sobota, 25 listopada 2017

Trip raport XXVI - Tajlandia


Tajlandia to ogromny i piekny kraj, ktorego odwiedzenie bylo od dawna moim marzeniem. Spedzilismy tam zaledwie dwa tygodnie i nawet nie probowalismy zwiedzic wielu roznych miejsc. Wiedzielismy, ze wrocimy tu jeszcze na dluzej, a tym razem myslami bylismy juz w Wietnamie... Tajlandia byla ostatnim punktem podrozy przed osiedleniem sie na pare miesiecy w okolicach Hanoi.



Przygode zaczelismy od odwiedzenia wyspy Ko Chang, ktora jest polozona niedaleko Kambodzy. Od czasow Malty mam slabosc do wysp, wiec bardzo cieszylam sie ocenaem, ktorego nie bede widziala przez dlugi czas. Znalezlismy bardzo tania miejscowke do spania w okolicach Lonely Beach. Mielismy do dyspozycji maly zgnily bungalow, ktory w cztery dni sprawil, ze moja piekna czapka ryzalka pokryla sie szara plesnia (udalo mi sie ja na szczescie bezpowrotnie usunac - plesn, nie czapke). Na co dzien cieszylismy sie plaza, krewetkowym pad thai oraz tropikalnym deszczem, ktory czasem krzyzowal nam znienacka plany. Za sasiadow mielismy malpy. Malpy wygladaly identycznie, jak te w Kambodzy, wiec spodziewalam sie samych pozytywnych wrazen - patrzenia na te zabawne zwiarzatka i cieszenia sie tym, ze maja ciebie i innych w dupie. Nic bardziej mylnego. Malpy na tajskiej Ko Chang to mafia. O swicie wdzieraly sie przez recepcje w okolice domkow, wyrzucaly wszystko z koszy na smieci, zrzucaly pranie, niemilosiernie halasowaly i kradly to, co im tylko w lapska wpadlo. Raz niemadrze postanowilam skonsumowac salatke owocowa na progu bungalowu. Znikad pojawil sie chciwy malpiszon i nie zostawil mi wiele czasu na decyzje. Zdazylam zwiac, ale lekka trauma pozostala. Chamskie malpy.




Lonely Beach, czyli Samotna Plaza faktycznie jest dosc samotna. Pora deszczowa, ktora w Wietnamie i Kambodzy byla dla nas raczej laskawa, tutaj probowala uprzykrzyc nam zycie co najmniej dwa razy dziennie. Ludzie chowali sie w domkach, a my zabieralismy ze soba plaszcze przeciwdeszczowe i korzystalismy z okazji, by bezmyslnie gapic sie na ocean, plywac, podziwiac oniemiajace zachody slonca i ogladac w plazowym barze transmisje z pogrzebu krola.




Przeszlismy sie rowniez w poszukiwaniu odludnych miejscowek i nie bylismy zawiedzeni. Dwudziestominutowy spacer doprowadzil nas do plazy, ktorej tak naprawde nalezal sie zaszczytny tytul Lonely Beach - spedzilismy tam pol dnia i nie spotkalismy absolutnie nikogo, nie liczac kilku krabow i ogromnego zuka. Plaza byla pelna cudownych skarbow i przez kilka godzin bawilam sie jak mala Sabinka z przeszlosci - zbieralam z piasku niesamowite okazy muszelek i kawalkow koralowca. Zebralam rowniez sporo smieci i usunelam je z tego pieknego miejsca. Bailan Beach to malownicza plaza, ktora przy odrobinie szczescia mozna miec na wylacznosc.




Po kilku dobach ostatecznego wyspiarskiego relaksu udalismy sie do Bangkoku, z ktorego wkrotce wylatywalismy do Wietnamu. Miasto poczatkowo przytloczylo mnie swoim rozmiarem, lecz usmiechy na twarzach Tajow, kolorowe stragany, zasiedlone przez legwany parki, piekne swiatynie oraz odpicowane tuk tuki szybko mnie do siebie przekonaly. W przeciwienstwie do Sajgonu Bangkok mnie ujal - stolica Tajlandii jest niezwykle interesujaca, a na dodatek da sie tamtedy poruszac piechota bez ryzyka bycia rozjechanym przez skuter na chodniku.






