poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Trip raport VIII - Kazachstan cz. 3



Dojechalismy autobusem na przedmiescia Astany. Autostopowym celem tego dnia bylo oddalone o prawie 600 km gigantyczne jezioro Balhasz. Mknelismy przez step, poznalismy rowniez przemilego czlowieka, ktory zapraszajac nas do swojego samochodu poinformowal, ze jest muzulmaninem. Zastanawialam sie, dlaczego - po pierwsze nie bylo watpliwosci wnoszac po jego stroju i zawieszce z meczetem z Kazania, po drugie nie wiem, jakiej reakcji sie spodziewal. Zareagowalismy oczywiscie bardzo pozytywnie. Wszyscy muzulmanie, ktorych poznalam byli otwartymi, cieplymi i goscinnymi ludzmi, nie inaczej bylo tym razem. Mezczyzna (niestety nie zapamietalismy jego imienia) podrzucil nas zaledwie jakies dwa kilometry na obwodnicy Karagandy mowiac, ze na kolejnym rozjezdzie bedzie nam sie o wiele lepiej lapalo. Swoja droga nie mylil sie. Spedzilismy z nim zaledwie 3 minuty, a zostalismy obdarowani pierozkami z miesem, malenkim flakonikiem perfum (ponoc unisex, jednak oboje stwierdzilimy, ze raczej damskie, wiec ich teraz z usmiechem uzywam), a Siwy dostal nawet welurowa muzulmanska czapeczke. Ziom opowiadal o jego synu, ktory studiuje w czeskiej Pradze oraz propsowal nasza podroz. Co za czlowiek. Przez 3 minuty wydarzylo sie tyle, ze nie moglismy sie pozbierac, a banany nie schodzily z naszych mordek. Kolejne autostopowe doswiadczenie tego dnia bylo dosc osobliwe. Zatrzymal sie TIR. Przez caly dzien czulam, ze nad jezioro dojedziemy ciezarowka. Spod Karagandy do naszego celu bylo 380 km, ktore pokonalismy w 6 godzin. Kierowca nie mogl nadziwic sie, dlaczego podrozujemy w ten sposob, a standardowa gadka, ze tak jest fajnie, ze chcemy poznac rozne miejsca po drodze i ze po prostu lubimy stac jak ciule z kartonem i czekac, az nas ktos zabierze nie skutkowala. "Och, niby chcecie zaoszczedzic pieniadze, a przeciez taniej i lepiej by wam wyszlo po prostu poleciec samolotem prosto do Tajlandii". Ale my chcielismy zobaczyc Rosje, Kazachstan, Kirgistan, Chiny i wszystko po drodze. "Co tu jest do zobaczenia? Step! Nicosc! Oto wasza romantika!" Typ byl raczej negatywny i wszystkie jego poglady byly kompletnie odmienne od naszych. Pytal Siwego, po co mu broda i tatuaze i nie mogl sie nadziwic, ze nie wolimy po prostu wziac slubu, zbudowac domu, zrobic dziecka i siedziec na dupskach w Europie. A wlasnie, skoro nie jestesmy malzenstwem, to chyba spimy w dwoch namiotach, tak? Atmosfera byla dosc ciezka, mimo wszystko jestemy Tofikowi (tak sie wlasnie przedstawil) bardzo wdzieczni za zaproszenie na herbatke i ciasto (chcial nas ugoscic obiadem na stolowce, ale upieralismy sie, ze nie jestesmy glodni, co zreszta bylo prawda po niedawnym spozyciu pierozkow) i dowiezienie nas nad jezioro. Zachod zastal nas jeszcze w drodze, dzien wyraznie sie skracal. Oczywiscie jadac nad wode spodziewalismy sie drzew i standardowego klimatu nad jeziorem, ale znow wyszlo na jaw nasze nieprzygotowanie. Okazalo sie, ze ciagnace sie przez kilkaset kilometrow Balkhash Lake jest czesciowo slodkie, ale w wiekszosci slone, i to oczywiscie po tej slonej stronie sie znalezlismy. Takie male morze na srodku pustyni. Nasz marudny kierowca byl gotow nas wiezc nawet do Kirgistanu, ale poprosilismy, by wysadzil nas przy drozce prowadzacej do wioski nad jeziorem. Bylo juz ciemno, a nas od wody i potencjalnego dzikiego campingu dzielily 3 kilometry. Zaczelismy spacer i liczylismy, ze ktos bedzie przejezdzal. Udalo sie! Pierwszy kierowca nas zabral i z usmiechem zawiozl za wioske, mowiac, ze z jednej strony osady sa platne campingi, ale tutaj bedziemy mogli rozbic sie nad sama woda za darmo. Coz za zrozumienie. W swietle ksiezyca rozbilismy namiot miedzy dwoma skalistymi pagorkami, sluchalismy szumu "morza" i podziwialismy droge mleczna i spadajace gwiazdy pieknie widoczne na czarnym, bezchmurnym niebie.




