sobota, 30 września 2017

Trip raport XVII - Chiny cz. 5



Wydostalismy sie z Lanzhou autobusem miejskim i zaczelismy lapac stopa w kierunku Chengdu. Do celu mielismy ok. 800 km, ale bylismy dobrej mysli - w Chinach sa piekne autostrady, powinno sie bez problemu udac pokonac ten dystans w dwa dni, ktore na to przeznaczylismy. Pierwszy kierowca podrzucil nas 100 km. Potem zatrzymal sie auto, ktorego wlasciciel czytajac nasz list autostopowy i slyszac "Chengdu" kiwal entuzjaztycznie glowa, po czym zjechal pierwszym mozliwym zjazdem (naiwnie ludzilismy sie, ze jednak wszystko pojdzie po naszej mysli) i zawiozl nas na dworzec autobusowy. Wdrapalismy sie z powrotem na autostrade i po pol godziny zlapalismy stopa na kolejne 130 kilometrow. Byle do przodu... Sytuacja nabrala rumiencow, gdy znow zjechalismy z autostrady. Szybki rzut oka na mape... Okazalo sie (niestety po raz kolejny), ze znakomita aplikacja maps.me kompletnie nie daje rady. W Europie sprawdzala sie wysmienicie, pokazujac kazda najdrobniejsza sciezke w parku. W Rosji i Kazachstanie nie bylo zle, chociaz nie tak szczegolowo. W Kirgistanie i Chinach zaczely sie problemy. Wioski byly w innych miejscach, niz na mapie, zaznaczone lokale i hostele nie istnialy. Tym razem (nie)zawodna aplikacja wynaczyla nam trase, na ktorej trzysta km z osmiuset zdecydowanie nie bylo autostrada. Gdybym wczesniej to zauwazyla, wyjechalibysmy z Lanzhou inna wylotowka i pojechalibysmy droga dluzsza o 150 km, ale za to skladajaca sie jedynie z autostrad. Nasza trasa, ktora na mapie wygladala porzadnie, okazala sie byc kreta gorska droga prowadzaca przez zapomniane wioski. Mielismy okazje przyjrzec sie zyciu na prowincji (jednym z lokalnych obyczajow bylo wyladowywanie i sortowanie siana na srodku drogi, tak, ze przejezdzajace samochody troche je omijaly, a troche rozjezdzaly) oraz podziwialismy piekne gorskie widoki. Posuwalismy sie jednak do przodu srednio 60 km na godzine, co nie brzmialo zbyt optymistycznie.




Gdy dojechalismy do miejscowosci Min, do ktorego zmierzal nasz kierowca, bylo juz pozne popoludnie. Wahalismy sie miedzy rozbijaniem namiotu (tylko gdzie? dookola albo miasto, albo rzeka, albo skaly, albo pola uprawne) a probowaniem dojechania gdzies dalej... Kierowca jednak tuz przed wysadzeniem nas podjal konwersacje przy uzyciu translatora. Zaproponowal obiad oraz nocleg. Przez pietnascie minut "rozmawialismy" z nim, mowilismy, ze chcemy spac w namiocie, ze tak zazwyczaj podrozujemy. Nie chcielismy sie narzucac ani naduzywac goscinnosci. Mezczyzna argumentowal, ze noc w namiocie nie bedzie bezpieczna i nalegal na zalatwienie nam noclegu w hotelu, zapraszal na wspolny posilek. Twierdzil, ze to zaden problem, ze chce nam pomoc. Ustapilismy i przystalismy na niezwykla propozycje. Mezczyzna zaprosil nas do swojego mieszkania. Dolaczyla do nas jego zona i syn i poszlismy do restauracji na Hot Pot - tradycyjna wyzerke rodem z prowincji Syczuan. Na srodku stolu byla dziura, do ktorej wstawialo sie ogromne, zeliwne naczynie z dwiema komorami z ostra i lagodna "zupa". Palnik podgrzewal wszystko od spodu. Na stol wjechala masa szaszlykow i roznych smakolykow nadzianych na patyczki - wolowina, kurczak, grzybki, wolowe jelita (nie polecam), parowki, ziemniaki, ryba, tofu... Szaszlyczek gotowal sie w ostrej zupce, potem nalezalo go obtoczyc w chilli, umoczyc w aromatycznym sosie i zjesc. Bylo hot. Do tego wszystkiego byl ryz, makaron z zupki chinskiej, herbatka i piwo. Zjedlismy duzo, a potem gospodarze intensywnie zachecali nas do zjedzenia wiecej, podajac nam kolejne przekaski, gdy sami z siebie przestalismy po nie siegac. Po tym fantastycznym posilku nasze jamy brzuszne byly szczelnie wypelnione i ledwo moglismy wstac, by sie dokads poturlac. Nasz dobrodziej zabral nas do hotelu, gdzie zaplacil za nocleg. Miejsce kilkakrotnie przewyzszalo nasze standardy, a obsluga chyba nigdy nie widziala takich wloczykijow jak my. Nie wiedzielismy, jak mamy dziekowac za to, co ci ludzie dla nas zrobili. Pozegnali sie z nami z usmiechem i zostawili nas w luksusowym pokoju.