Wlasnie w Bangkoku bylismy w miejscu, ktore zajelo zaszczytne miejsce w moim subiektywnym top 3 najpiekniejszych swiatyn odwiedzonych podczas tej podrozy. Mowa o Wat Arun, czyli Swiatyni Switu. Nazwana na czesc hinduistycznego boga Aruna, biala jak snieg konstrukcja udekorowana jest kolorowymi rzezbami, kawalkami babcinej porcelany i muszelkami. Gacie spadly z wrazenia.








Kazdemu, kto lubi zakupy (lub wydaje mu sie, ze nie lubi) polecam bazar Chatuchak Market. Jest to magiczne miejsce, w ktorym da sie zrealizowac wszystkie ciuchowe, kosmetyczne i spozywcze marzenia (mowa o bazarowych knajpkach, nie ma tam wielu straganow z zarciem). Znajdziemy tam ubrania i buty wszelkiej masci, od zwiewnych tajskich koszul i spodni w slonie, przez wszelakie t-shirty, bandamy, sandaly, sukienki i szorty, az po pelen kowbojski lub wojskowy rynsztunek. Upolowalam sporo ciuchow w bardzo przystepnych cenach oraz organiczny olej kokosowy i arganowy. Miejsce tetni zyciem i kolorami, a na dodatek jest tak olbrzymie, ze na zwiedzanie i zakupy dobrze jest poswiecic nawet dwa dni. Warto jednak wiedziec, ze bazar otwarty jest tylko w weekendy,  nie byc nami i nie pojechac tam w czwartek - chyba, ze chce sie kupic kaktusa, palme albo nasiona lotosu.





Listopad 2017 to moment, gdy zobaczyc mozna Krolewskie Krematorium. Krol Tajlandii Bhumibol Adulyadej zmarl w pazdzierniku 2016 po 70 latach panowania. Zaloba trwala rok, az do kremacji, ktora miala miejsce 26 pazdziernika tego roku. Wybudowano przepiekne krematorium, ktore zostanie wkrotce rozebrane. Wizyta jest bezplatna. Kazdy odwiedzajacy dostaje butelke wody i paczuszke ryzu. Zwiedzanie trwa godzine - do obejrzenia jest kilka wystaw dotyczacych budowy krematorium i zycia krola. Jednoczesnie zwiedzac moze 5 tysiecy osob. Odwiedzajacy czekaja na swoja kolej na krzeselkach pod zaopatrzonym w wiatraki namiotem. My siedzielismy tam niecale pol godziny, po czym poszlismy podziwiac krematorium, ktore zrobilo na mnie ogromne wrazenie. Zlota konstrukcja udekorowana jest postaciami bogow i zwierzat.






Khao San Road, czyli znane na calym swiecie imprezowe centrum Bangkoku bylo dla mnie wielkim rozczarowaniem. Udalismy sie tam na melanz halloweenowy razem z ekipa z hostelu. Byla to pierwsza "normalna noc" po rocznej zalobie - spodziewalismy sie wiec urywajacej dupy imprezy. Chyba robie sie na to za stara, bo zadna z atrakcji Khao San Road mnie nie skusila - ani niezwykle glosna, monotonna "muzyka" typu DUP DUP DUP dobiegajaca z kazdego baru i klubu, ani oferty salonow "masazu" ani kierowcy tuk tukow wabiacy napalonych samcow do dzielnicy, gdzie mozna zobaczyc ping pong show, if you know what I mean. Tlum w barach i na calej powierzchni ulicy byl tak nieznosny, ze ucieklam i nie wracam. Nope.






Odbylismy pare dlugich spacerow po Bangkoku, odkrywajac bogate dzielnice skladajace sie tylko z pieciogwiazdkowych hoteli i luksusowych galerii handlowych (w jednej z nich sikalam w najbardziej bogackim kiblu, jaki w zyciu widzialam), kolorowe China Town pelne kitajskiego shitu oraz kilka innych swiatyn. Miasto spodobalo mi sie i wydalo sie bardzo europejskie - najbardziej od czasu podrozy przez zachodnia Rosje.






