niedziela, 29 października 2017

Trip raport XXIV - Kambodza cz. 3



Siem Reap to miasto, ktore utrzymuje sie glownie z ruchu turystow odwiedzajacych Angkor, czyli najwiekszy kompleks swiatynny na swiecie. W samym miescie trafimy na pare interesujacych swiatyn, stragany z chrupiacymi pajakami i absurdalnie pysznymi shake'ami ze swiezych owocow, glosna i nudna Pub Street, gdzie oprocz browara za 50 centow mozemy zalapac sie na masaz z happy endem. Z prawej i z lewej beda nas zaczepiac kierowcy tuk tukow, chcacy zapewnic sobie trzydniowa robote polegajaca na wozeniu cie po Angkorze. Najprzyjemniej jest wypozyczyc rower i przejechac sie waskimi, blotnistymi uliczkami z dala od centrum.



Zwiedzanie Angkoru to duze przedsiewziecie wymagajace jakiejs organizacji nawet od takich lekkoduchow jak my. Setki swiatyn i ruin do zobaczenia na terenie przekraczajacym 400 km kwadratowych. Dystanse sa duze, a czynnikow komplikujacych cala sytuacje jest jeszcze wiecej. Bilety sa koszmarnie drogie. Od lutego 2017 jednodniowa wejsciowka kosztuje $37, trzy dni w Angkorze to juz ponad $60. Stwierdzilismy, ze musimy wyrobic sie w jeden dzien - oczywiscie nie zobaczymy wszystkiego, ale zwiedzimy tyle, ze bedzie nam wystarczylo. Tylko jak? Chcielismy wynajac skuter, ale okazalo sie to dosc problematyczne - tuktukowcy oficjalnie wymusili na wladzach zakaz motorow dla bialasow. Pozostawal nam tuktuk albo rower. Dowiedzielismy sie, ze niedawno przeniesiono kase biletowa 3km od drogi laczacej Siem Reap i Angkor - co do dziesieciokilometrowej wycieczki z hostelu do swiatyn dodawalo 6 kilometrow. Chca jeszcze bardziej zniechecic ludzi do jezdzenia na rowerach i zmusic do wynajecia tuktuka. Oczywiscie nic nas tak nie zmotywowalo do jeszcze bardziej energicznego bojkotowania tuktukow. Zdecydowalismy sie na rowery, ktore wypozycza sie za 2 dolary na caly dzien. Przekopujac internet trafilam na informacje kmwtw, ze kupujac bilety o godzinie 17 na nastepny dzien, mozna rowniez wejsc na teren Angkor Wat i podziwiac zachod slonca w dniu zakupu biletow. Pojechalismy wiec rowerami do budki biletowej i o 16:45 z zegarkiem w reku kupilismy bilety na kolejny dzien i pojechalismy zobaczyc zachod. Zostala godzina, wiec sie pospieszylismy. Dostalismy przedsmak calej zabawy - piekne swiatynie, szaleni turysci, zebrzace dzieci i upierdliwi straznicy. Po pochmurnym zachodzie zza drzew wrocilismy do hostelu, by kolejnego dnia wstac o 4 i o 5:30 byc juz po dziesieciokilometrowej przejazdzce i podziwiac... wschod slonca.




Angkor kiedys bylo zaludnionym miastem, teraz jest glownie atrakcja turystyczna, ale wciaz mieszka tam duzo ludzi. W dzungli sa domki, a ich mieszkancy prowadza knajpy i stragany z zarciem, woza turystow tuktukami albo probuja ci wcisnac pamiatki. Wszyscy turysci musza kupic drogie bilety, kontrole sa na drogach prowadzacych do Angkor. Lokalsi poruszaja sie swobodnie, za darmo. Obecnosc bogatych bialasow motywuje ich do sprzedawania i naganiania z jeszcze wieksza werwa, niz gdziekolwiek wczesniej. Znow chcialam byc niewidzialna.

