poniedziałek, 16 października 2017

Trip raport XXI - Wietnam cz. 3


Podróż z Dong Hoi do Da Nang pociagiem przebiegla spokojnie i zgodnie z obietnicami internetowych recenzentow dostarczyla niezwyklych wrazen wizualnych. Za miastem Hue tory prowadza wzdluz wybrzeza, klifem - widok na morze, plaze i roslinnosc jest nieziemski.




Z nieciekawego Da Nang udalismy sie prosto do Hoi An. W autobusie naciagano nas na kase, o czym pisalam tu, rozwodzac sie nad oszustwami w Wietnamie. Mimo wszystko dotarlismy szczesliwie i zaczelismy spacer po miescie lampionow.

Hoi An to ponoc niedoceniana perla Wietnamu. Coz, miejsce nie wygladalo na szczegolnie „niedocenione” - wszedzie byly tlumy bialasow, a straganowe baby probowaly zmusic nas do zakupow z jeszcze wiekszym zapalem, niz gdziekolwiek wczesniej. Stare miasto jest przeurocze. Waskie uliczki, mnostwo zieleni i rozciagajace sie nad glowami przechodniow sznury pelne lampionow. Wszedzie pelno eleganckich kawiarenek i slodziutkich sklepikow. No przeslicznie, ale czy autentycznie?




Przez Hoi An przeplywa gigantyczna rzeka, a miasto jest czesciowo usytuowane na wyspach. Jedna z nich, polaczona ze starowka mostem tetni (nocnym) zyciem i oferuje wszelkie atrakcje dla turystow. My mieszkalismy na niedalkiej Cam Nam, na ktorej nie dzieje sie absolutnie nic i to wlasnie bylo piekne. Spacerowalismy kretymi uliczkami i podziwialismy wietnamska flore.








W Hoi An trafimy na mnostwo miejsc, gdzie mozna wypic dobra kawe i skosztowac owocow morza, pelno jest straganow z wszelkiej masci pamiatkami oraz... krawcow. Usluga ta jest bardzo popularna i kazdy, kto moze sobie na to pozwolic, ma szyty na miare garnitur lub sukienke. Do krawcow czesto tez chodza turysci - kto wzgardzilby pasujacym jak ulal garniakiem za $100?

Hoi An to urocze miasteczko, w ktorym przyjemnie sie zgubic - najlepiej oczywiscie poza centrum. My trafilismy na przyklad do swiatyni, w ktorej sympatyczny mnich wyszedl z inicjatywa, oprowadzil nas, zrobil nam zdjecie i pokazal, jak tradycyjnie zapalic kadzidla. Odwiedzilismy tez pole ryzowe w srodku miasta. Wizyta w Hoi An to bardzo klimatyczne doswiadczenie, glownie dzieki wszechobecnym lampionom i kadzidlom. Na dluzsza mete dostalabym tam jednak prawdopodobnie szalu. 






Chcielismy sie udac do mniej turystycznego miejsca, trzeba sie wiec bylo oddalic od wybrzeza. Marzyly nam sie gory i wodospady. Pojechalismy do Da Lat, z krotkim przystankiem w Da Nang. Tam wlasnie odwiedzilismy niezwykla swiatynie Chua Bo De, przed ktora stoi ogromna, pietrowa pagoda i gigantyczna Lady Buddha. Mijal setny dzien naszej podrozy. 



Da Lat to senne miasteczko polozone na wzgorzach. Francuscy kolonialisci przyjezdzali tam licznie uciekajac przed wietnamskimi upalami. Podczas naszej wizyty temperatury siegaly 20 stopni oraz sporo padalo - wialo Paryzem. Znalezlismy nawet lokalny Moulin Rouge.

Podczas trzydniowego pobytu udalo nam sie zwiedzic miasteczko dosc dokladnie. Podobal mi sie jego klimat - malownicze jezioro, ogrody botaniczne, strome uliczki. Czasem mielismy jednak problem ze znalezieniem czegos jadalnego... Wietnam slynie z kawy i kawiarenek wszelkiej masci bylo pelno - zarowno malych, brudnych i tanich, serwujacych przepyszna, lekko gesta kawe o bogatych aromatach za grosze, jak i tych aspirujacych do zachodnich standardow - wystroj wnetrz trying hard oraz wloski styl kawy. Kazdy znajdzie cos dla siebie.