Rano zjedlismy pyszne sniadanie (makaron, mieso, warzywa, w Chinach malo kto interesuje sie typowo sniadaniowym jedzeniem) i poszlismy na trase w celu kontynuowania autostopowej przygody.

Byla to droga przez meke.



Chyba spotkalo nas za duzo szczescia poprzedniego dnia i musielismy odpokutowac. W kilka godzin przesunelismy sie o 60 km, a pozniej absolutnie nikt nie chcial nas zabrac. Nie pomagal list autostopowicza i wstukiwane w translator wiadomosci tlumaczace, ze liczy sie kazdy kilometr i przeciez wiem, ze nie jedzie pan az tam, gdzie bysmy chcieli. Czas lecial, a my utknelismy w czarnej dupie posrodku chinskiej prowincji. W koncu trafilismy na dworzec autobusowy - chcielismy sie dostac do autostrady, tam na pewno bedzie latwiej... Wsiobus pokonal dzielace nas od drogi 100 kilometrow w malownicze 4 godziny. Do celu wciaz bylo bardzo daleko, ale chociaz przed nami ponownie rozciagala sie autostrada. Z bramek tez nikt nas nie chcial zgarnac. Kleska. Mielismy dosc tych okolic i skonczylismy w nocnym pociagu do Chengdu. Nie bylo bezposredniego, wiec po drodze spedzilismy 2 godziny kimajac na dworcu w jakims losowym miescie. Zaskakujaco dobrze sie wyspalismy na twardych siedzeniach w poczekalni i w pociagu, a rano wreszcie bylismy w Chengdu, gdzie czekal na nas host z Couchsurfingu.




Chengdu okazalo sie byc bardzo ciekawym miastem, a Ken z Coucha dodatkowo umilil nam pobyt zabierajac w rozne fajne miejsca. Glowna atrakcja miasta jest Panda Base, dom zagrozonych pand olbrzymich oraz pand czerwonych. Zwierzakow na wolnosci jest coraz mniej, ale Chinczycy pilnuja, by chociaz w niewoli miale dobre warunki do zycia i rozmnazania. Widzielismy sliczne misie, ktore beztrosko kapaly sie w bajorkach, niezgrabnie chodzily, tarzaly sie i bawily z rodzenstwem, wlazily na zbudowane pomosty i dla beki zrzucaly z nich kolegow, jadly bambusa w pozycji tatuska siedzacego z browarem na kanapie oraz... z zaskakujaca zwinnoscia wchodzily na drzewa. Niezwykle, piekne zwierzeta, ktore sprawialy wrazenie zadowolonych z zycia. Pande czerwona zaobserwowalismy tylko jedna, bo akurat jadla cos z miseczki. Reszta musiala siedziec poukrywana na drzewach.





W Chengdu zwiedzalismy jeszcze Wide and Narrow Alleys, urokliwe uliczki nastawione na turystyczny biznes - ceny tam nie roznily sie od zachodnioeuropejskich. Odwiedzilismy People's Park, mala dzungle w centrum miasta. Rosna tam bambusy, lotosy, figowce, bananowce i setki innych roslin, ktorych nie potrafie nazwac. W tym miescie poczulismy tez ewidentna zmiane klimatu - w gorach, gdzie trafilismy przypadkowo, bylo 14 stopni. W Chengdu zrobilo sie parno, duszno, a przyroda nas zachwycala. W srodku miasta, pod wiaduktami roslo mnostwo dziwnych roslin bedacych domem dla ogromnych motyli, kolorowych pajakow i nietoperzy. Egzotycznie.