Wstanie o 4 rano i pojechanie do Angkor Wat w celu obejrzenia wschodu slonca to bardzo modna zagrywka - tuktukowcy o tym wiedza i licza sobie za to dodatkowe dolary. Rower kosztuje jednak zawsze tyle samo, zapewnia tez ruch i dotlenienie organizmu pozwalajace nie zasnac na schodkach starozytnej biblioteki w oczekiwaniu na zlota kule, ktora czai sie za horyzontem. Usiedlismy, bo bylismy zmeczeni, a ze schodow byl niezly widok - choc nie az tak dobry, jak nad stawem tuz przed nami. Na brzegu ustawily sie trzy rzedy ludzi z aparatami i telefonami w pogotowiu. Widoczek mieli podwojny - na niebie i odbity w wodzie. My skupilismy sie na tym na niebie. Ciemna noc zrobila sie nagle dosc jasna, pojawily sie odcienie rozu, a potem w zasadzie zrobil sie dzien, ukazujacy zaspane twarze wszystkich dookola. Ludzie krecili filmy. Byl jakis ziomek z tripodem, ktory pewnie pozniej przyspieszy nagranie i uzyska cos fajnego. Inni krecili telefonami. Niebo. Telefonem. Zerkajac na zegarek (wschod juz za 3 minuty!) i chyba czekajac, az wielkie, pomaranczowe slonce nagle wskoczy na niebo, jak na kreskowce. Po paru minutach poddawali sie... i szli do swiatyni. Cale tlumy ludzi machaly reka na widowisko, na ktore tu przyjechali, i szli robic cos innego. Nie moglam sie nadziwic. Myslalam, ze w jechaniu na wschod slonca chodzi o to, by zobaczyc wschod slonca, ale najwidoczniej sie mylilam. Ludzie poszli, a ja zeszlam nad niemal opustoszaly brzeg stawu (zostala jedna warstwa Chinczykow, ale oni sa wzrostu jedenastolatkow i nie przeszkadzaja) i podziwialam zlocista kule slonca, ktora wreszcie postanowila sie wychylic zza piramid Angkor Wat.





Zwiedzanie bylo... ciezkie. Tlumy turystow nie ulatwialy zadania, ale nie bede marudzic, bo to jak dziwienie sie, ze duzo ludzi przyjechalo akurat dzis zobaczyc wieze Eiffela. Z drugiej strony w calej Kambodzy widzielismy relatywnie malo bialasow i Chinczykow, nawet na teoretycznie turystycznej wyspie Koh Rong Samloem. Angkor z kolei pekalo w szwach - czy oni przyjezdzaja tylko tutaj, a potem opuszczaja Kambodze? Ludzie przepychali sie, zatrzymywali na srodku i robili inne denerwujace rzeczy z bezmyslnym ogladaniem swiatyn przez ekran telefonu na czele. Lokalsi z kolei nie dawali zyc co chwila probujac nam cos wcisnac - zewszad slyszelismy nawolywania, zeby wypic kawe lub cos zimnego albo zjesc sniadanie, oprocz tego co chwile podchodzili do nas sprzedawcy - mezczyzni z przewodnikami, kobiety z szalami i chustami, oraz najgorsze, czyli dzieci, z rozmaitymi gownianymi pamiatkami. Najgorsze, bo nie chcialy sie odwalic, meczyly cie kilka razy, ze przeciez three for one dollar, robily obrazone miny, jak nie chciales nic kupic. Nic mnie tak nie zniechceca do ewentualnych zakupow jak bycie nachalnym. Zreszta kilkulatki nie powinny zajmowac sie handlem, choc w Kambodzy to moze byc jedna z latwiejszych drog do ustawienia sobie zycia.


 

Zaczepiali nas tez inni ludzie, zaczynalo sie od czesc i skad jestes, potem, ze idz tymi schodami na gore, zeby zobaczyc widoczek, a potem dawaj kase bialasie na szkolnictwo w Kambodzy, bo tu bieda jest. Ilosc osob, ktora w najrozniejszejsze sposoby probuje wymusic pieniadze od turystow przytloczyla mnie juz na samym poczatku. Nawet jakis zablakany kundel przylazl do mnie i patrzyl z wyrzutem, jak jadlam ciasteczka. Jedynymi sympatycznymi istotami byly malpy, ktore sa tam bardzo oswojone, zyja z ludzmi na co dzien, nie sa specjalnie towarzyskie, ale nie sa agresywne - chyba, ze je rozdraznisz. Takie osiedlowe ziomki.



Ochrona rowniez wyprowadzila nas z rownowagi. Jezdzilam sobie w bambusowym kapeluszu (czapce ryzalce), gdyz stanowi on znakomita ochrone przed sloncem (i deszczem). W okolicy swiatyni kazano mi go zdjac - spoko, wiem, przeciez nie wejde do srodka w czapce. Uslyszalam jednak, ze mam go zdjac juz teraz - taki rodzaj nakrycia glowy jest tu niedozwolony. Rozejrzalam sie - kobiety chodzily w slomianych kapeluszach, mezczyzni w czapkach z daszkiem i wszystko elegancko. Spytalam wiec po prostu "Ale dlaczego?". Odpowiedz sciela mnie z nog. "Bo jest z Wietnamu. Nie mozna tu nosic takich kapeluszy". Bomba. Spodnie sa z Turcji a bluzka z Francji, tez mam je sciagnac? Zwiedzanie Angkoru robilo sie coraz bardziej upierdliwe.




