sobota, 24 marca 2018

Wietnam: czego nie będzie mi brakować


Kilka miesięcy w Wietnamie to wyjątkowa przygoda. Posłużę się nawet wyświechtaną frazą: wiele mnie to doświadczenie nauczyło. Niedługo o tym opowiem, ale muszę najpierw opróżnić czarkę goryczy, która przelała mi się po raz kolejny. Kilka spraw nieodzownie wiążących się z mieszkaniem tutaj doprowadza mnie do szewskiej pasji. Oto ciężkie do przeskoczenia wady życia w Wietnamie.

Powietrze w Wietnamie jest fatalne. Ilość ludzi, a co za tym idzie skuterów, fabryk i stert palonych śmieci jest dość przytłaczająca. Każdy ma jakiś pojazd spalinowy, fala elektrycznych skuterów, które opanowały Chiny, nie dotarła jeszcze do Wietnamu. Spacer po mieście wiąże się z wdychaniem spalin i kurzu w chorych ilościach. Na wsi nie jest lepiej - jak się w jakimś gospodarstwie zbierze odpowiednio dużo śmieci, to wynoszone są na środek ulicy lub pobocze autostrady i bezceremonialnie spalane. Powietrze śmierdzi, woda śmierdzi, wszystko śmierdzi a ja kaszlę jak stary gruźlik.

Wszędzie dookoła jest syf. Wietnam to nie słynne Indie, ale nawet tutaj śmieci walają się wszędzie, a ludzie kompletnie nie zwracają uwagi na to, co robią z własnymi odpadkami. Co chwila widzę kogoś beztrosko wyrzucającego na ziemię jakiś papierek albo puste opakowanie. Mam ochotę podnieść ten śmieć i w dość brutalny sposób zwrócić właścicielowi, ale nie mogę, bo jadę skuterem i muszę uważać, by nie umrzeć, ale o tym za chwilę. W Wietnamie brakuje koszy na śmieci, kupy odpadków piętrzą się przy drogach, gdzie ktoś co jakiś czas je podpala tylko pogarszając sytuację. Śmieci mnożą się błyskawicznie, bo tutaj wszystko jest zapakowane w kilka warstw folii lub plastiku. Każda rolka papieru toaletowego jest zapakowana osobno. Każde ciasteczko w paczce jest zapakowane osobno. Batonik Kit Kat jest zapakowany w podwójną warstwę folii. Sądzę, że zabiegi te mają na celu zminimalizowanie degradacji jakości produktu w skutek penetracji przez wilgotne wietnamskie powietrze, jednak nie wszystko da się w ten sposób wytłumaczyć. Gdy zamówimy sok z trzciny cukrowej, dostaniemy plastikowy kubeczek, zaklejony od góry folią, słomkę, by zrobić w folii dziurkę oraz mój faworyt, czyli "siateczkę" składającą się z foliowej obręczy i uszu. Bo kto by chciał nosić kubek po prostu w rękach. A potem cały ten plastik ląduje przy drodze. A następnie w atmosferze. A ja nadal kaszlę jak stary gruźlik.

Niebieskie jezioro Tuyet Tinh Coc niedaleko Hajfongu.
Nie pytajcie, nie wiem.
Ale jest naprawdę niebieskie.
 
Wilgoć to cecha charakterystyczna dla całego rejonu Azji Południowo-Wschodniej, w Wietnamie dokucza mi jednak bardziej niż gdziekolwiek indziej. Powód jest prosty - inaczej znosisz niewygody podczas podróży, a inaczej, gdy już zdecydujesz się gdzieś zostać na dłużej. Przesycone wilgotnością powietrze sprawia, że odczuwalne temperatury są dość ekstremalne. Latem, przy 30 stopniach umiera się jak przy ponad 40, natomiast zimą, gdy było 10 stopni wydawało się, że jest mróz... Powietrze przejmowało zimnem aż do szpiku kości. Pozornie miła temperatura 18 stopni potrafi być przyjemna, gdy wyjdzie słońce, natomiast w pochmurny dzień przy 18 stopniach należy ubrać się w bluzę i kurtkę, bo jest strasznie zimno. Powietrze jest mokre, cały czas masz ochotę otworzyć okno, mimo, że jesteś na zewnątrz. Gdy kończyła się zima i nastały wyższe temperatury wilgoć wrednie się skumulowała i osadziła na wszystkim, pokrywając materiałowe i bambusowe przedmioty warstwą szarego grzybonalotu i sprawiając, że cały papier w domu nabrał konsystencji mokrej srajtaśmy. Źle.