W Chengdu zdalismy sobie tez sprawe z braku golebi. Golebie zyja doslownie wszedzie, gdzie do tej pory bylam. W Chinach ich prawie nie ma. Co sie stalo z chinskimi golebiami?...

środa, 27 września 2017

Trip raport XVI - Chiny cz. 4


Z Yumen Old City mielismy 70 km do Jiayuguan, miasta lezacego besposrednio przy autostradzie, w ktorym zreszta dwa dni wczesniej zwiedzalismy Mur Chinski. Doszlismy do drogi i zaczelismy znow probowac autostopowego szczescia... Udalo sie. Po paru minutach jechalismy do Jiayuguan. Prowadzila kobieta w czerwonym kombinezonie China Petrol, a my gawedzilismy sobie z pasazerem przez translator, udalo nam sie poprosic, zeby wysadzili nas przy bramkach na autostrade. Tam po raz pierwszy zabawilismy sie w kaligrafow i na kawalku kartonu napisalismy po chinsku Zhangye, uwaznie kopiujac dwa znaczki. Tabliczka zadzialala, zlapalismy stopa az do celu.


W Zhangye zaczelismy spacer w poszukiwaniu noclegu. Mialam na mapie zaznaczone 3 hostele. W pierwszym zapytalismy, czy znajdzie sie miejsce dla nas dwojga, ale chinska wersja Consueli z Family Guya nie byla w stanie nic nam odpowiedziec oprocz "no, no, no". W kolejnym miejscu nie przyjmowali cudzoziemcow. Nastepne nie istnialo. Z rosnaca irytacja i desperacja przypadkiem trafilismy w koncu do niewystepujacego na mojej mapie bardzo fajnego hostelu, w ktorym chetnie nas przyjeli, a cena byla bajkowa - 20 zl za osobe. Zakwaterowalismy sie w dormitoriach (pokoje damskie byly na pietrze, meskie na parterze) i usiedlismy wygodnie kolo recepcji, zeby odpoczac. Weszla para bialasow. Przemowili po chinsku. Zdziwilismy sie. Okazalo sie, ze Marit i Yeming pochodza z Holandii, ale kochaja Chiny, ucza sie chinskiego i chca zwiedzic caly kraj. Po naszych dotychczasowych doswiadczeniach absolutnie nie moglismy w to uwierzyc. W miedzyczasie zaczepil nas recepcjonista, ktoremu nagle przypomnialo sie, ze nie moze przyjmowac obcokrajowcow (koszmar zaczyna sie od nowa) w tych samych pokojach, co Chinczykow (ufff). Wyladowalam wiec z Marit w dziesiecioosobowym pokoju, ktory mialysmy caly dla siebie. Panowie tez mieli swoja sypialnie. Zebralismy sie i wyszlismy do miasta cos zjesc.

Zhangye okazalo sie byc ciekawym, nowoczesnym, klimatycznym miastem. Mialo dusze. Z jednej strony dlugie ulice pelne sklepow i szklanych wiezowcow, z drugiej piekne chinskie domki, a z trzeciej zakatek knajp i straganow, gdzie skosztowalismy wielu roznych pysznosci. Chodzenie po miescie z ludzmi mowiacymi po zarowno po chinsku jak i po angielsku bylo rewelacyjne - duzo sie dowiedzielismy na temat kultury Chin oraz tego, co mielismy na talerzach. Bezcenne.



Kolejnego dnia wybralismy sie na podboj dwoch parkow narodowych - Binggou Danxia i Zhangye Danxia. W pierwszym podziwialismy gory, ktore ksztaltami mialy przypominac ludzi, zwierzeta i budynki, czesto jednak wygladaly po prostu jak penisy. Poruszanie sie po parku bylo bardzo dziwne - wszedzie byly betonowe sciezki i schodki. W gorach. Mozna bylo doslownie chodzic w japonkach. Widoki byly fantastyczne, ale ingerencja czlowieka w teren tylko po to, by sie wygodniej zwiedzalo, zdecydowanie nie wzbudzila mojego entuzjazmu.