Zebralo mi sie na plucie jadem, ale napisze tez cos pozytywnego - swiatynie sa fantastyczne!  Licza sobie prawie 900 lat. Niektore z nich sa w lepszym stanie, inne sa kupa kamieni. Trwaja prace restauracyjne. Dawniej byly hinduistyczne, obecnie sa buddyjskie. Kazda swiatynia jest inna i ma cechy charakterystyczne, ale wszystkie sa z tej samej bajki - jednolity, ciemny kamien i niesamowite rzezbienia - wzory, ciala i twarze kobiet, sceny tanca, wojny oraz z zycia codziennego. Z niektorych swiatyn wyrastaja drzewa, inne sa w lesie. Nie brakuje tez zbiornikow wodnych, w ktorych rosna drzewa. Turysci skupiaja sie glownie na tzw. malym szlaku, czyli 17-kilometrowej trasie zahaczajacej o najwazniejsze swiatynie. Duzy szlak (25 km) jest zdecydowanie rzadzej uczeszczany, a juz tam mozna odkryc miejsca, gdzie nie ma zadnych turystow - choc to wcale nie jest tak przyjemne doswiadczenie, jak sie zapowiada, bo jestes jedynym celem zmasowanego ataku sprzedawcow pamiatek i napojow.




Reasumujac, zwiedzanie Ankoru jest doswiadczeniem trudnym i kosztownym. Stare swiatynie zachwycaja, najbardziej podobal mi sie slynny Bayon ozdobiony wielkimi rzezbionymi twarzami kobiet. Doglebne poznanie kompleksu w jeden dzien nie jest mozliwe - nawet, jesli uprzemy sie na bardzo intensywne zwiedzanie, to przyswajanie kolejnych detali stanie sie po kilku godzinach tak meczace, ze przestanie zachwycac. Prawdopodobnie milo byloby poswiecic 3 dni na zwiedzanie, ale ceny i atmosfera skutecznie nas zniechecily. Czy bylo warto? Podobalo mi sie, ale uwazam, ze jesli ktos nie jest niezwykle zainteresowany historia Angkor, to moze smialo odpuscic zwiedzanie i obejrzec zdjecia w internecie. Zaoszczedzi to sporo nerwow i sporo pieniedzy. Zobaczylam swiatynie i wiecej tam nie wroce. Niestety.




Z Siem Reap planowalismy przedostawac sie juz do Tajlandii - poczatkowo chcielismy zmierzac do Laosu, ale ponoc nie da sie uzyskac wizy na granicy przyjezdzajac z Kambodzy. Pojechalismy jeszcze zwiedzic miasto Battambang i jego obiecujaco zapowiadajace sie okolice. Zostalismy tam o wiele dluzej, niz planowalismy, a na dodatek podjelismy ekscytujaca decyzje dotyczaca dalszych losow naszej podrozy. Szczegoly w kolejnym wpisie. Yaaay.

środa, 25 października 2017

Trip raport XXIII - Kambodza cz. 2


Kep okazal sie mala, senna miejscowoscia. Okolica nie przyciagala wielkich ilosci imprezowych backpackersow, bo o nocne zycie w Kepie jest ciezko. O jakiekolwiek zycie towarzyskie jest ciezko. Jest kilka knajpek kolo plazy, ktore serwuja lane piwo za $0.50, na tym atrakcje miejskie sie koncza. My trafilismy do przeslodkiego hostelu nad oceanem. Pietrowy domek zbudowany z drewna, knajpa, wielki taras, hamaki, palmy, wiatraki i moskitiery w oknach zamiast szyb. Swietny klimat, wysoki komfort i wieczorne ploty przy piwie z innymi podroznikami. Do Kepa (nie wiem, czy polskie odmienianie tej nazwy jest na miejscu, ale podoba mi sie) przyjechalismy jednak po to, by oprocz relaksu zobaczyc lokalny park narodowy i pozwiedzac okolice. Nie zawiedlismy sie.