Rano chcielismy szybko wyruszyc autostopem jakies 200 km na poludnie, nad slodkowodna czesc jeziora. Zaczelismy sie szykowac do zwiniecia namiotu i uslyszelismy, ze ktos idzie. To nigdy nie jest mile uczucie jak siedzisz na odludziu w namiocie. Wystawilam glowe na zewnatrz i ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu ujrzalam cztery krowy. Skad tu krowy?! Piasek, skaly, slona woda, zero roslinnosci...  Co one tu robia? Nie bylo jednak czasu na rozkminy, bo zwierzaki szly prosto na nas. Zatrzymaly sie, patrzac na nas z takim samym zdziwieniem, jak my na nie. Minely namiot i niezgrabnie zlazly po skalkach nad wode. Po paru minutach obraly droge powrotna. Trzy krowki poszly dalej, ale jedna byla zywo zainteresowana naszym obozowiskiem. Stalam na zewnatrz i obserowalam sytuacje. Nie wiem, co sie robi z krowami. Raczej nie sa agresywne, ale sa duze, wolalabym jednak nie wzbudzic ich gniewu probujac je przepedzic. A co jak nam zezra rzeczy albo podziurawia namiot rogami? Ciekawska krowka spogladala to na mnie, to na namiot i sie do niego powoli zblizala. Wsadzilaby leb do srodka, gdyby Siwy w ostatniej chwili nie zasunal zamku. Zwierze zrozumialo, ze nic tu po nim i dolaczylo do oddalajacych sie kolezanek.




Przeszlismy przez wioske i dotarlismy do drozki prowadzacej do naszej trasy. Liczylismy, ze ktos podrzuci nas te 3 km i bedziemy mogli spokojnie lapac stopa na poludnie. Zatrzymal sie samochod. Sympatyczny Kot (tak sie przedstawil, gdy nie zajarzylismy jego pelnego imienia) jechal az 120 km w nasza strone! Opowiedzielismy mu o naszej podrozy i przygodzie z krowami, powiedzial, ze krowie wystarczy dac w tylek i ucieknie. Usmialismy sie, nie widzielismy siebie jednak w tej sytuacji. Okazalo sie, ze Kot poluje na dziki i wilki, a za mlodu sporo podrozowal i ostro melanzowal w Stambule. Wspolna jazda minela blyskawicznie, a my bylismy juz za polowa drogi. Pozniej zgarnela nas niedawno zareczona para, ktora zabrala nas az do miejsca, w ktorym sie rozbilismy. Jechali az do Almaty, ale my chcielismy zostac "w naturze" nad jeziorem, bo nocleg w Almacie mielismy dogadany dopiero od kolejnego dnia, zreszta fascynowalo nas roznorodne jezioro Balhasz. Wyladowalismy niedaleko malutkiej wioski, w ktorej kupilismy jedzenie i wode i rozbilismy namiot wsrod pagorkow nad jeziorem. Coz za niesamowity widok! Woda faktycznie byla slodka, wiec wreszcie czulismy sie jak nad jeziorem. Bylo duzo roslinnosci i ptactwa: dudki, czaple i wiele innych. Tuz za nami rozpozcieral sie suchy step, przed nami ogromny zbiornik wodny, a na horyzoncie widac bylo jasna smuge - tam konczyla sie slodka woda i zaczynala slona. Niesamowite. Pochillowalismy sobie nad jeziorkiem i poszlismy spac, po raz kolejny patrzac na gwiazdozbiory, w jeszcze lepszej odslonie niz poprzedniej nocy.






Wędzony ryba z jeziora, która poczestowal nas kierowca. Taka przyjemność kosztuje ok. 11 zl

W srodku nocy obudzily mnie kroki. Przestraszylam sie, przeciez tu nikogo nie powinno byc. "To krowy", powiedzial Siwy. Okazalo sie, ze juz od jakiegos czasu lezy spetryfikowany, ze obudzilo go glosne chlupotanie i mlaskanie tuz kolo namiotu. Okazalo sie, ze faktycznie w srodku nocy znikad zmaterializowaly sie krowy, ktore brodza w jeziorze i mucza wnieboglosy. Ot, powtorka z rozrywki. Udalo nam sie jednak zasnac ponownie i rano wyruszylismy przez wolny od krow step w kierunku drogi. Czas na Almaty, ponoc najciekawsze miasto w Kazachstanie.

