sobota, 23 grudnia 2017

Życie w Wietnamie - pierwsze wrażenia


Witam Was świątecznie. U mnie niestety w tym roku nie ma świąt, jest za to sprowadzony z Polski komputer i polskie znaki. Zapraszam na pierwszy poważny wpis z mojego nowego małego świata.

Od ponad miesiąca mieszkam w Wietnamie i nadal brzmi to dla mnie tak samo abstrakcyjnie. Zaprowadziło nas tu zmęczenie podróżą oraz potrzeba domowego relaksu i zarobienia pieniędzy. Zaczęło się od trafienia na Facebooku na pewien wpis i po kilku wiadomościach, rozmowie na skajpie i paru ustaleniach trafiliśmy do Wietnamu na dłużej.

Moje życie wygląda teraz kompletnie inaczej, niż kiedykolwiek. Nigdy się nie spodziewałam, że będę mieszkać w małej wiosce, uczyć dzieci angielskiego, a do pracy jeździć skuterem. No i przede wszystkim, że to wszystko będzie się odbywało w tak egzotycznym państwie. A jednak.
 

Okolica


Wieś. Nie wiem, ilu mieszkańców. Niewielu. Praktycznie jest to jedna ulica. Przejście przez naszą wioskę zajmuje dosłownie trzy minuty. Nie oznacza to jednak, że jestem na końcu świata i muszę podróżować, by coś kupić lub znaleźć sobie jakieś zajęcie. W naszej wioseczce jest mnóstwo sklepów, również z ciuchami i obuwiem. Jest nawet jeden specjalistyczny z mlekiem dla niemowląt. Mamy sporo restauracji/knajp, w tym naszą ulubioną, gdzie dwulitrowy dzban piwa kosztuje jakieś 4 złote a pół litra mocnego owocowego wina (które pije się szotami) to wydatek rzędu 3,50 zł. Można też oczywiście tanio i smacznie zjeść, ale o tym później. Na wiosce znajdziemy również trzy apteki, kawiarnię, sklep operatora sieci komórkowej, minimarket z tak luksusowymi produktami jak oliwa z oliwek z pierwszego tłoczenia i makaron spaghetti, garażową siłkę no i oczywiście bazar, gdzie kupimy owoce, warzywa, mięso, tofu, pieczywo, bananowe racuchy i smażony lub gotowany ryż jako przekąskę.

Od miasta dzieli nas 9 kilometrów, dystans ten pokonuje się autobusem lub skuterem w 15 minut. Pracuję w przedszkolu w mieście, na co dzień więc tam jeżdżę. W mieście są kina, knajpy, kawiarnie, parki, normalne siłownie i wszystkie miejskie atrakcje. Okolica ta, mimo, że położona między słynną zatoką Ha Long a stolicą Wietnamu, czyli Hanoi, zdecydowanie nie jest celem turystów. Jesteśmy jedynymi białasami u nas na wsi, w mieście jest jeszcze kilkunastu nauczycieli z różnych krajów. Bywa jednak, że tygodniami nie widzę białego człowieka, nie licząc oczywiście Siwego.


Praca


Stało się. Bina, która przez całe życie uciekała przed dziećmi jak najdalej, teraz z nimi pracuje.

Byłam przerażona.

Nie miałam pojęcia, jak się za to zabrać. Co się robi z dziećmi? Jak się do nich mówi? Czy to dziecko ma 4 lata, czy 7? Dzieci, jak kiedyś pisałam, były dla mnie tajemnicą, której nie chciałam zgłębiać. Oczywiście nie puszczajcie wodzów fantazji, nie zmieniłam się i nadal wolę nie przebywać z dziećmi dłużej, niż to konieczne. Okoliczności wymagały ode mnie jednak pewnego dopasowania.