Wietnamskie podejście do pracy to kolejny aspekt, za którym zdecydowanie nie zatęsknię. Wszystkiego dowiaduję się w ostatniej chwili, mimo wielokrotnych próśb, by informować mnie wcześniej. Mam dodatkowe zajęcia we czwartek? Dowiem się o tym we czwartek. W sobotę jest kolacja z okazji urodzin jednej z asystentek? Zaproszą nas w sobotę. Niedzielne zajęcia są odwołane? Dowiem się, gdy w sobotę wieczorem po raz kolejny poproszę o jutrzejszy grafik. Doprowadza mnie to do szału, gdyż do pracy wolałabym móc podchodzić poważnie. Cóż, nie da się. Pracodawcy często o czymś "zapominają", kręcą, ściemniają. Często czuję, że nikt mnie tu nie szanuje, ale oni nie robią tego złośliwie. Oni po prostu tacy są. Miałam kiedyś dodatkową weekendową pracę. Babka, u której uczyłam, odwoływała co drugie zajęcia (oczywiście w ostatniej chwili), aż w końcu kompletnie przestała się ze mną kontaktować. Ja się nie upominałam, bo miałam jej dość, zresztą dostałam inną pracę. Przez ładnych kilka tygodni była cisza, aż pewnego dnia kobieta nagle odezwała się i zapytała, czy przyjdę do pracy w niedzielę. Bardzo się zdziwiła, że pracuję gdzieś indziej i nie mogę się stawić. Aby tu nie zwariować trzeba trzymać się maksymy Miej wyjebane, a będzie ci dane.

Pisałam o tym już ze szczegółami, ale wspomnę raz jeszcze - nie będzie mi brakowało wietnamskich kamikaze na drogach. Ludzie, gdy wsiądą na skuter, przestają myśleć. Zmieniają pasy, skręcają, zawracają i włączają się do ruchu kompletnie nie patrząc. Skręcają na czerwonym z prawego pasa w lewo nawet nie zwalniając. Kierowcy ciężarówek mają wszystko gdzieś i po prostu suną ze stałą prędkością głośno trąbiąc, a wszystkie mniejsze pojazdy muszą im ustąpić. Na drogach jest cholernie niebezpiecznie i uważam, że to cud, że zleciałam ze skutera tylko 2 razy (z czego raz z mojej winy, na odludziu, jak uczyłam się jeździć) i nic poważnego mi się nie stało. Oby tak zostało do końca wietnamskiej przygody.

Ostatnimi czasy bardzo cenię sobie samotność, w Wietnamie jednak nie da się jej zaznać poza swoim domem (jeśli ktoś ma tyle szczęścia, by mieszkać w normalnych warunkach). Wszędzie są tłumy. Nie chodzę na żadne spacery, bo nawet na mojej maleńkiej wiosce jest miliard ludzi i nie da się od nich uciec. Z zatłoczonych uliczek można się ewakuować na pole ryżowe, gdzie zawsze pracują ludzie oraz biegają bachory. Nie przeszkadzałoby mi to, gdybym mogła być anonimowym przechodniem. W Europie działa znakomicie, ale tutaj jestem jednak dość charakterystyczną postacią i nie mogę zrobić kilku kroków bez nachalnych spojrzeń i nachalnych HELOŁ! Nigdy nie czuć żadnej agresji, ludzie są po prostu ciekawi, towarzyscy, zagadują z sympatii. Większość z nich nie mówi ani słowa po angielsku, "rozmowa" przebiega więc bardzo niezręcznie, gdy oni próbują się ze mną porozumieć po wietnamsku. A ja po prostu chciałam spokojnie pójść do sklepu. Niewidzialna.

Niedługo napiszę, co dała mi wietnamska przygoda, oraz czego będzie mi brak... Bo wbrew pozorom jest tego sporo. Wietnam jest jedyny w swoim rodzaju.
Azjatyckie uściski.

sobota, 10 marca 2018

Kulinarne potyczki w Wietnamie


Mieszkam w Wietnamie od czterech miesięcy, zdążyłam częściowo poznać lokalną kuchnię i się z nią oswoić... pod warunkiem, że od czasu do czasu przyrządzę sobie porządnego tosta z serem i ketchupem. Zapraszam na krótką wycieczkę kulinarną.

Zupa phở to podstawowy wietnamski specjał. Jest to... rosół. Bulion gotuje się przez 10 godzin z przyprawami, podaje się go z makaronem ryżowym, świeżymi ziołami, marynowanym czosnkiem, domową pastą chili i mięsem, najczęściej wołowiną. Zupa phở jest smaczna, pożywna i tania (na mojej wsi kosztuje ok. 4 zł za porcję).

Mój ulubiony wietnamski rarytas to sajgonki. O dziwo w Sajgonie ich raczej nie ma, jest to smakołyk z północy kraju. Z Hanoi pochodzi bun cha - potrawa składająca się z makaronu ryżowego (cóż za zaskoczenie) i sosu/zupki, w której maczamy makaron, świeże zioła, posiekany czosnek z chili oraz pozostałe elementy dania. Podaje się kawałki boczku, tofu, czasem wątróbkę czy omlet jajeczny oraz przede wszystkim pyszne chrupiące sajgonki. 


Gdy mamy trochę więcej czasu i budżet wyższy niż kilka złotych, możemy udać się na BBQ (grillowane pyszności) czy hot pot - gar ze smakowitą zupą na palniku, do której wrzucamy ryby, owoce morza, warzywa... Gdy się ugotują wyławiamy je i się nimi delektujemy, a zupa przechodzi smakiem wszystkich składników. Na koniec uczty niczym prawdziwi Wietnamczycy prosimy kelnera o paczkę makaronu Vifon, wrzucamy do hot pota i mamy chińską zupkę na deser.