Niezwykla atrakcja Da Lat jest Crazy House. Budynek (?) (kompleks?) ten zostal zaprojektowany przez miejscowa crazy pania architekt inspirowana lasem, pniami drzew, zwierzetami oraz tworczoscia Gaudiego i Dalego. Dom sklada sie z kilku budynkow przypominajacych pnie drzew. Plynne formy, brak katow prostych, „drzewne” motywy wykonane z gipsu - tak wita nas Crazy House. Miedzy poszczegolnymi czesciami domu chodzi sie waskimi sciezkami i schodkami. Teren nie jest duzy, ale latwo sie tam zgubic. Mozna tu nawet wynajac pokoj. Zwiedzanie robi wrazenie, choc raczej nie chcialabym tam zostac na dluzej. Z dachu (?) rozciaga sie piekna panorama na miasteczko i okoliczne wzgorza. Niektore czesci domu nie zostaly ukonczone. Wlascicielka nadal tam mieszka. Crazy House znalazl sie na liscie 10 najdziwniejszych budynkow na swiecie.





Podroznicy, rowniez autostopowicze, czesto zachwycaja sie odkrywaniem Wietnamu na skuterze. Tanio, przygodowo i niezaleznie. My rowniez zdecydowalismy sie na wypozyczenie motobajk, bo chcielismy zobaczyc kilka wodospadow oddalonych od miasta. Bylo super - swiadomosc, ze mozesz pojechac tam, gdzie chcesz jest bezcenna. Siwy kiedys robil prawo jazdy kategorii A, wiec prowadzenie skuterka przyszlo mu z latwoscia. Ja tez chcialam sprobowac. Po trzech nieudanych probach ruszenia (boooze, przewracam sie jak tylko zabiore stopy z ziemi, ratunku aaaaa) udalo mi sie przejechac 100 m w linii prostej i zawrocic. Wystarczy wrazen na pierwszy raz.


Pojechalismy zobaczyc wodospad Bao Dai, oddalony o ok. 60 km od Da Lat. W okolicy nie bylo prawie nikogo - w altance nieopodal odbywala sie jakas impreza, ale nikt nie schodzil nad wode. Moglismy spokojnie napawac sie niezwyklym widokiem i szumem wodospadu. Gdy wspielismy sie na gore, jeden z uczestnikow altankowej balangi wyszedl nam na powitanie niosac kielon... i nagle porwal nas melanz. Garstka osob niespodziewanie wciagnela nas na impreze - ludzie bawili sie przy glosnej muzyce, tanczyli, spiewali (mieli nawet zestaw do karaoke), jedli rozne pysznosci no i oczywiscie loili niemilosiernie ryzowa wodke. Kilka par rak zaczelo nas jednoczesnie sadzac, porywac do tanca, obracac do zdjec, karmic i poic. W moich dloniach nie wiedziec kiedy znalazla sie miseczka pelna roznych smakolykow. Oczywiscie poprzestalismy na mikroilosci alkoholu ze wzgledu na skuter. Posiedzielismy chwile z rozentuzjazmowanymi Wietnamczykami i ruszylismy dalej.



Zwiedzilismy jeszcze okolice wodospadu Prenn, ktory bardzo nas rozczarowal. Nie byl tak piekny i okazaly jak Bao Dai, ale mial swoj urok i nie to bylo problemem. Negatywnie zaskoczyla mnie cala oprawa - sciezki, schodki, mostki, miliony straganow, slonie-niewolnicy (poplakalam sie) i wszechobecna cyrylica. Wszystko bylo napisane po rosyjsku, a dookola sami Rosjanie. Ucieklismy.



Z Da Lat wybralismy sie do dawnego Sajgonu, czyli Ho Chi Minh City. Miasto obecnie liczy ok. 5 mln mieszkancow, a wyraznie planuje sie rozrastac - przedmiescia to dzungla, ktora powoli zastepowana jest kolejnymi wiezowcami. Miasto jest wielkie i nieprzyjemne - nie czulam sie tam dobrze. W Ho Chi Minh ilosc skuterow na kilometr kwadratowy osiaga apogeum. Nie da sie spokojnie przejsc przez miasto, Motocyklisci trabia, zebys im ustapil nawet, gdy idziesz chodnikiem. Centrum miasta pelne jest lokali o zachodnich standardach - wstapilismy na craftowe browary (wheat z marakuja i porter z lokalna kawa, mmm) i wydalismy na nie tyle, co w warszawskich multitapach. Fajnie bylo napic sie wysmienitego piwa po tych wszystkich sikaczach, ktore otaczaja nas od paru miesiecy, ale jednak nie o to chodzi w naszej podrozy. Nie tesknie za europejskim stylem zycia, a rzemieslniczymi piwami moge sie delektowac w Polsce. W tej samej cenie. Sajgon absolutnie mnie nie urzekl, ale kilka razy zaintrygowal - zabawnie jest ujrzec katedre i dworzec zywcem wyciagniete z Francji, otoczone palmami kokosowymi i goracym, dusznym powietrzem.