środa, 23 sierpnia 2017

Trip raport VII - Kazachstan cz. 2



Pociag najgorszej klasy relacji Atyrau - Astana okazal sie bardzo luksusowy. Nie wiedzielismy, czego sie spodziewac, wiec mentalnie przygotowywalismy sie na najgorsze. Najmniej przyjemne okazalo sie pierwsze pol godziny, jeszcze przed odjazdem. W pociagu bylo strasznie goraco i spocilismy sie w 10 sekund, mimo prysznica, ktory przezornie wzielismy przed opuszczeniem mieszkania Timura. Nie bylo przedzialow, w wagonie byla po prostu masa ciasno ustawionych pietrowych lozek, a ku mojemu przerazeniu miejsce obok byla kobieta z rocznym dzieckiem. O zgrozo. Mimo wszystko posciel byla czysta, zapakowana prosto z pralni, dostalismy nawet swieze reczniki. Pociag ruszyl. Zaczal wiac przyjemny wiaterek, a my odswiezylismy sie w lazience. Mielismy ze soba po jednym mocnym ruskim browarze, znietrzezwilismy sie wiec odrobinke i poszlismy spac. Przez okno nie bylo widac nic. Jednolita czern.





Caly nastepny dzien splynal na graniu w karty, patrzeniu przez okno na bezkres, pisaniu (to wlasnie w pociagu przygotowalam wszystkie wpisy o Rosji, wczesniej nie bylo okazji), gadaniu, czytaniu. Na stacjach mozna bylo kupic jedzenie i picie, w pociagu nie bylo takiej opcji. Kupilismy sobie od jakiejs babinki kotlety i ziemniaczki na obiad (porcja dla 2 osob kosztowala ok. 4,50zl). Zapytalismy tez o browary, bo ile mozna podrozowac na trzezwo. Babuszki popatrzyly po sobie i jedna wyciagnela z siaty zimne (!) piwa, po ok. 4 zl za sztuke. Dwa razy drozej, niz w sklepie, ale tak to juz jest na nielegalu. Ruszylismy dalej. W nocy cos mnie tknelo i sie przebudzilam. Okazalo sie, ze za oknem czeka na mnie jeden z najbardziej niezwyklych wschodow slonca, jakie widzialam. Pomaranczowa kula ognia rzucajaca zolto-rozowa poswiate nad bezkresna laka. Cos pieknego. Na ostatnim etapie podrozy dolaczyl do nas Nurzan, ktory spedzal dwa dni w Kostanay (tak, pociag jechal niezlym zygzakiem zbierajac ludzi zewszad). To wlasnie on goscil nas pozniej w Astanie. Kumpel Nurzana odebral nas z dworca i pojechalismy do mieszkanka, w ktorym spedzilismy kilka kolejnych dni. Mama Nurzana ugoscila nas mantami, czyli gotowanymi na parze pierogami z miesem domowej roboty i nakarmila nas bardziej, niz czyjakolwiek babcia. Wyturlalismy sie z mieszkania i poszlismy zwiedzac.






Centrum Astany jest bardzo nowoczesne, przez miejscowych zwane Malym Dubajem. Mnostwo jest szklanych budynkow oraz oryginalnych budowli zaprojektowanych przez najznamienitszych architektow. Formy architektoniczne sa naprawde zaskakujace. Miejscowa Akademia Sztuk Pieknych wyglada jak wielka szklana psia micha, obserwaorium wyglada jak ogromna soczewka, a opera przyleciala chyba z kosmosu. Nad caloscia czuwa Bayterek Tower, czyli ogromny lizak. Centrum jest ladnie zaprojektowane, przyjemnie sie przemierza ta miejska dzungle. Astana bardzo sie rozwinela w ciagu ostatnich lat za sprawa organizowanego tam Expo 2017 Future Energy. Teren Expo jest ogromny i prezentowane sa tam rozne rozwiazania dotyczace wykorzystywania odnawialnych zrodel energii. Przyjezdza cala masa obcokrajowcow, a Kazachowie ewidentnie chcieli, by goscie z roznych stron swiata mieli jak najlepsze wyobrazenie o ich kraju. Koszt zorganizowania Expo sprawil, ze przestano w ostatnich latach budowac szkoly, szpitale i remontowac drogi, wiekszosc pieniedzy z budzetu panstwa bylo ladowane w stolice. W Astanie jest mnostwo roznorodnych dekoracji, od futurystycznych geometryczych posagow owiec, przez kameleony z zywoplotu az po wszechobecne wiatraki symbolizujace odnawialne zrodla energii. Niedaleko terenu Expo wybudowano wielkie nowoczesne osiedle mieszczace apartamenty dla gosci ze swiata. My jednak nie dalismy sie zwiesc i opuscilismy centrum. Znalezlismy mnostwo dzielnic, w ktorych w zasadzie nie ma normalnych ulic, a ludzie zyja w ubostwie. Dziwny kontrast, ogromne wrazenie, zwlaszcza, jak wlasnie wyszedles z Khan Shatyr - centrum handlowego, ktore wyglada jak gigantyczny krzywy namiot, a oprocz butikow miesci w sobie park dinozaurow, mini kasyno i, uwaga, ogrzewana plaze z piaskiem prosto z Malediwow.