Od dwoch tygodni zyje w Wietnamie. Mieszkam na wsi, pracuje z dziecmi i ucze sie jezdzic na skuterze, wiec moje obecne zycie bardzo odbiega od wszystkich jego poprzednich wariantow... Jest super. Ahoj przygodo! Spodziewajcie sie niedlugo pierwszych relacji.

piątek, 3 listopada 2017

Trip raport XXV - Kambodza cz. 4 + BIG NEWS




Battambang to miasto, ktore bardzo przypadlo nam do gustu z jednego wzgledu - nie ma tam nic szczegolnie interesujacego, a co za tym idzie, nie ma tlumow szalonych turystow. Warto wypozyczyc rower lub skuter i przejechac sie po okolicy. Znajdziemy wzgorza, jaskinie, stare swiatynie i zobaczymy codzienne zycie w Kambodzy. My w tym spokojnym miasteczku spedzilismy az 11 dni, czego absolutnie bysmy sie nie spodziewali - nasz najdluzszy dotychczasowy przystanek to bylo 5 dni w St Petersburgu. Pobyt w Battambang byl jednak tlem dla ekscytujacych wydarzen - organizowania najblizszych szesciu miesiecy. Zupelnie niespodziewanie zdecydowalismy sie na duzy krok.

5 listopada lecimy z powrotem do Wietnamu. Bedziemy tam uczyc dzieci angielskiego przez pol roku.




Wyjezdzalismy z Polski w czerwcu z zamiarem dotarcia zima do Australii i Nowej Zelandii. Chcielismy cieszyc sie latem na antypodach. Plan (o ile moge w ogole uzyc tego slowa) okazal sie jednak daleki od idealu. Chiny opuscilismy juz w polowie wrzesnia. Chcielismy nacieszyc sie Azja poludniowo-wschodnia. Zamierzalismy zwiedzic Wietnam, Kambodze, Laos, Tajlandie, Malezje, Indonezje, moze Birme i Filipiny... Musielibysmy jednak bardzo sie spieszyc, by w styczniu byc w Australii, a przeciez nie o to chodzi, by byc caly czas w biegu i omijac wiele pieknych miejsc. Podstawowym problemem byly jednak pieniadze. Azja wbrew pozorom pozera kase jak szalona, zwlaszcza, gdy w porze deszczowej musisz sobie odpuscic namiot (a Couchsurfing dziala bardzo rzadko), rezygnujesz z marnowania calych dni lapania stopa na rzecz nocnych pociagow i lubisz odwiedzac rozmaite atrakcje oraz relaksowac sie na rajskich wyspach. Wydluzenie podrozy w celu spokojnego odwiedzenia wszystkich wymarzonych miejsc oznaczaloby zbyt szybkie bankructwo. Zaczelismy sobie mgliscie zdawac z tego sprawe, gdy pewnego dnia, scrollujac facebooka trafilam na niesamowita okazje. Ania i Andrzej to autostopowicze, ktorzy po paru miesiacach podrozowania znalezli prace w Wietnamie, odlozyli sporo pieniedzy, zdecydowali sie na powrot do Polski i szukali innej pary, ktora by ich zastapila. Po krotkim wahaniu napisalismy do nich... i pare tygodni pozniej odebralismy zaproszenie wizowe od dyrektorki wietnamskiego centrum jezykowego i ustalalismy szczegoly naszego przyjazdu. Bedziemy mieszkac na polnocy kraju, miedzy Hanoi a zatoka Ha Long. Bedziemy miec oplacone zakwaterowanie oraz pensje w wysokosci 1000$ miesiecznie. Maksymalna ilosc godzin to sto w miesiacu. Koszty zycia w Wietnamie sa bardzo niskie, wiec liczymy, ze uda nam sie zaoszczedzic tyle, ze przez kilka kolejnych miesiecy nie bedziemy musieli sie martwic pieniedzmi. Czeka nas duzo wolnego czasu, odpoczynek od ciaglego przemieszczania sie i codziennego podejmowania decyzji, mozliwosc regeneracji... Bedzie czas na porzadne blogowanie i pisanie po angielsku. Odlozymy kase, naladujemy baterie, pomieszkamy w pieknym Wietnamie, zdobedziemy nowe, fantastyczne doswiadczenia. Nazremy sie krewetek, saltki z zielonej papai, zupy pho i soczystych owocow. No i bedziemy pracowac z dziecmi. Jak wiadomo boje sie dzieci, wiec ten aspekt nieco mnie przeraza, ale musze otworzyc sie na to doswiadczenie i nie zaslynac jako nauczycielka wyrzucajaca swoich podopiecznych przez okno. Trzymam za siebie kciuki. Powinno sie udac.