Park narodowy kolo Kepa to dzunglowa gora. U podnoza znalezlismy swiatynie, gdzie zostalismy oprowadzeni przez pracujacego tam mezczyzne. Niestety nie rozumielismy nic z jego wypowiedzi (oprocz slowa 'kayak' - kolo swiatyni faktycznie byl kosmicznie dlugi kajak), ale zostalismy wpuszczeni do srodka. W wielu miejscach w Kambodzy drzwi swiatyn sa zamkniete, co nas zdziwilo. Wnetrze bylo bardzo kolorowe, piekne malowidla obrazowaly cale zycie Buddy. Mezczyzna na koniec chwycil ku uciesze Siwego za jeden z kolorowych bebenkow stojacych na podworku. Skonczylo sie na swiatynnej jam session - nawet ja dostalam talerze i nikt nie chcial sluchac moich wymowek. Panowie sobie wesolo bebnili, a ja przyklaskiwalam talerzami do rytmu (oby) z lekka konsternacja patrzac na tlum kobiet i dzieci, ktore pojawily sie znikad i zaczely na nas patrzec jak na wystep cyrkowy. Po tym duchowym przezyciu udalismy sie na spacer po dzungli - zobaczyc motyli ogrod i widok ze szczytu gory.



Wycieczka do lasu w tej strefie klimatycznej to cos niezapomnianego. Zamiast sosen i brzoz rosna tu figowce, bananowce i mnostwo ogromnych, poplatanych drzew, ktorych nie umiem nazwac. Liscie sa duze, blyszczace i soczyscie zielone, pnie grube i potezne, czesto porosniete innymi roslinami. Wszystko tetni zyciem. Widzielismy insekty wszelkiej masci, od malenkich gasieniczek szyjacych kokon z liscia (!) i pieknych, barwnych motyli, przez stada agresywnych mrowek po ogromne, szafirowe zuki i dziwne swietliki. Byly pajaki, zaby, jaszczurki, nietoperze, roznorodne ptaki i... No wlasnie. W dzungli jest dosc glosno, ale w pewnym momencie zaczelo mi sie wydawac, ze slysze cos, co nie jest ptakiem, ale jest duze. Jak wreszcie zobaczylam skaczaca po drzewie malpe, to zlapalam sie za glowe. Spadlabym ze stolka, gdybym na nim siedziala. Zrobilo sie naprawde egzotycznie.



W parku narodowym znajduje sie Butterfly Garden. Jest to duza altana oddzielona siatka od swiata zewnetrznego. Zyja tam motyle - te same gatumki, ktore wszedzie dookola, ale tam mozna sie im bylo lepiej przyjrzec. Przepiekne, duze, kolorowe, opalizujace owady... Bardzo mi sie podobalo i mam nadzieje, ze motyle warunki zycia nie ulegaja pogorszeniu po ograniczeniu terytorium.




Nastepnie dotarlismy na szczyt gory i napawalismy sie widokiem na okolice i ocean, zobaczylismy cudny zachod slonca i szybciutko po ciemku wydostawalismy sie z puszczy. Spotkalismy kilkanascie malp, ktore obserwowaly nas z zainteresowaniem.






Kep slynie z niebieskiego kraba. Gatunek bardzo licznie wystepuje w okolicy tej malej miesciny, doczekal sie nawet pomnika. Sprobowalismy tego delikatesu. Pani wyjmuje ze zbiornika z woda zywe kraby i niesie je do kuchni. Smaczne, delikatne, biale jak snieg mieso, konsystencja pomiedzy ryba a kurczakiem. Kraba przyrzadza sie tradycyjnie w mlodym pieprzu pochodzacym z niedalekiej prowincji Kampot - ponoc jest to najlepszy pieprz na swiecie. Danie bylo przepyszne, ale skusilismy sie na nie tylko raz. Luksusowe zarcie ma luksusowe ceny, poza tym obieranie kraba to meczarnia dla takich noobow jak my.




Wypozyczylismy jednego dnia skuter, by pozwiedzac okolice. Krajobrazy w Kambodzy sa przepiekne. Wszystko jest niesamowicie zielone - uprawy ryzu, pieprzu, trzciny cukrowej... Do tego wszystkiego drzewa mango i palmy kokosowe. Ludzie mieszkaja na dwoch kondygnacjach. Dom znajduje sie na pierwszym pietrze, jest wsparty na kolumnach i na pomieszczeniach gospodarczych, a na parterze (pod domem) jest strefa relaksu ze stolem, grillem i hamakami. Kazdy cos sprzedaje - swiezo wyciskany sok z trzciny, kokosy albo podejrzana, zielona benzyne. Wycieczka po wsi byla bardzo uspokajajaca.