Dwie godziny spędzone z dziećmi wydawały mi się ogromnym wyzwaniem, tym bardziej, że na polu bitwy byłam sama. W wielu centrach językowych nauczyciel z zagranicy współpracuje z wietnamskim asystentem, który de facto planuje lekcję oraz, przede wszystkim, mówi po wietnamsku. Ja w prywatnym przedszkolu jestem zdana na siebie, a jedynym wyznacznikiem tego, czego mam uczyć jest program na komputerze z zestawami słownictwa (np. kolory, zwierzęta, owoce, warzywa, części ciała, rzeczy w domu, jedzenie) i tzw. flashcards, czyli zalaminowane kartki z obrazkami przedstawiającymi powyższe słówka. To tyle, radź sobie, rób co chcesz, ale dzieci mają się uczyć słownictwa. Sparaliżowało mnie. Pochodziłam jednak na początku na zajęcia z Anią, poprzednią nauczycielką. Zobaczyłam, co ona robi - miała w zanadrzu mnóstwo gier i zabaw oraz kanałów na youtubie z piosenkami i bajkami po angielsku. Dzieci w wieku 3-6 lat muszą się uczyć poprzez zabawę, nie będą (niestety) siedzieć na dupie i słuchać, co do nich mówię. Nie panuję nad nimi, ale ponoć nikomu się to nie udaje. Wymyślam jednak gry i puszczam bajki, a słówka jakoś same im wchodzą. Odkryłam, ze niepracowanie z asystentem to wygryw - nikt mnie nie kontroluje, a dzieci muszą wysilić się, by zrozumieć, co ja mówię. Nauka w centrach językowych jest frustrująca, bo widzisz, że wszystko na marne. Dzieci mają wszystko gdzieś i czekają, aż im asystent przetłumaczy na wietnamski. Moje dzieci pytają mnie, jak coś powiedzieć, żeby potem móc używać tego słowa. Młodsze kajtki dalej nie rozumieją, że ja naprawdę nie czaję, gdy oni do mnie mówią w swoim języku ojczystym. Nauczyłam się jednak rozpoznawać pytanie "czy mogę iść do toalety?", żeby móc udzielać odpowiedzi twierdzącej. Jest śmiesznie.


Skuter 


A więc kto ma najlepszy skuter w mieście? No, na pewno nie ja, ale jeździ, i to się liczy. W Wietnamie nie ma życia bez skutera. Wszędzie jest ich pełno, a chodniki służą jako parkingi dla jednośladów. W mieście zawsze jest tłoczno, ale dopiero po pewnym czasie zauważyłam coś dziwnego - mimo, że na ulicach jest straszny ruch, to nikt, ale to nikt nie porusza się na piechotę. Każdy wsiada na skuter, nawet, gdy ma iść do sklepu, który jest 100 m dalej. Gdy zdarza mi się spacerować, od razu zaczepiają mnie taksówkarze i oczywiście kierowcy motorków, bo tutaj nikt nie rozumie, że można po prostu mieć ochotę się przejść. Nie jest to jednak łatwe, bo chodniki są zazwyczaj zablokowane przez skutery albo stoliki streetfoodowych kucharzy.

Nauczyłam się jeździć na skuterze, choć przed podróżą nigdy tego nie próbowałam. Wyszłam z założenia, że musi to być banalnie proste, skoro tu a skuterach jeżdżą nawet rozpadające się staruszki i dziesięcioletnie dzieci. Bardzo się zdziwiłam, gdy okazało się, że ruszenie przyprawia mnie o atak serca (bo przecież się PRZEWRACAM i zaraz umrę). Gdy opanowałam ten manewr (okazało się, że jednak się nie przewracam) zaczęłam ćwiczyć jazdę. Chciałam nauczyć się porządnie prowadzić skuter, zanim wjadę w wielki kocioł, jakim jest autostrada z wioski do miasta no i oczywiście zatłoczone miejskie uliczki. Jeden niegroźny i pożałowania godny wypadek później ogarnęłam jazdę. 

Musiałam wjechać do rowu, by nauczyć się hamować oraz nie przyspieszać, gdy zacznie się dziać coś złego. Dalej się zastanawiam, dlaczego gazu dodaje się odkręcając manetkę do tyłu? Gdy tylko spanikujesz i się odchylisz do tyłu, automatycznie przyspieszasz. Przypłaciłam do zdartą skórą z poślada i brakiem możliwości wygodnego siedzenia i leżenia przez jakieś 10 dni. Teraz jeżdżę na co dzień. I umiem hamować.