Wietnamska przygoda zbliza sie wielkimi krokami, a ja jestem bardzo podekscytowana. Podjecie decyzji o osiedleniu sie na kilka miesiecy sprawila, ze postanowilismy spokojnie cieszyc sie ostatnimi tygodniami wakacji - bez cisnienia. W Battambang juz pierwszego wieczoru poszlismy na browar do knajpy, do ktorej, jak sie pozniej okazalo, przychodza wszystkie lokalne bialasy. Poznalismy amerykanskich i brytyjskich weteranow, nauczycieli angielskiego, organizatorow wycieczek rowerowych oraz francuskiego wlasciciela baru, ktory uraczyl nas lokalnym rumem. Gadalismy z nimi godzinami, dostalismy mnostwo porad dotyczacych zwiedzania okolicy, sluchalismy opowiesci o wojnie oraz o Stanach, Afryce i oczywiscie Azji. Wiekszosc naszych nowych znajomych byla po piecdziesiatce, do Azji przyjechali wiele lat temu i juz tam zostali. Powiedzieli, ze ten kontynent tak wlasnie dziala - przyjezdzasz... i zostajesz na dluzej. Brzmi znajomo. Zwiedzalismy Battambang, a wieczorami chodzilismy napic sie piwa z ekipa. Zawsze wiedzielismy, gdzie ich znalezc... Bylo tak, jak w dawnych czasach na osiedlu. Wiadomo, ze koledzy beda na podworku.





Niedaleko miasta znajduje sie swiatynia Phnom Banan, ktora nie jest wcale mlodsza od kompleksu Angkor. Swiatynia zbudowana jest na wzgorzu, trzeba sie do niej wdrapac po stromych schodach. Widok jest piekny, sielski... W Kambodzy nie ma wielu gor, a z okazjonalnych pagorkow rozciaga sie widok na uprawy trzciny cukrowej i ryzu, palmy kokosowe i bananowe.




Widzielismy rowniez miejsce kultu kontrastujace z Phnom Banan. Byla to otwarta zaledwie dwa miesiace wczesniej swiatynia Baha'i - religii, ktora narodzila sie w Iranie, a dzis ma kilka milionow wyznawcow na calym swiecie. Kazdy jest mile widziany w swiatyni, niezaleznie od wyznania.



Najwieksza atrakcja w prowincji Battambang jest niezwykle wzgorze Phnom Sampou, skrywajace mnostwo swiatyn i jaskin. Jest tam miedzy innymi Killing Cave, miejsce, w ktorym Czerwoni Khmerzy tracili wrogow komunizmu pod koniec lat '70. Znajduje sie tam rowniez dosc upiorny pomnik przestawiajacy rozne makabryczne tortury oraz walczace kurczaki.




W dzungli rosnacej na gorze mieszka mnostwo malp, ktore absolutnie nie przejmuja sie obecnoscia ludzi, siedzac na schodkach kapliczek i traktujac przechodniow jak atrakcje turystyczna.




U podnoza gory znajduje sie Bat Cave, jaskinia nietoperzy. Nie da sie do niej zajrzec, ale slychac ja z daleka. Zyja w niej miliony nietoperzy, ktore w dzien glosna piszcza, a o zachodzie slonca wylatuja zerowac. Jest ich tak niesamowicie duzo, ze proces opuszczania jaskini przez gigantyczne stado tych zwierzatek trwa ponad godzine.




Wycieczka rowerowa po okolicy Battambang to swietna okazja, by zobaczyc, jak wyglada zycie w wioskach nad rzeka, patrzenie na cudowna roslinnosc oraz odkrycie wielu ogromnych posagow Buddy. Nigdzie wczesniej nie widzielismy takiej ilosci kilkunastometrowych figur obrazujacych Budde. W Battambang liczy sie rozmiar.




Czas spedzony w tym miescie byl pelen relaksu, spokojnego zwiedzania oraz ustalania detali dotyczacych nadchodzacej polrocznej kariery w Wietnamie. Przed nami dwa tygodnie w Tajlandii. Odwiedzimy wyspe Ko Chang oraz Bangkok, nie spinamy sie, bo do tego kraju wrocimy na dluzej po zakonczeniu wietnamskiego epizodu. Czas cieszyc sie wakacjami przed powrotem do zarabiania i oszczedzania pieniedzy.



Blog Widget by LinkWithin