Z Ho Chi Minh udalismy sie prosto do Kambodzy, zastanawiajac sie, jak bardzo to panstwo bedzie roznic sie od Wietnamu.

środa, 11 października 2017

Trip raport XX - Wietnam cz. 2


Do Bai Chay, miasteczka polozonego nad zatoka Ha Long dojechalismy po poludniu. Lal deszcz. Sprawial wrazenie, jakby nigdy nie zamierzal przestac. Nie byla to wymarzona pogoda na zwiedzanie cudow natury... Ubralismy plecaki w przeciwdeszczone kondomy, sami wskoczylismy w japonki i peleryny i zaczelismy brodzic w kierunku hostelu. Kolejny dzien mial wygladac tak samo.

Ha Long Bay to chyba najbardziej znana atrakcja w Wietnamie. Jest to niezwykle malownicza zatoka, gdzie z morza wyrastaja tysiace skalistych, obrosnietych wysp. Krajobrazy sa cudowne, ale odwiedzanie Ha Long nie ma sensu bez poplyniecia lodka do zatoki i podziwiania wysp z bliska i z roznych stron. Setki agencji turystycznych w Wietnamie organizuja wycieczki do zatoki. Programy rozne, jedno- lub nawet trzydniowe ze spaniem na jachcie, zarciem, zwiedzaniem jaskin... Brzmi troche spoko, a troche dziadosko, w kazdym razie cena wycieczki (program bieda za $25 za osobe, cos godnego uwagi za $60 i wiele wiecej) stanowila budzet dla nas obojga na co najmniej pare dni. Na domiar zlego slyszelismy mnostwo zlych opinii, wycieczki nie spelnialy oczekiwan i czesto cos sie nie zgadzalo z programem... Omijanie atrakcji lub bycie zakotwiczonym na lodce ze zgraja emerytow (w srodku zatoki z setkami innych jachtow dookola) przez kilka godzin. Cruisery wiec odpadaly... Zaczelam przekopywac internet w poszukiwaniu cebulackich opcji. Z pomoca przyszedl mi blog Rostkow, ktorzy opisali swoja tania wycieczke. Wystarczylo udac sie do malego portu kilkanascie kilometrow od miasteczka. Stamtad mozna bylo poplynac zwyklym pasazerskim promem na glowna wyspe archipelagu - Cat Ba. Cena - $3.50 za osobe, zapierajace dech w piersiach widoki, zero statkow w polu widzenia, tylko niesamowita natura. Satysfakcja gwarantowana.




Do portu dotarlismy rano na skuterze, podrzuceni przez jednego z typow, ktorzy na widok turysty pytaja "motobajk?" i imituja ruch dodawania gazu na motorze. Autobusu niestety nie bylo. W porcie bylismy przed 9, wtedy mial odplywac prom. Okazalo sie jedna niestety. ze sezon zimowy nastapil w Ha Long wczesniej, niz sugerowal internet - z poczatkiem wrzesnia, a nie z koncem. Najblizszy prom dopiero o 11:30... Ostatni powrotny o 16, a plynie sie godzine, co oznacza maksymalnie 2.5 godziny na wyspie. Zdecydowalismy sie plynac. W koncu chodzilo glownie o rejs. Mglisty i wietrzny ranek robil sie coraz bardziej przyjemny. Po wczorajszych ulewach nie bylo nawet sladu.

Godzinny rejs z portu Tuan Chau do polnocnego brzegu wyspy Cat Ba byl fantastyczny. Wysokie, oble skaly pietrzyly sie dookola, kazda z nich dzika i pelna roslinnosci rosnacej na cieniutkiej warstwie gleby pokrywajacej gory.

Po dotarciu na wyspe wszyscy wsiedli do autobusu i taksowek jadacych na drugi koniec wyspy, do miasteczka o tej samej nazwie - Cat Ba. Kierowcy oczywiscie bardzo namolnie nas zachecali do wsiadania, ale odpuscilismy. Miasteczko jest ponoc turystycznym portem, gdzie przyplywaja wszyscy pasazerowie statkow wycieczkowych... Nie mielismy duzo czasu do ostatniego promu, postanowilismy wiec sie nie oddalac i nie marnowac czasu na dojazd do oddalonego o 25 km miasteczka. Zdecydowalismy sie po prostu polazic po opustoszalej okolicy portu. Decyzja okazala sie byc doskonala.

Szlismy droga prowadzaca wzdluz morza i podziwialismy duze, kolorowe motyle spijajace nektar z kwiatow. Nie moglismy sie napatrzec na roznorodne, egzotyczne drzewa. Odeszlismy zaledwie kilkaset metrow od portu, a juz wiedzielismy, ze warto bylo tu zostac. Nagle zobaczylismy drabine prowadzaca na jedno ze wzgorz. Stroma, waska, dluga drabine. Ekscytacja i chec zobaczenia zatoki z gory wygraly ze strachem. Krecil sie tam jakis straznik. Pozwolil nam po prostu wspiac sie po drabinie.