Z Astany wybralismy sie na dwudniowa autostopowa wycieczke do Burabay. 200 km na polnoc od stolicy w srodku stepu jest kilka samotnych gorek i jezior, a co za tym idzie wielki kurort turystyczny. Miasteczko bylo dosc przykre, ceny wysokie, a na kazdym kroku zaczepiani bylismy przez kierowcow taksowek i wlascicieli pokojow do wynajecia. Ucieklismy stamtad i poszlismy sciezka przez las wzdluz jeziora. Widoki byly fantastyczne, a my spedzilismy dwa dni chodzac i podziwiajac i dwie noce spiac w namiocie nad sama woda. To byl zdecydowanie najlepszy sposob, by w pelni cieszyc sie pieknym krajobrazem.






Do Astany wrocilismy z sympatycznym Turkiem, ktory od kilku lat mieszka w Kazachstanie. W stolicy poznalismy Aide, ktora studiuje w Warszawie i spedzilismy razem mile popoludnie gawedzac po polsku i po angielsku. Dom Nurzana i jego mamy byl pierwszym przystankiem w tej podrozy, gdzie porozumiewalismy sie po rosyjsku. Do tej pory w trasie operowalam moim kiepskim rosyjskim, ale w miastach na Couchu gadalismy po angielsku, co zawsze witalam z ulga - wreszcie moglam wyrazic sie tak, jak chcialam i nie musialam czuc sie glupio proszac o powtorzenie pytania. Dzieki Nurzanowi i jego mamie zrobilam jednak duze postepy z moim rosyjskim, a takze czynnie uczestniczylam w gotowaniu tradycyjnych dan. Co ciekawe, czlonkowie rodziny Nurzana, rdzenni Kazachowie, porozumiewali sie miedzy soba po rosyjsku, a czasem mieli problem ze znalezieniem odpowiednich slow po kazachsku. Aida przyblizyla nam ten problem. Czesc Kazachow uczy sie w rosyjskich szkolach i to ten jezyk staje sie de facto ich jezykiem ojczystym. Sama Aida przyznala, ze glownie mowi po rosyjsku, ze nie zna "akademickiego" kazachskiego. Wczesniej myslalam, ze jest raczej odwrotnie, ale okazuje sie, ze wszystko zalezy - w sklepach i autobusach Kazachowie porozumiewaja sie miedzy soba czasem po rosyjsku, jednak zauwazylam, ze najczesciej ma to miejsce w dużych miastach. 

Po paru milych dniach pozegnalismy nasza kazachska rodzinke i pojechalismy szukac przygod na poludniowym wschodzie kraju, ktory zdecydowanie jest najciekawszym i najbardziej zroznicowanym regionem.

piątek, 18 sierpnia 2017

Trip raport VI - Kazachstan cz. 1


Nie wiem, jak to jest, ale na mojej gumowej klawiaturze nadal nie dzialaja polskie znaki i nic nie moge z tym zrobic.

Renat przywiozl nas na granice swoja ciezarowka. Zblizyl sie do kolejki samochodow, stwierdzil, ze to Uzbecy, po czym ominal wszystkich jadac waska drozka z zakazem wjazdu. Coming straight from the underground. Myslalam, ze celnicy go zatrzymaja, ale normalnie go przepuscili, dzieki czemu zaoszczedzilismy sporo czasu. Wszystkie procedury i czekanie na mozliwosc wjazdu do Kazachstanu zajelo kolo godziny. Wkrotce dojechalismy do pierwszego kazachskiego miasta na naszej trasie.