Zhangye Danxia to slynne kolorowe gory. Znow przeszkadzala mi forma zwiedzania - tlumy ludzi na ogrodzonych sciezkach i platformach, z ktorych na dodatek czesc robi zdjecia nie widoczkom, ale tobie, bo jestes bialasem. Miedzy punktami widokowymi jezdzilo sie busikiem. Wszystko pieknie zorganizowane, to fakt - ale czy tak powinny wygladac gory, park narodowy? Mimo wszystko, colorful mountains byly przepiekne. Zdjecia w internecie przeklamuja rzeczywistosc - naprawde nie zobaczymy az tak jaskrawych barw, ale i tak jest cudownie. Gory sa w paseczki, czasem w falowane wzory. Przeplataja sie rozne kolory: pomaranczowy, czerwonawy, zolty, bialy, brazowy, zielonkawy, szaro-niebieski... Dla tych widokow warto tam pojechac.





Wizyta w parkach narodowych kolo Zhangye sprawila, ze przestalismy miec ochote na zwiedzanie innych gor w Chinach. Bilety sa dosc drogie a nadmierna organizacja wszystkiego sprawia, ze zwiedzanie naprawde nie jest przyjemne - a przynajmniej dla nas nie bylo. Tesknilismy za Kazachstanem i Kirgistanem, gdzie fantastycznie bylo sobie po prostu polazic z dala od tlumow. W Chinach nie bylo to mozliwe. Poza tym na naszej liscie bylo mnostwo miejsc w Kambodzy i Tajlandii, Chiny nigdy nie byly naszym marzeniem. Zreszta miejsca, ktore ewentualnie chcielibysmy zobaczyc byly mocno rozsiane po kraju, a my akurat dowiedzielismy sie, ze nasi znajomi sa w Wietnamie. Postanowilismy spotkac sie tam z nimi, a czasu do ich wylotu nie bylo za wiele. Zdecydowalismy sie wiec lapac stopa na poludnie, w kierunku Chengdu. Dzielilo nas od niego jakies 1300 km.

Przygotowalismy tabliczke "Lanzhou" (500 km dalej), dotarlismy do bramek na autostrade i 15 minut pozniej odjechalismy z przemila para. Dostalismy od nich wode, winogrona i batoniki z dmuchanego ryzu. Zastanawialismy sie nad kwestia noclegu - chcielismy rozbic namiot, ale oczywiscie nie bedzie to mozliwe, jesli dojedziemy do miasta. Nasza wylotowka na Chengdu znajdowala sie po drugiej stronie Lanzhou, nie bylo obwodnicy. Wysiadanie przed miastem nie mialo wiec wielkiego sensu. Ostatecznie wyladowalismy w miescie, przez ktore przeplywa Zolta Rzeka Huang Ho i w ktorym, jak sie okazalo, jest spora mniejszosc muzulmanska. Chcielismy jakos przedostac sie na poludnie, by spedzic noc w poblizu wylotowki i nastepnego dnia lapac w strone Chengdu. Plan dobry, ale niemozliwy do zrealizowania w Chinach, gdzie niewielkie miasta maja po 5 mln mieszkancow i rozlegle przedmiescia... Szlismy sobie przez Lanzhou, zastanawiajac sie, co z tym zrobic, gdy wpadlismy na wyrozniajaca sie z tlumu grupe ludzi - jeden bialy, jeden zolty i jeden czarny. Ostatnio Murzyna widzielismy chyba w Rosji i zastanawialismy sie, co tam robi. Przypominajacy Cejrowskiego David okazal sie byc Kanadyjczykiem, a Mack Amerykaninem. Ich chinski kolega Zhang byl, podobnie jak oni, nauczycielem angielskiego. Zaczelismy gawedzic i rozmowa potoczyla sie bardzo
szybko. Zapytalismy, czy nie wiedza, gdzie mozemy rozbic namiot... Paleczke przejal David: "oh shit, maaaan! to miasto ciagnie sie w nieskonczonosc! oh, fuck... no nie wiem". Zapytal miejscowego kolegi, ale on sprawial wrazenie, jakby nie do konca wiedzial, o co nam chodzi - najpierw zaproponowal, ze mozemy sie rozbic w jakims domu kultury, potem wpadl na lepszy pomysl. Zagadal jakiegos ziomka ze straganu, ktory zgodzil sie, bysmy postawili namiot za jego stoiskiem - na srodku ulicy. Absurdalnie... Ale nie tylko my tak pomyslelismy. David na szczescie rozumial nas doskonale. "Maaan, oni sie chca rozbic gdzies w naturze, przeciez tutaj nawet nie beda mogli sie wysikac! Trzeba im znalezc inne miejsce". Zhang sprawial wrazenie troche nieobecnego i zaproponowal, zebysmy poszli cos zjesc. Mack przysluchiwal sie calej rozmowie z facepalmem. Nagle Kanadyjczyk zaproponowal, zeby Zhang przyjal nas u siebie w mieszkaniu - ma ponoc duzy kwadrat, a zona wyjechala... My oczywiscie nie chcielismy sie nigdzie wpraszac, tym bardziej, ze starszy Chinczyk chyba nie nadazal za rozwojem sytuacji. Z pomoca przyszedl Mack, ktory nieoczekiwanie przemowil i zaproponowal, ze mozemy zostac u niego, bo mieszka sam. Zapewnil, ze to nie problem. Coz za pomyslny obrot spraw! Dookola naszej nietypowej ekipy zdazyl sie zebrac tlum gapiow. Zhang jeszcze raz zaproponowal wspolna kolacje i poszlismy razem zjesc nadziewane buleczki. Rozmawialismy o podrozach i na wiele innych tematow... Bylo bardzo wesolo. Nasz team wzbudzal sensacje wsrod gosci i obslugi lokalu.





