piątek, 19 stycznia 2018

Skuterem przez Wietnam


Mnóstwo ludzi decyduje się na przemierzenie Wietnamu skuterem - państwo to ma idealny kształt, by przejechać je z północy na południe (lub odwrotnie) podziwiając piękne wybrzeże, dżunglę, jeziora, rzeki i dwie strefy klimatyczne. Jak jednak wygląda praktyczna strona pokonywania Wietnamu jednośladem? Nie przejechałam całego kraju, ale codziennie jeżdżę po wsi, po mieście oraz po głównej drodze łączącej Hanoi i Haiphong, zdążyłam więc zebrać trochę expa i wyrobić sobie jadowitą opinię. Chętnie się podzielę.

Nigdy wcześniej nie jeździłam skuterem, o czym wspominałam w poprzednim wpisie. Zaczęłam się uczyć tu, w Wietnamie. Można to chyba porównać z wyprowadzką za granicę nie znając języka - dawaj, żyj, ucz się. Szybko. Bez tego nie dasz rady. Skok na głęboką wodę. W Wietnamie każdy jeździ skuterem, zaczynając od dzieciaków, które ledwo dosięgają do kierownicy a kończąc na rozsypujących się babinkach. Co może być w tym trudnego? Cóż, opanowanie prowadzenia skutera (które wbrew pozorom wcale nie przyszło mi tak łatwo, zaliczyłam nawet malowniczą glebę w rowie i mam pamiątkę - bliznę z Wietnamu) to pierwsze zagadnienie, ale schody zaczynają się, kiedy musisz włączyć się do ruchu i zaakceptować fakt, że jesteś otoczony pędzącymi na skuterach ludźmi, którzy... po prostu nie myślą.


Jak Wietnamczyk włącza się do ruchu? Normalnie. Wyjeżdża z bocznej uliczki i zaczyna jechać. To przecież takie proste. Nie spojrzy, nie weźmie pod uwagę, że ktoś może jechać, ze on jest na podporządkowanej. Po prostu wjedzie. Zatrzymywanie się gdziekolwiek to standard. Widziałam już ludzi z twarzami nieskażonymi refleksją siedzących na skuterze dosłownie na środku skrzyżowania i gadających przez telefon. Parkują byle gdzie, często utrudniając lub wręcz blokując ruch. Niespodziewanie zwalniają lub hamują albo zajeżdżają ci drogę. Większy ma pierwszeństwo - skutery muszą omijać samochody, których kierowcy postanawiają niespodziewanie zatrzymać się na środku i otworzyć drzwi. Muszą też ustąpić samochodom, które jadą pod prąd lub na czerwonym, ale do tego zaraz wrócę. Ciężarówki rządzą się swoimi prawami - na przykład wyjeżdżają bez żadnego ostrzeżenia z jakiegoś hangaru przy drodze i blokują wszystkie trzy pasy podczas trwającego pół minuty manewru włączania się do ruchu. Ludzie tutaj uwielbiają też skręcać w prawo z lewego pasa i odwrotnie. Nikt się nie zastanowi i nie pomyśli, by zawczasu przesunąć się na dobry pas - przecież wygodniej jest bez ostrzeżenia zahamować na środku i zacząć przecinać dwa pasy, by w końcu skręcić, w klasycznym wariancie ścinając skręt (czyli wjeżdżając gdzieś pod prąd przy skręcaniu w lewo). Jazda pod prąd to chyba ulubiony sport lokalsów. Najczęściej jadą pod prąd na drogach, gdzie jest po środku pas zieleni/betonowa barierka, w tym na drogach szybkiego ruchu. Bo komu by się chciało zawracać przy najbliższej okazji? Przecież można pojechać w przeciwną stronę i trąbić jak opętany. Najlepiej nocą. Z wyłączonymi światłami.