Uralsk, jako jedyne wieksze miasto w Kazachstanie znajduje sie na zachod od rzeki Ural, jest wiec w Europie. Miasto ma niewiele do zaoferowania i nie przyciaga turystow, wiec to my, para smieszkow w glupkowatych ciuchach i z kolorowymi plecakami, stalismy sie atrakcja dla localsow. Na Couchsurfingu nie udalo nam sie nikogo znalezc, a ceny zakwaterowania nam nie odpowiadaly, zdecydowalismy sie wiec szukac szczescia nad rzeka. Zielony kwadrat, ktory na mapie wygladal jak zwykly park, okazal sie byc centrum rozrywki. Mnostwo atrakcji dla dzieciakow, samochodziki, mini lunapark, festyn, popcorn, gry i zabawy - cale rodziny odpoczywaly tam i wyrzucaly hajs patrzac na nas ze zdziwieniem. Pozniej okazalo sie, ze w zasadzie w kazdym miescie w tym kraju jest taki park rozrywki (zawsze z identycznymi atrakcjami i zarciem). Trafilismy nawet na plaze, ale byla bardzo zaludniona, a wstep platny. Nasze poszukiwania skonczyly sie kawalek dalej - poszlismy waska sciezka przez las i znalezlismy optymalna miejscowke na namiot, zejscie do wody, a nawet przygotowane palenisko. Rozbilismy nasz domek, wykapalismy sie w rzece jak nomadzi, wystartowalismy z ogniskiem i podgrzalismy kupionego wczesniej w supermarkecie kurczaka. O zachodzie slonca zaczely nas atakowac komary, ktore nie baly sie nawet ognia i sialy spustoszenie na odslonietych (w sumie na zaslonietych tez) czesciach naszych cial. Zmuszeni bylismy przeniesc impreze do namiotu. Wszystko dookola brzeczalo. Prawdziwa zabawa zaczela sie, jak trzeba bylo pojsc sie wysikac. Myslelismy, ze rosyjskie komary daly nam szkole zycia, ale te znad Uralu sa naprawde harkorowe. O 2 w nocy jakies przebiegajace zwierzatko zahaczylo o namiot, a potem zbudzil sie jakis pisklak, ktory przez godzine darl jape. Przestal, jak zaczelo padac. Pozniej z deszczu pod rynne - opady ustaly, ptak postanowil jeszcze troche pokrzyczec. Niezbyt komfortowa noc.




Nastepnego dnia chcielismy czym predzej opuscic to nieszczesne miejsce i udac sie 500 km na poludnie, do Atyrau, gdzie udalo nam sie znalezc nocleg. Z pomoca localsow szybko trafilismy do autobusu jadacego na wylotowke. Kazachowie sa bardzo pomocni i zyczliwi dla turystow, choc podobno dla siebie nawzajem niekoniecznie. Panie w busiku scisnely sie, bym mogla usiasc i wygodnie odstawic plecak, kierowca zadbal, bysmy wysiedli w odpowiednim miejscu. Na wylotowce, gdy jedzac sniadanie zlozone z bananow i ciasteczek pisalam ATYRAU na kartonie, podszedl do nas kierowca zaparkowanej nieopodal taksowki. Ucial sobie z nami krotka konwersacje i poyczyl czarny marker, bo nasz sie powoli wypisywal. Mala rzecz, a cieszy. Zaczelismy lapac. Po 15 minutach zatrzymal sie samochod. Naczytalam sie wczesniej, ze w Kazachstanie popularne sa nieoznakowane taksowki i nalezy porozmawiac chwilke z kierowca i uprzedzic go, w jaki sposob podrozujemy, zeby uniknac nieprzyjemnosci. Gdy powiedzialam, ze przyjechalismy awtostopem iz Polszy i ze nie mamy pieniedzy, ziomek usmiechnal sie i zaprosil nas do srodka. Jechal az do Atyrau! Po godzinie jazdy zobaczylam to, na co tak czekalam - po raz pierwszy w zyciu ujrzalam szeroki, plaski step. Widocznosc byla niezwykla, choc ciezko ocenic, jak duza, gdyz nie bylo zadnych punktow odniesienia. Ze wszystkich stron widac bylo horyzont. W oddali majaczyla otoczona drzewami rzeka Ural, ktora podobnie jak my zmierzala do Morza Kaspijskiego. Wszedzie byla sucha, zolta trawa, a nad naszymi glowami krazyly orly i sokoly polujace na stepowe myszki. Raz na jakis czas mijalismy mala wioske, czesciej jednak cmentarz, zlozony z malych grobowcow zwienczonych ksiezycami. Widzielismy stada koni, owiec beztrosko brykajacych po drodze oraz hit, czyli wielblady. Nie moglam sie napatrzec na te przestrzenie, a znudzony kierowca stwierdzil, ze ewidentnie jestesmy tu nowi.



Dotarlismy do Atyrau, gdzie ugoscil nas przesympatyczny Timur. Przyjmowal u siebie wielu innych podroznikow, glownie autostopowiczow. Poznalismy miedzy innymi Simona z Danii, z ktorym zwiedzalismy miasteczko oraz Nurzana, ktory mieszka w Astanie i zaprosil nas do siebie. Ucieszylismy sie, bo chcielismy zwiedzic stolice. Atyrau to miasto, w ktorym jest cholernie goraco, a najwieksza atrakcja jest rzeka Ural przecinajaca miasto na pol i dzielaca je na europejska i azjatycka czesc. Mozna pojsc na spacer w Azji, wrocic na kawe do Europy, wybrac sie z powrotem do Azji na bazar i zakonczyc dzien w Europie przy piwie. Ciekawe doswiadczenie, jak w Stambule. W Atyrau spotkalismy wiecej ortodoksyjnych muzulmanow niz w innych miastach. Wiele kobiet nosi czadory, a naszym kolegom odmowiono wstepu do kawiarni, gdy mieli na sobie szorty. Miasto nie jest zbyt ciekawe, a my liczylismy na wycieczke nad Morze Kaspijskie. Timur, nasz gospodarz, zasmial sie i powiedzial, ze nie jestesmy pierwszymi jego goscmi, ktorzy na podstawie lokalizacji miasta na mapie zalozyli, ze pojada sie popluskac w tym olbrzymim slonym jeziorze. Okazalo sie jednak, ze przy ujsciu rzeki Ural jest olbrzymie zarosniete bagno i nie da sie normalnie dostac nad wode. Musielibysmy pojechac na poludnie az do Aktau - ok. 400 km w linii prostej, a droga az 900... Odpuscilismy. Ciagnelo nas na wschod.