Po posilku pozegnalismy sie z wesolym Kanadyjczykiem i pojechalismy z sympatycznym Mackiem do jego mieszkania. Zhang tez wstapil na chwile na przyslowiowa herbatke. Rozmawialismy z gospodarzem o polityce, systemie edukacji i upadku cywilizacji. Mack 2 lata temu postanowil zmienic cos w swoim zyciu. Zawsze chcial odwiedzic Chiny i znalazl na to swietny sposob. Uczy angielskiego. Jako native English speaker zarabia w przeliczeniu ok. 5-6 tys. zlotych miesiecznie, co w tanich Chinach jest wysoka pensja. To jednak dopiero poczatek. Mieszkanie ma oplacane przez szkole, a na dodatek pracuje zaledwie 12 godzin tygodniowo... Zyc nie umierac. 

Nastepnego dnia po sniadaniu w lokalnej piekarni (Chinczycy uporczywie lacza smak slodki, slony i ostry, bulka z szynka i serem jest posmarowana czyms slodkim, a w ryzowym nalesniku z powidlami i maslem orzechowym znajdziemy rowniez paste chilli) pozegnalismy sie z Mackiem i udalismy sie na wylotowke w strone Chengdu. Przygodom nie bylo konca...

niedziela, 24 września 2017

Trip raport XV - Chiny cz. 3


15-godzinnej podrozy z Urumqi do Jiayuguan nie wspominam z zachwytem, ale z pewnoscia byla o wiele lepsza od przejazdzki ujgurskim autokarem. Pociag byl napchany pod korek ludzmi, ktorzy caly czas sie wiercili, zdejmowali buty i ladowali smierdzace giry na moje siedzenie, przyrzadzali vifona za vifonem (zupki chinskie w Chinach okazuja sie byc bardzo tanie i bardzo smaczne, do wyboru jest mnostwo smakow, a w srodku sa faktycznie kawalki miesa i warzyw) i chrupali slonecznikiem. Poznalismy sympatycznego Zhao, ktory zagadal nas po angielsku, ale na tym jego angielski sie skonczyl. Rozmawialismy przez translator o podrozach, Polsce, Chinach i konstelacjach.

Translator w telefonie to must have w Chinach. Ja korzystalam z google translate offline, ktory dziala na zasadzie "Kali jesc, Kali spac", ale pozwala dogadac sie w knajpie, w aptece czy z przypadkowym nowym znajomym. Pisalam cos po angielsku, tlumaczylam to na chinski, potem wlaczalam chinska klawiature i dawalam telefon rozmowcy. Swoja droga niesamowite, jak rysuja byle jaki szlaczek, a telefon od razu wie, o ktory symbol im chodzilo. Chinskich znaczkow nie zapisuje sie w dowolny sposob, kazda kreseczka pisana jest w okreslona strone i w okreslonej kolejnosci. Symbole to zazwyczaj sylaby, dzieki autostopowym przygodom nauczylismy sie zapisywac niektore z nich (wystepujace w nazwach miast) i potem umielismy je rozpoznac. Oczywiscie do niczego nas to nie przyblizalo, ale samo uczucie bylo fajne. Po paru dniach w Chinach nauczylam sie znaczkow/slow takich, jak "ogien", "kobieta", "wejscie".

