile gatunków rekinów żyje w Morzu Śródziemnym?, to nie omieszkam później poszukać odpowiedzi.

Chcę się rozwijać. Na siłowni poznaję coraz lepiej mechanikę ludzkiego ciała. W domu rysuję, maluję, tworzę. Czytam książki. Zaczęłam sięgać po tytuły, które wcześniej omijałam szerokim łukiem, na przykład brytyjskie klasyki. A dlaczego je omijałam? No właśnie. Po prostu dobrze mi się czytało w kółko powieści Stephena Kinga. Gdy pewnego dnia się nad tym zastanowiłam, stwierdziłam, że nie ma rozsądnej odpowiedzi na zadane wcześniej pytanie. Od tamtego czasu sięgnęłam między innymi po Dumę i uprzedzenie, a dzięki tej lekturze zaczęłam z uśmiechem używać słowa mniemanie.




Gozo - Ramla Bay


Chcę się rozwijać. Restauracja, w której pracuję, zafundowała nam klasową wycieczkę do winnicy. Dowiedziałam się sporo o produkcji wina, gatunkach winogron, mikroklimacie na Malcie oraz fermentacji. Podczas, gdy moi koledzy po dziesięciu minutach słuchania paplaniny pracownika winnicy zaczęli dłubać w nosie i się rozglądać, ja chłonęłam każde słowo. Wiedza. Potem próbowaliśmy win. Czułam subtelne niuanse w smaku i zaczęłam doceniać wino, do którego nigdy wcześniej mnie nie ciągnęło. Bo przecież można cały czas łoić browary i mówić, że się do wina nie dorosło. Ale można też zacząć próbować nowych rzeczy.

Chcę się rozwijać. Nie słuchałam metalu, bo przecież nie jestem kucem. Nagle jednak okazało się, że w pewnych momentach nic nie brzmi tak dobrze, jak Black Label Society.

W liceum miałam nauczyciela matematyki, który był człowiekiem kalkulatorem i potrafił wymyślić układ trzech równań z trzema niewiadomymi w 15 sekund stojąc przy tablicy. Nie mieściło mi się to w głowie. Wczoraj z rozrzewnieniem wspominałam licealne czasy i zaczęłam zastanawiać się, co się wydarzy, gdy to ja spróbuję wymyślić takie zadanie. Jakie było moje zdziwienie, gdy udało mi się napisać układ trzech równań w mniej niż minutę. Okazało się, że nie trzeba być dziadkiem profesorem supermózgiem. Oto moje wypociny:

Zadanie dla chętnych (na ocenę celującą).
Rozwiąż układ równań i podaj odpowiedzi w komentarzu. 

x + y + z = 7
2x - y +4 = z
2z - 2y + 1 = 5x

Chcę się rozwijać. To jest ciekawe. I satysfakcjonujące. O wiele bardziej, niż przymusowe uczenie się o drugiej wojnie światowej, problemach gospodarczych w Afryce, liczbach pierwszych czy kosmosie. Te wszystkie tematy smakują o wiele lepiej parę lat po szkole.
Blog Widget by LinkWithin