Stanelismy jednak przed powaznym pytaniem - jak mamy dostac sie w okolice Astany? Gdybysmy jechali tak, jak wiekszosc autostopowiczow, pojechalibysmy dalej przez Rosje na wschod i wjechali do Kazachstanu od polnocnego wschodu, gdzie sa miasta, a dalej gory i jeziora. My jednak chcielismy byc oryginalni, zwiedzilismy wiec Uralsk i Atyrau, w ktorych nie ma kompletnie nic, a od Astany dzielilo nas 2000 km stepu. Po drodze nie ma zadnych atrakcji ani zbyt wielu miasteczek. Nie ma nawet normalnej drogi na wschod, musielibysmy jechac dziwnym zygzakiem - jakies 2500 km, dwie doby tulaczki przez nicosc. Zainspirowal nas Nurzan, ktory pojechal do Astany nocnym pociagiem. W zasadzie nocnym, dziennym i znow nocnym i jeszcze troche dziennym, po taka przejazdzka najnizszym mozliwym kosztem zajmuje prawie dwie doby. Po krotkiej burzy mozgow zdecydowalismy sie na to samo wygodne rozwiazanie. Bilet kosztowal ok. 72 zlotych, czyli 3 zlote za 100 kilometrow. Timur pomogl nam kupic bilety i odwiozl na stacje. W miedzyczasie wynikla drobna niespodzianka, okazalo sie, ze godzina odjazdu podawana jest wg strefy czasowej obowiazujacej w stolicy, czyli mielismy godzine mniej, niz nam sie zdawalo. Na szczescie gospodarz nad nami czuwal. 23 lipca o godzinie 22:30 lokalnego czasu wsiedlismy do dusznego pociagu w oczekiwaniu na czterdziestogodzinna podroz.

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Trip raport V - Rosja cz. 3


Z Moskwy udalismy sie stopem do Niznego Novgorodu. Zlapalismy TIRa na wylotowce. Kilkadziesiat kilometrow za miastem zlapalismy gume. Kierowca zasugerowal nam znalezienie innego samochoodu i wzial sie za ogarnianie szkod. Pozegnalismy sie i ocenilismy sytuacje. Wyladowalismy na ruchliwej dwupasmowce w srodku lasu. Zmartwilam sie, ze nikt sie tu nie zatrzyma... a po 10 minutach siedzielismy juz w pocztowej ciezarowce. Kierowca jechal az do Kazania. My chcielismy poczatkowo jechac do malej starej miejscowosci Suzdal, ale przez moj brak ogaru podczas szukania mozliwosci dotarcia na moskiewska wylotowke oraz przez korki stracilismy duzo czasu, zdecydowalismy sie wiec jechac do NN.

Nizny to urocze miasto, o bardziej sympatycznej, ludzkiej atmosferze niz najwieksze miasta Rosji. Z Kremlu rozciaga sie ladna panorama na Wolge, a na lawkach w miescie siedzi duzo posagow ludzi, z ktorymi robilismy sobie zdjecia jak dzieci.


Kolejnym kilkudniowym przystankiem byl Kazan, stolica Tatarstanu. Tatarowie zyja w republice zaleznej od Rosji. W Kazaniu wszyscy Tatarowie posluguja sie biegle jezykiem rosyjskim, choc na prowincji mowia jedynie po tatarsku. Maja ciemna karnacje, czarne wlosy i ciemne, glebokie, lekko skosne oczy. W wiekszosci sa muzulmanami. Kazan jest ladnym, czystym, ciekawym miastem, gdzie na kremlu niedaleko cerkwi jest jeden z najwiekszych europejskich meczetow (oczywiscie wylaczajac Stambul), a rosyjskie dzieci ucza sie w szkole jezyka tatarskiego jako obcego. Kazan urzekl nas usmiechietymi ludzmi, brakiem syfu, niskimi cenami, znajomoscia angielskiego wsrod ludzi, darmowym wstepem do swiatyn na Kremlu oraz wieloma ciekawymi pomnikami przy glownej ulicy. Nasz couchsurfingowy host byl bardzo rozrywkowy, poszlismy z nim i jego kumpami na mecz pilki noznej (Rubin Kazan niestety przegral), pojechalismy do domku letniskowego nad Wolga, jedlismy tatarska pizze, czyli kebsa zawinietego w pizze i szwedalismy sie wieczorem po niezbyt turystycznych dzielnicach miasta. To miasto wspominam najlepiej z calej Rosji.