Klakson to ulubiony gadżet każdego szanującego się wietnamskiego kierowcy. Trąbi się cały czas, żeby ostrzec, pozdrowić lub po prostu oznajmić swoją obecność. Ciężarówki i autobusy międzymiastowe mają tak przeraźliwe klaksony, że do dziś podskakuję na skuterze jak to słyszę. Raz otrąbiono mnie, bo... nie pojechałam na czerwonym. Tak, serio. Zatrzymałam się. Nie było wielkiego ruchu, no ale przecież jest czerwone. Ktoś podjechał z tyłu i zaczął trąbić. Nie przejęłam się, oni przecież używają klaksonu non stop dla beki. Gość na skuterze jednak ominął mnie, wciąż trąbiąc i bezceremonialnie przejechał przez skrzyżowanie (oczywiście nadal trąbiąc). Bo przecież nikt nie jechał. O co chodzi.


Najśmieszniejsze (najgorsze? sama już nie wiem) jest to, że wszyscy uczestnicy ruchu traktują te sytuacje normalnie. Tutaj nikt się nie rozgląda i każdy jeździ pod prąd lub parkuje na środku drogi i oczywiście tylko ja co chwila mam ochotę wypruć sobie żyły lub dobyć karabinu maszynowego. Ten cały chaos ma jedną dużą zaletę. W Europie bardzo niewskazane jest wykonywanie gwałtownych manewrów takich jak nagła zmiana pasa czy hamowanie. Jeśli na drogę wbiegnie dzieciak to ryzyko katastrofy jest dość duże - nawet, jeśli się zatrzymasz lub ominiesz dziecko, to ktoś może ci wjechać w zderzak. W Wietnamie nie doszłoby do takiej sytuacji. Tutaj każdy uczestnik ruchu drogowego wykonuje nieprzewidziane manewry i dzięki temu jest przyzwyczajony do tego, że inni też to robią. Jeśli zdarzy się coś potencjalnie niebezpiecznego (czyli co pięć minut), na przykład z chodnika nagle zjedzie na ulicę chwiejny dziad na rowerze albo ktoś z lewej strony zajedzie ci drogę bo mu się przypomniało, że miał skręcać w prawo, to o ile sam zdążysz zareagować, to jesteś bezpieczny. Wietnamczycy ogarną. Nawet, jeśli zatrzymasz się na środku lub bez ostrzeżenia zmienisz pas, to z nikim się nie zderzysz. Oni wykonują takie manewry non stop, niczym ich nie zaskoczysz.

Opis tych wszystkich sytuacji sugerowałby multum wypadków na co dzień. Ludzie tu są jednak przyzwyczajeni do kompletnego chaosu i braku pomyślunku, o czym przed chwilą wspomniałam. Bardzo rzadko widzę wypadek, a jeśli już, to jakiś niegroźny. Mimo wszystko w zasadzie nigdzie w Wietnamie nie można legalnie jechać szybciej niż 80 km/h, nawet na tzw. autostradach. Kiedyś ograniczenie prędkości wynosiło 110 km/h, ale ci ludzie nie byli na to gotowi. Tylu się zabiło, że teraz w Wietnamie można jechać 80 km/h. Z tym sobie radzą.

Aha, Wietnamczycy czasem używają kierunkowskazu. Na rondzie. W bardzo dziwny sposób. Zawsze sygnalizują chwilowy kierunek ruchu, a nie kierunek, który chcą obrać po zjeździe z ronda. Dla przykładu, gdy ktoś chce na rondzie pojechać prosto, to przy wjeździe na skrzyżowanie daje kierunkowskaz w prawo, następnie w lewo (podczas okrążania wysepki), a potem wyłącza kierunkowskaz przy zjeździe z ronda. Boże, dlaczego.

Chodniki w Wietnamie nie służą bynajmniej do tego, żeby po nich chodzić. Pieszych znajdziemy w Hanoi i innych turystycznych miejscach, a w przeciętnym wietnamskim mieście jedynym pieszym jesteś ty. Ludzi jest mnóstwo, na ulicach straszny tłok, ale wszyscy są zmotoryzowani. Chodniki służą głównie jako parkingi dla skuterów, oprócz tego mogą być wystawą, sklepem lub restauracją. Spokojny spacer po mieście w Wietnamie nie wchodzi w grę, gdyż chodnik jest zazwyczaj tak bezmyślnie zastawiony chaotycznie zaparkowanymi skuterami oraz stolikami, przy których ktoś je smażony ryż, że trzeba iść jezdnią - a tam oczywiście jest jeszcze więcej skuterów i to głównie tych w ruchu. Gdy nie mam przy sobie jednośladu i zwyczajnie idę przez miasto, co chwila zaczepia mnie jakiś Pan Motobajk albo Pan Taxi. Oni tu nie rozumieją, że ktoś może mieć ochotę się przejść. Zawsze i wszędzie jeżdżą skuterami, nawet do sklepu oddalonego o 100 metrów. Spacer jest dla nich zbędną abstrakcją.