Na śniadanie kupić można bánh mì, półbagietki, spuściznę po Francuzach. W bagietce jest smażone jajko, ogórek, kolendra, przegląd mięsnych skrawków oraz ostry sos. Bułka taka stanowi sycące śniadanie, a jej koszt to zaledwie 2-3 zł. U mnie na wsi kosztuje 1,50 zł. Na ulicy można także zjeść różnorodne zupy oraz smażony ryż. Albo lepki ryż (sticky rice). Albo pakuneczek z ryżu z mięsem. Albo ryżowe ciasteczko z głębokiego tłuszczu. Albo naleśniki z ryżu. Albo deser ze słodkiego kleistego ryżu z owocami i przezroczystymi żelkami bez smaku. Tak, są dokładnie tak obleśne, jak brzmią.


W każdym sklepie w Wietnamie można kupić ryż, który jest podstawowym składnikiem diety, oraz maszynę do jego gotowania. W niektórych marketach nie ma lodówki z nabiałem albo tak oczywistej dla nas mąki pszennej. Ciągną się za to półki z ryżem, sosami sojowymi, olejami sojowymi, sosami rybnymi, ryżem, chińskimi zupkami, makaronem ryżowym i ryżem. Jest też mnóstwo produktów, których do dziś nie zidentyfikowałam, na przykład dziwne gatunki ryżu.

Mięso, jajka, warzywa i owoce kupuję na bazarze. Wszystko jest świeże, pyszne i tanie. Gotowanie w domu sprawia przyjemność, gdy do dyspozycji mam pyszne bakłażany, cukinię, pomidory, kapustę pak choy, okrę, szpinak wodny... no i znakomite ziemniaki. Jem je w zasadzie codziennie, bo ryż wychodzi mi już uszami. Robię też smoothies z mango, ananasa, marakui, smoczego owocu, pomarańczy, bananów, arbuza czy pomelo. Codzienny dostęp do pysznych, dojrzałych owoców to ogromna zaleta życia na tej szerokości geograficznej. Wciąż nie spróbowałam ich wszystkich.


Północny Wietnam niestety nie zachwyca pod względem kulinarnym tak, jak reszta kraju. Kilkaset kilometrów na południe stąd jadłam przepyszne fantazyjne dania, a tutaj oscyluję między sajgonkami, zupą pho i zagraniczną kuchnią. W moim niewielkim miasteczku jest między innymi koreańska knajpa serwująca kimpap (prawie sushi), japońska knajpa (sushi) i parę zachodnich wybryków - ohydne burgery i śmierdząca pizza. Czasem mam ochotę przyrządzić sobie na śniadanie coś typowo białasowego, np. naleśniki, bekon, tosty, owsiankę... Zdobycie potrzebnych składników graniczy jednak z cudem. Bekon w Wietnamie nie występuje, mimo, że wieprzowiny jest pełno. Jeśli w jakiejś pseudozachodniej knajpie w moim zapierdzianym miasteczku zamówicie coś z bekonem, dostaniecie plaster gumowej szynki. Mleko można kupić, choć nie zawsze i nie wszędzie. Tutaj się go praktycznie nie używa, ciężko je przechowywać przy wysokich temperaturach i wilgotności powietrza. Kawę serwuje się z mlekiem skondensowanym, co swoją drogą bardzo przypadło mi do gustu. Po takie luksusy jak ser i masło muszę udać się do hipermarketu za miastem. Ser jest drogi i niedobry, masło tylko drogie. Mała kostka 100 g Président kosztuje jakieś 12 zł, ale ja kocham masło i nie mogę mu odmówić. Używam go i tak prawie tylko do smażenia jajek czy robienia tostów, bo w Wietnamie ciężko o smaczne pieczywo. We wspomnianym supermarkecie można dostać również wyżej wymieniony chleb tostowy (pieczony na miejscu) oraz masło orzechowe, czekoladę (rzadkość!), a nawet Nutellę, na którą nawet mi żal pieniędzy.

Odważni mogą w mojej wsi spróbować psa, kota, wróbla, gołębia, kozy, węża, żaby czy kurzych łap. Są też przepiórcze i kacze jajka niespodzianki - rozbijasz jajo nad miską, a ze środka wypada czerwony embrion z zalążkami piór. Te specjalne jajka są trzymane przez panie z bazaru w osobnych koszach, ale każdemu może zdarzyć się pomyłka... Obleśnym momentom nie ma końca, poznałam dziewczynę, która podczas kolacji wydłubała pałeczkami rybie oko i je z apetytem pochłonęła. Na tej samej kolacji patrzył na mnie ze stołu upieczony kurzy łeb, ale na niego o dziwo nikt się nie skusił.

Sama się zastanawiam, ile razy zjadłam coś dziwnego nieświadomie.
Witamy w Azji.
Blog Widget by LinkWithin