Odwiedzilismy rowniez kilka jaskin. Tu pojawila sie kolejna kwestia, ktora doprowadzala mnie w Kambodzy do szalu. Idziesz sobie w kierunku jaskini, nagle pojawia sie gruby dziesieciolatek pytajacy, czy potrzebujesz przewodnika. Grzecznie odmawiasz. Dzieciak mowi "let's go!". Ty zatrzymujesz sie jednak, bo chcesz z bliska przyjrzec sie piecioglowej kobrze zdobiacej balustrade schodow. Dzieciak zaczyna cie poganiac prowadzac do glownej atrakcji. Powtarzasz, ze nie potrzebujesz przewodnika (zwlaszcza takiego, ktory nic ci nie opowie, bo po angielsku potrafi powiedziec tylko "hello", "let's go" i "one dollar"). Ziomek odpuszcza dopiero, gdy piec razy specjalnie pojdziesz w inna strone, niz on by chcial. Dostawalam wscieklizny. Wiem, ze jestesmy w biednym panstwie, gdzie kazdy chce zarobic, ale nie bede placic dziecku, ktore powinno siedziec w szkole, zwlaszcza, ze jedyne, co ma mi do zaoferowania to popedzanie mnie. Nie znosze natarczywosci, poza tym zaplacenie gowniarzowi tylko zacheca go do olania szkoly i robienia biznesu na bialasach od najmlodszych lat.



Po paru spokojnych, milych dniach w Kepie udalismy sie do Stegny Kambodzy, czyli do Sihanoukville, z ktorego poplynelismy na wyspe Koh Rong Samloem. Wyspa to kolejna porosnieta dzungla gora, tym razem 30 km od ladu. Obawialismy sie tlumow spalonych sloncem turystow oraz pijanych backpackersow, ale zostalismy pozytywnie zaskoczeni. Dalej trwala pora deszczowa, choc pogoda byla bardzo laskawa. Slonce smazylo nawet przez chmury - zalecana wysoka ostroznosc. Wyspiarskie dormitoria i bungalowy nie byly wypelnione nawet w polowie, co pozwolilo na nielimitowane cieszenie sie pustymi plazami, bialym piaskiem i czysta woda oraz granie w karty w plazowych barach. Na wyspie prad jest z generatorow, nie ma ulic, zadnych pojazdow. W najszerszym punkcie wyspa mierzy raptem 8 km, ale nie da sie swobodnie poruszac po zalesionych pagorkach. Mieszkalismy w tanim hostelu w srodku dzungli. Prowizoryczny barak ze sklejki, bez izolacji od natury poza moskitiera otaczajaca szczelnie lozko. Generator dzialal od 17 do ok. 2 w nocy, wtedy byl czas na ladowanie urzadzen i cieszenie sie wiatrakiem. Fantastyczne miejsce, bar i camping w srodku lasu. Wlasciciel opowiadal, ze kiedys widzial dwumetrowa kobre (ktore zazwyczaj uciekaja przed ludzmi, sa bardzo plochliwe), a malpy to standard, czasem bawia sie z jego psem. Ja mialam blizsze spotkanie z duzym pajakiem, ktory przebiegl mi po nodze, jak tylko otworzylam drzwi - tak, wbiegl nam do pokoju, schowal sie i sluch o nim zaginal.




Wyspa Koh Rong Samloem ma kilka plaz, sposrod ktorych trzy sa polaczone sciezkiami wycietymi w dzungli. Znow nie moglam sie nacieszyc spacerami. Patrzylam na wszystkie niesamowite rosliny i sluchalam dracych jape ptakow i malp.




Glowna plaza wyspy to miejsce, do ktorego przyplyniemy z ladu. Znajdziemy tam mnostwo bungalowow do wynajecia oraz knajp (nie zamawiajcie kurczaka, moze byc nieswiezy. chyba, ze lubicie miec wszystkie wnetrznosci wykrecone na lewa strone i pare godzin spedzonych glownie w campingowym kiblu, ja nie polecam). Plaza byla urocza, gdyz sezon sie nie zaczal i wiekszosc lokali wiala pustka. Polecam jednak przespacerowac sie na Lazy Beach, zwlaszcza, zeby podziwiac zachod slonca i tysiace krabow kopiacych norki w piasku.




Pobyt na wyspie byl slodki i leniwy, choc nie wyobrazam sobie mieszkania tam, w przeciwienstwie do wielu Europejczykow i Amerykanow zaczepiajacych sie tam na kilka miesiecy albo otwierajacych wlasne knajpy. Poplynelismy do brzydkiego Sihanoukville, a stamtad zmierzalismy do Siem Reap, aby zobaczyc najwiekszy kompleks swiatynny na swiecie.
Blog Widget by LinkWithin