Parkowanie skutera również jest ciekawym wątkiem. O ile wyeliminowane są typowo zachodnie trudności takie, jak parkowanie równoległe lub prostopadłe w ściśle wyznaczonym miejscu (w Wietnamie można zostawić motor albo nawet samochód na środku ulicy i nikt, poza aroganckimi białasami takimi jak ja, nie będzie robił z tego problemów), to pojawia się kwestia zostawiania pojazdu dokładnie przed lokalem, do którego się udajesz. Skuter musi zostać zaparkowany na odcinku chodnika ograniczonym krawędziami budynku/drzwiami twojego celu i ani centymetr dalej. Lepiej kompletnie zastawić wejście do sklepu niż zostawić skuter przed jakąś zamkniętą kratą 3 metry dalej. Dlaczego? Otóż może to się źle skończyć. Nawet, jeśli idziesz gdzieś tylko na chwileczkę, a zasunięte metalowe drzwi wyglądają, jakby nikt ich nie otwierał w ciągu ostatniego stulecia, to przed nimi nie parkuj. Zgodnie z wietnamskim prawem Murphy'ego istnieje niezwykle duża szansa, że akurat jak będziesz kupował ryż albo jadł na szybko zupę, to tajemnicze drzwi otworzą się, a właściciel w najlepszym wypadku każe ci spadać, jak wrócisz po skuter. Może też w niego uderzyć, zrzucić ci kask, przestawić go albo gdzieś skitrać. Ta ostatnia opcja dotyczy jednak głównie rowerów. Wietnamczycy roszczą sobie prawo do chodnika, który znajduje się przed ich lokalem. Nikt nie ma prawa tam parkować, poza pracownikami i klientami oczywiście. Dobrze, że jeszcze nie zabraniają tamtędy chodzić.

Jak widzicie, przemierzanie Wietnamu skuterem dostarcza wielu emocji, często negatywnych. Ja mimo wszystko odnajduję w tym przyjemność i zachęcam podróżników do spróbowania. Tylko z głową proszę.

środa, 3 stycznia 2018

Podsumowanie 2017


Po raz pierwszy w mojej... karierze... zdecydowałam się na podsumowanie minionego roku. 2017 był niezwykle barwny i każdego miesiąća zapisywałam hasła z nim związane. W ubiegłym roku mieszkałam na Malcie, następnie wróciłam na kilka tygodni do Polski, by w czerwcu wyruszyć w wymarzoną autostopową podróż w kierunku Nowej Zelandii.

Styczeń 

Rok 2017 rozpoczęłam w... pracy. Był to mój pierwszy przepracowany Sylwester, ale mam nadzieję, że nie ostatni. Nigdy nie przepadałam za sylwestrową spiną i społeczną presją "trzeba się dobrze bawić", z uśmiechem więc rzuciłam się w szalony wir kelnerowania w knajpie w Valletcie i na lekkim rauszu powitałam nowy rok. Rok podróży. Rok spełniania marzeń.

Zima na Malcie robiła się coraz przyjemniejsza. Brak centralnego ogrzewania doskwierał, ale na dwór można było czasem wyjść nawet w t-shircie. Chodziłam sporo na siłownię, wiedząc, że będzie mi brakowało tego w podróży oraz czytałam - powieści, kryminały, jakieś duchowe bzdety. Odkryłam między innymi Millenium Stiega Larssona.

Luty 
Najkrótszy miesiąc roku spłynął mi pod hasłem pracy. Dzielnie kelnerowałam i oszczędzałam. Starałam się odżywiać zdrowiej niż kiedykolwiek i dużo ćwiczyłam. Zobaczyłam, jak wygląda karnawał na Malcie. Wygląda, jak szaleństwo, zwłaszcza, gdy musisz w tym dzikim tłumie obsługiwać absolutnie dzikich gości.