Wyprawa byla meczaca i wymagala ciaglej koncentracji, ale udalo nam sie osiagnac szczyt bez zadnych przygod (poza zobaczeniem weza na samym dole). Dotarlismy. Widok byl obledny.






Po zejsciu na ziemie (ktore oczywiscie bylo wyzwaniem) udalismy sie na dalszy spacer. Wypatrzylismy dlugi, drewniany pomost prowadzacy przez zatoczke do malej pagody przytulonej do skal. Przespacerowalismy sie, w dalszym ciagu podziwiajac widoki i obejrzelismy malenka swiatynie. Wyszlo slonce.





Wracajac ogladalismy wyspy w jeszcze piekniejszej odslonie - skapane w blasku popoludniowego slonca. Bylismy z siebie bardzo dumni, zobaczylismy to, co chcielismy, a nawet duzo wiecej. Zorganizowana wycieczka nie zapewnilaby nam takich atrakcji, a odchudzilaby nasze portfele. Stanowczo polecam ten sposob zwiedzania zatoki Ha Long.




Z Bai Chay zmierzalismy do Dong Hoi, miasteczka ulokowanego na wybrzezu, w poblizu interesujacego parku narodowego. Wybralismy sie tam nocnym autobusem. To byla nasza glowna forma transportu po Wietnamie. Niska cena (zwlaszcza, ze nocna podroz uwalnia od problemu szukania noclegu - swoja droga namiot w porze deszczowej to sliska sprawa), calkiem wygodne kuszetki, wifi, wzgledna gwarancja dotarcia na miejsce... To wszystko oferowal nam autobus. Dystanse w Wietnamie sa duze, a bariera jezykowa dosc uporczywa, mniej jednak, niz brak zrozumienia idei autostopu. Po paru miesiacach stopowania bylismy tym troche zmeczeni. W Wietnamie odpoczywalismy.

Okazalo sie jednak, ze nasz autobus jechal az do Da Nang i tam wlasnie docieral o poranku, co oznaczalo, ze o nasz cel ocieral sie o 2 nad ranem. Wyladowalismy w srodku niewielkiego miasteczka po nocy, majac nadzieje na zrealizowanie 3 punktow: znalezienie czegos do jedzenia, kupienie browarow i zobaczenie wschodu slonca na plazy. Na poczatku brzmialo skomplikowanie, ale wszystko poszlo zaskakujaco latwo. Znalezlismy uliczke z otwartymi knajpkami i o 3 nad ranem zjedlismy z lokalsami zupe pho. W barze zaopatrzylismy sie tez w zimniutkie browarki i udalismy sie na pobliska plaze. Ksiezyc w niezwyklym ksztalcie wlasnie wstawal i uciekal przed Wenus - planete zidentyfikowalismy pozniej na podstawie map nieba. Niedlugo pozniej zaczelo sie rozjasniac i doswiadczylismy fenomenalnego wschodu slonca na wietnamskiej plazy. Byla 5:45, a nad morzem bylo oprocz nas sporo ludzi, ktorzy przyszli sie wykapac o swicie. Wstalo slonce. Ludzie poszli. Zrobilo sie goraco.





Znaczaca czesc naszego pobytu przesiedzielismy wlasnie na tej plazy (w okolicach zachodu, na sloncu splonelibysmy jak skwarki). Plaza byla piekna i piaszczysta, woda ciepla i przejrzysta, na piasku lezalo mnostwo muszelek. Miasteczko Dong Hoi nie jest miejscem ani turystycznym, ani interesujacym. Najbardziej emocjonujacym doswiadczeniem byla przejazdzka na darmowych hostelowych rowerach. Uczestniczenie w ruchu ulicznym w Wietnamie na pojezdzie jednosladowym pozbawionym silnika to hardkor. Bylo wesolo. W Dong Hoi jedlismy mnostwo pysznosci (ktore w sumie ciezko mi opisac) i pilismy soki z owocow. Wszystko jest swieze i pelne smaku, kazde danie zachwycalo. Wietnam rozpieszcza podniebienia. 



Pojechalismy rowniez na wycieczke do parku narodowego. Nie odwiedzalismy jaskin, ale przeszlismy sie po lakach i wzdluz rzeki i podziwialismy niezwykle krajobrazy.



Z Dong Hoi skierowalismy sie do Hoi An. Zdecydowalismy sie kupic tanie bilety na pociag - podroz ta miala dostarczyc niezwyklych wrazen i pieknych widokow. Nie moglismy sie juz doczekac.
Blog Widget by LinkWithin