Strzalka do skretu w lewo, jedno ze zrodel masakrycznych korkow w Rosji

Z Kazania udalismy sie prosto na poludnie. Cel: w dwa dni opuscic Rosje. Ciagnelo nas do tajemniczego Kazachstanu, chcielismy juz poznac cos nowego. Przygotowalismy tabliczke "Samara". Szczescie sie do nas usmiechnelo. Zabrala nas pani, ktora jechala az 100 km za Samare w naszym kierunku. Dowiozla nas do malej miejscowosci kilkadziesiat kilometrow od kazachskiej granicy. Robilo sie pozno, kupilismy wiec browar dla uczczenia tego sukcesu i rozbilismy namiot w krzakach.

Nastepnego dnia zaczelismy lapac na Uralsk - miasto w europejskiej czesci Kazachstanu. Zatrzymala sie mala ciezarowka na kazachskich numerach. Ucze sie rosyjskiego - w wolnych chwilach studiuje slownictwo i przyklady uzycia, slucham ludzi, rozmawiam z kierowcami, chlone wiedze. Wyjasnilam sympatycznie wygladajacemu kierowcy najlepiej jak umialam, o co nam chodzi. Pytal, czy mamy dokumenty, czy nie przyniesiemy mu problemow na granicy. Zapewnilismy, ze u nas wsjo haraszo. Renat, bo tak sie pozniej przedstawil, lustrowal nas jeszcze przez chwile wzrokiem, po czym usmiechnal sie i zaczal zgarniac rzeczy z siedzen. Pojechalismy do Kazachstanu.

wtorek, 1 sierpnia 2017

Trip raport IV - Rosja cz. 2



Do gigantycznej Moskwy przyjechalismy standardowo autostopem. Jak chyba kazdy, utknelismy w slynnych korkach, ktore skradly nam na szczescie zaledwie godzine. Moskwa ma ok. 50 km dlugosci i 30 km szerokosci, a obwodnica (jedna z wielu, ta wyznaczajaca mniej wiecej granice miasta) ma 160 km dlugosci. Sporo.

Najbardziej rozpoznawalnym miejscem w Moskwie jest oczywiscie Plac Czerwony kolo Kremlu, gdzie znajdziemy Mauzoleum Lenina i slynna cerkiew. W miescie rozsianych jest Siedem Siostr, kwiatow socjalistycznej architektury, topornych palacow, na wzor ktorych zbudowany zostal prezent dla Polakow, czyli warszawski PKiN. Jedna z moskiewskich siostr miesci w sobie uniwersytet, ktory zerka na miasto ze wzgorza. W innej jest pieciogwiazdkowy Radisson, znany jako Hotel Europa, gdzie na parterze mozemy bezplatnie podziwiac fantastyczna makiete centrum miasta, cala diaporame z oswietlenie, tlem i nagranym komentarzem przyblizajacym historie miasta. Pierwszego dnia w Moskwie udalismy sie na dziesieciokilometrowy spacer, zwiedzilismy scisle centum, kawalek wybrzeza rzeki, trzy ogomne parki i wdrapalismy sie na uniwersyteckie wzgorze, a patrzac na skale Moskwy nie pokonalismy w zasadzie zadnej odlelosci. Gargantuiczne miasto.

Po Petersburgu i Moskwie najlepiej jest poruszac sie metrem. To najbardziej efektywny sposob pokonywania ogromnych odleglosci. Metro jest na zetony (w Piterze i wielu innych miastach; w Moskwie sa plastikowe karty, ale system jest ten sam). W automacie kupujemy zetony, ktore potem otwieraja bramke do metra. Na dole ruchomych schodow w budce siedzi grozna pani, ktora sledzi podglad kamer i gotowa jest zdzielic cie palka w leb, jesli sprobujesz sie nielegalnie dostac do podziemia. W autobusach tez zawsze jest szalenie niesympatyczny konduktor, ktoremu uiszcza sie oplate za przejazd w momencie wsiadania. W Rosji w zasadzie niemozliwym jest podrozowanie na gape, ale z drugiej strony nie trzeba kupowac biletow w kiosku/automacie albo przejmowac sie kanarami. Wygodne.