Zaczęłam sięgać po klasyki brytyjskiej literatury, takie jak Duma i uprzedzenie. Wplątałam się też w przypał związany z niezmienieniem adresu w moich francuskich deklaracjach podatkowych i konieczność wymigania się od niesłusznie przyznanego mi podatku od miejsca zamieszkania. Czy coś takiego. Odkręcenie tego kosztowało mnie sporo nerwów i przysięgłam sobie, że nigdy więcej nie zaniedbam tych spraw. Do następnego razu.

Marzec
W marcu zaczęłam degustować wino, jak poważna osoba dorosła. Manager restauracji załatwił nam wyjazd do winnicy. Sporo się dowiedziałam i, co więcej, zaczęłam czuć różnice między poszczególnymi winami. Nigdy wcześniej się tym nie interesowałam, klasyfikując wino jako trunek dla rodziców i otwierając kolejnego browara. Marzec był miesiącem oświecenia... i organizacji podróży. Razem z Siwym zaczęliśmy poważnie zajmować się tematem zbliżającej się wyprawy. Wybraliśmy bank, ubezpieczenie, międzynarodowe karty sim, szczepienia i zaczęliśmy załatwiać wizy.

Tymczasem na Malcie nagle zaczęło się lato. W ostatnim tygodniu miesiąca zrobiło się bardzo ciepło, dzięki czemu oficjalnie otworzyłam sezon plażowy. W Valletcie pojawiły się tłumy turystów, a w naszej knajpce zaczął się duży ruch. Lato w marcu.

Kwiecień
7 kwietnia obchodziłam ćwierćwiecze. Te urodziny były bardziej radosne od poprzednich. Nadszedł rok wielkiej przygody, która zacznie się już za 2 miesiące... To miał być mój rok. Na Malcie odwiedzili mnie rodzice i siostra, bardzo umilając mi jeden z ostatnich tygodni na słonecznej wyspie. Nigdy szczególnie nie byłam przywiązana do Wielkanocy, święta spędziłam... w pracy.

Przygotowania do podróży zaczęły nabierać rumieńców. Wysłaliśmy kurierem nasze paszporty do agencji wizowej w Polsce oraz otworzyliśmy walutowe konto w banku.


Maj 


Kontynuacja organizowania podróży. Kupiliśmy ekwipunek, którego nam brakowało - śpiwory, płaszcze przeciwdeszczowe, wojskowe karimaty, ocieplane gacie. Zaczęłam tłumaczyć blogowe wpisy na język angielski, czego niestety zaniechałam w podróży - nie było na to czasu. Zamierzam to niedługo zmienić.

Na zakończenie maltańskiej przygody było kilka miłych epizodów - właściciel naszego ukochanego baru piwnego zaproponował nam pomalowanie metalowej bramy/drzwi do jego knajpy, co z radością, dumą i splendorem uczyniliśmy. Zorganizowaliśmy też pożegnalną imprezę, na którą przyszli wszyscy znajomi. Nadszedł długo wyczekiwany, ale jednak smutny czas opuszczenia wyspy. Poleciałam do Francji odwiedzić rodziców.


Czerwiec 
Na początku czerwca byłam jeszcze u rodziców w Lyonie, do którego przyjechała również z Paryża moja siostra. Był to bardzo miły czas spędzony z rodziną - rozmowy, filmy, pizza, kajaki. Stamtąd udałam się na 24 godziny do Paryża, zobaczyć się z dawnymi koleżankami, po czym udałam się do punktu startowego nadciągającej podróży - Warszawy. Po przylocie jakimś cudem zgubiłam dowód osobisty. Nowy dokument nie został wyrobiony przed połową czerwca, do dziś leży więc w urzędzie.

Dwa tygodnie spędzone w Warszawie przed podróżą minęły bardzo szybko. Kupowaliśmy ostatnie rzeczy, szczepiliśmy się, odbieraliśmy paszporty... Spotkaliśmy się ze znajomymi, wszystkimi naraz i każdym z osobna, próbując się nimi wszystkimi nacieszyć na zapas.