Back on track, Zhao zaproponowal, ze zawiezie nas na Wielki Mur - Jiayuguan to jego miasto i chcialby nam cos w nim pokazac. Przystalismy na propozycje z radoscia. Po niezbyt komfortowej, aczkolwiek przespanej nocy dotarlismy rano na miejsce. Nowy znajomy zgarnal samochod i zone z domu i pojechalismy zobaczyc legandarny Wielki Mur Chinski.



Spacer po murze to niezwykle doswiadczenie - od dziecka kazdy zdaje sobie sprawe z istnienia tej konstrukcji, oglada ja w telewizji i na fotografiach w internecie... A teraz pojawila sie okazja, by samemu sobie tam robic zdjecia. Punkt obowiazkowy podczas pobytu w Chinach! W okolicy muru mielismy tez okazje zobaczyc pierwsze na naszej trasie swiatynie buddyjskie. Feria barw i zlote postaci robia niezwykle wrazenie.










Po wycieczce Zhao z malzonka zaprosili nas na obiad. Sprobowalismy roznych pysznosci - chinskie zarcie jest nieziemskie. Nastepnie pozegnalismy sie z tymi przemilymi ludzmi i wybralismy sie na spotkanie z nasza Couchsurferka. Szukalam noclegu w Jiayuguan, ale Yoffy, do ktorej wyslalam wiadomosc, napisala, ze w tygodniu mieszka i pracuje w malej, starej wiosce kilkadziesiat kilometrow od miasta. Zaprosila nas wlasnie tam. Ucieszylismy sie - chinska prowincja? Jasne, chetnie! Yoffy wyslala nam namiary, pokazalismy wiadomosc od niej na dworcu autobusowym, ludzie pomogli nam kupic bilety do miejscowosci Yumen i pojechalismy.

Miejscowosc zdecydowanie nie wygladala jak "mala wioska". Znalezlismy sie w kolejnym duzym miescie bez charakteru. Dziwne... Szybka weryfikacja. Okazalo sie, ze Chiny znow nas pokonaly i ze jestesmy nie w tym Yumenie - bo to przeciez normalne, ze da dwie miejscowosci o tej samej nazwie w promieniu 30 kilometrow... Odechcialo nam sie czegokolwiek, ale w koncu trafilismy do wlasciwego autobusu. Skrecil z autostrady i zaczal jechac przez wioski. Swoja droga nie wiem, jak Chinczykom udalo sie wyczarowac pola uprawne na tej pustyni. Podobal nam sie ten klimat, a do celu bylo jeszcze 20 kilometrow. W tym momencie w uszach zadzwieczal mi slowa "Bedac w Chinach, jesli myslisz, ze wszystko jest w porzadku, to na pewno nie zdajesz sobie z czegos sprawy" (Dee, pozdrawiam). Faktycznie. Busik wyjechal na dluga prosta, na koncu ktorej widnialo jakies koszmarne miasto pelne kominow i rafinerii. Tylko, ze tym razem to faktycznie bylo miejsce, w ktorym mielismy sie znalezc.