W Moskwie, podobnie zreszta jak w Petersburgu, czulam sie kontrolowana. Populacje policjantow liczace 50 osobikow to standard. Wchodzac do metra z plecakiem jestes zgarniany na bok, czasem do osobnego pomieszczenia, a bagaz jest poddawany prowizorycznej kontroli. Wszedzie jest mnostwo ochroniarzy i mundurowych. Przy wejsciach na dworce i do wielu innych miejsc sa bramki wykrywajace metal. Stoi sobie dwoch ochroniarzy i plotkuje. Jesli przejdziesz obok bramek, kaza ci wrocic. Bramka oczywiscie zapiszczy, bo niesiesz ze soba kilogram elektroniki, ale to nic - ochroniarze dalej sobie gawedza. Chodzi po prostu o zasady.

Klimat Moskwy mnie nie urzekl. Mnostwo perel socjalistycznej architektury, ktora boli mnie w oczy. Toporne pomniki oraz szkaradne budynki. Kazdego dnia w Moskwie odkrywalam nowa najbrzydsza budowle, jaka widzialam w zyciu. Miasto jest zbyt duze, by moc sie po nim jakos rozsadnie poruszac. Szlag mnie trafial, jak dochodzilam do jakiegos duzego skrzyzowania i okazywalo sie, ze musze nadlozyc kilometr (!) drogi, by dostac sie na druga strone, bo tam nie ma przejsc dla pieszych. Czesto przy mniejszych skrzyzowaniach przejscia sa tylko po trzech stronach. Przekraczasz wiec ulice, ktora idziesz, pokonujesz skrzyzowanie, zostajesz po, wydawaloby sie, dobrej stronie, a na kolejnych swiatlach znowu nie ma pasow tam, gdzie ty idziesz. Sa po tej stronie, ktora szedles wczesniej. Gdzie tu sens, gdzie tu logika? Parki sa zaprojektowane, pompatyczne, a fontanny graja muzyke klasyczna. Architekci wizjonerzy mieli chyba strasznie spieta dupe i za wszelka cene chcieli stworzyc cos imponujacego. Petersburg byl o wiele ciekawszy, mimo swojego przytlaczajacego vibe'u.











Rosyjska ciekawostka: w Rosji nie ma pijanych ludzi, a na pewno duzo mniej, niz w Polsce. Po moskiewskich ulicach nie przetaczaja sie stada meneli, w przeciwienstwie do warszawskich. Ludzie respektuja zakaz picia w miejscach publicznych. Te wszystkie stereotypy sa chyba po to, by sie Polacy lepiej czuli, bo ponoc Ruscy i tak pija wiecej. Najbardziej jednak zaskoczyl mnie fakt, ze w Rosji nie mozna kupic alkoholu w sklepie po 22 (w Moskwie po 23, punkty dla stolicy), chyba, ze sie wie, gdzie szukac. Od wyjazdu z Polski nie bylismy ku mojemu wielkiemu zdziwieniu w zadnym panstwie z dwudziestoczterogodzinnym dostepem do sklepowej wodki. Niektore sklepy zamieniaja sie po 22 w prowizoryczne bary, ktore sprzedaja alkohol po uprzednim otwarciu butelki. Mnostwo jest jednak innych biznesow otwartych 24/7: kawiarnie, stolowki, supermarkety i moj hit, czyli kwiaciarnie.

Inna ciekawostka - w Rosji nie ma parteru. Jak mieszkasz na pierwszym pietrze, to tak naprawde mieszkasz na drugim, bo wyjscie z budynku jest na pierwszym.

Autostop w Rosji dziala wysmienicie, a ludzie sa zyczliwi i goscinni. Raz zostalismy zaproszeni na herbatke o godzinie 22, gdy na przedmiesciach szukalismy miejsca na rozbicie namiotu. Jacys ludzie akurat wrocili z pracy, zobaczyli nas i chcieli pogadac. Jazda autostopem to czysta przyjemosc, zabieraja zarowno kierowcy samochodow osobowych jak i TIRow. Czekalismy zazwyczaj 10-15 minut, najdluzej, czyli godzine, na wylotowce z Moskwy.

Rosyjskie drogi (na zachodzie kraju) sa w wiekszosci w dobrym, nawet bardzo dobrym stanie, choc zdarzaja sie intrygujace sytuacje. Jedziesz 120 km/h przez las, nagle znikad pojawia sie ograniczenie do 30 km/h, asfalt znika niemalze calkowicie, a samochody omijaja dziury jak tylko sie da, niekoniecznie stosujac sie do ruchu prawostronnego. Po paru kilometrach wszystko wraca do normy. Po prostu mijalismy gmine, ktorej nie bylo stac na remont.


W nastepnym wpisie trzecia, ostatnia czesc wspomnien z Rosji.
Blog Widget by LinkWithin