15 czerwca wyruszyliśmy.
Pojechaliśmy miejskim autobusem na wylotówkę, wystawiliśmy kciuki i wieczorem dotarliśmy na Litwę, do Kowna. Podróż zaczęła się na dobre. Odwiedziliśmy Rygę, której starówka mnie zauroczyła, Tallinn, gdzie wybrzeże jest naprawdę przepiękne i Helsinki, gdzie prosto z sauny wskakiwałam do lodowatego morza. Dotarliśmy do Rosji. Wszystkie wpisy z podróży znajdują się tutaj.


Lipiec 

Słoneczny, wakacyjny miesiąc powitaliśmy w niesamowitym Sankt Petersburgu. W Rosji odwiedziliśmy również kilka innych miejsc, między innymi obleśną Moskwę i intrygujący Kazań. Zmierzaliśmy do Kazachstanu.
 

Dotarliśmy stopem do Uralska, niewielkiego miasta na północy Kazachstanu, i nasza podróż nabrała rumieńców. Zobaczyliśmy niezwykły, ogromny step i wielbłądy, odwiedziliśmy Atyrau, czyli miasto położone na granicy Europy i Azji, kąpaliśmy się w pięknie położonym jeziorze Borovoe, spacerowaliśmy po zabawnie nowoczesnej stolicy, Astanie, oraz zaczęliśmy kierować się na południe.
 

Sierpień 
W połowie wakacji szkolnych byliśmy nad intrygującym jeziorem Bałhasz w Kazachstanie. Jezioro jest gigantyczne, a na dodatek jego północna część jest słonowodna, a południowa słodkowodna. Zwiedziliśmy Almaty oraz wybraliśmy się na fantastyczną wycieczkę do Kanionu Szaryńskiego. Następnie skierowaliśmy się do kolejnego państwa.

Kirgistan od dawna był moim marzeniem. Chciałam zobaczyć piękne góry, jurty, konie pasące się na zielonych łąkach. Udało się. Kirgiskie krajobrazy są jednymi z najpiękniejszych, jakie widziałam w życiu. Zwiedziliśmy cztery główne miasta, łapaliśmy stopa na zapierających dech w piersiach górskich drogach, kąpaliśmy się w przepięknie położonym jeziorze Issyk Kul, spacerowaliśmy po Kanionie Fairy Tale i przedostawaliśmy się przez opustoszałe, lecz magiczne, centrum kraju. Ostatnią noc w Kirgistanie spędziliśmy w jurcie, do której zaprosił nas nasz kierowca dobrodziej. Spełniło się kolejne marzenie.

Wjechaliśmy do Chin, państwa, w którym wszystko zaczęło się delikatnie komplikować. Pierwsze miasto na naszej trasie, Kaszgar w ujgurskiej prowincji Xinjang, zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Następnie spotkaliśmy się z niezrozumieniem, autostopowanie nam nie zawsze wychodziło i nie mieliśmy pojęcia, co się dookoła nas dzieje. Wylądowaliśmy w miejscowości Yumen Old City, pierwszym mieście w Chinach założonym w pobliżu złóż ropy, w 1939 roku. Gdy ropy zaczęło ubywać, ludzie się wyprowadzili. Około 80% budynków w Yumen Old City jest opuszczonych. Relację znajdziecie tutaj.


Wrzesień 

Przecięliśmy Chiny. Męczył nas ten kraj - za żadne skarby nie dało się z nikim dogadać, a w parkach narodowych wylano betonowe ścieżki i zbudowano schody, by łatwiej zwiedzało się góry i jeziora. Chiny przytłoczyły nas swoim ogromem. Pojechaliśmy szybko do Wietnamu, gdzie w Hanoi spotkaliśmy się ze znajomymi z Malty, później zobaczyliśmy piękną zatokę Ha Long, a następnie ruszyliśmy na południe. W Wietnamie świętowaliśmy setny dzień podróży. Okazało się, że nie jesteśmy stworzeni do ciągłego przemieszczania się, ani do tolerowania siebie nawzajem przez 24 godziny na dobę przez 3 miesiące. Coraz częściej marzyłam o komforcie. Chciałam położyć się na kanapie, pograć na komputerze, wypić dobre piwo, odpocząć. Mogłabym nawet iść do pracy! Codzienne zwiedzanie oraz podejmowanie decyzji - dokąd jechać, gdzie spać, co jeść, zaczęło stawać się nużące i irytujące. Na dodatek pieniędzy nie przybywało, a czas nie jest z gumy - chcemy dotrzeć do Australii zimą, co oznaczałoby bardzo szybką podróż przez wszystkie państwa Azji Południowo-Wschodniej. Pojawiało się coraz więcej zgrzytów.