Wietnamskie drogi to koszmar. Nie chodzi nawet o jakość dróg (choć zdarza się, że zaskoczy nas jakaś ogromna dziura), ale o bezmyślność użytkowników ruchu. Standardem są takie akcje, jak jazda pod prąd (moim faworytem jest wózek widłowy jadący pod prąd autostradą), zatrzymywanie się na środku (dosłownie na środku - na samym środku skrzyżowania stoi skuter, a jego właściciel gada przez telefon), zajeżdżanie innym drogi (kierowcy samochodów lubią wyprzedzać skutery, a potem zjeżdżać na prawo i się zatrzymywać) czy jazda na czerwonym (ostatnio otrąbiono mnie za stanie na czerwonym - przecież nic nie jechało, można było cisnąć). Kierunkowskaz to ozdoba, jeśli ktoś z niego korzysta, to niepoprawnie, a klakson z kolei to ulubiony gadżet wszystkich. Trąbi się non stop, żeby ostrzec, pozdrowić, lub po prostu oznajmić swoją obecność. Ludzie absolutnie nie patrzą, skręcają lub włączają się do ruchu bez poświęcenia ani ułamka sekundy na sprawdzenie, czy nic nie jedzie. Wszystko to sprawia, że poruszanie się po Wietnamie skuterem jest trudne i ryzykowne, jeśli nie jest się przyzwyczajonym. Ja powoli zaczynam to ogarniać, choć wolałabym jeździć w normalnych warunkach. Wietnamski chaos ma jednak pewną zaletę - jeśli ty się z jakiegoś powodu gwałtownie zahamujesz lub zmienisz pas (bo nagle drogę zaczyna przecinać ciężarówka lub baba na rowerze), to nie ryzykujesz tego, że ktoś w ciebie wjedzie. Wietnamczycy ogarną. Sami tak często wykonują nieprzewidziane manewry, że na pewno dadzą radę cię ominąć.


Jedzenie


Jem tu zdrowiej niż kiedykolwiek. Mnóstwo warzyw prosto z wiejskiego bazaru, świeże mięso i oczywiście ryż. Ryż to najbardziej oczywisty i podstawowy produkt spożywczy w Wietnamie. W sklepie może nie być mąki albo żadnego nabiału, ale na pewno będziemy mogli kupić ryż i prawdopodobnie specjalną maszynę do gotowania go. Makaron zrobiony jest z ryżu, naleśniki zrobione są z ryżu, desery zrobione są z ryżu. Ryż na śniadanie, obiad i kolację. Moja tolerancja na ryż szybko się skończyła, przerzuciłam się na ziemniaki (które tutaj dodaje się do dań z ryżu lub makaronu), a na śniadanie jem niezawodne jajka. Ostatnio zmiękłam i kupiłam w hipermarkecie wykwintne zachodnie produkty, czyli masło, ser i chleb tostowy. Cudowne uczucie po tylu miesiącach niechcianego i nieplanowanego tłuszczowego postu.

Odkrywam mnóstwo warzyw i owoców. Kończy się grudzień, a ja mogę kupić na straganie pyszne, dojrzałe mango, banany, smoczy owoc, pomelo, zielone pomarańcze, arbuzy i mnóstwo innych. Poznałam nowe owoce i warzywa, których nazw nie znam. Robię smoothies w blenderze i jem pyszne cukinie, bakłażany, kapustki, okrę i inne dziwactwa.

Jedzenie w wietnamskiej restauracji zazwyczaj jest pyszne. Nawet czasem uda się uniknąć jedzenia ryżu. Dania mięsne są świetne, owoce morza świeże. Popularny jest hot pot, czyli gorąca, pikantna zupa, która grzeje się na palniku na środku stołu. Do gara wkłada się warzywa, rybę, mięso lub owoce morza, żeby się spokojnie na naszych oczach ugotowało. Można też pójść na barbecue, gdzie kelnerka cały czas dogląda naszego małego grilla i przyrządza to, o co ją poprosimy. Wszystko jest zaskakująco tanie, jeśli tylko nie dasz się złapać w turystyczną pułapkę. Dla odważnych i spragnionych zgłębiania lokalnej kultury jest dużo osobliwych przysmaków. Słyszałam o gołębiach, szczurach i wężach, a na własne oczy widziałam larwy, pieczone psie łapy, całe koty na ruszcie i grillowane kurze łapy. Ostatniego próbowałam - zjadłam skórę, smakowała jak podpieczona skórka kurczaka. Wietnamczycy zjadają całe palce.


Czas wolny


Uczę przez dwie godziny dziennie, mam więc masę czasu dla siebie - dokładnie tego było mi trzeba. Chodzę na siłownię 4-6 razy w tygodniu i na nowo odkrywam swoje mięśnie. Przykładam się bardziej, niż kiedykolwiek. Chodzę do kawiarni, bo wietnamska kawa jest niesamowita, a świeżo wyciskane soki i smoothies są obłędne. Gotuję, jak prawdziwa kura domowa, do rytmów Budki Suflera i Perfektu. Mieszam różne dziwne składniki i patrzę, co będzie. Bardzo dużo czytam. Rysuję, a moją inspiracją jest podróż - górzyste krajobrazy, kolorowe świątynie, piękne kwiaty, rajskie wyspy. Słucham muzyki po kilku miesiącach przerwy... A teraz porządnie wracam na bloga. Zaczynam szykować nowy layout oraz wreszcie zajrzę do Was. Tęskniłam.

Do rychłego zobaczenia. I wesołych świąt!
Blog Widget by LinkWithin