Spotkalismy sie z nasza Couchsurferka. W krotkim czasie wydarzylo sie duzo rzeczy, ktorych kompletnie nie ogarnelismy - dziewczyna proponuje, zebysmy spali w klasie, w ktorej uczy dzieci angielskiego, bo ona mieszka w dormitorium, gdzie nie moze nas przekimac. Okej. Wbijamy do klasy. Klasa jest w hostelu. Zarzad hostelu nie zgadza sie, bo nie maja zgody na goszczenie obcokrajowcow. Wtedy wydalo nam sie to skrajnie dziwne, ale pozniej okazalo sie, ze w Chinach wcale nie jest tak latwo znalezc nocleg, nawet jesli chce sie za niego zaplacic... Yoffy zastanawia sie, co z nami zrobic, a my mamy ochote wystrzelic sie w kosmos. Przy okazji probujemy zagaic "ej, czy Ty czasem nie mowilas, ze mieszkasz w malej, starej wiosce?". Na co nasza beztroska kolezanka odpowiada "no tak! tu mieszka tylko 20 tysiecy ludzi! to bardzo stare miasto, zalozone w 1939 roku, pierwsza chinska rafineria! kiedys mieszkalo tu duzo wiecej ludzi, ale oleju ubywa, nie ma pracy, wiec sie wynosza". Chinczycy i ich pojecie o malych wioskach i starych osadach. Po tym tekscie myslalam, ze jestesmy w ukrytej kamerze. Za namowa osoby poznanej przez CS trafilismy do jakiegos tragicznego miasta z dala od drogi, w ktorym na dodatek nasz host jednak nie moze nas przenocowac. Snujemy plan jak najszybszego wydostania sie z Chin do Wietnamu, bo najwidoczniej po prostu nie radzimy sobie z tym, co nas w tym kraju spotyka. Yoffy obiecuje, ze znajdzie nam miejsce do spania i zacheca, zebysmy przespacerowali sie po miescie.



Yumen Old City ma malenkie centrum, w ktorym sa knajpy, ludzie, jest bazar i skwer tanca. Okazalo sie, ze w zasadzie w kazdym miescie w Chinach jest park lub plac, gdzie po poludniu i wieczorami zbieraja sie ludzie (glownie panie po czterdziestce), zeby sobie poszurac nozka. Leci muzyka i wszyscy tancza jakis uklad, ktory kazdy zna, bo przychodzi tu codziennie pobaunsowac. Dziwnie sie na to patrzy, ale w sumie fajnie, ze maja jakies zajecie. Wiekszosc ludzi ma na sobie jednolite czerwone lub niebieskie kombinezony. Sa to robotnicy China Petrol, ktorzy pracuja przy wydobyciu ropy. Miasto zostalo zalozone wlasnie dlatego, ze odkryto rope, teraz ropa sie konczy i ludzie sie wyprowadzaja. Zaraz za "centrum" zaczyna sie sceneria jak z horroru - cale osiedla stoja puste. Jest mnostwo opuszczonych szkol, restauracji, bibliotek i innych budynkow. Nie ma tam zywej duszy. Jak w Europie wejdzie sie do jakiegos pustego budynku to zawsze sa tam slady imprezujacych meneli, a na scianach sa tagi i graffiti. Tutaj nie. Weszlismy do opuszczonego przedszkola. W ramkach dalej wisialy rysunki dzieci, kolo wejscia bylo mnostwo bucikow, w klasach stare farbki i pedzelki... Robi wrazenie. Poszlismy dalej. Doszlismy na skraj miasta, gdzie wydobywa sie rope. Rozkopane gory, jaskinie, w ktorych kiedys mieszkali robotnicy, smrod roly naftowej i setki halasujacych maszyn. Wydawane przez nie dzwieki odbijaly sie echem wsrod opuszczonych budynkow. Cos strasznego.






Trafilismy rowniez na swiatynie, ktora ukryta byla wsrod drzew, tuz kolo miejsca wydobycia ropy... Psychodeliczne klimaty sprawily, ze zrobilo sie jeszcze dziwniej.





Odezwala sie do nas Yoffy. Okazalo sie, ze bedziemy spac w klasie, gdzie angielskiego uczy jej kolezanka - tym razem nie w hostelu, ale w opuszczonym budynku, a jak. Mielismy dla siebie cale dwa pietra dawnej szkoly. Budynek zostal chyba porzucony dosc niedawno, byla woda i swiatlo (z czujnikiem dzwieku, wystarczylo klasnac, zeby sie wlaczylo, opuszczona szkola w Chinach niczym najnowoczesniejszy inteligentny dom). Z dziwnych Yumenowych atrakcji przyszlo nam jeszcze zbierac i jesc gruszko-jablka, owoce powstale ze skrzyzowania tych dwoch gatunkow. To chyba byly najdziwniejsze dni tego tripa.




Z Yumenu wybieralismy sie do Zhangye - miasta znajdujacego sie w poblizu kolorowych gor. Przyszla pora ponownie probowac z lapaniem stopa w tej wolnej od Ujgurow prowincji.
Blog Widget by LinkWithin