Zupełnie przypadkiem trafiłam na autostopowej grupie na Facebooku na ofertę pracy w Wietnamie. Uczenie dzieci angielskiego, atrakcyjna pensja, mało godzin pracy. Początek w listopadzie. Wyglądało to jak idealna okazja, by odpocząć, naładować baterie i zasilić konto bankowe. Spróbowaliśmy szczęścia. Skontaktowaliśmy się z parą autostopowiczów, która opuszczała Wietnam i szukała ludzi, którzy przejęliby po nich posadę. Czekając na odzew przejechaliśmy przez Wietnam z północy na południe i wylądowaliśmy w Kambodży.

 

Październik 
Ten rzekomo jesienny miesiąc spędziliśmy głównie w upalnej Kambodży, opalając się na rajskich plażach i zwiedzając starożytne świątynie. Dowiedzieliśmy się, że w listopadzie jedziemy do pracy do Wietnamu. Udało się! Zaczęliśmy powoli wyobrażać sobie życie w nowych warunkach oraz kupiliśmy bilety lotnicze z Bangkoku do Hanoi - podróż samolotem umożliwiała szybkie zdobycie trzymiesięcznej wizy na lotnisku.

Z Kambodży udaliśmy się do Tajlandii, gdzie zażywaliśmy kąpieli morskich, słonecznych i deszczowych na pięknej wyspie Koh Chang oraz zwiedzaliśmy Bangkok. Bardzo mi się podobało i nie mogę się doczekać powrotu do tego państwa. Październik zakończyliśmy okropną imprezą Halloweenową na przereklamowanej Khao San Road.


Listopad
Nadszedł czas powrotu do Wietnamu. Wszystko potoczyło się bardzo szybko - poznaliśmy Anię i Andrzeja, po których przejmowaliśmy robotę. Oni wprowadzili nas w tajniki uczenia wietnamskich dzieci i sekrety życia na wietnamskiej wsi. Wkrótce zaczęliśmy pracować, zarobiliśmy swoje pierwsze miliony (wietnamska waluta, dong -hehe- jest bardzo irytująca... 1 zł to około 6000 dongów) i zapisaliśmy się na siłownię.

Tutaj znajdziecie moje pierwsze wrażenia z życia w Wietnamie.


Grudzień  
  
Wyjątkowo pozbawiony świąt Bożego Narodzenia grudzień minął mi na aklimatyzacji i relaksie. Życie nauczyciela w Wietnamie nie jest zbyt wymagające, a ogromna ilość wolnego czasu pozwala na odpoczynek i rozwijanie pasji. Czytam, rysuję, ćwiczę, gram na kompie - robię to, czego mi brakowało w podróży. Jeszcze nie tęsknię za odkrywaniem nowych państw, ale to niedługo wróci. Bardzo niedługo. Brak mi rodziny i przyjaciół, ale nie ma miejsca na Ziemi, w którym mogłabym wszystko pogodzić. Chwilowo jest mi dobrze w Wietnamie, choć myślami wybiegam już do maja, gdy będę prawdopodobnie kończyć swoją nauczycielską karierę.
*~*

Życzę Wam fantastycznego 2018 roku. Jeśli macie jakieś ukryte marzenia, to spełnijcie je teraz - dlaczego nie? Jeśli to niewykonalne, to dążcie do tego, by stało się możliwe jak najszybciej. Cieszcie się życiem i róbcie to, co lubicie. Chcę czytać same miłe rzeczy na blogach. Elo.
Blog Widget by LinkWithin